Blish James - Latające miasta 04 - Triumf czasu.pdf

(400 KB) Pobierz
Blish James - Latajace miasta -
James Blish
Triumf Czasu
Przekład Andrzej Syrzycki
Lesterowi i Evelyn del Rey
Bismillahi ‘rrahmani’ rrahime *
Kiedy nastąpi nieuniknione wydarzenie
- nie znajdzie ono żadnego zaprzeczenia -
poniżające, wywyższające!
Kiedy ziemia zostanie wstrząśnięta wstrząsem
Kiedy góry zostaną skruszone skruszeniem,
tak iż staną się prochem rozrzuconym,
wy będziecie stanowić trzy grupy:...
My nie daliśmy nieśmiertelności
żadnemu człowiekowi przed tobą.
Czyżbyś ty miał umrzeć
a oni mieliby być nieśmiertelni?
Każda dusza zakosztuje śmierci...
Tak! Przyjdzie ona do nich niespodzianie
i wprawi ich w zdumienie;
i nie będą w stanie jej odwrócić
ani nie będzie im dana żadna zwłoka!
Koran, Sura LVI i Sura XXI **
* W imię Boga Miłosiernego, Litościwego (przyp. tłum.) **
Tłumaczenie Józef Bielawski, PIW, Warszawa 1986
PROLOG
...W taki to sposób w dziejach Ziemi, planety jakich wiele
pośród cywilizowanych światów, mającej za sobą wiele tysięcy lat
własnej historii, rozpoczął się około roku tysiąc dziewięćset
sześćdziesiątego rozdział kosmicznych lotów załogowych. Jednak
dopiero wynalezienie generatora polaryzacji grawitonowej w roku dwa
tysiące dziewiętnastym uczyniło z Ziemi planetę liczącą się na skalę
galaktyczną.
W dwa tysiące dwieście osiemdziesiątym dziewiątym kolonie
Ziemian nawiązały kontakt z Tyranią Wegańską. Antagonizm między tymi
dwoma kulturami, z których jedna szybko nabierała znaczenia, a druga
schodziła z galaktycznej sceny, przerodził się w otwarty konflikt,
a jego kulminacje stanowiła stoczona w dwa tysiące trzysta dziesiątym
roku bitwa o Altair. Była to zaledwie pierwsza potyczka w kampanii,
która miała w przyszłości otrzymać miano Wojny Wegańskiej.
Sześćdziesiąt pięć lat później Ziemia wysłała w przestrzeń
międzyplanetarną swoją pierwszą flotyllę kosmicznych miast
wędrownych. Miasta te przez długi czas miały dominować w galaktyce.
Przeciągająca się wojna z Weganami dobiegła końca z chwilą
oblężenia samej Wegi, zakończonego bitwą o forty. Późniejsze
puszczenie z dymem systemu wegańskiego przez Trzecią Flotę Kolonialną
dowodzoną przez admirała Aloisa Hruntę skłoniło Ziemię do postawienia
admirała in absentia przed sądem za popełnione okrucieństwa
i ludobójstwo. Sprawą zajął się Sąd Kolonialny, który, oczywiście
również in absentia, za popełnione zbrodnie skazał admirała na karę
śmierci. Hrunta jednakże nie uznał tego wyroku. Próba ściągnięcia go
na Ziemię siłą ujawniła wszystkim po raz pierwszy fakt, że niemal
cała Trzecia Flota Kolonialna zbuntowała się i stanęła po stronie
admirała. W dwa tysiące czterysta sześćdziesiątym czwartym roku
doszło do bitwy, która nie przyniosła rozstrzygnięcia, chociaż
obydwie strony poniosły w niej ciężkie straty.
Po bitwie Hrunta ogłosił się Imperatorem Przestrzeni
 
Kosmicznej. Jego Imperium było pierwszym z wielu mu podobnych, które
namnożyły się na obrzeżach ziemskiej jurysdykcji w okresie tak
zwanego bezkrólewia. Okres ten zaczął się oficjalnie w dwa tysiące
pięćset dwudziestym drugim roku wraz z upadkiem ziemskiego rządu -
Systemu Biurokratycznego, który istniał na Ziemi od roku dwa tysiące
sto piątego. Po krótkim okresie sprawowania rządów przez policję
nastąpiła era całkowitej anarchii, w której wiele kosmicznych miast
wędrownych mogło bez przeszkód przecierać własne szlaki handlowe
wiodące zarówno przez znane, jak i nieznane galaktyki.
Wspomniane wcześniej Imperium Hrunty rozpadło się samo,
rozsadzone od wewnątrz. Jego szczątki zostały bezlitośnie zniszczone
w latach trzy tysiące pięćset czterdzieści pięć - trzy tysiące
sześćset dwa przez odrodzone siły policyjne Ziemi. Na ten stosunkowo
mało znaczący fragment ziemskiej historii warto zwrócić uwagę nie
dlatego, że był czymś niezwykłym. Stanowił typowy przykład
postępującego rozdrobnienia oficjalnej władzy na Ziemi w okresie,
w którym zasięg tej władzy raptownie się rozszerzał.
Historia jednego z wędrownych miast, Nowego Jorku, które
wystartowało w swoją kosmiczną podróż w trzy tysiące jedenastym roku,
zaczyna się jeszcze w czasach istnienia Imperium Hrunty. Należy tutaj
podkreślić różnicę, z jaką władze Ziemi traktowały swoje tak przecież
różne dzieci: imperia i miasta koczownicze. Historia miała wykazać
słuszność uczynionego wyboru, gdyż to właśnie wędrowne miasta
przemierzające bezkresną przestrzeń miały uczynić kosmos domeną
wpływów Ziemi na wiele stuleci galaktycznej historii.
Jednak zwyczaje i kultury uznane oficjalnie za wymarłe mają
tendencje do powracania do życia wiele lat później. W niektórych
wypadkach, rzecz jasna, jest to normalny odruch warunkowy. I tak na
przykład powszechnie się uważa, że okres wielkiego schyłku ziemskiej
cywilizacji rozpoczął się w trzy tysiące dziewięćset piątym roku wraz
z bitwą o Dżunglę w Gromadzie Akolity. Co prawda pięć lat później
niejaki porucznik Lerner, ówczesny regent Akolity, ogłosił się
Cesarzem Przestrzeni Kosmicznej, ale flota akolitańska, znacznie
uszczuplona liczebnie podczas walki z koczowniczymi miastami
w dżungli, została doszczętnie rozbita w czasie potyczek z siłami
policyjnymi Ziemi, które pojawiły się tam w rok później. Cesarz
Lerner zmarł w tym samym roku na zapadłej planetce akolitańskiej
wskutek zażycia zbyt dużej dawki zielska mądrości.
Z wydarzeń większego kalibru należy wspomnieć o bitwie
o Ziemię, jaka rozegrała się w trzy tysiące dziewięćset
siedemdziesiątym piątym roku miedzy samą Ziemią a miastami
wędrownymi. W tym samym czasie doszło do nieoczekiwanego wskrzeszenia
Tyranii Wegańskiej. Należący do niej potajemnie zbudowany i od dawna
znajdujący się w przestrzeni fort wybrał właśnie tę chwilę, aby
sięgnąć po galaktyczną władzę. Jego klęska była na mniejszą skalę
dokładną kopią klęski całej Wegańskiej Tyranii. Weganie w każdym
konflikcie z Ziemianami, którzy byli znacznie lepszymi od nich
graczami w szachy, mimo posiadanej przewagi sił powierzali komputerom
analizę strategiczną. Komputery jednak nie miały intuicji do
prognozowania przyszłości tak jak ludzie ani też siły woli, aby
postępować zgodnie z tymi przewidywaniami.
Orbitujący fort Wegan został pokonany w tej grze na
odgadywanie przyszłości przez koczowniczy Nowy Jork. W trzy tysiące
dziewięćset siedemdziesiątym ósmym roku miasto to miało już na tyle
odrębną kulturę, że opuściło macierzystą galaktykę i wyruszyło
w podróż ku Wielkiemu Obłokowi Magellana. Pozostawiło za sobą Ziemię,
która dwa lata wcześniej podcięła podstawy swojej egzystencji jako
potęgi galaktycznej przez uchwalenie tak zwanej Ustawy Przeciwko
Miastom Wędrownym w trzy tysiące dziewięćset siedemdziesiątym roku.
Ten właśnie rok uważa się powszechnie za moment zejścia Ziemi ze
sceny galaktycznej. Nowy Jork zaś dotarł do jednej z planet Obłoku,
którą wędrowcy w następnym roku ochrzcili mianem Nowej Ziemi.
Mniej więcej w tym samym czasie zaczęto obserwować pierwsze
dowody obecności odrębnej, wrogiej Ziemianom cywilizacji. Wywodziła
 
się ona z jednej z najpiękniejszych gromad gwiezdnych - Gwiazdozbioru
Herkulesa - i miała się stać później czwartą wielką cywilizacją
w Drodze Mlecznej. Jeszcze raz jednak dała o sobie znać kultura,
którą z historycznego punktu widzenia powinno się uznawać za wymarłą.
Powolne, chociaż stałe rozszerzanie się obszaru wpływów cywilizacji
Herkulesa w środku galaktyki zostało powstrzymane przez
niespodziewany kataklizm o wszechświatowym zasięgu, znany obecnie pod
nazwą Nieciągłości Ginnangu.
Z drugiej strony jednakże to cywilizacji Herkulesa należy
zawdzięczać dane o historii galaktyki poprzedzającej tę katastrofę.
Dzięki temu istnieje ciągłość wiedzy o dziejach nie mająca
precedensu, jeżeli chodzi o poprzednie cykle. A jednak więcej niż
zdumienie budzi niespodziewany i nagły powrót Ziemian na
międzygalaktyczną scenę.
Doszło do niego w tej pozbawionej czasu chwili wszechobecnego
chaosu i nowego tworzenia, a zawdzięczać go należy zaskakującemu
scenariuszowi, jaki sami Ziemianie napisali dla siebie w toczącym się
dramacie ogromnego wszechświata.
ACREFF-MONALES
”Droga Mleczna.
Pięć portretów kulturowych „
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Nowa Ziemia
Ostatnio John Amalfi bywał zdumiony, kiedy uświadamiał sobie,
że we wszechświecie istnieje coś starszego niż on. Jeszcze bardziej
zdumiewała go irracjonalnośc faktu, że ten truizm go zaskakiwał.
Przytłoczony brzemieniem lat, tysiącletnim ciężarem spoczywających na
jego barkach, uzmysławiał sobie, że dzieje się z nim coś złego - albo
raczej, jak sam wolał o tym myśleć - że coś niedobrego dzieje się
z Nową Ziemią.
Ze zdziwieniem i niejakim smutkiem przemierzał tereny
nieruchomej i pustej skorupy miasta, tworu starszego od niego o wiele
tysiącleci, a będącego teraz - jak na taką staroć przystało - tylko
truchłem. Było to w rzeczy samej truchło całej epoki, jako że żaden
z mieszkańców Nowej Ziemi nie myślał już o budowie nowych miast,
które przemierzałyby bezkresną przestrzeń, ani też o spędzaniu życia
w podróżach, jakie stały się udziałem miast wędrownych. Ludzie
z pierwszej załogi Nowej Ziemi, rozproszeni teraz wśród tubylców oraz
swoich własnych dzieci i wnuków, traktowali cały ten okres
z obojętnym niesmakiem. Gdyby ktoś okazał się tak źle wychowany, aby
im zaproponować powrót do tamtego trybu życia, z pewnością oburzyliby
się na samą myśl. Ludzie z drugiego i trzeciego pokolenia znali czasy
wędrowców tylko z historii i patrzyli na skorupę kosmicznego miasta,
które przyniosło na Nową Ziemię ich przodków, jak na niezgrabnego
i starego stwora. Zapewne w taki sam sposób pilot pradawnego
odrzutowca musiał patrzeć kiedyś na jeszcze dawniejsze zgromadzone
w muzeach aeroplany.
Nikogo prócz Amalfiego nie obchodził w najmniejszym stopniu
los, jaki mógł spotkać całą cywilizację miast wędrownych
w macierzystej galaktyce Gwiezdnej Drogi, której satelitami były oba
Obłoki Magellana. Na usprawiedliwienie tych ludzi trzeba jednak
powiedzieć, że dowiedzenie się o tym, co się stało, było prawie
niemożliwe. Wszystkie transmitowane stamtąd sygnały - dosłownie
miliony sygnałów - dałoby się odebrać bez kłopotów, gdyby ktoś zadał
sobie trud, aby to zrobić. Od chwili kolonizacji Nowej Ziemi upłynęło
jednak tak dużo czasu, że posegregowanie tych wiadomości
w jakikolwiek sensowny sposób zajęłoby grupie ekspertów wiele lat
ciężkiej pracy. Nie znalazłby się zresztą nikt, kto zainteresowałby
się robotą tak bezprzedmiotową i inspirowaną wyłącznie nostalgią.
Amalfi przybył do Nowego Jorku w nadziei, że uda mu się
powierzyć tę pracę Ojcom Miasta. Była to wielka sieć komputerów
 
i maszyn przechowujących informacje. Powierzono im rozwiązywanie
tysięcy rutynowych technicznych, organizacyjnych i rządowych
problemów miasta, gdy przebywało ono jeszcze w przestrzeni. Amalfi co
prawda nie wiedział, co zrobi z tą informacją, jeśli w ogóle ją
otrzyma. Nie istniała przecież możliwość zainteresowania nią któregoś
z Nowych Ziemian. Dobrze, jeśli ktoś dałby się namówić na beztroską,
półgodzinną pogawędkę na ten temat.
Zresztą, Bogiem a prawdą, Nowi Ziemianie mieli rację. Większy
Obłok Magellana oddalał się nieustannie od macierzystej galaktyki
z prędkością przekraczającą sto pięćdziesiąt mil na sekundę. Była to
nieznaczna prędkość, niewiele tylko większa od tej, z jaką w ciągu
roku powiększa się średnica przeciętnego układu słonecznego, ale była
symbolem nastrojów, panujących wśród Nowych Ziemian. Ich oczy były
zwrócone zawsze w przyszłość, a nie na zamierzchłe czasy. Znacznie
więcej uwagi poświęcali nowej gwieździe, jaka rozbłysła w przestrzeni
międzygalaktycznej rozciągającej się za Mniejszym Magellanem, niż
całej macierzystej galaktyce. Była ona ciągle widoczna, chociaż
w pewnych porach roku od horyzontu do horyzontu królował na niebie
Mniejszy Obłok. Odbywano jeszcze, rzecz jasna, podróże
międzygwiezdne, gdyż handel z innymi planetami małej galaktyki
satelickiej był koniecznością. Handel ten prowadzono na wielkich
frachtowcach. Istniały jednostki jeszcze większe, takie jak latające
przetwórnie roślin, które musiały być ciągle zasilane przez
grawitonowe generatory polaryzacji czyli wiratory. Przeważnie jednak
dążono do rozwoju lokalnych, samowystarczalnych obiektów
przemysłowych.
Amalfi zapoznawał właśnie Ojców Miasta z problemem analizy
wielu milionów sygnałów transmitowanych z macierzystej galaktyki.
Siedział w pokoju, który w czasach, gdy był jeszcze burmistrzem,
pełnił funkcję jego biura. W pewnej chwili jego wzrok padł na
fragment tekstu napisanego przez człowieka zmarłego tysiąc sto lat
przed jego narodzinami. Być może przyczyną nieoczekiwanego pojawienia
się tego tekstu był proces rozgrzewania się komputerów - jak
większość maszyn o takim stopniu komplikacji, pochodzących z tamtych
czasów, Ojcowie Miasta potrzebowali od dwóch do trzech godzin, aby po
dłuższym okresie odpoczynku wróciła im pełna świadomość. Może zresztą
to sam Amalfi, mechanicznie przebierając palcami z wprawą nabytą
w ciągu wielu lat pracy, wprowadził nieświadomie do problemu to, co
go naprawdę martwiło: Nowego Ziemianina. Jak by jednak nie było,
cytat był dobrany właściwie:
„O ile tylko taki ma być owoc zwycięstwa, to mówimy: jeżeli
całe pokolenia ludzi cierpiały i oddawały życie, jeżeli prorocy
i męczennicy śpiewali, ogarnięci płomieniami, a wszystkie te łzy
cierpienia wylano tylko po to, aby rasa stworzeń tak pozbawionych
gustu mogła zwyciężyć, przedłużyć in saecula saeculorum swoje
bezsensowne istnienie, to lepiej jest przegrać, aniżeli wygrać bitwę,
albo w ogóle spuścić zasłonę przed ostatnim aktem tej sztuki, aby
historia, która się rozpoczęła tak wzniosie, nie zakończyła się
spektakularnym fiaskiem”.
- Co to było? - warknął do mikrofonu Amalfi.
- WYJĄTEK Z WOLI WALKI WILLIAMA JAMESA, PANIE BURMISTRZU.
- Mniejsza z tym; zagoń swoje obwody pamięci do pracy nad
głównym zadaniem. Zaczekaj... czy jesteś Bibliotekarzem?
- TAK JEST, PANIE BURMISTRZU.
- Kiedy napisano ten tekst, który cytowałeś?
- W TYSIĄC OSIEMSET DZIEWIĘĆDZIESIĄTYM SIÓDMYM ROKU, PANIE
BURMISTRZU.
- No, dobrze. Teraz przełącz się i zajmij się analizą. W ten
sposób niczego nie osiągniesz.
Igła przepływomierza skoczyła do góry, kiedy obwody maszyny
bibliotecznej na chwilę się odłączyły. Po chwili znowu opadła. Amalfi
przez tę chwilę nie rozważał problemu. Siedział bez ruchu i myślał
o fragmencie tekstu, który ukazały maszyny. Domyślał się, że na Nowej
Ziemi zostało jeszcze kilku nie przemienionych mieszkańców wędrownych
 
miast, chociaż jedynym, którego znał osobiście, był John Amalfi. Ale
on nie czuł nostalgii za historią wszystkich tych lat, które przeżył.
Nie mógł przecież zapomnieć, że Nowa Ziemia powstała głównie na
podstawie opracowanych przez niego planów.
W ciągu czterech lat od lądowania działo się wiele spraw,
którymi się zajmował. Pierwszą z nich było odkrycie, iż planeta,
wówczas jeszcze nie mająca nazwy, była zarazem schronieniem
i feudalnym lennem grupy notorycznych oszustów, określających się
mianem Międzygwiezdnych Mistrzów Handlu, w macierzystej galaktyce
zwanych „Wściekłymi Psami”. Ich obecność była dla procesu kolonizacji
istotną przeszkodą, z którą należało się rozprawić radykalnie - i tak
też się stało. Zniszczenie Mistrzów Handlu w trzy tysiące dziewięćset
czterdziestym ósmym roku podczas bitwy o Przeklęte Wrzosowisko
rozwiązało w końcu wszystkie problemy Amalfiego, ale także odebrało
znaczenie jego funkcji. On sam zresztą stwierdził, że zupełnie nie
umie żyć w stabilnym, uładzonym społeczeństwie.
Cytat z książki Jamesa wiernie odzwierciedlał uczucia, jakie
żywił względem obywateli wędrownych miast, którymi się kiedyś
zajmował, jak również względem ich potomków. Nie mógł oczywiście
winić o to tubylców nie znających innego życia. Poza tym oni uważali,
że po okresie niewolniczego życia pod rządami „Wściekłych Psów”
samorządność może się okazać czymś ponad ich siły..
Amalfi wiedział dobrze, że rozwiązać jego problemu nie mogły
lokalne podróże międzygwiezdne. Wszystkie planety w Obłoku okazały
się bardzo do siebie podobne, a średnica Obłoku mierzyła zaledwie
dwadzieścia tysięcy lat świetlnych. Dlatego bardzo wygodnie było
zarządzać Obłokiem z jednego ośrodka administracyjnego, ale to nie
mogło imponować człowiekowi, który kiedyś nadzorował całe miasto,
przebywające w czasie jednego lotu trasę dwustu osiemdziesięciu
tysięcy lat świetlnych. Ale najbardziej brakowało mu nie przestrzeni,
a niepewności. Tęsknił za wędrówką w nieznane, za tym, by nie mógł
przewidzieć, jakie też niespodzianki mogą spotkać go podczas
kolejnego postoju na nieznanej planecie.
Prawdę mówiąc, długowieczność ciążyła mu teraz jak
przekleństwo. Przedłużany w nieskończoność czas życia był warunkiem
koniecznym w społeczeństwie miast kosmicznych. Dopóki w dwudziestym
pierwszym wieku nie wynaleziono leków przeciwśmiertnych, podróże
międzygwiezdne, nawet z użyciem wiratorów, pozostawały fizycznie
niemożliwe. Odległości, jakie należało przebyć, były po prostu zbyt
ogromne, aby zwykły śmiertelnik mógł pokonywać je ze skończoną
prędkością. Lecz dla człowieka nieśmiertelnego życie w społeczeństwie
ustabilizowanym stało się nudne i monotonne. Sam Amalfi czuł się jak
niezniszczalna żarówka, którą ktoś kiedyś wkręcił do lampy i o niej
zapomniał.
Znaczna większość byłych mieszkańców wędrownych miast zdołała
się przystosować do nowej sytuacji - zwłaszcza ludzie młodzi,
ponieważ nie nabyli doświadczenia w podróżach międzygwiezdnych.
Wykorzystywali teraz swoją długowieczność w najbardziej oczywisty
sposób: prowadzili badania i projekty, na których zakończenie trzeba
było czekać pięć wieków albo dłużej. Jednym z takich przedsięwzięć,
stanowiących przedmiot zainteresowania sztabu naukowców w Nowym
Manhattanie, było kompleksowe rozwiązanie problemu antymaterii.
Teoretyczne podstawy analizy tego problemu opracował doktor Schloss,
dawny fizyk hruntański, który znalazł się w mieście jeszcze w trzy
tysiące sześćset drugim roku jako uciekinier z pogromu księstwa
Gortu, ostatniej pozostałości po ginącym Imperium Hrunty. Sprawy
administracyjne prowadził stosunkowo młody człowiek o nazwisku
Carrel, do niedawna pełniący funkcję jednego z pilotów. Później
został zastępcą menażera miasta.
Pierwszym celem tego przedsięwzięcia było, jak powiadał sam
Carrel, zbudowanie z antymaterii teoretycznie możliwych struktur
przypominających atomy. Nie da się ukryć, że większość młodych
naukowców z tej grupy, korzystając z aktywnego poparcia Schlossa,
marzyła o uzyskaniu już nie tylko chemicznych związków - bo te dałoby
 
Zgłoś jeśli naruszono regulamin