Lafferty R.A. - Matka Euremy.doc

(87 KB) Pobierz

 

R. A. Lafferty

MATKA EUREMY

 

Był chyba ostatnim...

Kim? Ostatnim z wielkich indywidualistów? Ostatnim z prawdziwie twórczych geniuszy stulecia? Ostatnim z autentycznych prekursorów? Nie. Nie. Był ostatnim idiotą.

Kiedy przyszedł na świat, wszędzie rodziły się mądrzejsze dzieci i tak już miało pozostać. A on był chyba ostatnim kretynem, który przyszedł na świat.

Nawet jego matka musiała przyznać, że Albert jest matołkiem. Jak bowiem inaczej nazwać chłopca, który nie mówił aż do czwartego roku życia, nie nauczył się posługiwać łyżką do szóstego, a z gałką u drzwi nie potrafił sobie poradzić do ósmego? Co innego można powiedzieć o kimś, kto zakłada buty na niewłaściwe nogi i cierpi, chodząc? I komu trzeba mówić o zamknięciu buzi po ziewaniu?

Niektóre sprawy zawsze będą dla niego za trudne - na przykład to, czy godziny wskazuje duża, czy mała wskazówka. Ale to akurat nieważne. Jego nigdy nie obchodziło, która jest godzina.

Potem, w połowie dziewiątego roku życia, Albert przeżył przełom - zaczął odróżniać prawą rękę od lewej, a dokonał tego dzięki najbardziej idiotycznym mnemotechnicznym wierszykom, jakie kiedykolwiek wymyślono. Chodziło o jakiegoś psa, który się obraca, zanim się położy, o kierunek wodnych wirów i huraganów, o stronę, od której doi się krowy i wsiada na konie, o kierunek wirowania liści dębu i jaworu, o labiryntowe wzory mchu na kamieniu i drzewie, o łupliwość wapienia, kierunek, w którym kołuje jastrząb, poluje dzierzba i wije się wąż (pamiętając, że wyjątek stanowi legwan obrożny, a to przecież nie wąż), położenie liści cedru i niecierpka, zakręty nor skunksów i borsuków (pamiętając wyraziście, że skunksy czasami wykorzystują stare borsucze nory). No więc Albert w końcu nauczył się odróżniać prawe od lewego, tyle że spostrzegawczy chłopiec nauczyłby się tego bez wszystkich tych bzdur.

Albert nigdy nie nauczył się pisać wyraźnie. Żeby się jakoś wykpić w szkole, oszukiwał. Po prostu z rowerowego szybkościomierza, miniaturowego silniczka, dziwnych maleńkich kamer i baterii ukradzionych z aparatu słuchowego ojca zbudował maszynę, która za niego pisała. Była maleńka jak robaczek i można ją było nakładać na pióro lub ołówek, więc Albert bez trudu zakrywał ją palcami. Przepięknie kaligrafowała litery, bo ustawił kamery na kopiowanie modelu z podręcznika. Poszczególne litery wystukiwał na klawiszach cienkich jak kocie wąsy. Oczywiście, to dość chytre, ale co innego można zrobić, kiedy jest się zbyt wielkim idiotą, żeby się nauczyć przyzwoicie pisać?

Albert w ogóle nie umiał też liczyć. Musiał liczyć na inną maszynę, która liczyła za niego. Było to coś wielkości dłoni, co umiało dodawać, odejmować, dzielić i mnożyć. W następnym roku, kiedy poszedł do dziewiątej klasy, zaczęli go uczyć algebry, musiał więc dodać przełącznik, który nasadził na koniec tego swojego gadżetu, żeby obliczać równania kwadratowe i równoważne. Gdyby nie te oszustwa, Albert w ogóle nie dostałby w szkole żadnych ocen.

 

Kiedy skończył piętnaście lat, napotkał jeszcze jedną trudność. Ludzie, to mało powiedziane. To wymaga mocniejszego słowa niż „trudność”. „Strach”. Albert bał się dziewczyn.

Co robić?

- Zbuduję sobie maszynę, która się nie boi dziewczyn - powiedział Albert.

I od razu zabrał się do roboty. Prawie skończył, kiedy coś mu przyszło do głowy: „Przecież żadna maszyna nie boi się dziewczyn. W czym mi więc pomoże?”. Logika była bezradna, analogie zawiodły. Zrobił więc tak, jak zawsze. Uciekł się do oszustwa. Ze starej pianoli stojącej na strychu wyjął rolki, znalazł też skrzynię biegów na chodzie, zamiast taśmy perforowanej wykorzystał magnetyczne arkusze, wprowadził do matrycy podręcznik logiki i już miał maszynę logiczną, która potrafiła odpowiadać na pytania.

- Co mi jest, że się boję dziewczyn? - zapytał Albert swoją maszynę logiczną.

- Nic ci nie jest - odpowiedziała. - To logiczne, że się boisz. Mnie też się wydają dość straszne.

- Ale co mogę z tym zrobić?

- Poczekaj na odpowiednią porę i okoliczności. Trochę to potrwa, rzecz jasna. Chyba że chcesz oszukiwać...

- Tak, tak, co wtedy?

- Zbuduj maszynę, która będzie wyglądała jak ty, Albercie, i będzie mówiła jak ty. Ale musi być mądrzejsza od ciebie i nie może się wstydzić. I jeszcze jedno, Albercie, włóż do niej pewną szczególną rzecz, na wypadek, gdyby sytuacja się skomplikowała. Wyjawię ci to szeptem. To niebezpieczne.

I tak Albert zrobił Małego Danny’ego, manekin, który wyglądał jak on i mówił jak on, ale był mądrzejszy i nie wstydził się. Włożył do niego wszystkie dowcipy z „Maratonu uśmiechu” i „Śmiechu warte” i byli gotowi.

Albert i Mały Danny wpadli do Alice.

- Ależ on cudowny - powiedziała Alice. - Dlaczego ty nie możesz być taki, Albercie? Aleś ty cudowny, Mały Danny. Dlaczego musisz być taki głupi, Albercie, skoro Mały Danny jest taki cudowny?

- Aaa... eee... nie wiem - powiedział Albert. - E... e... e...

- Jakby ryba miała czkawkę - odezwał się Mały Danny.

- Rzeczywiście, Albercie, rzeczywiście! - zawołała Alice. - Dlaczego nie mówisz takich mądrych rzeczy jak Mały Danny? Dlaczego jesteś taki głupi?

Nie za dobrze to wyszło, ale Albert nie rezygnował. Zaprogramował Danny’ego na grę na ukulele i śpiew. Żałował, że nie potrafi zaprogramować siebie. Alice uwielbiała Małego Danny’ego bez reszty, a na Alberta nie zwracała uwagi. I pewnego dnia Albert miał dość.

- Po... po... po co nam ta kukła? - spytał. - Zrobiłem go, żeby cię rozś... rozmie... żebyś się śmiała. Wyjdźmy, zostawmy go.

- Wyjść z tobą, Albercie? - spytała Alice. - Przecież jesteś głupi! Posłuchaj więc: „Wyjdźmy razem i zostawmy Alberta, Mały Danny. Weselej nam będzie bez niego”.

- Komu on potrzebny? - dodał Mały Danny. - Spadaj, bracie.

I Albert odszedł. Cieszył się, że posłuchał rady logicznej maszyny i wbudował w małego Danny’ego tę szczególną rzecz. Zrobił pięćdziesiąt kroków. Sto.

- Wystarczy - powiedział i wcisnął guzik w kieszeni.

Nikt z wyjątkiem Alberta i jego logicznej maszyny nie dowiedział się nigdy, co to był za wybuch. Wkrótce potem malutkie kółeczka z Małego Danny’ego i strzępki Alice spadły z nieba, ale nie wystarczyło ich, żeby dokonać identyfikacji.

Albert nauczył się jednego od swojej logicznej maszyny - nigdy nie konstruuj czegoś, czego nie umiesz zdekonstruować.

No i w końcu Albert wyrósł na mężczyznę - w każdym razie pod względem wieku, chociaż zawsze miał w sobie coś z bardzo niezdarnego nastolatka. A przecież stoczył własną wojnę z prawdziwymi nastolatkami i pokonał ich. Na zawsze jednak miała pozostać między nimi wrogość. Albert nigdy nie był typowym nastolatkiem i nie znosił o tym wspominać. I nikt by go też nigdy nie wziął za typowego mężczyznę.

Albert był zbyt niezdarny, żeby zarabiać na życie uczciwym handlem, skończyło się więc na wciskaniu sztuczek i wynalazków nieuczciwym prawnikom i przedsiębiorcom. Ale prawdą jest, że zyskał sobie pewną sławę i prawdą jest także, że zaczął sypiać na pieniądzach.

Był zbyt głupi, żeby zarządzać własnymi finansami, ale zbudował maszynę ubezpieczeniową, która przeprowadzała za niego wszelkie operacje i przypadkowo stał się bogaty. Za dobrze mu wyszła ta przeklęta maszyna i żałował tego.

Tak więc Albert dołączył do tajnego stowarzyszenia ludzi, którzy sprowadzili na nas wszystkie nieszczęścia w historii. Był w nim Kartagińczyk, który nie potrafił się nauczyć bogatego wyboru hieroglifów i opracował okaleczony, krótki alfabet dla półgłówków. Był też bezimienny Arab, który umiał liczyć tylko do dziesięciu i opracował system dziesiętny, akurat dla dzieci i idiotów. Był też latający Holender ze swoimi ruchomymi czcionkami, który skazał szlachetne przepisywanie na wygnanie. Do tego żałosnego towarzystwa należał i Albert.

Sam Albert do niczego się nie nadawał, ale miał ten prymitywny dryg do konstruowania maszyn dobrych we wszystkim.

Jego maszyny coś tam osiągnęły. Pamiętacie, że niegdyś w miastach był smog. Przecież to nic trudnego oczyścić powietrze. Potrzebny był tylko odkurzacz. I Albert zrobił odkurzającą maszynę. Co rano włączał ją. Oczyszczała powietrze w promieniu trzystu jardów i co dwadzieścia cztery godziny gromadziła ponad tonę osadów. Osady te były bogate w wielkie, wielosylabowe molekuły, które wykorzystywała jedna z jego chemicznych maszyn.

- Dlaczego nie oczyścisz całego powietrza? - spytali go ludzie.

- Tylko tyle codziennie potrzebuje Clarence Dezoksyrybonukleikonibus - odpowiedział Albert. Tak nazywała się ta jego chemiczna maszyna.

- Ale ten smog nas zabije - powiedzieli ludzie. - Zlituj się nad nami.

- No to dobra - odpowiedział Albert i przekazał sprawę jednej ze swoich powielających maszyn, żeby zrobiła tyle kopii, ile trzeba.

 

Pamiętacie, że kiedyś istniał problem z nastolatkami? Pamiętacie, jak wredne potrafiły być te małe padalce? Mieli w sobie jakąś niezdarność, która za bardzo przypominała mu jego samego. Zrobił więc własnego nastolatka. Był prymitywny. Pozornie wyglądał jak jeden z nich - kolczyk w lewym uchu, dyndające kłaki, mosiężny kastet i długi nóż, sprzęt na wysoki połysk, że aż po oczach bije. Ale był bez porównania bardziej agresywny niż prawdziwi nastolatkowie. Sterroryzował wszystkich w okolicy i zmusił, żeby się przyzwoicie zachowywali i ubierali jak normalni ludzie. Ta nastoletnia maszyna wyróżniała się czymś jeszcze: była zrobiona z tak spolaryzowanego metalu i szkła, że potrafiły ją dostrzec tylko nastoletnie oczy.

- Dlaczego w twojej okolicy jest inaczej? - pytano Alberta. - Dlaczego w twojej okolicy mieszkają tacy grzeczni, uprzejmi młodzi ludzie, a wszędzie indziej chuligani? Zupełnie jakby ktoś ich wystraszył.

- A, bo myślałem, że tylko ja nie lubię tych normalnych nastolatków - powiedział Albert.

- Och, nie, nie - odpowiedzieli ludzie. - Jeśli tylko możesz z nimi coś zrobić...

Więc Albert przekazał swoją na ogół niewidzialną nastoletnią maszynę maszynie powielającej, żeby zrobiła tyle kopii, ile będzie trzeba, i w każdej dzielnicy umieścił po jednej. Od tego dnia aż do dziś młodzi są grzeczni, uprzejmi i minimalnie wystraszeni. Ale nie ma żadnych dowodów, co ich do tego skłania, może z wyjątkiem jakiegoś oka, incydentalnie dyndającego tu i tam po ciosie niewidzialnego sprzętu na wysoki połysk.

I tak zostały rozwiązane dwa największe problemy schyłku dwudziestego wieku, ale tylko przypadkiem i nikomu się chwała za to nie należy.

 

Lata płynęły, a Albert najsilniej odczuwał swoją niższość w towarzystwie własnych maszyn, zwłaszcza tych mających ludzką postać. Nie miał ich obycia, iskry bożej ani rozumu. Wyglądał przy nich jak kloc i tak też się czuł.

Bo dlaczego nie? Jedna z jego maszyn zasiadała w prezydenckim gabinecie, druga należała do Najwyższej Rady Światowych Obserwatorów, dbającej o powszechny pokój. Kolejna przewodniczyła Bogactwom z Nieograniczoną Odpowiedzialnością, temu prywatno-publiczno-międzynarodowemu tworowi gwarantującemu wszystkim na świecie bogactwo w granicach rozsądku. Jeszcze jedna była w kierownictwie Fundacji Zdrowia i Długowieczności, zapewniającej je wszystkim na świecie. Czy tak wspaniałe maszyny sukcesu mogły nie pogardzać tym marnym wujem, który stworzył?

- Przez dziwny splot okoliczności stałem się bogaty - powiedział do siebie pewnego dnia Albert - i szanowany przez pomyłkę losu, ale ani jeden człowiek, ani maszyna na całym świecie nie jest moim przyjacielem. Ta książka uczy, jak zdobyć przyjaciół, ale mnie to nie wychodzi. Więc zrobię to na swój sposób.

I Albert zabrał się do zdobywania przyjaciela.

Zrobił Biednego Charłesa, maszynę równie głupią, niezdarną i nieporadną jak on sam.

- Teraz będę miał towarzysza - powiedział.

Ale nic z tego nie wyszło. Zero plus zero dalej daje zero. Biedny Charles za bardzo przypominał Alberta, żeby się do czegoś nadawać. Biedny Charles! Nie potrafił myśleć, więc zrobił... (zaraz, moment, jedna chwila dla debila, w tę stronę to nie pójdzie)...zrobił maszy... (co, przeżyjmy to jeszcze raz?)...zrobił maszynę, która za niego myślała i...

Stać, stać! wystarczy. Biedny Charles był jedyną zbudowaną przez Alberta maszyną na tyle głupią, żeby wpaść na coś takiego.

A więc maszyna Biednego Charlesa, jakkolwiek by ją nazwać, zapanowała nad sytuacją i Biednym Charlesem. Kiedy Albert przypadkiem ich zaskoczył, maszyna maszyny - przyrząd, który Biedny Charles skonstruował, żeby się nim wyręczyć w myśleniu - właśnie urągała Charlesowi w bardzo upokarzający sposób.

- Tylko nieistotni i wadliwi robią wynalazki - brzęczała cholerna maszyna. - Grecy w swoim najlepszym okresie nie dokonywali wynalazków. Nie korzystali ani z sił pomocniczych, ani z przyrządów. Wykorzystywali, co zawsze będą robić inteligentni ludzie lub maszyny, niewolników. Nie zniżali się do gadżetów. Ci, którym rzeczy trudne przychodziły z łatwością, nie szukali łatwego wyjścia. To niekompetentni robią wynalazki. Nieudani robią wynalazki. Zdeprawowani robią wynalazki. I niegodziwcy robią wynalazki.

W porywie gniewu Albert zabił ich obu. Ale wiedział, że maszyna jego maszyny powiedziała prawdę.

Albert był bardzo przygnębiony. Ktoś bardziej inteligentny już by miał przeczucie, co tu jest nie tak. A on przeczuwał tylko, że przeczuwanie mu coś nie idzie. Nie widząc innego wyjścia, stworzył maszynę i nazwał ją Przeczuwackiem.

Pod wieloma względami była to najgorsza maszyna, jaką stworzył. Konstruując ją, usiłował wyrazić swój niepokój o przyszłość. Była niezdarna w myśleniu i działaniu - była bublem. Bardziej inteligentne maszyny Alberta stanęły wokół i naśmiewały się, kiedy ją składał.

- Chłopie! Pomieszało ci się! - szydziły. - To prymityw! Żeby pobierać energię z otoczenia! Już dwadzieścia lat temu namówiliśmy cię, żebyś z tego zrezygnował i wszystkim nam zapewnił dostęp do energii elektrycznej.

- E... a jakby tak pewnego dnia wybuchły zamieszki społeczne i wszystkie elektrownie zostały zdobyte... - wyjąkał Albert. - Przeczuwacek będzie działać nawet wtedy, kiedy cały świat zostanie zrównany z ziemią.

- Nawet nie ma połączenia z naszą matrycą informacyjną - kpiły. - Jeszcze gorszy od Biednego Charlesa. Ten kretyn praktycznie zaczyna od zera.

- Może po tym zerze nastąpią całkiem nowe cyfry - odpowiedział Albert.

- Nawet nie umie się zachować! - krzyknęły z oburzeniem obyte maszyny. - Patrzcie! Całą podłogę zapaskudził jakimś prymitywnym smarem.

- Pamiętając moje dzieciństwo, rozumiem go - powiedział Albert.

- Do czego toto się nadaje? - spytały.

- E... do przeczuwania - wymamrotał Albert.

- Powielanie! - krzyknęły. - Tylko w tym się sprawdzasz, a i to od biedy. Proponujemy wybrać twojego następcę na miejsce - wybacz, że się śmiejemy - głowy tego interesu.

- Szefie, mam przeczucie, że trzeba ich powstrzymać - szepnął niedokończony Przeczuwacek.

- Blefują - odszepnął Albert. - Moja pierwsza maszyna logiczna nauczyła mnie, żebym nigdy nie konstruował tego, czego nie umiem zdekonstruować.

Mam na nie haka, a one to wiedzą. Szkoda, że sam nie potrafię wymyślić takich rzeczy.

- Może nadejdą trudne czasy, a wtedy się na coś przydam - powiedział Przeczuwacek.

 

Tylko raz, i to w dość późnym wieku, Albert wykazał się przebłyskiem pewnej uczciwości. Zrobił coś (i był to straszny błąd) własnego. Było to tej nocy w dwutysięcznym roku, kiedy otrzymał Nagrodę Finnerty-Hochmanna, największą nagrodę, jaką może ofiarować świat intelektualistów. Albert był z pewnością dziwnym kandydatem, ale zauważono, że od trzydziestu lat wszystkie, nawet najbardziej przełomowe wynalazki prowadzą do niego lub przyrządów, którymi się otaczał.

Znacie tę nagrodę. Na górze Eurema, syntetyczna grecka bogini wynalazku, z rękami rozłożonymi jak do lotu, poniżej stylizowany mózg w przekroju, z widokiem na zwoje kory mózgowej. A jeszcze niżej herb akademików: srebrny Starożytny Uczony w pozycji stojącej, po lewej czerwony Analizator Andersona, po prawej popielaty Napęd Kosmiczny Mondemana. Doskonała praca Grobena z dziewiątego okresu.

Albert miał przemówienie, które napisała mu maszyna do przemówień, ale z jakiegoś powodu go nie wygłosił. Powiedział coś od siebie i było strasznie. Kiedy go przedstawiono, wstał i zaczął bełkotać nonsensy:

- Eee... tylko chore ostrygi tworzą macicę perłową - powiedział, a wszyscy wytrzeszczyli na niego oczy. Co to za przemówienie? - Co, pomyliłem zwierzęta? - spytał Albert słabo.

- Eurema tak nie wygląda! - zaskrzeczał Albert i nagle wskazał nagrodę. - Nie, nie, to wcale nie ona. Eurema chodzi do tyłu i jest ślepa. A jej matką jest bezmózga maszkara.

Wszyscy patrzyli na niego z bólem.

- Bez zaczynu nic nie wyrośnie - usiłował wyjaśnić Albert - ale drożdże to tylko grzyby i choroba. Wy bądźcie sobie udani, wspaniali i najlepsi! Ale nie możecie żyć bez nieudaczników. Umrzecie i kto wam powie, że jesteście trupami? Kiedy nie będzie już niewydarzonych i upośledzonych, kto będzie dokonywał wynalazków? Co zrobicie, kiedy nie zostanie już żaden z nas, detektywów? Jak wtedy wyrośnie wasz zakalec?

- Czy pan się źle czuje? - spytał cicho mistrz ceremonii. - Może już wystarczy? Ludzie zrozumieją.

- Oczywiście, że się źle czuję. Od zawsze - powiedział Albert. - Co by było, gdybym czuł się dobrze? Waszym ideałem jest, żeby wszyscy byli zdrowi i przystosowani. Nie! Nie! Gdybyśmy wszyscy byli przystosowani, skostnielibyśmy i obumarli. Świat jest zdrowy tylko dzięki niektórym niezdrowym umysłom, które w nim się czają. Pierwszym narzędziem, jakie wynalazł człowiek, nie był drapak, toporek ani kamienny nóż. To były kule. I nie wymyślił ich zdrowy człowiek.

- Powinien pan odpocząć - odezwał się cicho mistrz ceremonii, bo takich krzyczących o pomstę do nieba głupot na rozdaniu nagród jeszcze nie słyszano.

- Wiedzcie - mówił Albert - że to nie dorodne byki i wspaniałe stada wyznaczają nowe drogi. Tylko kalekie cielę potrafi wydeptać nową ścieżkę. We wszystkim, co przetrwa, musi być element dziwactwa. Hej, wiecie, co powiedziała ta kobieta? „Mój mąż jest dziwakiem, ale Waszyngton nigdy nie podobał mi się w lecie”.

Wszyscy gapili się na niego jak zaklęci.

- To mój pierwszy żart w życiu - wyjaśnił słabo Albert. - Moja maszyna do dowcipów żartuje znacznie lepiej ode mnie.

Zamilkł, wytrzeszczył oczy i nabrał wielki haust powietrza.

- Głupki! - wrzasnął zapalczywie. - Co dla nich zrobicie, kiedy ostatni odejdzie? Jak bez nas przetrwacie?

Skończył. Otworzył usta i zapomniał ich zamknąć. Odprowadzili go na miejsce. Jego maszyna do kontaktów z prasą wyjaśniła, że Albert jest przepracowany, a potem zaczęła rozdawać kopie przemówienia, które miał wygłosić.

Nazwano to niefortunnym epizodem. Jakie to irytujące, że innowatorzy nigdy nie są wielkimi ludźmi i że wielcy ludzie nigdy nie nadają się do niczego z wyjątkiem bycia wielkimi ludźmi.

 

W owym roku wyszło rozporządzenie cezara, żeby przeprowadzić spis ludności w całym kraju. Dekret wydał Cesare Panebianco, prezydent kraju. Data była okrągła, w sam raz na spisy ludności i dekret nie był niczym szczególnym. Jednak przedsięwzięto pewne środki, by uwzględnić również wykolejeńców i zgrzybiałych starców, których zwykle pomijano, by ich zbadać i sprawdzić, dlaczego są, jacy są. I oczywiście padło na Alberta. Nikt tak jak on nie wyglądał na starego grzyba i wykolejeńca.

Zagnano go razem z innymi starymi piernikami, posadzono przy stole i zaczęto torturować pytaniami. Na przykład:

- Jak masz na imię?

Omal się nie poddał, ale zebrał siły i odpowiedział:

- Albert.

- Którą godzinę pokazuje ten zegarek?

Trafili w jego słaby punkt. Która wskazówka jest która? Rozdziawił usta i nie odpowiedział.

- Potrafisz czytać? - spytali.

- Nie bez... - zaczął Albert. - Nie mam przy sobie mojego... Nie, nie. Sam z siebie nie potrafię za dobrze czytać.

- Spróbuj.

Dali mu test, w którym miał zaznaczyć tylko dobre odpowiedzi. Zaznaczył wszystkie, sądząc, że połowę trafi. Ale wszystkie były fałszywe. Poukładani ludzie mają skłonność do podstępów. Potem dali mu test, w którym miał uzupełniać przysłowia.

„... to zły doradca” nic dla niego nie znaczyło. Nie pamiętał nawet nazwiska własnego doradcy finansowego.

„... ni w dziewięć” zawierało więcej pojęć matematycznych, niż potrafił znieść.

- Wydaje mi się, że są tu cztery niewiadome - powiedział do siebie - i tylko jedna wartość znana: dziewięć. Słowo „w” nie ma znaczenia. Nie potrafię rozwiązać tego równania. Nawet nie wiem, czy to równanie. Gdybym tylko miał przy sobie...

Ale nie miał przy sobie żadnego swojego gadżetu ani maszyny. Był zdany na własne siły. Opuścił pół tuzina innych zdań. Nagle dostrzegł szansę. Nie ma takiego idioty, żeby nie zdołał odpowiedzieć, jeśli tylko pytań jest odpowiednio dużo.

„... jest matką wynalazków”, przeczytał.

„Głupota”, napisał dziwnymi, pokracznymi bazgrołami. Potem wyprostował się tryumfalnie.

- Znam tę Euremę razem z jej matką - roześmiał się. - Rety, jak ja dobrze je znam!

Ale za to też mu walnęli minus. Oblał wszystkie odpowiedzi we wszystkich testach. Zaczęli więc szykować mu bilet do zakładu specjalnej troski, gdzie mógł się nauczyć pracy fizycznej, skoro umysłowa mu nie szła. Ale parę bywałych w świecie maszyn Alberta zjawiło się i wyciągnęło go. Wyjaśniły, że choć jest włóczęgą i starym grzybem, to jednak bogatym włóczęgą i bogatym starym grzybem, i że nawet jest dość znany.

- Nie wygląda, ale naprawdę jest - wybaczcie, że się śmiejemy - człowiekiem o pewnym znaczeniu - wyjaśniła jedna ze wspaniałych maszyn. - Trzeba mu przypominać, żeby zamykał usta po ziewnięciu, ale mimo wszystko jest laureatem Nagrody Finnerty-Hochmanna. Weźmiemy za niego odpowiedzialność.

 

***

 

Albert był załamany, kiedy wspaniałe maszyny go zabrały, zwłaszcza że poprosiły, by trzymał się trzy do czterech kroków za nimi i nie wyglądał, jakby im towarzyszył. Obsztorcowały go jak trzeba i rozgniotły na marmoladę. Albert zostawił je i poszedł do swojej małej kryjówki.

- Rozwalę sobie ten zapóźniony łeb - przysiągł. - Nie potrafię znieść upokorzenia. Ale sam sobie nie poradzę. Będę musiał to komuś zlecić.

Zabrał się więc w kryjówce do budowania maszyny.

- Co robisz, szefie? - spytał go Przeczuwacek. - Miałem przeczucie, że tu przyjdziesz i zaczniesz coś budować.

- Buduję maszynę, która roztrzaska mi tę zakutą pałę! - wrzasnął Albert. - Mam za wielkiego pietra, żeby to zrobić własnoręcznie.

- Szefie, mam przeczucie, że można zrobić coś innego. Rozerwijmy się.

- Chyba nie umiem - powiedział Albert w zamyśleniu. - Raz zbudowałem rozrywkową maszynę, żeby to robiła za mnie. Bawiła się bosko, aż się całkiem rozerwała, ale ja nic z tego nie miałem.

- Ta rozrywka będzie dla mnie i ciebie, szefie. Wyobraź sobie caluteńki świat. Co to jest?

- Świat zbyt piękny, żebym mógł w nim dalej żyć - powiedział Albert. - Wszystko i wszyscy są doskonali i jednakowi. Są na szczycie piramidy. Wygrali wszystko i ładnie to sobie poukładali. Na świecie nie ma miejsca dla takich odmieńców jak ja. Więc wysiadam.

- Szefie, mam przeczucie, że źle na to patrzysz. A przecież wzrok masz dobry. Spójrz jeszcze raz, ale uważnie. Co widzisz teraz?

- Przeczuwacku, Przeczuwacku, czy to możliwe? Czy tak naprawdę jest? Ciekawe, dlaczego nigdy przedtem tego nie zauważyłem. Ale rzeczywiście, jeśli się dobrze przyjrzeć, to faktycznie tak właśnie jest. Sześć miliardów jeleni, które tylko czekają, żeby je ustrzelić! Sześć miliardów jeleni bez żadnych środków obrony! Chłopaki, co chcą się zabawić, mogą - o kurczę - kosić je jak ulepszone przez Alberta zboże!

- Szefie, mam przeczucie, że po to właśnie zostałem stworzony. Na tym świecie zrobiło się za ciasno. Zabierzmy się do roboty, skośmy górną warstwę. O rany, ale będą żniwa.

- Ogłosimy nową erę! - napawał się Albert. - Nazwiemy ją Przemianą Robaka. Zabawimy się, Przeczuwacku. Schrupiemy je jak orzeszki. Jak to możliwe, że nigdy dotąd na to tak nie patrzyłem? Sześć miliardów jeleni!

 

Dwudziesty pierwszy wiek rozpoczął się dość dziwnym akcentem.

 

Przełożyła Maciejka Mazan

 

 

...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin