Rozdział ICiął z pół obrotu, prowadząc cięcie od obojczyka, przez pierś, aż do miednicy. Prześlizgnął się pod świszczącym w powietrzu żelazem, ze zwinnością i gracją kota, miękko podnosząc się na nogi. Pchnął scimitar w plecy człowieka. Pchnął po samą rękojeść, oręż przebił się przez ciało ofiary, wychodząc z drugiej strony, z piersi. Chlusnęła krew.Chłopiec poprawił białe włosy, spływające w nieładzie na plecy. Złote oczy błysnęły żywo. Wyglądał jak elf. Jego ruchy, postawa, budowa i wygląd wskazywały na to bezsprzecznie.Blada dłoń odgarnęła śnieżnobiałe, ubroczone karminem włosy za ucho. Ucho pozbawione jakiejkolwiek szpiczastości. Ucho ludzkie.Chudy i niski chłopiec, o włosach białych niczym śnieg, uczesanych w warkocz, leżący na plecach, i złotych oczach nie mógł jeszcze wiedzieć, w jaką kabałę się wplątał. Nie mógł wiedzieć, że jego imie jest na ustach wielu ludzi, o których istnieniu on sam nie ma pojęcia. Nie mógł tego przewidzieć. Chciał tylko oszukać przeznaczenie.*Patrzył z obrzydzeniem na dziewczynę, stojącą przed nim. Była wyższa od niego niemalże o głowę, włosy, spięte spinką z tyłu, upstrzone granatową aksamitną kokardką były w kolorze piasku, beżowego piasku. Była szczupła. I miała piersi. Duże piersi.Po plecach popielatowłosego chłopca przebiegł dreszcz obrzydzenia.Dwoje dostojnych, dorosłych ludzi położyło dłonie na ramionach dziewczyny.- "Kobiety" - poprawił się w myślach.Podobno miała lat siedemnaście, o trzy więcej, niż on sam. Ale takich piersi, i takiego wyrazu twarzy nie mogła mieć siedemnastolatka.W sumie rzadko widywał siedemnastolatki, ale tak było w jego odczuciu.Jasne błękitne oczy świdrowały go, kpiący uśmieszek nie schodził z błyszczących, umalowanych jasno-różową szminką, albo czymkolwiek podobnym, ust. Niby skromna, aksamitna sukienka, w całkowicie granatowym odcieniu, sięgała kolan, odsłaniając łydki ubrane w gładkie białe pończochy. Niżej błyszczały dumnie czarne lakierki.W połączeniu z tak dużym biustem, i takim wyrazem twarzy dziewczyna wyglądała groteskowo.- Kathrine Marinna de Leaux - dziewczyna dygnęła, lekceważąco, schylając głowę, a mimo to nie sięgając nawet do popielatych kosmyków chłopca. Białe ząbki błysnęły w kpiącym uśmiechu.Ten był w trakcie analizy beznadziejności jej nazwiska, i tego jak jej niecierpi. I co właściwie tutaj robi.- To jest, synu... - Zza pleców dziewczyny wystąpił jego ojciec, człowiek wysoki, z powagą wymalowaną na twarzy. Teraz uśmiechał się. A zdarzało mu się to rzadko. W gruncie rzeczy, był to pół-uśmiech - Twoja narzeczona.Eris w tym momencie poczuł, jakby ktoś wsypał mu do żołądka kubełek lodu, następnie odruch wymiotny, i niemalże spazm obrzydzenia. Czuł że na jego blade policzki wstępuje jakiś kolor. Nie był tylko pewny, czy niebieski, czy zielony.Zgromadzeni dorośli, i oczywiście jego narzeczona, doskonale widzieli że był to kolor fioletowy. Nie obchodziło ich, że chłopiec odwrócił się na pięcie, i wybiegł, jakby goniło go stado wilków. Uśmiechali się fałszywie.Wszystko jedno, co smarkacz zrobi. To dla dobra państwa.Kathrine już rozmyślała nad imionami dzieci, które w planach miał spłodzić jej chłopiec o popielatych włosach i bursztynowych oczach.A Eris, dławiąc się łzami, i powstrzymując ostatni posiłek chcący powrócić z jego żołądka na świat, rozmyślał nad dwoma rzeczami - że wolałby spotkać stado wygłodzonych wilków, niż wychodzić za tę dziewczynę, za JAKĄKOLWIEK dziewczynę.I którędy najlepiej zwiać*- Stray... - Coś połaskotało jego policzek. Uchylił leniwie powiekę.- Co?Szarpnął głową, uciekając od ciepłej dłoni siedzącego koło niego chłopca. Był on wyższy od białowłosego o pół głowy. Całą delikatną twarz usypaną miał jasno-brązowymi piegami. Duże, brązowe oczy błyszczały wesoło, a na ramiona opadały kosmyki ogniście rudych włosów. Chłopiec odgarnął włosy za ucho. Szpiczaste ucho.- Masz brudne włosy. A tak po za tym, sprzątnąłem ten bajzel, więc możemy iść dalej.- Jestem zmęczony.Falik popatrzył na niego. W jego oczach błysnęło coś, co przypominało zmartwienie. Stray nie dostrzegł tego jednak, za późno odwrócił wzrok, napotkał tylko szeroko uśmiechniętą twarz elfa.- No to odpoczniemy.Zaległa cisza. Rudowłosy nie wytrzymał długo.- Nad czym tak dumasz?- Nad niczym.*Wypuścił z dłoni włosy, które skończył układać w warkocz. Związał je czarnym rzemykiem i ściągnął mocno, żeby się nie zsunął. Popielaty warkocz przytulił się do pleców, przykrytych czarnym, materiałowym płaszczem, sięgającym do bioder. Nogi opinały czarne spodnie, na stopy wciągnął wysokie do połowy łydki lekkie budy z klamerkami. Buty był elfiej roboty, toteż poruszał się w nich niemal bezszelestnie. Zarzucił tobołek na plecy, obok skórzanej, czarnej pochwy, ozdobionej mnóstwem ćwieków, w której tkwił krótki, poręczny miecz. Średniej długości rękojeść wysadzana była trzema rubinami, umieszczonymi w poziomie. Ponadto była wyołożona chropowatą, brązową skórą, żeby oręż był łatwiejszy do utrzymania nawet w spoconych dłoniach.Chłopiec westchnął cicho. Przytroczył woreczek z miękkiego futerka i skórzaną sakiewkę do pasa. Za pas zatknął sztylet, o pofalowanym ostrzu, wykonanym z dziwnego metalu o błękitnym połysku. Rękojeść rzeźbiona była w roślinne motywy. Na ostrej krawędzi widoczne były szlaczki, utworzone przez runy.Zaklęcia. Podręczne. Jakby zapomniał...Szczupłe palce dotknęły woreczka. Chłopiec usłyszał miły szelest ziół. Jego wargi zacisnęły się w poziomą kreskę.Godzinę wcześniej, do jego pokoju przyszła jego narzeczona. Twierdziła, że musi go "przygotować" do małżeństwa, po czym bez słowa zaczęła zrzucać ubrania. Stanęła przed nim zupełnie naga, chwaląc się swoimi wdziękami.Żołądek Erisa wygrał spór, który chłopiec toczył z nim od południa. Zgiął się w pół, i unicestwił piękny dywan leżący na podłodze. Kathrine zniesmaczyła się, komentując jedzenie serwowane w tymże domu. Popielatowłosy wykorzystując jej lament, z trudem podniósł się i dał nogę.Uciec, uciec jak najdalej.Rodzice ustalili mu mariaż, korzystny dla państwa, dla korony, tronu. Miał tylko czternaście lat! To nie było normalne. I nie chciał dłużej uczestniczyć w tej zabawie.Poprawił zapinkę płaszcza. Odwrócił się jeszcze raz, spoglądając na pokój. Westchnął bezgłośnie. Otworzył okno. Okiennice skrzypnęły cicho. Chłopiec wspiął się na parapet, po czym zeskoczył w ciemność.*Ogień trzaskał wesoło. Pachniało sosną, i żywicą. Ciszę nocy zakłócały tylko śpiewy pasikoników, kryjących się w ciemnościach. Falik patroszył złowione ryby. Flaki, płetwy i łuski zgarniał do wykopanego obok siebie dołka. Później zasypie.Stray wpatrywał się w ogień, blask płomienia odbijał się w jego oczach. Był zamyślony. Elf nie miał tego za złe swojemu kompanowi. Zresztą, lubił się nim zajmować. Oczywiście, przyznawał się do tego wyłącznie przed sobą samym. Drewno trzeszczało miło.Białowłosy wstał, powiedział bardzo cicho, i jakby nieobecnie:- Pójdę po chrust.Falik zdążył jedynie kiwnąć głową, kiedy chłopiec odwrócił się i zniknął w krzakach. Sowa oznajmiła swą obecność cichym hukaniem.*Z gardła chłopca wydobyło się cichutkie westchnienie. Mężczyzna pochylił się nad nim i delikatnie pocałował szyję. Rozpięty płaszcz zsunął się z chudych ramion. Człowiek wsunął swoją dużą dłoń pod beżową, przylegającą do ciała koszulkę, i podciągnął ją wysoko, niemalże do szyi, odsłaniając cały blady brzuch, i klatkę piersiową. Popatrzył z zadowoleniem na zaczerwienione sutki chłopca, i poświęcił im dużo uwagi. Właściel obiektu uwagi mężczyzny stękał, jęczał, wzdychał, wił się, wyginał w łuk, szeptał przyrzeczenia i miłosne wyznania, albo bredził bez sensu. Zarzucał ręce na umięśnione ramiona, to znów je wycofywał, i chował w dłoniach spąsowiałą, rozpaloną twarz. Czuł miękką pościel pod plecami, a raczej za wgniatającym się w nie płaszczem. Między nogami natomiast czuł uciskaną przez spodnie erekcję, jego własną, i pocierające ją kolano, bynajmniej nie jego własne. Mężczyzna zacisnął zęby na drobnym sutku i został za to nagrodzony wyjątkowo nieprzyzwoitym jęknięciem. Uśmiechął się pod nosem.Chłopiec nie mógł dostrzec błysku pożądania w ciemnych oczach.Tego błysku. Bo po za nim, po za tym zwierzęcym pożądaniem, w tych oczach nie było nic.Popielaty warkocz zamiótł poduszkę, kiedy ciemnowłosy człowiek podniósł leżące pod nim drobne ciało, drżące z rozkoszy. Szybkimi ruchami zwinnych dłoni pozbawił je górnego i dolnego odzienia. Rozpiął własną koszulę, i odrzucił ją koło łóżka, na drewnianą podłogę. Butów, spodni i całej reszty pozbył się jeszcze szybciej. Podniósł chłopca o bursztynowych oczach i posadził na swoich kolanach. Przycisnął drobne ciało do siebie. Nad pępkiem czuł gorącą, napiętą erekcję przyszłego kochanka.Bo wiedział, że już jest jego. Już nie było odwrotu.Zmaruczał cicho, kiedy mały odnalazł jego wargi, i wpił się w nie, niezdarnie obdarzając je pocałunkiem, który przeobraził się w następne, coraz bardziej dzikie i namiętne. Mężczyzna przesunął dłonie na szczupłe plecy, rozwiązując czarny rzemyk, utrzymujący określoną fryzujrę. Odrzucił go na podłogę, obok spodni chłopaka. Leniwymi ruchami rozpuścił warkocz. Popielate włosy opadły do połowy pleców.Obydwaj byli spoceni, i dyszeli ciężo. Powietrze było gorące, i napięte. Mały wyglądał, jakby miał zejść na zawał. Poruszał ustami jak wyciągnięta z wody ryba. Mężczyzna wyglądał znacznie spokojniej. Ale w środku był rozpalony do granic możliwości. Chciał przerżnąć smarkacza już, teraz, jak najprędzej.Ale nie po to się tak męczył. Skoro uzyskał zaufanie tego nieufnego gówniarza, to pobawi się trochę.Popielatowłosy chętnie, długo i przyjemnie pieścił ustami palce mężczyzny. Jęknął głośno, najbardziej nieprzyzwoicie jak dotychczas, kiedy palce zagłębiły się w jego wnętrzu. Krzyczał, błagał. A człowiek nie przerywał. Uśmiechał się tylko, i przytulał twarz do drżącego ramienia chłopca, drażniąc delikatną skórę kilkudniowym zarostem.Przygotowywał go długo. Mały zdążył dojść raz, wykrzykując głośno imię mężczyzny, wbijając w jego plecy paznokcie, mocno, drażniąc skórę do czerwoności.Za pierwszym podejściem odwrócił chłopaka na brzuch, podniósł go tak, by klęczał na kolanach. Dobrze go przygotował. Bursztynowe oczy były zamglone, a jęki i stęknięcia były już nieodłączne, kiedy kochali się, delikatnie, powoli, namiętnie. W międzyczasie zmienili pozycję, mężczyzna położył chłopca na plecach, całował zaczerwieniowe policzki, odpowiedział uśmiechem na uśmiech, pocałował w czoło, szeptał uspokajająco, szeptał obietnice, miłosne wyznania i zapewnienia. Podtrzymywał biodra młodego kochanka w górze, kiedy wchodził w niego ponownie.Oddawał się temu człowiekowi, ufał mu, kochał ponad życie. I wierzył w te obietnice, szepty, westchnienia. Słowa. Gesty.Doszedł w nim, pozostawiając w szczupłym ciele coś swojego, jakąś część. Rytuał dobiegł końca. Miłość została wyznana dobitnie, nie było wątpliwości. Chłopiec zerknął między swoje nogi. Nie dostrzegł niczego, co wyglądało by jak krew. Tak, ten człowiek był odpowiedzialny. Kochający. Najważniejszy.Wtulił się w niego, podkurczając nogi i zarzucając ręce na umięśnione barki. Zdążł ostatni raz wyszeptać najpiękniejsze słowa, i ucałować spierzchnięte usta kochanka. Popatrzeć w najukochańsze na świecie, ciemne oczy. Mężczyzna objął go, przykrył kołdrą, poprawił poduszkę pod głową, odgarnął popielate kosmyki.Uśmiechał się pod nosem, jakby osiągnął coś. Nie był to życzliwy uśmiech.A chłopiec oddychał cicho, wtulony ufnie w ciało dające mu bezpieczeństwo.Uchylił powieki. Światło wpadające przez okienko, przebijające się przez białe haftowane firanki boleśnie ukuły bursztynowe oczy. Chłopiec odwrócił się w drugą stronę, a jego usta już ułożyły się w uśmiech, z gardła już wydobywał się głos, szczęśliwy, spełniony, chcący przywitać ciemnowłosego mężczyznę. Zamiast ciepłego ciała, na zmiętej pościeli leżał kawałek pergaminu, zapisany niewyraźnie, pośpiesznie. Chłopak odgarnął popielate włosy, wpadające mu w oczy. Podniósł się, podparł na dłoni. Przeczytał szybko nabazgrane zdanie."Dzięki za tyłek, dziwko."*Było cicho. I ciemno. Księżyc w pełni i gwiazdy odbijały się w gładkiej jak lustro tafli jeziora. Cykady ciągle grały swą pieśń. Ciszę rozrywały ciche jęki.Białowłosy chłopiec siedział pod pniem potężnego dębu, obejmował dłońmi podkurczone kolana. Jego ciałem wstrząsał szloch, jeden za drugim. Po zaczerwienienych policzkach lały się łzy, gorzkie, gorące. Z cichym szelestem skapywały na trawę i odzienie Straya.Nie płakał przy nikim, płakał rzadko, niemalże wcale.Ale teraz nie było nikogo...- Nienawidzę cię... nienawidzę...!Płakał głośno. Jego rozpaczliwe łkanie rozdzierało ciszę nocy. Nie usłyszał kroków stojącej teraz za innym drzewem, w odległości trzydziestu kroków postaci. Nie widział stężałej w gniewie i nienawiści piegowatej twarzy, zmarszczonych ognistoczerwonych brwi. Nie mógł dostrzec ściśniętej w pięść dłoni.- Dlaczego mi to zrobiłeś... jak ja cię nienawidzę...Kolejny potok łez, kolejny szloch. Lodowate, żelazne kleszcze zaciskające się na żebrach, odbierające dech. Ból, rozrywający od środka. Obezwładniający. Odbierający wszystko.Nie usłyszał chrzęstu, jaki rozległ się, kiedy rudowłosy elf uderzył zaciśniętą pięścią w twardą, chropowatą korę. Syknięcia, i tłumionego przekleństwa również. Ani cichych, oddalających się kroków.*Białowłosy wyłonił się w mroku. W dłoniach niósł naręcza chrustu. Blada twarz była spokojna, chłodna, nie wyrażająca żadnych uczuć. Jak zwykle.Falik przyglądał się w skupieniu wszelkim działaniom Stray'a, obserwował jak chłopak odkłada chrust, spogląda na tkwiące w ognisku ryby, nadziane na patyki. Jak powoli siada pod drzewem.Zjedli w milczeniu. Potem zamienili kilka słów o dniu nastepnym, ustalając trasę i godzinę wyruszenia.Rudowłosy ocknął się, nie mógł zasnąć. Przewrócił się na drugi bok. Stray leżał skulony kilka kroków od niego. Szepatł coś przez sen, trząsł się lekko. Falik poczuł to dziwne ukłucie w okolicach serca. Zsunął z ramion kocyk. Na kolanach zbliżył się do chłopca. Patrzył długo w niespokojną uśpioną twarz. Białe brwi co chwila marszczyły się, powieki drgały. Szepty były gorączkowe, niewyraźne. Elf okrył go kocem, leciutko pogłaskał po chłodnym policzku.Bardzo długo siedział obok chłopaka. Zasnął tuż przy jego boku, okrywając się płaszczem dopiero wtedy, kiedy oddech białowłosego ucichł, a jego twarz na powrót stała się spokojna.*Obudzili się niemal równocześnie. Złote, chłodne oczy, nie wyrażające żadnych emocji wpatrywały się w niego. Stray był osobą o wyjątkowo obojętnym i bezuczuciowym stylu bycia. Falik, młody elf który był zupełnym przeciwieństwem takiej postawy, mimo wszystko bardzo lubił chłopca.Znali się niedługo, dwa miesiące zaledwie...Ale poznali się w okolicznościach nietypowych, i białowłosy świetnie zdawał sobie sprawę, jak dużo zawdzięcza Falikowi. Nie wiedział jednak, jak dużo piegowaty zawdzięcza jemu. Nie mówił o tym. Uśmiechał się promiennie, dbał o Straya jak o młodszego brata. Mimo że od niego zawsze wiało chłodem i niechęcią.Falik przysypał małe, prowizoryczne ognisko piachem, zapakował tobołki, przygotował śniadanie. Zbierali się do drogi. Rozejrzał się, odrywając od pochłaniającej pracy, zdając sobie sprawę z tego, że nie ma jego towarzysza.- Stray?Odpowiedziała mu cisza, i nieustający śpiew ptaków. Elf podniósł się z ziemi, na której klęczał kiedy zawiązywał tobołek, i przytraczał do niego mały, zdobiony toporek. Przechodząc przez pozostałości nocnego obozowiska, skierował się w krzaki, zagłębiając się w las. Kierował się szumem wodospadu. Ścieżka była wydeptana przez zwierzęta, ale wśród uschniętych igieł, liści i połamanych patyczków widać było ślady większe... ludzkie.Rudowłosy dotarł tuż nad brzeg strumienia. W ostatniej chwili zatrzymał się w krzakach jak wryty, wytrzeszczając oczy na zjawisko, scenę, odgrywającą się pod wodospadem.Złotooki stał w wodzie do połowy uda, zupełnie nagi, a spływająca ze wzgórza orzeźwiająca, krystaliczna woda rozbijała się o jego blade ramiona, spływała po szczupłym ciele, po pięknie zarysowanych mięśniach ramion, pleców, brzucha, ud... Odchylał głowę do tyłu, a białe, mokre kosmyki opadały lśniącą kaskadą niżej, zasłaniając pośladki. Kąpiel sprawiała chłopcu wyraźną przyjemność, mruczał coś pod nosem, a powieki miał przymknięte.Elf poczuł pyknięcie w nosie, po czym ciepła krew potokiem zaczęła broczyć po jego ustach i brodzie. Szybkim ruchem dłoni usiłował zatamować krwotok dłonią. Pośpiesznym krokiem wycofał się, odwrócił i pognał na złamanie karku w stronę obozowiska. Wypadł na nie po wykonaniu imponującego salta w powietrzu, spowodowanego złośliwym korzeniem wystającym z ziemi. Krew przestała zalewać jego twarz i ubranie. Rozsupłał sznurki i rzemyki swojego tobołka, wyciągnął szmatkę i bukłak napełniony wodą z pobliskiego strumienia. Doprowadzał się do porządku. Ubrania musiał zmienić.Tak, stanowczo odżywiał się nie najlepiej. Miał zbyt kruche naczynka.
Rozdział IIEris wypadł z krzaków jak oparzony, rzucił się biegiem przez kamienny gościniec. Słyszał pogoń. Podkute kopyta dźwięczały na kamiennej powierzchni. Krzyki jeźdźców przecinały powietrze, ptaki milkły. Chłopiec czuł łzy spływające po policzkach, palący ból w lewym ramieniu, ciepłą ciecz przesiąkającą rękaw ubrania. Pozostawiał za sobą szlak drobnych, karminowych kropelek.Potknął się, i z impetem wywrócił na kamienie. Uderzył w nie głową, zanim zdążył upaść tak, jak uczył się na treningach od małego. Wtedy była to nauka, nikt nie robił mu krzywdy. Wtedy nie brakowało mu odwagi i zaciętości, o nie. Ale w sytuacji takiej jak ta, stracił godność i opanowanie. Kwilił jak pisklę, które wypadło z gniazda. Nagle, jakby z nikąd, wypadli jeźdźcy. Oręż zafurkotał w powietrzu. Popielatowłosy skulił się i zakrył głowę rękami, z jego gardła wydobył się żałosny szloch. Oczekiwał, aż najeżona kolcami kula wbije się w jego plecy i rozłupie wszystkie kości.Nie doczekał się jednak.- Nie maż się mały, wstawaj! - Czyjaś silna dłoń chwyciła go za ramię, i podniosła do pionu. Eris podniósł zapłakane oczy, spoglądając na wybawcę. Był to mężczyzna, wysoki, smukły, zbudowany bardzo dobrze. Spod rozdartego materiału ubrania na prawym ramieniu, widniały piękne mięśnie. Ciemnobrązowe włosy miał w nieładzie, niechlujnie opadały na policzki i kark. Oczy w podobnej barwie, co włosy błyszczały wesoło. Męsko zbudowaną twarz zdobił, kilkudniowy, zaniedbany zarost. Po człowieku widać było, że jest włóczęgą, piechurem, huncwotem, i że od wielu dni nie widział grzebienia, balii z ciepłą wodą, i mydła.W prawej dłoni dzierżył ogromny miecz, długi niemalże na cztery łokcie. Oręż wyglądał na ciężki. Szermierz też był wielki, górował nad chłopcem niczym wielkie wzgórze, rzucając na niego cień. Ocenianie wybawcy trwało jednakże zaledwie kilka sekund. Eris w akompaniamencie świstu wysuwanej z pochwy klingi dobył miecza, i rzucił się na konnego, zbliżającego się do nich. Podskoczył, wznosząc się nad gościniec. Odbił się perfidnie od siodła, tuż przed zbójem, wykonując dwa mylące cięcia w powietrzu. Kopniakiem pozbawił opryszka ciężkiego, stalowego korbacza. Wywinął salto w powietrzu i wylądował na zadzie konia, tuż za jeźdźcem. Zaskoczone zwierze stanęło na tylnych kopytach. Siedzący na nim człowiek spadając, nadział się na miecz popielatowłosego chłopca.Bursztynowe oczy błysnęły drapieżnie, kiedy wyszarpnął oręż z dygocącego ciała. Trysnęła krew, zalewając gorącym strumieniem kamienne płyty gościńca. Ku Erisowi skoczył kolejny zbój, przypominający z wyglądu ropuchę. Wyłupiaste oczka niemal wyskoczyły z orbit, kiedy chłopiec kpiącym wręcz ruchem usunął się spod noża napastnika. Ciął krótko, w szyję. Z rozharatanej tętnicy siknęła posoka, ofiara osunęła się na ziemię z głośnym, zgrzytliwym skrzekiem.Resztę zbójów załatwił nieoczekiwany wybawca. Cały gościniec zalany był krwią. Trupy leżały bezwładnie, a konie parskały cicho.- Dziękuję za pomoc, gdyby nie pan... - mężczyzna uciszył podekscytowanego chłopca gestem dłoni. Ujął za uzdę jednego z koni, o szarym umaszczeniu. Podał ją Erisowi.- Nie ma za co. - Teraz mały zwrócił uwagę na ciepły i głęboki głos wybawcy. I na jego zniewalający uśmiech. - Trakty są teraz bardzo niebezpieczne, szczególnie dla takich młodych chłopców jak ty. Uważam za obowiązek wręcz, żebyśmy w dalszą wędrówkę udali się razem. Jako towarzysze broni. - Zaśmiał się z rozbawieniem.W ten sposób kompania powiększyła się. Składała się z dwóch osób. Każdy z nich miał wspólny cel, o którym nawzajem nie wiedzieli. Nie mogli też mieć świadomości, że to, przed czym chcieli uciec, nie musiało ich gonić. Sami wpadli w jego sidła. Ich losy skrzyżowały się. W tym miejscu zaczęło się dopełniać przeznaczenie.To się stało bardzo szybko. Wystarczyło kilka wspólnie spędzonych dni - na gościńcu, nad strumieniem, przy ogniu, i na trawiastym wzgórzu, pod gołym, granatowym niebem obsypanym tysiącami błyszczących gwiazd.Eris wiedział, że kocha tego człowieka. Kocha jego ciemne włosy, głębokie ciepłe oczy w kolorze ciemnej czekolady. Męsko zarysowaną linię szczęki, czarujący uśmiech, duże, ciepłe dłonie. Umięśnione, smukłe ciało. Głęboki, przyjazny głos. I duszę. Kochał jego duszę. Rozumiał go doskonale. Obydwaj, mimo różnicy wieku, rozumieli się tak dobrze. Nagle wszystko stało się lepsze, cudowniejsze, łatwe... Czuł się bezpiecznie, kiedy towarzysz zamykał go w ramionach.- Edgar... - ciche westchnienie wydobyło się z gardła popielatowłosego chłopca, kiedy ciemnowłosy mężczyzna delikatnie, czule, pieścił dłońmi kark chłopca. Wargami muskał zarumienione policzki, szeptał czułe słowa.- Edgra.. ja... - Powtórzył popielatowłosy, a jego drobne, różane usta, rozchylone leciutko zadrżały. Tylko dwa słowa. Jak trudno wypowiedzieć je razem, w odpowiedniej kolejności, głośno i wyraźnie, do osoby, dla której słowa owe są przeznaczone. Dwa, maleńkie... a o jak wielkim znaczeniu, jak pięknie obrazujące stan duszy chłopca.Czekoladowe oczy spojrzały w bursztynowe, z powagą. Wiedział, co chce wyznać mu Eris. Widział, jakie napięcie przeżywał, jakie bariery musiał przełamać. Jakie lęki musiał teraz pokonać. Szczupłe ciało drżało, otoczone umięśnionymi, opalonymi ramionami.Z gardła małego wydobył się cichy szloch. Jego głos załamywał się, kiedy wreszcie wydobył z siebie wyznanie:- Kocham Cię.Poczuł, jak ciepłe ciało mężczyzny przyciąga go do siebie. Miłe, bezpieczne ciepło, i przyjemne drapanie zarostu na jego gładkiej skórze. Oczekiwał. Czekał na odpowiedź. Edgar mógł powiedzieć wszystko... Albo nic.Powiedz... powiedz cokolwiek....Powiedział. Najwspanialszą rzecz, jaką mógł odrzec na to oświadczenie.- Kocham Cię.Nie było to "ja ciebie też". Nie była to zwykła odpowiedź. Były to dwa wyznania, skierowane do siebie przez dwóch, kochających się ludzi. Nie było żadnych "też", "również". Na szczęście, nie było tylko kpiącego "wiem".Eris rozpłakał się. Płakał głośno, śmiejąc się przez łzy, którymi krztusił się co chwila. Wpił się w ramiona, które chroniły go i zasłaniały przed całym światem, przed każdą krzywdą, jaka mogłaby się wydarzyć.Nadeszła pora pieszczot cielesnych. Kiedy chłopiec myślał, że już już, mężczyzna tylko pocałował lekko spierzchnięte usta, i rzekł:- Jeszcze nie czas.Minęło wiele nocy. Nocy spędzonych w zmiętej pościeli, z nieodłącznym towarzystwem potu i nasienia. Dłonie i usta dorosłego kochanka przenosiły chłopca w sfery, których nie potrafił zaznać nawet przy użyciu własnej drobnej dłoni, i szczupłych palców. Edgar był wszędzie. Z nocy na noc coraz odważniej przygotowywał młodego kochanka do tego, czego obaj pragnęli najbardziej, ale musieli się wstrzymywać. Popielatowłosy nie był jeszcze gotowy, mężczyzna nie chciał wyrządzać mu krzywdy... Z nocy na noc, jego palce docierały coraz głębiej, a Eris zachwycony nowymi doznaniami pragnął coraz więcej, chciał poczuć w sobie więcej ukochanego, obydwaj chcieli stać się jednością, kochać się jak kochankowie, długo, namiętnie.I minęło wiele nocy. Wiele wyznań, szeptów, jęków i westchnięć. Wystękanych przyrzeczeń, obietnic. Słów i gestów.Aż nadeszła ta noc, kiedy połączyli się wreszcie, w małym zajeździe nieopodal traktu, trzynaście dni drogi od miasteczka uniwersyteckiego zwanym Daivenn.To wszystko, te wszystkie wspomnienia przeleciały przez świadomość Erisa z prędkością światła, kiedy z niezrozumieniem patrzył na leżący na pościeli pergamin, na którym nabazgrane było jedno zdanie. Zdanie przekreślające wszystko.Poczuł, jak po policzkach potoczyły się łzy. Zaśmiał się histerycznie. To tak bolało, taki ból, on umrze od tego bólu, nie może oddychać... Żelazne, lodowate kleszcze miażdżą jego żebra, zimne żelazo przebija jego płuca i serce. Jego serce... serce... ono krwawi, ono umiera... Boli... Edgar, nie, ja Ciebie kocham, nie rób mi tego, dlaczego mnie okłamałeś, wróć do mnie, powiedz, że to głupi żart, że mnie sprawdzałeś, bo nie wiedziałeś, bo chcesz się przekonać, błagam... ja o tym zapomnę, tylko do mnie wróć, nie rób mi tego.- Edgar!!! - rozdarł się ostatkiem sił. Szloch targnął drobnym ciałem, przewrócił je na zmiętą, białą pościel. Chłopiec o popielatych włosach i bursztynowych oczach płakał głośno, histerycznie, nie mogąc złapać oddechu. Krzyczał i uderzał pięściami w pościel. Jęczał, wył. Aż pociemniało mu przed oczami, stracił przytomność z bólu i rozpaczy. Z łaski jego własnego, słabego ciała otrzymał te chwile, kiedy leżał bez przytomności i nie zdawał sobie sprawy z tego, że człowiek, którego kocha nad życie złamał mu serce.A miłość szybko przerodziła się w nienawiść.*Komnata była wysoka, zimna i mroczna. Jedynie białe, długie świece umieszczone w świeczniku dawały jakiekolwiek światło. Chłopiec o popielatych włosach kończył rysować na podłodze symbole zamknięte w okręgu. Rysował to wszystko kredą, na kamiennej posadzce surowego wnętrza.Na kamiennym stole, w kolorze głębokiej zieleni, niemal wpadającej w czerń, stał biały moździeż. Eris odwiązał przytroczony do pasa woreczek, otworzył go i wygrzebywał dziwnie wyglądające zioła. Nie pierwszy raz zażywał narkotyków przy korzystaniu z magii. Były bardzo pomocne, mógł wywołać więcej energii, i nie czuł bólu tak bardzo. A teraz sprawa była warta świeczki. Rzucenie, na kogoś klątwy nie jest prostą sprawą. Przeciwnie, jest to skomplikowana procedura. Ryzykowna. I niezgodna z prawem.Bursztynowe oczy były zamglone, kiedy delikatne dłonie stanowczymi ruchami zmieniały zioła w pachnący proszek. Widać w nich było bezkresną nienawiść, nic więcej. Nienawiść, żądzę zemsty.Wyciągnął flakonik z kieszeni ciemnozielonej tuniki sięgającej bioder, wyszywanej na krawędziach złotą nicią, w geometryczne wzory. We flakoniku znajdowała się oleista substancja, w oliwkowym odcieniu. Chłopak wlał zawartość do platynowego pucharu, wysadzanego szmaragdami. Wsypał doń przetarte zioła z moździeża, sięgnął na stół po szklany patyczek, który wykorzystał jako mieszadełko. Dolał odrobinę białego wina do mikstury, żeby poprawić smak, żeby łatwiej było wypić.Popatrzył na wzory wyrysowane na podłodze. Podniósł głowę. Pomieszczenie, w którym się znajdował, było opuszczoną katedrą. Wysokie, wąskie okna zabite był deskami w miejscach, gdzie spróchniały okiennice. Drewniane ławki były zrujnowane, a ołtarz, na którym ceremonię odprawiał Eris, był zakurzony. W całym pomieszczeniu było ciemno, czarno wręcz, tylko świeczki postawione na marmurowym stole, poprzecinanym żyłkami spękanego kamienia, dawały źródło światła.Już czas.W lewą dłoń ujął oprawioną w ciemną skórę księgę, opatrzoną mosiężnymi okuciami, której oprawa wysadzana była kilkoma rubinami. Stronnice woluminu były zżółknięte i lekko pomarszczone. Ręczne pismo dodawało tajemniczości dziełu. W prawą chwycił kielich, powolnym krokiem wstąpił w okrąg. Patrząc pusto przed siebie zaczął szeptać cicho niezrozumiałe słowa. Zamilkł. Odczekał chwile. Uniósł kielich do warg, i opróżnił go, przełykając prędko. Opuścił jasne rzęsy, spuszczając bursztynowe spojrzenie na stronnice księgi. Rozpoczął czytać inkantację, zapisaną czarnym atramentem przed conajmniej setką lat. Jego głos był zimny,nie zadrżał ani razu, był przepełniony nienawiścią. W pewnym momencie zaczął krzyczeć. Ale nie działo się nic. Wziął głęboki oddech, a wyschnięte wargi wypowiedziały jedno słowo:- Amen.Zapadła głucha cisza. Cisza, od której dzwoni w uszach. Niespodziewanie światło rozbłysło na liniach okręgu, podnosząc tumany kurzu zalegające na podłodze. Powietrze zaczęło poruszać się w spirali, nie przekraczając linii wyrysowanych na podłodze. Ciepłe powietrze miotało popielatym warkoczem i ubraniami spoczywającymi na ciele chłopca. Ten uśmiechnął się nieznacznie, widząc efekty. Czuł przepływające przez ciało pokłady energii, które ciepłymi falami przetaczały się przez niego.Jednak nagle, coś zaczęło dziać się nie po jego myśli, nie tak jak planował. Poczuł potworny ból w podbrzuszu. Jego mięśnie spięły się w bolesnym skurczu, wygiął się w łuk i wrzasnął głośno, przeraźliwie. Ból promieniował na całe ciało. Rzemyk zsunął się z włosów, Eris kątem oka dostrzegł, że tracą popielaty odcień, i stają się białe niczym śnieg. Jego źrenice skurczyły się z przerażenia. Raz po raz przeszywały go spazmy bólu. Krzyczał, a łzy toczyły się po jego bladych policzkach. Coś ukłuło go boleśnie w oczy. Dziwne uczucie, na zmianę gorąca i lodowatego zimna, roztaczało się najpierw po jego tęczówkach, by w sekundę później objąć całe oczy. Przestał widzieć.Ból, który zaczął miażdżyć jego ciało wydarł z jego gardła przeraźliwy, nieludzi wrzask. Wrzeszczał, nawet wtedy, kiedy krew pociekła po jego brodzie, zalewając usta. Wrzask urwał się w tym samym momencie, w którym chłopak stracił kontakt z rzeczywistością.*Białowłosy chłopiec miotał głową w gorączce. Rudowłosy elf o imieniu Falik zmarszczył brwi ze zmartwieniem. Namoczył już rozgrzany ręczniczek w lodowatej wodzie, wyżął i z powrotem umieścił na rozgrzanym czole podopiecznego.Jedyne, co mógł stwierdzić po zachowaniu nieprzytomnego chłopca, to fakt, że został zatruty przez narkotyki, które teraz opuszczały jego ciało. Kilka godzin wcześniej nieznajomy rzucał się, jakby w napadzie padaczki, jęczał, stękał i pokrzykiwał, a z jego nosa raz po razie buchała krew.Teraz było lepiej, uspokoiło się. Falik martwił się bardzo, opiekował się znalezionym w opuszczonej katedrze chłopcem, najlepiej jak potrafił.To był zupełny przypadek, że przechodził w tej okolicy. Katedra znajdowała się na północnej części placu opustoszałego po zarazie miasteczka. Nikt tam nigdy nie zachodził, bo i nie było, po co. Pół dnia drogi od kupieckiego gościńca. Piegowaty elf zabłądził, zbaczając z traktu w pogoni za swoim niedoszłym obiadem - małym, puchatym królikiem. Kiedy natrafił na ścieżkę prowadzącą do mieściny, miast na zachód, polazł na wschód, z ciekawości. I z przeczucia. A przeczucie miał dobre, po tylu latach spędzonych na pokładzie, na morzu i oceanie.Do katedry przyciągnął go przeszywający wrzask, bolesny i bezsilny. Spróchniałe drzwi ustąpiły od razu. Znalazł całego zbroczonego krwią chłopca na ołtarzu, leżącego bez przytomności. Widział, że ten ledwo żyje. Na szczęście dzieciak nie był ciężki. Elf przerzucił go przez ramię, wrócił do konia, którego przywiązał za uzdę przy zniszczonym, spróchniałym płotku, koło wejścia do wioski. Na złamanie karku popędził ścieżką w lesie, nie marnując czasu na biegnięcie do traktu. Pod wieczór natrafił na duży zajazd, na rozdrożu, prowadzącym na wschód, zachód, północ i południe, z którego przybył. Na drewnianej ścianie zajazdu, zawieszony kołysał się na wietrze szyld, wyrzeźbiony w kształt drogowskazu. Napis wyryty na drewnianej tablicy głosił "Na Rozdrożu".*Powieki chłopca drgnęły, uchyliły się lekko, z trudem. Falik spojrzał z niepokojem w nienaturalnie złote, zamglone oczy. Nagle białowłosy zgiął się w pół i w ostatniej chwili przewrócił się na bok, kiedy jego ciałem targnęły paskudne torsje. Zawartość jego żołądka, a później wszystko, co tylko mogło zostać w ten sposób wydalone z ciała, wylądowało na drewnianej podłodze. Elf prędko posprzątał, otarł rozpaloną twarz, szyję i ramiona chłopca. Ten drżał z wyczerpania, jego usta na powrót zsiniały, jakby od przebywania na zimnie. Spod pół przymkniętych powiek wpatrywał się w sufit, z rozdygotanych ust wydobywały się, jakieś szepty. Niespodziewanie powieki rozwarły się, człowiek wygiął się w łuk, sprawiając wrażenie jakby jego kręgosłup miał złamać się, jak zapałka. Otworzył usta, jakby chciał krzyknąć, ale wydobył się z nich tylko zduszony jęk. Rudowłosy bez namysłu podniósł chłopaka, i przycisnął do siebie. Ku jego zdumieniu ten przestał drżeć, powieki na powrót lekko przymknęły się, jęk ustał. Mały wtulił się w smukłe ciało elfa, kuląc się jak dziecko. Rozpłakał się, ale łkał cichutko, jakby bojąc się, że wystraszy kogoś, jakby była to rzecz zakazana, za którą miałby zostać wychłostany. Był ledwo przytomny. Falik głaskał go po włosach, policzkach, przytulał mocno, obronnym gestem. Wsunął się na łóżko, by chłopiec mógł ułożyć się na jego kolanach. Trwali tak, kilkanaście minut. Ciche łkanie nie ustawało, koszula elfa przesiąkła zupełnie gorzkimi, gorącymi łzami.-, Dlaczego... - wyjęczał chłopiec o złotych oczach, wczepiając palce w odzienie rudowłosego.I zaczął mówić. Mówić przez łzy, na zmianę ze stoickim spokojem, tylko lekko drżąc, do czasu aż znowu wybuchał płaczem. Falik nie musiał pytać o nic, człowiek mówił, jakby wartkim potokiem słów, przerywając rzadko i na krótko. Musiał się komuś wyżalić. Elf wiedział, że powinien go powstrzymać, później na pewno będzie zły sam na siebie, że opowiedział wszystko zupełnie obcej osobie, która w dodatku wykorzystała to, że jest prawie nieprzytomny.Ale nie przerywał, nie był w stanie. Głaskał drżącymi dłońmi piękne, jedwabiste białe włosy i słuchał cichuteńkiego szeptu.Minęła godzina, może więcej, kiedy chłopiec skończył swą opowieść, opowieść, w której zdradził cały swój życiorys, od najmłodszych lat, poprzez szkołę, życie w domu, próby rodziców zmuszenia go do mariażu, ucieczkę z domu, inne, liczne ucieczki, o miłostkach, o tym, że nie cierpi dziewczyn i kobiet, że rodzice go nienawidzą, że jest gejem i nikt po za nim nie chce tego zaakceptować. O tym, jak złamał prawo, usiłując rzucić klątwę na człowieka, który złamał jego serce, o tym, jak bardzo go nienawidzi, jaki jest samotny i nieszczęśliwy, i jak bardzo się boi. Nie bał się bólu aż do chwili, kiedy ten niemalże go zabił. Był bezbronny jak dziecko, tak bardzo się bał. Nie chciał puścić Falika nawet na chwilę, kiedy ten usiłował jedynie wstać, żeby dać dzieciakowi trochę wody, ten wczepiał się w niego i łkał głośno. W końcu przysnął w ramionach elfa, który pogładził go po policzku, i szeptem obiecał, że już nigdy nie pozwoli go skrzywdzić, i nigdy go nie zostawi.Wtedy białowłosy chłopiec zasnął, ułożony na posłaniu przez swojego opiekuna, okryty kołdrą. Splatał palce z dłonią rudowłosego, i nie rozluźniał uścisku. Falik uśmiechnął się do uśpionego chłopaka, klęknął przy łóżku i w tej pozycji zasnął, snem niespokojnym i pełnym koszmarów.Młody elf nie mógł wiedzieć, że w ucieczce przed przeznaczeniem wpadł w jego sidła, krzyżując losy jego, i białowłosego chłopca.*Eris szybko doszedł do siebie. Do tamtego wieczora nie wracał w ogóle.Falik poznawał nowe oblicze towarzysza. Chłodne, obojętne. Białowłosy do wszystkiego podchodził z rezerwą. Do elfa również.Złotooki przeglądał się w wielkim lustrze zawieszonym na ścianie. Machinalnie przeczesał palcami długie, niegdyś popielate, teraz białe, włosy. Oceniał zmianę koloru jego oczu, które jeszcze niedawno były koloru bursztynu, teraz błyszczały nienaturalnym złotem, jak u kota.- Narkotyki. - Podsumował oszczędnie.- Narkotyki? - Zapytał wyrwany z myśli elf, siedzący na posłanym łóżku i bezmyślnie wpatrującym się w człowieka.Eris pokiwał głową potakująco.- Brałem je od jakiegoś czasu, żeby lepiej używać magii. Włosy i oczy straciłyby pigment wcześniej czy później.Rudowłosy spojrzał przelotnie na woreczek na zioła, leżący niewinnie koło tobołka chłopca.-, Ale przesadziłem - Kontynuował chłopiec, chwytając w obie dłonie kosmyki, dzieląc je na troje, zaczynając powoli i dokładnie splatać je w warkocz. - Przy tym zaklęciu, zużycie energii było zbyt duże, dlatego zaczęło czerpać ją ze mnie. Najpierw pigment, później byłoby gorzej. Nie wiem, jakim cudem przeżyłem, no cóż..Ściągnął warkocz ciemnozieloną wstążką. Nie miał już rzemyków.Wciągnął przez głowę białą koszulę, na nią tunikę z krótkim rękawem, sięgającą bioder, podobną do tej, którą założył wtedy... Przewiązał się w pasie ciemnofioletowym sznurkiem, przeplecionym gdzieniegdzie złotą nicią. Do tego sznurka przytroczył sakiewkę i prawie pusty woreczek na zioła, który leżał koło tobołka. Na nogi, po za wyjątkowo urokliwą jak na gust elfa, bielizną, wciągnął skórzane, czarne spodnie, i wysokie, okute metalem buty z klamrami. Na ramiona zarzucił zielonobrązowy płaszcz sięgający trochę wyżej, jak nad połowę uda.Falik ubierał się inaczej. Rude włosy nosił rozpuszczone, opadały mu na ramiona i kark. Na głowie często wiązał czerwoną bandamę. W tamtej chwili miał na sobie białą koszulę, z rozsupłanymi pod szyją rzemykami, z podwiniętymi do łokci rękawami, skórzane, ciemnobrązowe spodnie, które podtrzymywał w pasie czarny pas z tego samego materiału, z pięknie zdobioną, srebrną klamrą. Buty nosił lekkie, czarne, z klamerkami, typowo elfiej roboty. Na ramiona zarzucał ciemnoczerwony płaszcz, sięgający kolan. Przy pasie zawsze przypięt...
suxa