Czas.pdf
(
41 KB
)
Pobierz
60016063 UNPDF
Napisał:
Andrzej Drzewiński
Czas
Śnieg. Niewielkie, regularne płatki poganiane lodowatymi podmuchami nadlatywały sponad pól i
wirując w milczeniu opadały na parapet wieży. Przymocowany do drewna tubus lunety palił żywym
ogniem, dlatego mężczyzna nałożył grube rękawice znaczone starym, spłowiałym monogramem.
Szczęknęło żelazo, dobiegł odgłos ciężkich kopyt. Beneto wychylił się poza krawędź parapetu, z
ust popłynął pióropusz pary. Pięć czarnych na tle śniegu postaci sunęło całą szerokością ulicy, konie
szarpały wędzidła. Nie bał się, że zostanie dostrzeżony za kołującą zasłoną mroźnej bieli. Jeździec,
co jakiś czas unosił żelazną buławę i walił w odrzwia domów. Wszystkie zostały zamknięte, ludzie
wiedzieli czym grozi chwila zapomnienia. Ktoś rzucił dosadnym dowcipem. Zwielokrotniony
śmiech załomotał o okiennice domów. Wreszcie przejechali.
Beneto owinął się ciaśniej płaszczem i pogrzebał w stojącym koło nóg żelaznym piecyku.
Płomień na moment zapełgał po żużlu i znów zapadł się w rubinowy żar. Delikatnym ruchem
pchnął szkło lunety w dół, tam gdzie linia dachów graniczyła ze szczytem obronnego muru. Już od
kilku dni przyglądał się małemu rozświetlonemu oknu na poddaszu. Lecz dzisiaj okno okrywała
ciemność; mimo wypełniającego przestrzeń śniegu był pewien, że nie pali się tam świeca. Może...
Ciche pukanie dobiegło od frontowych drzwi. Zamarł. Pukanie powtórzyło się, więc zacisnął
palce na pokrytym zmarzliną parapecie. W słabym świetle lamp dojrzał na śniegu jedynie ślady
jeźdźców. Następne uderzenia były mocniejsze, jakby nieznajomy przestał się obawiać, że może
wyrwać go ze snu. Szukając okutanymi pacami klucza zszedł po skrzypiących schodach z tarasu.
Na dole w kominku płonął ogień rzucając długie, ruchome cienie na ściany. Błyszczały miecze i
dwie zdobione złotymi czopami tarcze. Rzucił rękawice między puchary i kaszlnął raz, a potem
wbrew sobie powtórnie. Końcami palców dotknął rygla. Drgnęły czując zimno.
- Kim jesteś?
- Otwórzcie - usłyszał cichy szept. - Otwórzcie, mistrzu Beneto. To ja, Morat.
Ściągnął brwi, głos jakby znajomy...
- Na Boga! Mogą wrócić...
Pchnął dolny rygiel, potem górny. Przez szczelinę sypnęło chłodem, mignęła biała twarz.
Chroniąc drogocenne ciepło docisnął deski, stare skurczone drewno stawiało opór. Odwrócił się.
Chłopak zdjął grubą czapkę i oparty plecami o ścianę ciężko dyszał. Miał ciemniejszą cerę niż
zwykle, widocznie ktoś z przodków przybył ze stepów. Po tym rozpoznał nieznajomego. Zwykł
siadywać obok grubego filara podtrzymującego sklepienie Akademii Sztuk i zadawać różne,
częstokroć naiwne pytania.
- Czyżbyś chciał kontynuować spór na temat zasad perspektywy?
Pokręcił głową, z czapki na podłogę kapała woda.
- Tylko ty, panie, możesz pomóc. Wysłuchaj mnie...
Nagle płaszcz stał się cięższy i Beneto poczuł pot spływający wzdłuż kręgosłupa. Złapał się na
tym, iż nasłuchuje dźwięków z podwórza. Lecz tam tylko padał śnieg.
- Oczywiście, że cię wysłucham - odwiesił płaszcz. - Wejdź.
Gdy szli na wykładaną futrem ławę, obserwował ukradkiem twarz gościa. Mylił się. Morat miał
więcej cech południowca: wąski nos i te charakterystyczne kości policzka. Natura jest
nieodgadniona: czasami przeszłość objawia się po tylu latach. Oczy chłopca z wyraźnym
szacunkiem sunęły po książkach, broni, lecz najdłużej spoczęły na zagruntowanym płótnie z tyłu
pokoju. W miejscu, gdzie za dnia miał najlepsze światło. Wśród stojącej na obrusie stołu martwej
natury żółciły się cytryny.
- Czy masz glejt, aby chodzie o tej porze?
- Wiesz dobrze panie, że nie...
Wiedział. Strzepnął nakrycia ławy. Właściwie domyślał się wszystkiego. I dlatego milczał.
- Hegemon... - zaczął Morat.
Beneto ciężko westchnął, nachylił i dorzucił parę szczap. Ogień trysnął, przemieniony w iskry
zniknął w paszczy komina.
- A więc jednak on - roztarł dłonie. - Dobrze, mów.
- Jesteście dobrzy...
- Zostaw dobroć.
- ...i mądrzy, zrozumiecie.
Chłopak rozpiął futro, na ciemnej koszuli kołysał się biały, mlecznie opalizujący kamień. Beneto
nie dał po sobie poznać, iż rozpoznaje talizman.
- Wiem mistrzu, że hegemon pragnie mieć wielki portret do sali koronnej. Zwoła
najznamienitszych malarzy. Będziesz wśród nich...
- Hegemon nie zapomni o tobie - prawie krzyknął, gdy Beneto próbował zaprzeczyć.
- Niestety...
- Zaklinam cię, panie, na Odchłań Czasu, pokaż go na portrecie prawdziwym.
Szybkie, gorączkowe słowa płynęły z ust młodzieńca.
- Ludzie wątpią, starzy nie mają sił, a nam... - zawiesił wzrok na jego twarzy. - Nam trzeba
czynu, który rozpali wiarę.
Beneto przechylił się. Czuł w sobie żar, lecz bynajmniej nie z ognia kominka. Talizman
zamigotał, kiedy dotknął go na szyi Morata.
- Musi mieć z dwieście lat. Nasi ojcowie dobrze ich strzegli.
Chłopak nie pozwolił cofnąć się ręce. Chwycił za nadgarstek.
- Te dłonie - wyszeptał - czynią cuda, potrafisz pokazać wszystko. Stworzą ptaka, wodę, drzewo.
Uczyń i to! Pluń mu w twarz. Nikt inny nie potrafi.
Poczekał, aż go puści.
- Żądasz ode mnie życia.
Jak to pisał mędrzec z Taj-Dalib: Ktoś, kto rezygnuje z cnoty męstwa, staje się niewolnikiem;
zdradza siebie, naród i Boga. Bał się, całe lata ścigał go lęk, aż dopadł. Pod postacią tego chłopca o
zapadłej twarzy.
- Mistrzu, największą siłą jest prawda.
Zadrżał - przecież to jego myśli... Dzieciak, który mógłby co najwyżej mieszać farby, siedzi
tutaj, i jak posąg bóstwa losu głosi mu przeznaczenie. I ten talizman. Kiedyś symbol szlachectwa,
potem oporu, a teraz...
W czerwony półmrok sączyło się tykanie zegara.
- Kim jesteś, ilu was jest, że żądacie aż tyle?
- Kilku, kilkuset, kilka tysięcy; każda odpowiedź będzie prawdziwa.
Uniósł się.
- Czas odejść. Straże są teraz najmniej czujne. I nie dziw się, panie, że ciebie wybrałem.
Dopiął starannie futro.
- ...Człowiek tak mądry musi być moralny. A człowiek moralny...
Nie dokończył. Jakby wyczuwając życzenie Beneto ruszył ku drzwiom. Język mrozu ponownie
wśliznął się do izby.
- Wybacz - usłyszał, kiedy zamykał drzwi.
Ścisnąwszy w dłoniach poły szat przywarł do desek. Zegar zawieszony w mroku, gdzie nie
docierał blask ognia, słał ku niemu nie kończące się pytania. Beneto zrobił krok i lekko odsunął
okiennice. Plac przed domem był pusty, nawet śnieg przestał padać. Leżał teraz okrywając wszystko
całunem ciszy.
* * *
Kupiec niezdarnie zawinął paczkę. Spod rozluźnionych więzów wyglądał nowy, podbity baranim
włosem kożuch. Lecz ulice przenikał zbyt duży mróz, aby ktokolwiek miał na to zwracać uwagę.
Żebrak siedzący pod załomem muru zaskrzeczał coś i pokornie wyciągnął rękę. Beneto ledwie
powstrzymał się od rzucenia miedziaka. Zaraz miałby na karku całą zgraję tych nieszczęśliwych,
brudnych, zdychających z zimna i głodu stworzeń.
Zakrakała wrona. Dalej, na tle gór, wisiał otoczony mgłą zamek hegemona. Już od dawna nie
budowano w ten sposób; zębate zwieńczenia, smukłe wieże, wysokie łuki okien. Od czasu, gdy
przyszedł Scylion, zamek jakby osiadł. Mało kto spoglądał w jego stronę.
Uskoczył na pobocze. Woźnica zaśmiał się ochryple. Beneto starł grudki z twarzy. Chamieją,
pomyślał, coraz bardziej, chyba zbydlęcenie zaraża jak pomór.
Podobni mrówkom ludzie sunęli wzdłuż ścian. Na lewo, aż po mury zamkowego spichlerza,
ciągnęły się ruiny. Pożoga sprzed miesiąca pochłonęła wiele domów, w większości drobnych
wyrobników. Los jest niesprawiedliwy.
Wciągnął powietrze, aż zabolało go w gardle. Swąd spalenizny wciąż zatruwał okolicę. Z
pobliskiego wejścia buchnęło parą. Dwóch mężczyzn wypadło na ulicę i tak już zostali, z nogami w
zamarzniętym rynsztoku. Smok z zardzewiałej tablicy patrzył na nich obojętnie. Beneto zanurzył się
w śmierdzący opar. Długie płaszcze pełne łat, rzadko futro, migały w słabym świetle; ktoś zatkał
dziurę w szybie porwaną pierzyną.
- Grzane wino - powiedział rzucając monetę. Momentalnie zniknęła ona w dłoni o szponiastych
paznokciach, nadpłynął drewniany kufel. Beneto ścisnął pakunek i starając się nie patrzeć w
czerwone twarze siadł w rogu. Pociągnął łyk i zemdliło go. Nie wiedział, od napitku, czy tych ludzi.
Jutro wyjeżdżam, pomyślał, jeśli nawet to prawda, hegemon i tak mnie nie znajdzie. Obok przeszła
kobieta, w jaskrawej sukni, o umalowanych policzkach. Przeszła raz jeszcze, po chwili usiadła.
Beneto ciężko westchnął i przeszedł w drugi kąt gospody.
- Gdzieś mam Odchłanie Czasu! - ryknął ktoś od strony szynkwasu. - Czarną i czerwoną.
Poprzez plecy dojrzał tylko włosy człowieka. Rude jak płomień kosmyki chwiały się mu nad
głowami.
- Ślinicie się tylko: czas, czas, a czy ktoś widział go z bliska?
Podniosły się okrzyki.
- Na nic tu ludzka miara!
- Byli tacy, co wracali z czerwonej bramy. Zgroza...
Tłum kotłował się, depcząc po nogach i wygrażając pięściami okopconemu sufitowi. Beneto
uśmiechnął się. Znalazł kiedyś odpowiedź, dziwną, lecz dobrą. Odchłań Czasu może być furtką do
innego świata. Nieważne jakiego, pewnie podobnego. Gdzie on jest? Tego nikt nie wie. Czas? Coś z
nim się dzieje...
- Bełkoczecie! Co znaczy, że mija dwadzieścia lat zanim może wrócić! - z trzymanego przez
rudowłosego naczynia chlustało wino.
Po prostu, Beneto uśmiechnął się, człowiek przechodzący Odchłań posuwa się w czasie.
Czerwona - dwadzieścia lat. Czytał o tym zapiski, kiedy jeszcze mógł korzystać z Biblioteki Ojców.
A czarna... może kilkaset, może wieczność, nikt stamtąd nie wraca. Właśnie tam Morat chce go
wysłać.
Wlał kwaśny napój do ust. To wino chyba nigdy nie dojrzewa...
- Powtórz!? - wrzasnął jakiś człowiek. - Powtórz, co powiedziałeś o hegemonie.
Dziw, że tak nagle może zapaść cisza. Prowokator stał w kręgu ludzi i palcem wskazywał rudego
olbrzyma. Ten z trudem, jakby spętany, prostował ciało.
- Powiedziałem - wysyczał - że hegemon to taki sam sukinsyn, jak każdy z nas i zdechnie tak
samo.
Prowokator już nic nie powiedział, tylko włożył do ust gwizdek. Zdążył świsnąć zanim pięść
mężczyzny zmiotła go z nóg. Łamiąc ławki upadł pod ścianę. Że też zawsze znajdzie się jeden,
przeszło przez głowę Beneto. Ludzie rzucili się do wyjścia, lecz za późno. Pchnięte kopniakiem
drzwi odskoczyły i weszło trzech gwardzistów. Najstarszy miał na szyi srebrny ryngraf z wyrytymi
skrzydłami. Karczmarz w jednym momencie przestał zawodzić, ukrywszy twarz w ścierce szeptał
jakieś zaklęcia. Ludzie cofnęli się i rudy został na czele.
- Ty! - stwierdził przewodnik.
Olbrzym stał w samej koszuli, sploty mięśni grały jak struny.
- Tak, ja... - sapnął i jakby nabierając oddechu uniósł z podłogi ławę.
Ciężki, dębowy kloc zatoczył łuk i z siłą młota uderzył wgniatając ryngraf. Zdziwienie nie zeszło
z twarzy przewodnika nawet wtedy, gdy wbijał się w szkło okna. W chmurze pierza z rozprutej
pierzyny, łamiąc ramę zwalił się w zaspę. Dwaj gwardziści spojrzeli po sobie.
- No... - wycharczał olbrzym, a potem jęknął.
Chwilę się chwiał, wreszcie opadł na wypuszczoną ławę, z rękojeścią sztyletu w plecach.
- Brać go - powiedział niski człowiek chowając w rękaw skórzaną pochwę.
A więc zawsze znajdzie się dwóch, pomyślał gorzko Beneto. Sylwetki znikały za progiem.
Wstał, aby lepiej widzieć twarz zabitego, aby ją zapamiętać i namalować. Namalować...? Na jakim
obrazie?
Gospoda opustoszała. Zostali jedynie on, karczmarz i nożownik. Chciał ruszyć do wyjścia, lecz
tamten zastąpił mu drogę.
- Mistrz Beneto, prawda?
Odruchowo skinął głową. Mężczyzna otworzył dłoń i mógł dojrzeć okrągły medalion ze
skrzydłami.
- Nasz pan, Scylion, pragnie cię widzieć.
A więc dlatego te ruchliwe oczy wydały mu się znajome. Widział je dzisiaj parokroć w ulicznym
tłumie.
- Kiedy?
- Teraz.
Ruszył bez słowa.
* * *
Hegemon stał w okiennym wykuszu i spoglądał w dół, na zamkowy dziedziniec. Kilkunastu
mężczyzn za pomocą lin i krążków podnosiło wielkie skrzynie próbując opuścić je w głąb
piwnicznego otworu. Ze spoconych grzbietów buchała para.
- Znowu się spotykamy...
Plik z chomika:
Ksietek1
Inne pliki z tego folderu:
Biała amnestia.pdf
(144 KB)
Ale karuzela.pdf
(197 KB)
American dream.pdf
(86 KB)
Druga od Słońca.pdf
(48 KB)
Bajka o małej Deborah i stukającym wietrze.pdf
(38 KB)
Inne foldery tego chomika:
► Erotyka
► Fantasy
► Różne
► Sensacja
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin