SF Serial.pdf
(
274 KB
)
Pobierz
257601507 UNPDF
NTOLOGIA
SF
S
S
ERIAL
SF
A
A
NTOLOGIA
ERIAL
Spis treści
TIM JONES Biedna Matise.....................................................................................................................................3
FRANK V. PRIORE Kawałek śliwkowego puddingu............................................................................................8
EMILE VERKERK Jacy byliśmy..........................................................................................................................19
BRUCE BOSTON Kosmologiczny epos...............................................................................................................23
A.J. ONIA Serial....................................................................................................................................................28
JOSEPH M. SHEA Haracz....................................................................................................................................36
GEORGE G. SNOWDEN III Kampania...............................................................................................................40
JEFF BARNES Spotkanie.....................................................................................................................................45
TIM JONES
Biedna Matise
- Wynoś się stąd natychmiast, żebraczko! - warknął ktoś ostro z tłumu zalegającego gęsto
rynek w Starhmoor.
Matise upuściła na bruk swoją żebraczą miskę i rozszlochała się gwałtownie. Lecz Izy
płynęły jej nie tyle z powodu cierpkich słów, jakie usłyszała, ale z poczucia bezsilności i
straszliwego głodu, jaki jej dokuczał. Żebrała odkąd mogła tylko sięgnąć pamięcią, będzie tego
przynajmniej osiemnaście lat, więc wyzwiska nie robiły już na niej żadnego wrażenia.
Jej mocno przygarbiona sylwetka, przedwcześnie posiwiałe włosy i niewiarygodnie
cherlawa budowa ciała były widocznym rezultatem ciągłego niedożywienia, a właściwie
wegetowania na granicy skrajnego głodu. Widać to było szczególnie teraz, gdy zrezygnowana stała,
opierając się o mur okalający miasto. Całą siłą woli starała się odsunąć od siebie natrętnie
powracające pytanie: „Ile to już dni minęło, odkąd miała coś po raz ostatni w ustach?”
Liczne zapachy potraw gotowanych na pobliskich straganach nie pozwalały jej skupić
uwagi na niczym innym poza strawą, której łapczywie pragnęła. Mdliło ją. Robiło się jej słabo.
Marzyła tylko o tym, aby zdobyć za wszelką cenę chociaż najlichszy kawałek mięsa. Chociaż
ochłap jaki.
„Nie! Nigdy więcej!” - otrząsnęła się z przerażeniem. Przypomniała sobie bowiem w tym
momencie, jak przestrzegano ją, że bezruch i uporczywe myślenie o jedzeniu to pierwsze oznaki
zbliżającej się śmierci głodowej. Każdy, kto pogrąży się w takim stanie, szybko zaczyna tracić wolę
życia, a potem wkrótce umiera. Poderwała się. Z całych sil próbowała przełamać słabość i stanąć na
nogi. „Gdzieś w Starhmoor - myślała pospiesznie - muszą być przecież jeszcze jakieś odpadki,
które można zdobyć! Tylko gdzie?! Stragany na rynku nie wchodziły w rachubę, o tym wiedziała
doskonale. Takiej jak ona nie wolno było wchodzić do zamożnych dzielnic miasta. Mroczne aleje
złodziei również nie rokowały nadziei na zdobycie nawet najmarniejszych resztek. Zresztą
większości mieszkańców tej lichej dzielnicy nie powodziło się nic lepiej aniżeli samej Matise.
Praktycznie pozostawały już tylko dwa miejsca: domy zmarłych, w których dokonywano
kremacji zwłok mieszkańców Starhmoor, oraz położone wzdłuż północno-zachodniej części muru
obronnego połyskujące blado w oddali mroczne wieże czarowników miasta. Żaden człowiek o
zdrowych zmysłach nie zapuszczał się w ich pobliże, chyba tylko pchnięty szaleństwem, bezdenną
rozpaczą lub... głodem.
Matise nie miała większych problemów z wspięciem się na ogrodzenie, oddzielające
krematoria od reszty miasta. Stary mur chylił się tu gdzieniegdzie, a liczne dziury i wgłębienia
pozwalały oprzeć stopy albo znaleźć dogodny uchwyt dla rąk. Mimo to Matise musiała odsapnąć i
zebrać resztki sil, jakie tliły się jeszcze w jej zmizerowanym ciele.
Odpoczynek trwał krótko. Krócej niż zapewne potrzebowała. Widok długich, niskich
budynków i wydobywających się zeń, jakby obdarzonych życiem płomieni, które tańczyły na
ścianach upiornymi błyskami, stawał się dla niej nie do zniesienia. Paraliżował ją i budził
graniczące z obłędem przerażenie.
Podniosła się. Strach popychał ją do dalszej wędrówki. Ruszyła wzdłuż muru. Szła szybko,
odpychając od siebie natrętnie powracające myśli, przywodzące na pamięć zasłyszane niegdyś
opowieści o duszach ludzkich, miotających się konwulsyjnie w głębi ludzkich ciał trawionych przez
ogień. Nie miała pewności, czy zmarli mogą jeszcze widzieć, jak doprowadzony do ostateczności
intruz wślizguje się do wnętrza, jak w przypływie rozpaczy porywa czyjąś rękę lub nogę, by
zaspokoić nimi do woli dręczący go głód. Dreszcz obrzydzenia wstrząsnął jej ciałem. Całą siłą woli
zmuszała się teraz, by spojrzeć przed siebie, tam gdzie majaczyły w oddali wysokie i pochylone,
niczym ogromne srebrzyste kości wyrastające wprost z ziemi, wieże czarnoksiężników. Przez
chwilę zastanawiała się głęboko, czy nie zawrócić, lecz śmiertelna pustka jej wygłodniałego
żołądka popychała ją naprzód.
Teraz poruszała się niczym przyczajone do skoku zwierzę. W głowie kotłowały się myśli. Z
pamięci wyłaniały ohydne widma demonów i okropności czyhających tu na niebacznych śmiałków.
Znała je z opowieści strażników wieź. Zwalniała teraz z każdym krokiem, słabła, ale nie przerywała
wędrówki nawet wówczas, gdy mur rozdzieli! się nagle w dwu przeciwnych kierunkach na kształt
litery „V”.
Od najbliższej z wież nie dzieliło jej więcej niż pięćdziesiąt stóp. Spojrzała w dół. Pod nią
rozciągał się jasno oświetlony, pozbawiony roślinności dziedziniec. Wokół wieży przesuwały się
jaskrawe pierścienie świetlne. Sięgały wysokości siedmiu stóp i tworzyły coś na kształt zapory
ochronnej. Jedne grube i ciężkie, o barwie zakrzepłej krwi, inne tak przeźroczyste i delikatne, że z
trudem można je było zauważyć.
Matise wzięła głęboki oddech. Usiadła okrakiem na murze, po czym zwiesiła nogi i zsunęła
się na rozległy dziedziniec. Powoli ruszyła w kierunku jednej z nich. Świetlne pierścienie służyły
jako skuteczna zapora przed agresją rywali, jednak gdy zbliżyła się do nich i lękliwie wyciągnęła
rękę, rozpłynęły się jak mgła, nie wyrządzając jej żadnej krzywdy. Odetchnęła z ulgą. Dygocąc ze
strachu, skierowała się w stronę dębowych wrót. Były odemknięte. Popchnęła je ręką. Rozwarły się
ze zgrzytem. Czarna szczelina ziała przerażającym mrokiem. W obawie, że z ponurego wnętrza
może w każdej chwili coś na nią wyskoczyć, odczekała dłuższą chwilę, a potem błyskawicznie
wślizgnęła się do środka. W tym momencie opadło ją jakieś niejasne przeczucie, że jest
obserwowana.
Wewnątrz komnaty panowała martwa cisza. Wszystko wydawało się zastygłe w bezruchu.
Nawet najmniejszy szmer odbijał się w tej pustce zatrważającym echem.
Stawiała ostrożnie kroki. Za każdym razem badała uważnie grunt pod nogami, zanim
ostatecznie zdecydowała się postawić stopę. Otacza! ją zewsząd chłodny, lepki mrok. Jedynie w
odległym kącie majaczyło niewyraźne światełko. Prawie bezwiednie ruszyła w jego kierunku.
Upłynęło jednak sporo czasu, zanim zorientowała się, że przesączało się ono przez szpary wokół
klapy umieszczonej w suficie. Dopiero gdy znalazła się dokładnie pod nią, odkryła schody
prowadzące w górę. Omal się o nie nie potknęła. Dalej postanowiła posuwać się na czworakach,
macając grunt rękoma. Co chwila przystawała, nasłuchując uważnie, jak się jej zdawało,
podejrzanych dźwięków, zanim nie upewniła się, że jest to echo jej własnych kroków.
Była na szczycie. Nie mogła posuwać się dalej. Zmacała ostrożnie uchwyt i popchnęła klapę
ramieniem, unosząc ją tylko o tyle, o ile było to konieczne, by zerknąć do pomieszczenia
znajdującego się powyżej. Choć i w tamtym pomieszczeniu panował półmrok, było tam o tyle
widniej, że poczuła nagle ostry ból kurczących się szybko źrenic. Odczekała, aż wzrok
przyzwyczaił się do zmiany oświetlenia. Na pierwszy rzut oka komnata wydawała się zupełnie
pusta. Przetoczyła się przez właz i zamknęła cicho klapę. Rozejrzała się ponownie i ostrożnie
ruszyła w stronę majaczących w odległym kącie schodów. Nie uszła jednak więcej, niż wynosiła
długość jej ciała, gdy spostrzegła, że jeden z cieni jakby oderwał się od podłogi. Skuliła się z
przerażenia. Nie tyle widziała, co czuła obecność jakiejś bezkształtnej mary, która krążyła wokół
niej niewidzialna. Odwróciła głowę. Całą komnatę zdawał się wypełniać ów niedostrzegalny cień.
Odruchowo wbiła swoje chude palce w podłogę. Po czym z krzykiem rzuciła się do włazu. Złapała
konopny uchwyt klapy, żeby czym prędzej zatrzasnąć ją za sobą, gdy nagle uchwyt znikł bez śladu.
- Kto cię przysłał tu, do Pordyff, na przeszpiegi? Odpowiedz mi!
Uniosła głowę, zaskoczona nagłym obrotem rzeczy. Zobaczyła mężczyznę przyodzianego w
powłóczystą pelerynę pokrytą brązowopiaskowym pyłem. W jego oczach czaiło się szaleństwo.
Trzęsła się z przerażenia. Nie mogła wydobyć z siebie głosu. Wtuliła głowę w chude ramiona i
dygocąc cała, usiłowała odczołgać się odeń, byle dalej.
- Wyczułem twoją obecność, zanim zdołałaś przekroczyć zewnętrzne ogrodzenie. Ciekaw
byłem jednak, jak daleko posuniesz się w swojej śmiałości. Jestem pewien, że to Zorian cię tu
przysłał. Tak! To wygląda na jego robotę. Tylko jego stać na tak bezprzykładną śmiałość. Ale za tę
zbrodnię postaram mu się sowicie wywdzięczyć. Najpierw jednak ureguluję rachunki z tobą, ty
cuchnąca szmato! Zaprawdę, powiadam ci, godziwą otrzymacie zapłatę! Wierzaj mi.
Matise skurczyła się w sobie jeszcze bardziej, gdy tylko zbliżył się do niej. „Uciec stąd!
Uciec!” - to była jedyna myśl, jaka zaprzątała jej uwagę. Ale doskonale wiedziała, iż jest już na nią
stanowczo za późno. Nie próbowała nawet podnieść wzroku, by na niego spojrzeć. Sponiewierana
Plik z chomika:
Ariz1967
Inne pliki z tego folderu:
Antologia - Dawka Milosci.pdf
(790 KB)
Antologia fantastyki rosyjskiej t.02 - Zombi Lenina.pdf
(1193 KB)
Antologia - Epidemie i zarazy.pdf
(1730 KB)
Antologia - Niebezpieczne wizje.pdf
(1899 KB)
Czarna msza - Almanach rosyjskiej fantastyki 2.pdf
(1160 KB)
Inne foldery tego chomika:
Ameryka (Majowie. Inkowie.Aztekowie)
Antoni Słonimski
Behounek Frantisek
BKD - BITWY KAMPANIE DOWÓDCY
Boumił Hrabal - POCIĄGI POD SPECJALNYM NADZOREM
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin