9871.txt

(583 KB) Pobierz
Fabrice Colin
Na zdrowie

        @@Miernota
        
        mierć w płomieniach? Czemu nie? Kłopot w przypadku tej metody polegał jednak na tym, że po pierwsze, istniało ryzyko zaprószenia ognia w całym domu (to mnie nie bardzo urzšdzało, ponieważ miałem zamiar pozostawić list z wyjanieniami), po drugie, przypuszczałem, że facet przemieniony w żywš pochodnię może mieć niejaki problem z zachowaniem spokoju. A to przecież nie do pomylenia, by zasady savoir-vivre zostały zepchnięte na dalszy plan w tak dramatycznej sytuacji. Nie zależało mi na zrobieniu z siebie widowiska. Moja egzystencja była już, sama w sobie, wystarczajšcym widowiskiem.
        Niemniej jednak ogień miał kilka zalet i warto było się nad nimi chwilę zastanowić. Chwyciłem za pióro i zabrałem się do bazgrania listy.
        
       Wady 						Zalety
        Problemy dla otoczenia			Ostateczne
        Niezbyt schludne				Widowiskowe
        Bolesne					Bohaterskie
        Paliwo?					Alkohol?
        
        Tak czy inaczej, decyzję już podjšłem. Zniknę z tego wiata. Przynajmniej raz w moim życiu wydarzy się co ostatecznego. Z pewnego punktu widzenia to pocieszajšce.
        Było prawie południe, siedziałem przy biurku, a przede mnš leżał rozłożony stos kompletnie niepotrzebnych papierów. O szyby idiotycznie bębniły krople deszczu. Nadal trzymałem w ręku pióro. Tym bardziej warto go do czego użyć, pomylałem. Co by tu?...
        
***
        W moim pojęciu rodzice powinni byli jednak bardziej uważać na to, co robiš, kiedy mnie poczynali. Jedno albo drugie, choć właciwie oboje, bo przecież spełniali wspólny obowišzek.
        
***
        Miernota. Niestety miernota. To mi przypominało... Właciwie nic. Albo, jeli już, to Johna V. Moona z kiepskiego okresu. Przestarzały numer, pretensjonalny, fałszywie liryczny. Trzylatek zrobiłby to lepiej.
        Wyjrzałem na dwór. Strugi deszczu spływały na miasto, ale w moim salonie było słychać jedynie regularne tykanie zegara ciennego. Już tylko kilka godzin, powtarzał niestrudzenie. Tylko kilka godzin i nastšpi kres wszystkiego. Moja decyzja była nieodwołalna. Żadne wykręty już tu nie pomogš. Należało spojrzeć przeznaczeniu prosto w twarz i odważnie je zaakceptować.
        Na poczštek porzuciła mnie Katey. Właciwie to nic takiego. Teraz pewnie omdlewała ze szczęcia w ramionach pierwszego lepszego pięknisia, jakiego durnia o szpiczastych uszach prawišcego czułe słówka. Elfy doskonale wiedziały, jak zdmuchnšć co człowiekowi sprzed nosa. Banda nadętych błaznów. Nie od parady byli iluzjonistami. Mogłaby jednak dać znać o sobie. Skoro tego nie robiła, pomylałem chwilę póniej, to może dlatego że uważała mnie za kompletne zero. A jeli ona tak mylała, może to prawda. Katey rzadko się myliła.
        Czy mogło to mieć co wspólnego z oszałamiajšcym sukcesem, jaki odniosłem w życiu zawodowym? Bez wštpienia. Drużyna Olbrzymów z Chelsey, którš miałem postawić na nogi, wlokła się beznadziejnie na samym dole tabeli Quarteku. Gdy przejšłem dowodzenie, znajdowalimy się na ósmym miejscu tabeli, a nasi kibice byli gotowi własnoręcznie wypruć z nas flaki. Obecnie nadal znajdowalimy się na ósmym miejscu, kibice nienawidzili nas tak samo jak przedtem, tyle że było ich znacznie mniej. Dzisiejszego wieczoru czekała nas decydujšca rozgrywka. Jej sens ograniczał się, z grubsza rzecz bioršc, do sprawdzenia, jak nisko moglimy jeszcze upać. Jedynym pocieszeniem było to, że liga Quarteku liczyła tylko osiem drużyn.
        Na dworze potop szalał w najlepsze. Wierzchołki drzew gięły się miotane wiatrem niczym pajacyki, a nieliczni przechodnie, na tyle szaleni, żeby wyjć z domu, sunęli pod wiatr z opuszczonymi głowami. Nie było doprawdy żadnego powodu, bym żałował swej decyzji. Kopnięcie w kalendarz to jedyna rozsšdna rzecz, jakš mogłem uczynić w tym roku. Przy odrobinie szczęcia służby miejskie nie będš nawet musiały targać trumny do najbliższego cmentarza, a moja mierć zakończy się równie udanie, jak całe moje życie. Kompletnš klapš.
        Ujšłem głowę w ręce. Biurko przerodziło się w istne pole bitwy. Po raz stutysięczny, właciwie całkiem odruchowo, wzišłem do ręki lakoniczny licik przysłany mi wczoraj przez sekretarza bardzo tajnego i bardzo hm, hm, hm Stowarzyszenia Zintegrowanych Absolutnie na rzecz Jednoci Bezpodstawnego Absurdu i przejrzałem go pobieżnie. Kolejne orędzie naszego dostojnego założyciela. Był nim Pronon Graymercy, astronom i naturalista, który wsławił się próbš udowodnienia, że Potwór Tamizon to żywa istota. Pomyleć, że w moim pojęciu chodziło o zwyczajnš rzekę. Goć miał jednak pomnik w samym sercu miasta.
        Wstšpiłem do Stowarzyszenia w chwili wielkiej samotnoci i po trosze zaczynałem tego żałować. Stowarzyszeni członkowie właciwie nie spotykali się prawie wcale, za to obdarzali się idiotycznymi pseudonimami (mnie nazywano Tom Kocurek). Twierdzili, że wiat nie ma najmniejszego sensu i żeby wystarczajšco dosadnie poprzeć te twierdzenia, cišgali ze mnie niewiarygodnie wysokš składkę, którš, jak mi się zdawało, zapłaciłem już co najmniej trzykrotnie.
        List drżał w mojej dłoni. Dewiza Stowarzyszenia, wyryta w mej głowie, wpędzała mnie, jak zwykle, w stan bezradnoci.
        
        wiat jest scenš.
        
        Pamiętałem wszelako, że była to też jedna z przyczyn, dla których postanowiłem wstšpić w szeregi. wiat jest tylko scenš, twierdzili odważnie teatromani (tak nazywali samych siebie członkowie klubu), a zatem uczestniczymy w nieustajšcym przedstawieniu. Wszystkie nasze przeżycia sš być może jedynie owocem jakiej nadrzędnej wyobrani, toteż, silš rzeczy, nie musimy się kłopotać o cokolwiek.
        Wstałem. Niekłopotanie się o cokolwiek było sposobem postępowania, który mi w sam raz pasował. Zresztš dzi wieczór będę mógł sprawdzić zakładane z tego tytułu korzyci.
         Jaki kłopot, panie Moon?
        Stałem twarzš do ociekajšcego deszczem okna balkonowego w moim salonie, więc odwróciłem się z umiechem i uniosłem kciuk.
         Wszystko w najlepszym porzšdku, Prudie.
        Do kogo ta mowa, pomylałem. Gdy tylko się odwrócisz w drugš stronę, ja się podpalę. I tym razem, możesz mi wierzyć, nie zawalę sprawy.
        Moja gospodyni ukłoniła się ze wstydliwym umiechem. Gdy się tak pochylała, mogła niemal czołem dotknšć podłogi. Miała zaledwie trzy stopy wzrostu. W sam raz dla karła.
         Prudie  powiedziałem, poprawiajšc podszyte wyłogi jedwabnej kamizelki  jak pani wie, dzisiejszego wieczoru rozgrywamy szczególnie ważny mecz...
         Och tak!  wykrzyknęła popiesznie.  Całe Newdon mówi tylko o tym!
         Doprawdy?
        Jednak w rzeczywistoci było mi absolutnie obojętne, o czym też może mówić całe Newdon.
         A jakie sš nasze notowania?
         Szećset szećdziesišt szeć do jednego  Prudie trafiła precyzyjnie między oczy.
        Szećset szećdziesišt szeć do jednego!
         Do diabła  odparowałem  to chyba lekka przesada. Ci cholerni Rzenicy nie sš znowu bogami wojny!
         Ale Olbrzymy z Chelsey tkwiš na końcu tabeli  zaoponowała moja gospodyni.
         Nie na końcu  wprowadziłem poprawkę  na ósmym miejscu. I dziękuję bardzo za przypomnienie.
        Prudie, ze zmartwieniem malujšcym się na twarzy, stała przez chwilę w drzwiach, patrzšc na mnie ogromnymi, wilgotnymi oczyma. Będzie mi jej brakowało.
         Proszę mi powiedzieć, Prudie...
        Uniosła głowę, a w jej oczach pojawiła się nadzieja.
         Tak, proszę pana?
         Prudie, moja droga Prudie, tak się zastanawiałem, czy przypadkiem, proszę tego le nie zrozumieć, nie chciałaby pani dzisiejszego wieczoru spędzić w gronie rodzinnym?
        Popatrzyła na mnie tak, jakby mi brakowało kawałka twarzy.
         Ja nie mam rodziny, panie Moon.
         Załóżmy. No to może, bo ja wiem, jacy przyjaciele?
        Wzruszyła ramionami.
         Dobrze, już dobrze.  Wróciłem do okna.
        Na zewnštrz padało uparcie bez cienia nadziei na poprawę. Ponura i masywna katedra w Haarlem odcinała się na tle szarego nieba. Wraz z nadejciem zmierzchu gromadzili się tam w głębokiej ciszy wszelkiej maci nekromanci i czarownicy z całego miasta. Dzi jednak panowało podejrzane poruszenie, a stróże prawa, trzymajšc kurczowo cugle swych rumaków, starali się ze wszystkich sił patrzeć w innš stronę.
         Jeli liczyła pani na przyglšdanie się dzisiejszym rozgrywkom, moja droga...
        Między nas wkradło się niezręczne milczenie. Zastanawiałem się, kiedy omieli się pomyszkować w moim barku i zaczšć kłać nogi na sofie.
         No dobrze, ma pani wolny wieczór, Prudie. Proszę mi nie dziękować.
         Ależ ja chciałam...
         Tss, tss  cmoknšłem, kiwajšc karcšco palcem wskazujšcym.  Postanowione. Ma pani wolny wieczór, koniec, kropka. Przecież ma pani prawo do odrobiny rozrywki. Ja za potrzebuję spokoju. Muszę się skupić przed meczem.
         Rozumiem  odparła karlica, gładzšc bawełniany fartuszek.
         Fantastycznie  podsumowałem, krzywišc się niepewnie, podczas gdy na dworze seria wciekłych błyskawic rozwietliła czarne chmury.
         Wrócę jutro.
         Otóż to, Prudie. Miłej zabawy. Proszę ić do pubu.
         Ależ to zabro...
         Żartowałem.  Machnšłem ze znużeniem dłoniš.
        Zrobiła minę, jakby już miała wychodzić i, jak zwykle, odwróciła się jeszcze w progu.
         Życzę szczęcia dzi wieczorem.
         Dziękuję.
        Szczęcie nie ma tu nic do rzeczy, pomylałem, podczas gdy Prudie zamknęła za sobš drzwi i przepełniona smutkiem oddalała się drobnymi kroczkami. Przez to włanie jestemy na szarym końcu.
        Odczekałem kilka chwil, aż echo kroków Prudie ucichło zupełnie. Zasiadłem następnie przy biurku i ponownie wzišłem do ręki pióro, które zdšżyło j...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin