Moravia Alberto - MARIO.DOC

(325 KB) Pobierz
Moravia Albert

 

Moravia  Albert

 

 

Mario

 

Nowele :

 

SPIS TREŚCI

Mario

Przyjaciele nie mają pieniędzy

Postrach Rzymu

Pechowiec

Przyjaźń

List

Chiński pies

Pośrednik

Nieszczęśliwy człowiek

Koszmarny dzień

 

 

 

Mario

(Mario)

A było to tak: rano wstałem wcześnie — Fi­lomena jeszcze spała — wziąłem torbę z narzę­dziami i po cichu wysunąłem się z domu. Posze­dłem na Monte Parioli, na ulicę Gramsciego, gdzie popsuł się piecyk w łazience. Ile czasu mo­gła mi zająć naprawa? Z pewnością około dwu godzin, bo musiałem rozebrać całą rurę, a potem wmontować ją z powrotem. Kiedy skończyłem robotę, autobusem, a potem tramwajem pojecha­łem na ulicę Coronari, gdzie znajduje się moje mieszkanie i sklep, w którym pracuję. Zwróćcie uwagę na czas: dwie godziny na Monte Parioli, pół godziny dojazd, drugie pół godziny powrót. Cóż to jest trzy godziny? Dużo i mało, zależnie od okoliczności. Ja byłem zajęty trzy godziny na­prawą ołowianej rury; tymczasem ktoś inny.,,

Ale nie uprzedzajmy faktów. Idąc szybko wzdłuż domów, u wylotu ulicy Coronari usłysza­łem, że ktoś woła mnie po imieniu; obejrzałem się: była to Fede, staruszka odnajmująca pokoje w kamienicy naprzeciw nas. Ta Fede, biedaczka, ma tak nabrzmiałe nogi z powodu reumatyzmu,

że wygląda jak słoń. Zagadnęła mnie, zdyszana:

              Jakiż dzisiaj wiatr! Idziesz w tamtą stronę? Pomożesz mi nieść koszyk?

Odpowiedziałem, że chętnie to zrobię. Przełoży­łem torbę z narzędziami na drugie" ramię i wzią­łem od niej koszyk. Ona szła obok mnie, miała szeroką spódnicę i powłóczyła tymi nożyskami, przypominającymi kolubryny. Po chwili zapyta­ła: — A gdzie jest Filomena?

Odpowiedziałem: — A gdzieżby miała być? W domu.

              No tak, w domu — odrzekła na to — to oczywiste.

Zapytałem, ot tak, aby cokolwiek powiedzieć: — A dlaczego to jest takie oczywiste?

A ona na to: — No, bo oczywiste... ach, mój biedny chłopcze!

Obudziło się we mnie jakieś niejasne podejrze­nie, milczałem przez chwilę, wreszcie spytałem z naciskiem: — Ale dlaczego biedny?

              Bo mi ciebie żal — odrzekła ta czarownica nie patrząc na mnie.

              Co to ma znaczyć?

              To znaczy, że dzisiaj czasy się zmieniły... ? teraz kobiety nie są już takie jak za moich cza-- sów.

              Dlaczego?

              Za moich czasów mężczyzna rfiógł ze spo­kojnym sercem zostawić kobietę w domu i jaką ją zostawił, taką zastawał po powrocie. Nato­miast dzisiaj...

—- No więc?             

|— Dzisiaj tak nie jest... , dość juź... daj ma koszyk, dziękuję ca bardzo.

Dobry humor, jakim napełnił mnie piękny ra­nek, przepadł bezpowrotnie, czułem się jak stru­ty. Przytrzymałem koszyk i powiedziałem: — Nie oddam koszyka, póki mi pani nie wytłumaczy, co ma z tym wszystkim wspólnego Filomena.

.— Ja nie wiem o niczym — odrzekła — ale strzeżonego Pan Bóg strzeże.

— Ale cóż takiego mogła zrobić Filomena?! — wykrzyknąłem.

—- Zapytaj Aldagisy — odpowiedziała, wy­rwała mi koszyk i oddaliła się z nie spotykaną u niej chyżością; jej szeroka spódnica aż falowała w biegu.

Pomyślałem, że nie mam po co wracać do skle­pu, i zawróciłem, aby udać się na poszukiwanie Aldagisy.. Na szczęście, • ona także mieszkała na ulicy Coronari. Z Aldagisą byłem zaręczony, za­nim poznałem Filomenę. Została starą panną i podejrzewałem, że to ona wymyśliła tę całą hi­storię o Filomenie. Wszedłem na czwarte piętro; zacząłem walić pięścią w drzwi i o mało co nie trafiłem jej w twarz, bo otworzyła drzwi znie­nacka. Rękawy miała zawinięte po łokcie, w rę­ku trzymała miotłę. Powiedziała cierpko: — Cze­go chcesz, Gino?

Aldagisa była to dziewczyna nieduża, o miłej powierzchowności, szpecił ją tylko wystający pod­bródek, z powodu którego przezywano ją jędzą.

Ale nie było powodu mówić jej tego w oczy. Ja jednakże, rozsierdzony, właśnie tak odezwałem się do niej: To ty, jędzo, rozsiewasz plotki, że kiedy ja siedzę w sklepie, Filomena wyprawia w domu jakieś hece.

Ona wlepiła we mnie zagniewane oczy: — Za­chciało ci się Filomeny, masz Filomenę.

Wszedłem i schwyciłem ją za ramię, ale zaraz puściłem, bo w spojrzeniu jej była jakby nadzie­ja. Powiedziałem: — A więc to ty?

              To nie ja.~ co usłyszałam, to powtórzyłam.

              A kto ci to powiedział?

              Giannina.

Nic nie powiedziałem i skierowałem się ku wyjściu, ale ona zatrzymała mnie i dodała spo­glądając zaczepnie: — Tylko żebyś już mnie - więcej nie nazywał jędzą.

              A co? Może nie masz wystającego podbród­ka? — odpowiedziałem Wyrwałem się i na łeb na szyję zacząłem zbiegać po schodach. i JJ

' — Lepiej być _jędzą niż rogaczem — zawołała przechylając się przez poręcz.

Mój zły humor doszedł do zenitu. Nie chciało mi się pomieścić w głowie, żeby Filomena mogła mnie zdradzić, bo przez te trzy lata, od kiedy pobraliśmy się, była dla mnie najczulszą żoną. Ale wiadomo, czym jest zazdrość. I teraz, w świetle tego, co mówiły Fede i Aldagisa, owe czułości wydały mi się właśnie dowodem zdrady Filomeny. Ale o tym dość. Giannina była ka­sjerką w pobliskim barze. Była to limfatyczna

blondynka, o przylizanych włosach i oczach jak z błękitnej porcelany. Spokojna, powolna, opanowana. Podszedłem do kasy i powiedzia­łem szeptem: — Powiedz no, czy to ty rozpuś­ciłaś plotkę, że Filomena podczas mojej nieobec­ności przyjmuje gości w domu?

Giannina obsługiwała właśnie klienta. Wystu­kała palcami cenę na maszynie do liczenia, ode­rwała kupon i nie podnosząc głowy zrobiła za­mówienie: — Dwa ekspresy! — po czym zapytała: — Go^ mówiłeś, Gino?

Powtórzyłem pytanie. Ona wydała klientowi resztę, a potem odpowiedziała: — Na litość bo­ską, Gino! Czy sądzisz, że mogłam robić takie plotki o Filomenie, mojej najserdeczniejszej przyjaciółce?              ,

              A więc Aldagisa wyssała to sobie z palca?

              Nie — sprostowała Giannina — nie wys­sała z palca, ale nie ma w tym mojej winy, ja tylko powtórzyłam

Nie mogłem x powstrzymać się od wykrzykni­ka: — Ach, prawdziwa z ciebie przyjaciółka!

              Ale powiedziałam także, że ja w to nie wierzę, tego na pewno nie powtórzyła ci Alda­gisa.

              A kto ci o tym opowiadał?

              Vincenżina... przyszła. do mnie umyślnie z pralni, żeby mi to powiedzieć.

Wyszedłem bez pożegnania i poszedłem prosto do pralni. Już z ulicy zobaczyłem Vincenzinę, która stała przy stole i prasowała przyciskając

oburącz żelazko. Vincenzina, dziewczyna drobna, o płaskiej, kociej twarzy, ciemna, pełna tempe­ramentu, miała do mnie słabość i ja wiedziałem o tym; istotnie, ledwie zdążyłem kiwnąć pal­cem, a już zostawiła żelazko i znalazła się na 3 ulicy. Powiedziała: — Co za szczęśliwy dzień, że ciebie widzę, Gino!

Ja na to: — Czy to prawda, ty wiedźmo; że rozpowiadasz dokoła, że Filomena korzysta z mo­jej nieobecności i przyjmuje w domu mężczyzn? — A ona, rozczarowana, grzebiąc rękami w kie­szeniach fartucha: — A co, czy ci to nie doga­dza?

              Odpowiedz —. nalegałem — to ty wymyśli­łaś? Powiedz!

              Patrzcie, jaki zazdrosny! — odrzekła wzru­szając ramionami. — A cóż to takiego, czy to kobiecie nie wolno zamienić dwu słów ze zna­jomym mężczyzną?

              A więc to ty!

              Wiesz co? Budzisz we mnie litość — po­wiedziała nagle ta żmija. — Co mnie może ob­chodzić twoja żona; a plotek żadnych nie robi­łam, dowiedziałam się o wszystkim od Agnese, która wie nawet, jak tamten ma na imię. .

              Jak ma na imię?!

              Niech ci to ona powie!

Teraz miałem już pewność, że Filomena mnie zdradza. I pomyślałem mimo woli: “Co za szczęście, że nie mam przy sobie żadnego ciężkiego narzędzia, bo mógłbym przecież stracić głowę

i zamordować ją!" Nie mogłem zebrać myśli: Filomena, moja żona, z innym! Wszedłem do sklepu tytoniowego, gdzie Agnese w zastępstwie ojca sprzedawała papierosy. Rzuciłem pieniądze na ladę: — Dwa nazionale!

Agnese, siedemnastoletnia panienka, ze strze- ehą zmierzwionych puszystych włosów na gło­wie, twarz miała bladą, bez rumieńców, przy­pudrowaną różowym pudrem, a oczy czarne jak ciareczki. Znałem ją tak, jak znali ją wszyscy na tej ulicy. I to, co wiedzieli wszyscy, wiedzia­łem i ja, a mianowicie, że Agnese jest chciwa, że ża pieniądze zaprzedałaby duszę diabłu. Kie­dy podawała mi papierosy, pochyliłem się i zapy­tałem:— Powiedz mi: jak on się nazywa?

—- Ale kto? — zapytała zdziwiona. s

— Przyjaciel mojej żony.

Spojrzała na mnie z§ przerażeniem, musiałem mieć straszny wyraz twarzy. Odpowiedziała bez chwili namysłu: — Nie wiem o niczym.

Usiłowałem się uśmiechnąć: — No, powiedzże mi. Wiedzą już o tym wszyscy, tylko ja jeden nie wiem.

Wpatrywała się we mnie potrząsając głową, więc dodałem: — Spójrz tylko, jeśli mi powiesz, dam ci to — i wyciągnąłem z kieszeni banknot tysiąclirowy.

N.a widok pieniędzy zmieszała się tak, jakbym jej zaczął mówić o miłości. Wargi jej drżały, rozejrzała się dokoła i położyła rękę na bankno­cie, mówiąc cicho: — Mario.

— A skąd wiesz o tym?

—- Od waszej dozorczyni.

A więc to była prawda! Wydawało mi się, że dobiegam już do mojego domu, że jestem już w moim mieszkaniu! Wypadłem ze sklepu i po­pędziłem. do naszej kamienicy, od której dzie­liło mnie kilka domów. Powtarzałem bez prze­rwy: “Mario!" I na dźwięk tego imienia wszys­cy Mariowie, jakich znałem, zaczęli przesuwać mi się przed oczyma: “Mario mleczarz, Mario stolarz, Mario sprzedawca owoców, Mario eks- -żołnierz, który był teraz bezrobotny, Mario syn rzeźnika, Mario, Mario, Mario... W Rzymie Ma- riów jest około miliona, a na samej ulicy Co- ronari znalazłoby się ich ze stu. Wszedłem do bramy mego domu i skierowałem się prosto do okienka dozorczyni. Stara i wąsata, jak Fede, siedziała rozkraczona, z miską między kolana­mi, pełną cykorii, którą obierała. Spytałem za-. glądając do okienka: — Powiedzcie mi, proszę, czy to wy rozpuściliście tę plotkę,' że Filomena podczas mojej nieobecności przyjmuje u siebie jakiegoś Maria?

Rozzłoszczona odpowiedziała z miejsca: — Ja­ką znowu plotkę? Twoja żona sama mi o tym powiedziała.

              Filomena?!

              No, tak... powiedziała ma: “Przyjdzie tu pe­wien młody człowiek, wygląda tak a tak, na imię ma Mario... gdyby Gino był w domu, proszę powiedzieć mu, żeby nie przychodził... ale gdy­

by Gina nie było, niech wejdzie na górę". Te­raz właśnie jest na górze. —- Jest na górze?

— A jakże by inaczej... przyszedł godzinę temu. A więc Mario nie tylko że istniał, naprawdę, ale już od godziny siedział w mieszkaniu z Filo­meną. Wpadłem na klatkę schodową, pędem po­biegłem na górę i zastukałem. Otworzyła mi Fi­lomena we własnej osobie. Zauważyłem od ra­zu, że moja żona, tak zazwyczaj pogodna i opa­nowana, przejawia pewien niepokój. Powiedzia­łem: — No co, aniołku, kiedy nie ma mnie w do­mu, przyjmujesz u siebie- Maria?

—i Ależ... — zaczęła mówić.

— Wiem o wszystkimi — krzyknąłem i chcia­łem wejść. Wtedy ona zastąpiła mi drogę, mó­wiąc: — Daj spokój, co ci do tego. Przyjdź póź­niej. — Tym razem zrobiło mi się ciemno przed oczyma. Uderzyłem ją w twarz-i ryknąłem: — Ach, tak! Co mi do tego! — Odepchnąłem ją i po­biegłem do kuchni.

A niechby ziemia pochłonęła baby i babskie plotki! Tak, był tam Mario, siedział przy stole po­pijając kawę z mlekiem; ale nie był to Mario stolarz ani Mario sprzedawca owoców, ani Mario syn rzeźnika, ani żaden z tych Mariów, o których myślałem na ulicy. Był to po prostu Mario brat Filomeny, który przesiedział dwa lata w więzie­niu za kradzież z włamaniem. Ja, wiedząc o tym, że przyjdzie dzień, kiedy zostanie zwolniony, za­powiedziałem Filomenie, że nie chcę go widzieć

u siebie w domu, co więcej, nie chcę o nim nawet słyszeć. Ale ona, biedaczka, była serdecznie przy­wiązana do brata, pomimo to, że był złodziejem, i chciała przyjąć go u siebie w czasie mojej nie­obecności. Mario, widząc moją furię, wstał. Po­wiedziałem zdyszany: — Dzień dobry, Mario.

— Idę już, idę — odrzekł niepewnie. — Nie bój się, zaraz sobie pójdę... ale co się dzieje?... Przecież nie jestem trędowaty.

Z korytarza dobiegał płacz Filomeny, i wstyd mi było tego, Co zrobiłem. Powiedziałem zmie­szany: — Nie, zostań, zjesz z nami obiad, praw­da, Filomeno? — dodałem zwracając się do Filo­meny, która pokazała się w drzwiach, ocierając łzy — prawda, że Mario może zostać na obiedzie?

Jednym" słowem, zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, aby naprawić, com nabroił, a potem po­szedłem z Filomeną do sypialni, pocałowałem ją i ppgodziliśmy "się. Ale sprawa plotek dalej była nie zakończona. Po krótkim wahaniu powiedzia­łem do Maria: — Chodź, Mario, pójdziesz ze mną do sklepu; być może szef znajdzie dla ciebie jakąś pracę. — Wyszedł ze mną; kiedy znaleźliś­my się na schodach, dodałem: — Nikt cię tutaj nie zna... przez ostatnie lata pracowałeś w Me­diolanie, zrozumiałeś?

— Zrozumiałem.

Zeszliśmy na dół. Kiedy przechodziliśmy koło okienka dozorczyni, wziąłem Maria pod rękę i przedstawiłem go mówiąc: — To jest Mario,

mój szwagier, przyjechał z Mediolanu... teraz za­mieszkasz nami.

— Bardzo mi przyjemnie...

“Cała przyjemność po mojej stronie" — pomy­ślałem wychodząc na ulicę. Przez babskie plotki straciłem tysiąc lirów. A teraz jeszcze, na do­...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin