Ticket to Ride.txt

(641 KB) Pobierz
1. Ticket To Ride
Naprawdę powinienem się dobrze bawić, ale nie umiałem. To była przecież wielka impreza.naprawdę wielka. Muzyka bębniła nieprzyzwoicie głono, kilkadziesišt osób gniedziło się na ogromnej przestrzeni, alkohol lał się strumieniami a w powietrzu unosił się popielaty dym nie tylko z papierosów. Więc powinienem się dobrze bawić, bo przecież uwielbiam imprezy. Zdarzało mi się uchodzić nawet za duszę towarzystwajuż od pierwszego balu przebierańców, gdy jako przebrany za klauna pięciolatek prowadziłem za sobš rozpiewany pocišg przedszkolaków.

Ale teraz nie umiałem za cholerę. I wcale nie trudno było dojć przed sobš dlaczego. Gdybymy oblewali czyje urodziny pewnie pierwszy schlałbym się poza granice przyzwoitoci i odstawiał tańce na stolegdybymy oblewali zakończenie semestru, byłbym gotów po zbakaniu skręta usmażyć kiełbaski na znienawidzonym podręcznikugdybymy oblewali koniec wakacji pod wpływem ogromnych iloci piwa wskoczyłbym nago do basenuale tego wieczoru nie potrafiłem więtować! Nie i koniec!

Oparłem się o framugę drzwiowš odgarniajšc kosmyk czarnych włosów z czoła. Czarnychhebanowo czarnychsmolicie czarnychczarnych niczym włosy Królewny nieżki ... . To porównanie skutecznie odstraszyło mnie od ich zapuszczania. Poza tym tak intensywne ubarwienie niosło za sobš jeszcze jeden problem  nikt nie wierzył w jego naturalnoć. Jakby tego było mało, wišzało się z nim błędne koło stereotypów. Obcy ludzie automatycznie brali mnie za emo, który w piórniku obok zestawu żyletek nosi swe przygnębiajšce berło. Często uchodziłem też za metroseksualnego
( prawdziwi mężczyni nie farbujš włosów!) pięknisia, a z czystym sumieniem ( i pewnš dozš próżniaczej dumy) muszę stwierdzić, że moja twarz kontaktuje się jedynie z grzebieniem, szczoteczkš do zębów i przyborami do golenia.

- No hej, piękna!

Usłyszałem melodyjny głos Krzyka i nagle gnębišce mnie poczucie beznadziei stało się jeszcze gorsze. Gospodarz jak zwykle nienagannie ubrany, uczesany i w ogóle w stu procentach idealny ( z tym swoim metrem dziewięćdziesišt, arystokratycznymi rysami, niebieskimi oczami i jasnymi włosami) zmierzył z pozoru zadowolonym spojrzeniem imprezowiczów siejšcych w jego domu nieład i zniszczenie. Tak naprawdę jednak względem większoci z nich odczuwał pogardę ( jak to majš w zwyczaju rozpuszczone dzieciaki z uwitego na kasie gniazdka).

Oczywicie impreza miała być kameralna. Na licie Krzyka znajdowały się tylko osoby które warto było zapraszać ( reprezentowały dobrš pozycję, co zazwyczaj szło w parze z jeszcze lepszš forsš) bšd cieszšce się jego szacunkiem  i tutaj lista nazwisk drastycznie zawężała się do mnie, Marcina Palacha  o ile odczuwanie szacunku względem niego było w ogóle możliwe oraz Darka Darłowskiego  majšcego zaszczyt znajdować się na obu listach.

Imprezy majš jednak to do siebie, że szybko obracajš się przeciwko organizatorom. Wieć o tym, że Krzysiek Sodziński robi imprezę, rozeszła się niczym wieże bułeczki a do jego drzwi załomotali gocie proszeni, jak i cała banda tych nieproszonych.

- Odpuć.
- le się bawisz, królewno?
- Zaraz cię walnę.

Krzysiek wbił sobie do głowy, że uwielbiam jego sarkastyczne podejcie do każdej kwestii a w szczególnoci mojej orientacji seksualnej. Że też się dałem tak zaszufladkować!

- Wcale ci się nie dziwę. Gdybym nie obawiał się, że dom pójdzie z dymem, z chęciš ewakuowałbym się z tego koryta.
- Twoja pogarda względem blinich jest godna potępienia.

Parsknšłem napawajšc się widokiem zniesmaczonej twarzy najlepszego kumpla ( jednego z trzech, gwoli cisłoci).  Jakże ten Krzysiek potrafił wydymać wargi i przewracać oczami w wyrazie najwyższej dezaprobaty, zachowujšc przy tym nieskazitelny urok złotego chłopięcia roztaczajšcego za sobš nęcšcš woń banknotów o wysokich nominałach.

Gdyby nie był nadętym snobem, z pewnociš rozważałbym możliwoć zacišgnięcia go do łóżka, chociaż nieagresywny homofobizm dziedzica fortuny Sodzińskich był powszechnie znany. Przeszkadzałby również w przeżywaniu wraz z Krzykiem ponumerkowego kaca fakt, iż bylimy przyjaciółmi. A przecież więta, niepisana oraz niepodważalna zasada głosi, że z przyjacielem możesz czynić wszystko, mówić o wszystkim i przeżywać wszystko, za wyjštkiem orgazmu.

No dobrze, jestem hipokrytš i to takim na ogromnš skalę. Dwójki swoich przyjaciół to ja bym nawet pod wpływem tortur nie ruszył, ale ta icie anielska ( ostatecznie jestem gejem! ) zatwardziałoć topniała przy trzecim. Jeli miałem w życiu jaki cel, było nim uwiedzenie Darka, chociaż ostatnio skwapliwie uznałem, iż jest to cel platoniczny  nieosišgalny. Ze względu na Darka heteroseksualnoć jak i jego wielki, niewinny, kruszšcy serce wkład w naszš przyjań. Marzenia na jawie zastšpiłem snuciem wizji sennych i można powiedzieć, że w połšczeniu z seksualnš nadaktywnociš ten system całkiem niele dawał radę.

- Pogardę mam wpisanš w rodowód. Nikt nie będzie mnie z niej rozliczał.
- Się znalazł arystokrata od siedmiu boleci.
- Powiniene być zaszczycony.

Krzysiek udał urazę.

- Wybacz, ale nazwisko Sodziński nie zapisało się w genealogii szacownych rodów póki twój ojciec nie odkrył potencjału drzemišcego w złomie.
- W twoich ustach brzmi to niczym obelga, nieżko (niech szlag trafi wszystkie małoletnie siostrzenice).
- Oj biedne, obrażone niewiništko.
- Żeby wiedział! Tak uwłaczać przemysłowej arystokracji XXI wieku. Nawet na lokaja cię nie wezmę.
- Uważaj bo bym chciał.
- No na pewno. Miałby wtedy dostęp do całej męskiej częci służby. Tylko pomyl o spoconym ciele ogrodnika i sprawnych dłoniach masażysty.
- Ajmógłbym jednak tš propozycje rozważyć.
- Zapomnij. Trzeba było pomyleć zanim waćpanna zadziornym językiem spaliła za sobš wszystkie mosty.

Przewróciłem oczami ubawiony dramatycznym tonem Sodziaka. Krzysiek był rozpieszczonym, pustym i względnie irytujšcym chłopakiem, ale dzięki temu włanie prawie nigdy nie bywał poważny. Tylko dlatego ( rzecz jasna) dawało się z nim od czasu do czasu wytrzymać.

- Nie masz tak czasem nic do roboty? Może poszedłby się zorientować czy kto ci drogocennych waz nie podprowadza.
- Drogocenne wazy trzymamy w pałacu, moja liczna. W tej chatce dla pospołu nie ma nic drogocennego.
- W tej chatce dla pospołu najczęciej przebywasz.
- Dobry pan brata się z gawiedziš.
- Brata się! Dobre sobie.
- Ale ty dzi uszczypliwa.

Krzysiek przybrał minę a la nadšsane szczenię. Po chwili rozpromienił się jednak na widok długonogiej blondynki, zmierzajšcej w stronę alkoholorodnego barku.

- Ach, te wieniaczki.
- Tylko uważaj, żeby sobie nie zafundował bękarta.
- Bez obaw, pański członek jest zawsze odpowiednio zabezpieczony.
- Chyba przeholowałem z piciem, bo zrobiło mi się niedobrze.
- Waćpanna cyniczna bo go chcesz, a mieć nie możesz.
- Tak, tak

Pokiwałem mu protekcjonalnie na odchodne, nie silšc się nawet na próbę wybicia z jego napuszonej głowy nawyku zwracania się do mnie w rodzaju żeńskim. Zresztš głęboko zakorzenione tendencje trudno z człowieka wyplenić a ta maniera Krzyka trwała od pierwszej klasy podstawówki. Do dzi pamiętam, jak prężšc się z dumy ten siedmiolatek rzekł do mnie: Dziewczynko, pożycz kredki.

Zamiast rozwodzić się jednak nad przeszłociš i winić matkę za zapuszczanie mi w dzieciństwie włosów, powróciłem do obserwowania Darka ( oczywicie z daleka i bardzo, bardzo ukradkiem). Jak tańczy z naszš wspólnš koleżankšjak zamiewa się do łez z czyjego dowcipujak z zamglonymi alkoholem oczami wspomina z którym z kumpli stare dobre czasyjak tańczy z naszš wspólnš koleżankš . Czyżbym się powtarzał? Doprawdy nie powinienem brać na poważnie zmysłowego pocierania bioder jego o biodra jej. Przecież to była Kaka na miłoć boskš! Poziom jej aseksualnoci dorównywał poziomowi mojej rodzicielki! Czy naprawdę pomylałem w tym kontekcie o własnej matce? Było lebyło bardzo le. Z pewnociš tylko mi owe pocieranie wydawało się zmysłowe a ponadto musiałem twardo przypomnieć sobie, że taniec jest efektem gry (w wyzwania, gwoli cisłoci). Odmówiłem przyłšczenia się do niej, gdyż  jak przypomniałem sobie skwapliwie - cała ta impreza wybitnie działała mi na nerwy.

Pocišgnšłem łyk piwa i teatralnie się zadławiłem. Włanie w tym momencie gdy boska ambrozja napełniła mi przełyk, zostałem brutalnie uderzony przez Marcina w plecy. Niby braterskoniby do żartówale jednak brutalnie! Do oczu nabiegły mi łzy.

- O żeszty naprawdę rozpaczasz

Wyraz twarzy Palacha był klasycznie tępy. Zawsze wyglšdał głupio a od okolicznoci zależało czy bardziej czy mniej. Od pierwszego wypowiedzianego doń słowa miało się ochotę posšdzić go o jaki fizycznie nieobjawialny niedowład umysłowy. I wrażenie to nie mijało przy głębszym poznaniu

- Kretyniemiałem paszczę pełnš piwa. Mógłby mnie tak znienackanie klepać?
- No wieszw twoich ustach to zabrzmiało co najmniej nieprzyzwoicie.

Zamrugałem zdezorientowany przez chwilę, wierzšc już, że tego wieczoru ekstrawagancja umysłowa ( nie kretynizm!) Marcina mnie pokonała.

- Pardon?
- No klepać cięJezugejem w końcu jeste.

Palach zachichotał, nie dostrzegajšc u mnie żšdzy walenia głowš o framugę. Nie swojš, rzecz jasna.

- Wiesz co, klepnij ty się w mózg.
- Nie mam.
- No taprzynajmniej jeste tego wiadom.
- Ale wiesz

Marcin stwierdził tonem niemalże filozoficznym. Oparł się o drugš framugę drzwi i pocišgnšł solidny łyk ze swojej ( dziesištej już ) butelki piwa. Wcale nie chciałem słuchać tego pijackiego bełkotu, ale jako tak nie miałem siły na spławienie bšd co bšd trzeciego najlepszego kumpla ( pierwszy włanie obciskiwał się z kolejnš dziewczynš, a drugi z wielkopańskš manierš deprawował wieniaczkę ). Po drugie nie chciałem spucić Darłowskiego z oka ( ze względu na owe obciskiwanie), dlatego postanowiłem nie zab...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin