Dahlquist Gordon - Szklane księgi porywaczy snów.pdf

(2484 KB) Pobierz
GORDON DAHLQUIST
GORDON DAHLQUIST
SZKLANE KSIĘGI PORYWACZY SNÓW
Z angielskiego przełożył ZBIGNIEW A. KRÓLICKI
Czas spędzony w wyimaginowanym mieście wymaga zdumiewających pokładów
wielkoduszności i cierpliwości. Ta książka wiele zawdzięcza tym ludziom, miejscom i
wydarzeniom, więc każdemu z nich dziękuję, wdzięczny za tę sposobność.
Liz Duffy Adams, Danny’emu Barorowi, Karen Bornarth, Venetii Butterfield, CiNE,
Shannon Dailey, rodzinie Daileyów, Bartowi De-Lorenzo, Mindy Elliott, Evidence Room,
„Exquisite Realms”, Laurze Flanagan, Josephowi Goodrichowi, Allenowi Hahnowi, Karen
Hart-man, Davidowi Levine’owi, Beth Lincks, Toddowi Londonowi, Lower East Oval, Honor
Malloy, Billowi Masseyowi, Johnowi Mc Adamsowi, E.J. McCarthy, Patricii McLaughlin,
Messalinie, Davidowi Millmanowi, Emily Morse, New Dramatists, Octocorp@30 ,h & 9 th
[RIP], Suki O’Kane, Timowi Paulsonowi, Molly Powell, Jimowi i Jill Pratzonom, Kate
Wittenberg, Markowi Worthingtonowi, Margaret Young.
Mojemu ojcu, siostrze i kuzynowi Michaelowi
1
Panna Temple
Od jej zejścia na ląd do chwili, gdy pokojówka podczas śniadania przyniosła jej na
srebrnej tacy list od Rogera, napisany na kredowym ministerialnym papierze i podpisany
imieniem oraz nazwiskiem, upłynęły trzy miesiące. Tego ranka, kiedy obrane jajka na miękko
parowały w srebrnej miseczce (powoli tężejąc i lśniąc), panna Temple nie widziała Rogera
Bascombe’a od siedmiu dni. Został wezwany do Brukseli, a potem do wiejskiego domu
zniedołężniałego wuja, lorda Tarra. Później cały czas zajął mu minister, następnie
wiceminister, a w końcu kuzynka, rozpaczliwie potrzebująca dyskretnej porady prawnej w
kwestii nieruchomości. Jednak panna Temple przypadkiem spotkała tę kuzynkę w herbaciarni
- mającą nadwagę, nadmierną ilość tresek, a na imię Pamela - właśnie wtedy, kiedy Roger
podobno uśmierzał jej niepokój. Było oczywiste, że jedynym źródłem zmartwienia Pameli
jest skromny wybór babeczek drożdżowych. Panna Temple była nieco zaszokowana. Kolejny
dzień minął bez żadnych wiadomości. Ósmego dnia przy śniadaniu otrzymała list od Rogera,
w którym z żalem zrywał zaręczyny, kończąc uprzejmie sformułowaną prośbą, aby
przenigdy, do końca swoich dni nie próbowała się z nim zobaczyć ani kontaktować w
jakikolwiek sposób. Nie podał żadnego wyjaśnienia.
Jeszcze nigdy nie została porzucona w taki sposób. Niemal nie zwróciła uwagi na
formę zerwania - w istocie sama tak by to zrobiła (i naprawdę robiła w wielu irytujących
przypadkach) - Panna Temple lecz sam fakt bardzo ją zabolał. Próbowała ponownie
przeczytać list, ale mgła zasnuła jej oczy i po chwili panna Temple uświadomiła sobie, że
płacze. Odprawiła pokojówką i bezskutecznie próbowała posmarować grzanką masłem.
Ostrożnie odłożyła grzanką i nóż, wstała, a potem dość pospiesznie poszła do łóżka, na
którym zwinęła w kłąbek swe drobne ciało, wstrząsane cichym szlochem.
Przez cały dzień pozostała w swoim pokoju, nie jedząc i nie pijąc niczego oprócz
okropnie gorzkiej herbaty lapsang souchong, w dodatku rozcieńczonej (bez mleczka lub
cytryny) do rdzawego koloru cieczy, która była nie tylko słaba, ale i niesmaczna. W nocy
znów płakała, sama, w ciemności pustej i nieprzyjaznej, aż jej poduszka stała się nieznośnie
mokra. Jednak następnego ranka, z podkrążonymi jasnoszarymi oczami i rozkręconymi od
wilgoci lokami, zbudziwszy się w bladym świetle zimy (porze roku zupełnie nowej dla
ciepłokrwistej panny Temple, która uznała ją za zdecydowanie okropną) i w skotłowanej
pościeli znów postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce, i to bardzo energicznie.
Jej świat się zmienił - i choć była skłonna przyznać (ponieważ odebrała klasyczne
wykształcenie młodej damy), że w życiu czasem się tak zdarza - nie oznaczało to, że ona ma
potulnie się z tym pogodzić, gdyż panna Temple była potulna jedynie w nadzwyczaj
wyjątkowych wypadkach. W istocie niektórzy uważali ją za istną dzikuskę albo wręcz małego
potwora, gdyż była niewysoka. Wychowała się na wyspie, gorącej i parnej, w cieniu
niewolnictwa, a ponieważ była istotą wrażliwą, naznaczyło ją to jak razy bicza - chociaż
częściowo właśnie temu zawdzięczała swoją odporność na ciosy, którą miała nadzieję
zachować.
Panna Temple miała dwadzieścia pięć lat, sporo jak na pannę, lecz ponieważ przez
jakiś czas odrzucała wszystkich adoratorów na swojej wyspie, zanim wysłano ją za morze, w
kręgi śmietanki towarzyskiej, niekoniecznie było to jej winą. Była tak bogata, jak może być
córka plantatora, i dostatecznie bystra, by wiedzieć, iż to normalne, że ludzie bardziej
interesują się jej pieniędzmi niż nią samą, więc nie brała sobie tego materiał i stycznego
podejścia zanadto do serca. W istocie, rzadko brała do serca cokolwiek. Wyjątkiem - choć
teraz trudno było jej to wyjaśnić i niemożność wyjaśnienia czegoś okropnie ją irytowała - był
Roger.
Panna Temple wynajmowała apartament w hotelu Boniface, modnym, lecz nie
przesadnie, składający się z salonu, saloniku, jadalni, gotowalni, sypialni, pokoiku dla służby
oraz drugiej sypialni i gotowalni dla leciwej ciotki Agathy, żyjącej z renty zapewnianej przez
niewielką plantację i przeważnie przesypiającej cały czas pomiędzy kolejnymi posiłkami, ale
dostatecznie szanowanej, aby pełnić (chociaż bierną) rolę opiekunki młodej damy. Agatha,
którą panna Temple zobaczyła pierwszy raz po zejściu na ląd, dobrze znała rodzinę
Bascombe’ów. A Roger był po prostu pierwszym mężczyzną o należytej pozycji i urodzie,
którego poznała tu panna Temple, a jako trzeźwo i rozsądnie myśląca młoda dama, nie
widziała powodu, by szukać dalej. Ze swej strony Roger sprawiał wrażenie, że uważa ją za
śliczną i uroczą, więc się zaręczyli.
Wszystko wskazywało na to, że są dobraną parą. Pomijając wypowiedzi Rogera,
nawet ci, których raziła bezpośredniość panny Temple, nie odmawiali jej urody. I równie
chętnie przyznawali, że jest bogata. Roger Bascombe był obiecującym urzędnikiem
ministerstwa spraw zagranicznych, roztaczającym aurę niemal namacalnego autorytetu.
Dobrze wyglądał w eleganckich ubraniach, nie miał żadnych nałogów, miał natomiast lepiej
zarysowaną szczękę i mniejszy brzuch niż którykolwiek z Bascombe’ów w dwóch ostatnich
pokoleniach. Czas, który spędzili ze sobą, był krótki, ale - zdaniem panny Temple - bardzo
bogaty w wydarzenia. Zjedli razem kilka oszałamiająco urozmaiconych posiłków, odwiedzili
kilka parków i galerii, spoglądali sobie głęboko w oczy i czule się całowali. Wszystko to było
dla niej czymś nowym, od restauracji i obrazów (rozmiary i dziwność których spowodowały,
że panna Temple przez kilka minut siedziała, zakrywając dłonią oczy), poprzez różnorodność
ludzi, zapachów, muzyki, hałasów, obyczajów i wszystkich nowych słów, po silny uścisk
palców Rogera, jego rękę obejmującą jej kibić, jego uprzejmy chichot - nawet kiedy czuła, że
śmieje się z niej, w dziwny sposób nie miała mu tego za złe. Roztaczał zapach mydła,
brylantyny, tytoniu, dni spędzonych w salach konferencyjnych wśród grubych stosów
dokumentów, atramentu, wosku, politury i wyłożonych suknem stołów. Obezwładniała ją
wreszcie mieszanina uczuć, budzonych przez jego delikatne wargi, zjeżone bokobrody i
ciepły, ciekawski język.
*
Jednak przy następnym śniadaniu panna Temple, choć z lekko opuchniętą twarzą i
podkrążonymi oczami, ze zwykłym zapałem zabrała się do jedzenia jajek i grzanek,
odpowiadając na bojaźliwy wzrok pokojówki kosym i stanowczym spojrzeniem, które niczym
przeciągnięcie nożem po gardle, ucięło wszelkie próby rozmowy, a tym bardziej pocieszania.
Agatha jeszcze spała. Panna Temple wyczuła (po przesyconym bardzo silną wonią fiołków
oddechu), że ciotka czuwała po drugiej stronie drzwi przez cały dzień Ponurego Odosobnienia
(jak teraz nazywała to w myślach), ale na tę rozmowę też nie miała ochoty.
Wymaszerowała z Boniface w prostej, lecz doskonale dobranej sukni w zielone i złote
kwiaty, w wysokich butach z zielonej skóry i takąż torebką, po czym raźno pomaszerowała w
kierunku dzielnicy drogich sklepów, których pełno było przy uliczkach po tej stronie rzeki.
Nie miała zamiaru niczego kupować, ale pomyślała sobie, że widok tylu dóbr z całego świata,
które z tylu różnych krajów dotarły do tych sklepów, skłoni ją może do nowego spojrzenia na
obrót wydarzeń w jej życiu. Wiedziona tą myślą, ochoczo, wręcz niestrudzenie, wędrowała od
stoiska do stoiska, machinalnie przesuwając wzrok po materiałach, rzeźbionych szkatułkach,
szklanych naczyniach, kapeluszach, ozdobach, rękawiczkach, jedwabiach, perfumach,
papeteriach, mydłach, teatralnych lornetkach, spinkach, piórach, koralikach i rozmaitych
wyrobach z laki. Nigdzie nie przystawała i prędzej, niż sądziła, że to możliwe, znalazła się na
drugim końcu kupieckiej dzielnicy, na skraju placu St. Tsobel.
Dzień był pochmurno szary. Odwróciła się i ruszyła z powrotem, jeszcze uważniej
przyglądając się egzotycznym wyrobom, nigdzie nie znajdując niczego, co - gdyby była rybką
- zwróciłoby jej uwagę i skłoniło do połknięcia haczyka. Znalazłszy się w pobliżu hotelu,
zaczęła się zastanawiać, co ona właściwie robi. Dlaczego, jeśli trzeźwo godzi się ze stratą i
swoją sytuacją, nic - nawet szczególnie zręcznie zrobiona lakierowana kaczka - nie wzbudza
jej zainteresowania? Zamiast tego, patrząc na każdy taki przedmiot, czuje nieodpartą i
niewytłumaczalną potrzebę, by iść dalej, w poszukiwaniu jakiejś niewiadomej zdobyczy.
Irytowało ją to, że nie ma pojęcia, cóż to mogłaby być za zdobycz, ale pocieszała myśl, że to
coś istnieje i zapewne ma dostatecznie silne działanie, aby zwrócić jej uwagę, kiedy znajdzie
się w polu jej widzenia.
Tak więc westchnęła i przeszła przez sklepy po raz trzeci, całkowicie nieobecna
duchem, pewna tego - gdy zmierzała w kierunku grupy monumentalnych budynków z białego
kamienia, w których mieściły się ministerstwa - że jej zainteresowanie jest, krótko mówiąc,
zerowe. Problem nie leżał w jej wadach ani zaletach ewentualnej rywalki (której tożsamość z
czystej ciekawości wciąż podświadomie usiłowała odgadnąć), lecz w tym, że jej przypadek
był najlepszym przykładem. A może jedynym przykładem? To jednak wcale nie oznaczało,
że ją to niepokoi, że nie ma przed nią żadnych perspektyw i że dalsze awanse Rogera
Bascombe’a są dla niej warte choćby dwóch wsuwek do włosów.
Pomimo tych absolutnie racjonalnych przemyśleń panna Temple przystanęła,
dotarłszy na środek placu, i zamiast podążać dalej w kierunku budynków, w których
niewątpliwie właśnie teraz pracował Roger, usiadła na kutej ławce i spojrzała na ogromny
posąg St. Isobel, stojący pośrodku placu. Nic niewiedząca o świętej męczennicy i bynajmniej
nie pobożna panna Temple była jedynie zaniepokojona jego wulgarną ekstrawagancją:
kobieta uczepiona była miotanej przez przypływ beczki, w podartym odzieniu, rozczochrana,
otoczona resztkami statku, w wodzie spienionej przez kłębowisko żmij owijających się wokół
jej kończyn i szyi, wpełzających pod ubranie, z ustami otwartymi do krzyku - jak widać
słyszanego jedynie przez parę aniołów, skrzydlatych, w długich szatach, beznamiętnie
spoglądających znad jej głowy. Panna Temple doceniała rozmiary i środki techniczne
wykorzystane przy tworzeniu rzeźby, która jednak wydała jej się toporna i mało realistyczna.
Rozbicie statku, jako dziewczyna z wysp, mogła zaakceptować, tak samo jak męczeńską
śmierć w wężowych splotach, ale te anioły to była już przesada.
Oczywiście, spoglądając w niewidzące kamienne oczy na wieki wtrąconej w objęcia
węży Isobel, wiedziała, że w ogóle jej to nie obchodzi. W końcu skierowała wzrok na obiekt
swego prawdziwego zainteresowania, na skupisko białych budynków, po czym pospiesznie
ułożyła plan, a dla każdego kolejnego kroku tego planu wymyśliła nadzwyczaj wiarygodne
usprawiedliwienie. Pogodziła się z myślą, że na zawsze utraciła Rogera - perswazje i jego
powrót nie były jej celem. Czego szukała, a nawet potrzebowała, to wyjaśnienia. Czy została
po prostu odrzucona i Roger wolał być samotny niż mieć ją na karku? Czy chodziło o ambicje
zawodowe i musiał odepchnąć ją dla awansu i kariery? A może po prostu inna kobieta zajęła
jej miejsce u jego boku? Czy też było coś innego, czego w tej chwili nie potrafiła sobie
wyobrazić? Wszystkie te możliwości były jednakowo prawdopodobne i tak samo neutralne
emocjonalnie, ale kluczowe dla panny Temple, chcącej odnaleźć swoje miejsce w nowej,
zdominowanej przez stratę egzystencji.
Śledzenie go nie powinno być trudne. Roger miał swoje nawyki i mimo
nienormowanego czasu pracy zazwyczaj - jeśli w ogóle - jadał obiad w tej samej restauracji.
Panna Temple znalazła po drugiej stronie ulicy antykwariat z książkami, w którym
zobligowana nabyć coś po tak drugim wystawaniu i wpatrywaniu się przez okno wystawowe,
pod wpływem nagłego impulsu kupiła czterotomowy zbiór Ilustrowanych życiorysów ofiar
morza. Książki były wystarczająco bogato ilustrowane, by usprawiedliwić długi czas
spędzony przy oknie na oglądaniu kolorowych tablic, podczas gdy w rzeczywistości
obserwowała, jak Roger najpierw wchodzi, a potem, po godzinie, ponownie pojawia się w
masywnych drzwiach po drugiej stronie ulicy. Poszedł prosto na dziedziniec ministerstwa.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin