Tłumaczenie EuGeniusz Dębski
Bohaterom Radzieckiego Kosmosu
Wiktor Pielewin urodził się w roku 1962. Studiował w moskiewskim Instytucie Energetycznym oraz Instytucie Literackim im. Gorkiego. Dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych zaczął publikowad opowiadania w czasopismach literackich i magazynach poświęconych fantastyce. Rozgłos przyniósł mu tom prozy Niebieska latarnia, za który otrzymał nagrodę Bookera, najważniejsze wyróżnienie literackie w Rosji. Powieści Omon Ra, Życie owadów, Żółta Strzała czy Czapajew i pustka, sprawiły, że Pielewin stał się jednym z najpoczytniejszych pisarzy nie tylko w Rosji, lecz również na świecie. W roku 1998 przez „New Yorker" został uznany za jednego z sześciu najzdolniejszych pisarzy europejskich. Jego powieśd Generation „P" (WAB 2002), która jest satyrycznym obrazem współczesnego świata rosyjskiej polityki, mediów i reklamy, ukazała się w szesnastu krajach Europy, a w samej Rosji została sprzedana w liczbie przeszło dwustu tysięcy egzemplarzy. Pielewin, popularny w Rosji od z górą dekady, w styczniu 2002 trafił
na czołówki gazet, kiedy prokremlowska organizacja młodzieżowa „Idący razem" ogłosiła listę pisarzy
„słusznych" i „niesłusznych", których twórczośd demoralizuje rosyjskie społeczeostwo
„postmodernistycznym jadem". Na szczycie „czarnej" listy znalazło się właśnie nazwisko Pielewina.
Omon1- nie należy do imion specjalnie popularnych i może nie jest najlepszym z istniejących. Dał mi je ojciec, który przez całe swoje życie pracował w milicji. Chciał, żebym i ja został milicjantem.
- Zrozum. Omeczku - mawiał do mnie często. podchmielony -jak pójdziesz do milicji. z takim imieniem! A jeśli jeszcze do partii się zapiszesz...
Ojcu zdarzyło się strzelad do ludzi, ale nie był złym człowiekiem, z natury raczej wesołym i serdecznym.
Bardzo mnie kochał i nosił w sercu nadzieję, że uda mi się to, co nie udało się jemu. A jego życiowym marzeniem było posiadanie kawałka ziemi pod Moskwą, żeby móc na nim uprawiad buraki i ogórki - nie po to, by je sprzedawad na targu czy zjadad, chociaż to też, ale przede wszystkim po to, by móc się rozebrad do pasa, ciąd łopatą ziemię, patrzed jak ruszają się czerwone robaki i inni reprezentanci życia podziemnego, żeby wozid przez całe miasteczko dacz taczkę z gnojem i zatrzymywad się przy obcych furtkach, na pogaduszki z sąsiadami. Kiedy uświadomił sobie, że nic z tego nie będzie, zaczął hołubid nadzieję, że szczęśliwe życie przeżyje przynajmniej jeden z braci Kriwomazowych (mój starszy brat Owir2.
z którego ojciec chciał zrobid dyplomatę, zmarł na zapalenie opon mózgowych w czwartej klasie, pamiętam tylko, że miał na czole podłużny wielki pieprzyk).
Ja tam nie bardzo byłem przekonany co do ojcowskich planów, w koocu on sam był partyjny, imię miał
dobre - Matwiej, ale wszystko, co sobie wysłużył, to żebracza emerytura i samotny starczy alkoholizm.
Mamy niemal nie pamiętam. Pozostało mi w pamięci tylko jedno wspomnienie -jak pijany ojciec w mundurze usiłuje wyjąd z kabury pistolet, a ona, kobieta o prostych włosach, zapłakana, łapie go za ręce i krzyczy:
- Matwiej, opamiętaj się!
Mama zmarła, kiedy byłem malutki. Dorastałem więc w domu ciotki, odwiedzając ojca w dni wolne od pracy. Zazwyczaj był opuchnięty i czerwony, na jego wyszmelcowanej bluzie od piżamy krzywo wisiał
medal, z którego był bardzo dumny. W pokoju ojca panował przykry zapach, a na ścianie wisiała reprodukcja fresku Michała Anioła „Stworzenie świata", na którym nad leżącym Adamem szybuje brodaty Bóg. wyciągający dłoo na spotkanie szczupłej ludzkiej ręki. Ten obrazek dośd dziwnie działał na duszę ojca, i zapewne, kojarzył mu się jakoś z przeszłością. W jego pokoju zazwyczaj siedziałem na podłodze i bawiłem się małą kolejką, a ojciec chrapał na rozłożonej kanapie. Czasem budził się, przez jakiś czas wpatrywał się we mnie zmrużonymi oczami, a potem, wychylał się z kanapy i opierając o podłogę, wyciągał ku mnie wielką dłoo, na której wyraźnie widad było żyły. Ja miałem tę dłoo uścisnąd.
- Jak się nazywasz? - pytał.
- Kriwomazow - odpowiadałem, uśmiechając się nieśmiało, ale fałszywie. A on głaskał mnie po głowie i częstował cukierkami. Wszystko to wykonywał tak mechanicznie, że nawet nie odczuwałem obrzydzenia.
O ciotce nie za bardzo mam co opowiadad - byłem jej obojętny, dlatego starała się, bym możliwie dużo czasu spędzał na najprzeróżniejszych obozach pionierskich i grupach dnia wydłużonego. Nawiasem mówiąc, zadziwiającą urodę tego zwrotu dostrzegam dopiero teraz.
1 OMON - Otriad Milicji Osobowo Naznaczenija - Oddział Milicji Specjalnego Przeznaczenia 2 OWIR - Otdieł Wiz i Riegistracii - Biuro Wiz l Rejestracii, biuro paszportowe Ze swojego dzieciostwa zapamiętałem tylko to, co wiązało się, że tak powiem, z marzeniem o niebie. Nie od tego, rzecz jasna, zaczęło się moje życie - wcześniej był długi jasny pokój, pełen innych dzieci i wielkich plastykowych klocków, bezładnie porozrzucanych po podłodze, były oblodzone stopnie drewnianej wieżyczki, po których pośpieszne wspinałem się do góry, byli jacyś popękani młodzi trębacze z pomalowanego gipsu na podwórku i wiele innych rzeczy. Ale wątpię, czy można powiedzied, że widziałem to ja: we wczesnym dzieciostwie (podobnie chyba jak po śmierci) człowiek zagarnia sobą jednocześnie wszystko dokoła, dlatego można sądzid, że jeszcze nie istnieje, że osobowośd jako taką powstaje później, kiedy pojawia się przywiązanie do jednego określonego kierunku.
Mieszkałem wówczas nieopodal kina „Kosmos". Nad naszą okolicą dominowała metalowa rakieta, stojącą na zwężającym się słupie tytanowego dymu, przypominającego wetknięty w ziemię ogromny jatagan. Dziwne, ale jako osobowośd, zacząłem się nie od tej rakiety, a od drewnianego samolotu na placu zabaw pod swoim domem. Nie do kooca był to samolot, raczej domek z dwoma okienkami, do którego w czasie remontu ktoś przybił zrobione z desek po rozwalonym płocie skrzydła i ogon, a wszystko to zostało pomalowane zieloną farbą i ozdobione kilkoma rudymi gwiazdami. Wewnątrz mogły się zmieścid dwie-trzy osoby, ale jeszcze był tam niewielki stryszek z wyglądającym na wojskową komendę uzupełnieo trójkątnym okienkiem - według niepisanej podwórkowej umowy, ten stryszek spełniał rolę kabiny pilota, i kiedy samolot bywał strącany, najpierw wyskakiwali ci, co siedzieli w kadłubie, a dopiero potem, gdy już ziemia z rykiem pędziła ku oknom, pilot mógł iśd w ślady reszty - o ile oczywiście zdążył.
Zawsze starałem się byd pilotem, i nawet posiadłem pewną umiejętnośd, dzięki której widziałem niebo z obłokami i nadlatującą na spotkanie ziemię, zamiast krzywej wukaowskiej ściany, podziurawionej oknami, z których zawsze wyglądały włochate fiołki i zakurzone kaktusy.
Moimi ulubionymi filmami były te o lotnikach, z jednym z nich wiąże się najsilniejsze przeżycie z mojego dzieciostwa. Pewnego razu, kosmicznie ciemnego grudniowego wieczoru, włączyłem telewizor ciotki i zobaczyłem na ekranie kiwający się na boki samolot z pikowym asem na kadłubie i krzyżem na skrzydle.
Pochyliłem się ku ekranowi, i natychmiast pojawił się na nim powiększony widok kabiny: przez grube szyby uśmiechało się nieludzkie oblicze w goglach, przypominających narciarskie, i w kasku z błyszczącymi ebonitowymi nausznikami. Pilot uniósł dłoo w rękawiczce z czarnymi mankietami i pomachał do mnie. Potem na ekranie pojawił się drugi samolot, sfilmowany od środka: przy dwu identycznych drążkach siedziała para pilotów w półkożuszkach i uważnie wpatrywała się, poprzez wzmocniony stalowymi wstęgami pleksiglas, w ewolucje wrażego myśliwca, lecącego obok.
- Miejsce dziewięd - powiedział jeden pilot do drugiego. - Zmuszam do lądowania.
Drugi, wyróżniający się ładną przepitą twarzą, skinął głową.
- Nie mam ci za złe - powiedział, najwyraźniej kontynuując jakąś rozmowę. - Ale zapamiętaj, że to, co cię wiążę z Warią, musi byd czymś trwałym, na całe życie... Do grobowej deski.
W tym momencie przestałem odbierad to, co się działo na ekranie - ogłuszyła mnie pewna myśl, może nawet nie myśl, a jej słabo uświadamiany sobie cieo. To było tak, jakby sama myśl przeleciała gdzieś obok mojej głowy i zahaczyła ją tylko swoim skrajem. Chodziło o to, że skoro ja, dopiero co, zerknąwszy na ekran, zobaczyłem świat z kabiny, w której siedzieli dwaj piloci w półkożuszkach - to nic nie stoi na przeszkodzie, bym zaglądał do tej i innych kabin bez żadnego telewizora. Lot sprowadza się przecież do zestawu odczud, najważniejsze z których dawno temu już nauczyłem się podrabiad, siedząc na stryszku przyozdobionej czerwonymi gwiazdami skrzydlatej chałupki, wpatrując się w zastępujący niebo mur komendy uzupełnieo i imitując dźwięk silnika ustami.
To mgliste przenikanie do obrazów tak mną wstrząsnęło, że resztę filmu obejrzałem niezbyt uważnie, włączając się do telewizyjnej realności tylko podczas pojawiania się na ekranie dymnych ścieżek, albo nadlatujących na widza szeregów stojących na ziemi nieprzyjacielskich samolotów. „To oznaczą, myślałem, że możliwe jest przyglądanie się od samego siebie, jak z samolotu, i w sumie nieważne jest, skąd się patrzy - ważne, co przy tym się widzi..." Od tej chwili, wlokąc się po jakiejś zimowej ulicy, często wyobrażałem sobie, że lecę samolotem nad zaśnieżonym polem; skręcając przechylałem głowę, a świat posłusznie pochylał się w prawo, albo w lewo.
Ale i tak ten człowiek, którego bez wahania mógłbym nazwad sobą, uformował się później i stopniowo.
Za pierwszy przejaw swojej prawdziwej osobowości uważam tę sekundę, kiedy zrozumiałem, że przez cienką błonę nieba, możną jeszcze dążyd w nie mającą dna i kooca czero kosmosu. Stało się to tejże zimy, wieczorem, kiedy spacerowałem po terenie Wystawy Osiągnięd Gospodarki Narodowej. Szedłem pustą i ciemną zaśnieżoną aleją, gdy nagle z lewej dobiegło mnie brzęczenie, przypominające dzwonek ogromnego telefonu. Odwróciłem się i zobaczyłem go.
Odchylony do tyłu, siedzący w pustce jak w fotelu, wolno płynął przed siebie, a za nim równie wolno prostowały się w przestrzeni węże. Szkło jego hełmu było czarne, i tylko trójkątny odblask płonął na przysłonie, ale wiedziałem, że on mnie widzi. Byd może był martwy od kilku już wieków. Jego ręce pewnie sięgały gwiazd, a nogi do tęgo stopnia nie potrzebowały oparcia, że pojąłem raz i na całe życie: prawdziwą wolnośd może dad człowiekowi tylko nieważkośd - a mając już co do tego pewnośd, musiałem byd ogromnie znudzony wszystkimi tymi zachodnimi radiowymi głosami i produkcjami różnych sołżenicynów. W duchu, rzecz jasna, brzydziło mnie paostwo, którego niezrozumiałe, ale groźne wymagania zmuszały każdą, chod na kilka sekund powstającą grupę ludzi, by starannie naśladowała i wzorowała się na najpodlejszym z jej członków. Ale, zrozumiawszy, że pokoju i wolności nie da się na ziemi osiągnąd, duchem podążyłem w górę, i wszystko, czego wymagał wybrany przeze mnie życiowy szlak, już nie kolidowało z moim sumieniem, ponieważ sumienie ciągnęło mnie w kosmos i mało interesowało się wydarzeniami na Ziemi.
Miałem przed oczami po prostu oświetloną mozaikę na ścianie pawilonu, mozaika przedstawiała kosmonautę w otwartym kosmosie. Ta kompozycja przez jedną chwilę, więcej mi powiedziała niż dziesiątki książek, przeczytanych do tego momentu. Wpatrywałem się długo, a potem poczułem, że ktoś przygląda się również mnie.
Obejrzałem; się i zobaczyłem za swoimi plecami chłopca w mniej więcej moim wieku. wyglądającego dośd niezwykle - miał na głowie skórzany kask z błyszczącymi ebonitowymi nausznikami, a na szyi majtały mu się plastykowe okulary do nurkowania. Był wyższy ode mnie o pół głowy i może trochę starszy, a kiedy wszedł do oświetlonej reflektorem strefy uniósł dłoo w czarnej rękawiczce i rozciągnął usta w chłodnym uśmiechu. a przed moimi oczyma przemknął sekundowy kadr z pilotem w kabinie myśliwca z asem pik na kadłubie.
Nazywali go Mitiok. Okazało się, że mieszkamy bardzo blisko siebie, chociaż chodzimy do różnych szkół.
Mitiok wątpił w wiele rzeczy, ale jedno wiedział na pewno. Wiedział mianowicie, że najpierw zostanie lotnikiem. a potem poleci na Księżyc.
Istnieje najprawdopodobniej jakaś niepojęta zgodnośd między ogólnym zarysem życia i tymi drobnymi historiami, jakie stale przydarzają się człowiekowi, a do których nie przywiązuje on wagi. Teraz jasno widzę, że mój los był wyraziście zarysowany już wtedy, kiedy jeszcze nawet nie zastanawiałem się poważnie nad tym, jakim miałby byd, i nawet więcej - już wtedy jawił mi się w nieco uproszczonym wariancie. Byd może było to echo przyszłości. A może to, co uważamy za echo przyszłości, jest tak naprawdę nasieniem tej przyszłości, upadającym na grunt dokładnie w tym momencie, który potem, z perspektywy czasu, wydaje się przylatującym z przyszłości echem.
Krótko mówiąc, lato po siódmej klasie, było upalne i zakurzone. Z jego pierwszej połowy zapamiętałem tylko długie wycieczki rowerowe po pewnej podmoskiewskiej szosie. Na tylnym kole swojego półwyścigowego roweru marki „Sport" montowałem specjalną grzechotkę, zbudowaną z kawałka złożonego kilkakrotnie twardego papieru, przymocowanego do ramy klamrą do bielizny. Kiedy jechałem, papier tłukł się o szprychy i wydawał z siebie szybki i cichy terkot, przypominający odgłos samolotowego silnika. Pędząc w dół po stoku asfaltowej górki, wiele razy wyobrażałem sobie, że jestem nadlatującym na cel myśliwcem, wcale nie zawsze radzieckim, ale nie była to moja wina, po prostu na samym początku lata usłyszałem gdzieś kretyoską piosenkę, w tekście której znajdowały się słowa: „Mój Phantom, jak pocisk szybki, w niebie jasnym i błękitnym z rykiem nabiera wysokości". Należy zaznaczyd, że kretyostwo tej piosenki, którego byłem świadom bez cienia wątpliwości, zupełnie nie przeszkadzało mi w jednoczesnym wczuwaniu się w nią całym sobą. Jakie jeszcze pamiętam słowa: ..Widzę w niebie smugę dymu... Gdzieś daleko jest ojczysty Teksas". Jeszcze było tam coś o ojcu i matce, i o jakiejś Mary, bardzo realnej, ponieważ w piosence występowało też jej nazwisko.
W środku lipca wróciłem do Moskwy, a potem rodzice Mit’ka zdobyli dla nas dwa skierowania do obozu pionierskiego "Rakieta". Był to zwyczajny obóz na południu kraju, może nawet nieco lepszy od innych.
Zapamiętałem dobrze tylko pierwsze spędzone tam dni, ale właśnie wtedy wydarzyło się wszystko to, co potem stało się tak istotne. W pociągu biegaliśmy z Mit’kiem po wagonach i wrzucaliśmy do muszel klozetowych wszystkie butelki, jakie udawało się nam znaleźd - spadały na pędzące pod miniaturowym lukiem tory i bezdźwięcznie pękały, a namolna, kołaczącą w głowie piosenka, nadawała temu nieskomplikowanemu działaniu posmak walki o wolnośd Wietnamu.
Następnego dnia cały turnus, przybyły tym pociągiem, wyładowano na mokrym dworcu południowego miasta, przeliczono i załadowano na ciężarówki. Jechaliśmy długo drogą wijącą się między zboczami gór, potem z prawej pojawiło się morze i przysunęły się do nas kolorowe budyneczki. Wyładowano nas na wyasfaltowanym placu, ustawiono i poprowadzono do góry, po obramowanych cyprysami schodach, do płaskiego przeszklonego budynku na szczycie wzgórza. To była stołówka, gdzie czekał nas zimny obiad, chociaż pora była raczej na kolację - przyjechaliśmy kilka godzin później niż było zaplanowane. Obiad był
dośd niesmaczny - zupa z makaronowymi gwiazdkami, kura z ryżem i kompot.
***
Z sufitu stołówki na nitkach, oblepionych jakimś lepkim, kuchennym świostwem, zwisały kartonowe kosmiczne statki. Zapatrzyłem się na jeden z nich. Nieznany wykonawca zużył na model sporo folii i gęsto opatrzył go napisami „ZSRR". Statek wisiał dokładnie nad naszym stołem. Na folii lśniło zachodzące słooce, które nie wiadomo dlaczego, skojarzyło mi się z reflektorem lokomotywy metra, płonącym w czarnej otchłani tunelu. Nie wiadomo, dlaczego zrobiło mi się smutno.
Mitiok, kompletnie odwrotnie, był rozmowny i wesoły.
- W latach dwudziestych statki kosmiczne były takie - powiedział, dźgając widelcem w górę. - W
trzydziestych inne, w pięddziesiątych -jeszcze inne, i tak dalej.
- Jakie znowu statki kosmiczne w trzydziestych? - zapytałem bez specjalnego zaangażowania.
Mitiok myślał chwilę.
- U Aleksieja Tołstoja były takie wielkie metalowe jaja, a w mikroskopijnych odstępach czasu odbywały się w nich eksplozje, które dostarczały energii służącej do poruszania - powiedział w koocu. - To taka podstawowa zasada, a w ogóle możliwych wariantów jest wiele.
- Ale przecież tak naprawdę nie latały.
- Te też nie latają - odpowiedział i wskazał na przedmiot naszej rozmowy, kiwający się lekko w przeciągu.
Zrozumiałem w koocu, co miął na myśli, chociaż może nie udałoby mi się tego wypowiedzied. Jedyną przestrzenią, którą przemierzały gwiazdoloty komunistycznej przyszłości - nawiasem mówiąc, słowo
„gwiazdolot", na które często natykałem się w tak lubianej przeze mnie fantastyce, kojarzyło mi się z czerwonymi gwiazdami na burtach radzieckiej techniki kosmicznej - no więc, jedynym miejscem, po którym latały, była świadomośd radzieckiego człowieka, dokładnie tak jak stołówka dokoła nas była tym kosmosem, do którego wpuścił swoje statki poprzedni turnus, chcąc, by przemierzały one przestworza nad obiadowymi stolikami, kiedy twórców kartonowej floty nie będzie już obok. Myśl ta nałożyła się na trudny do wytłumaczenia smutek, jaki zawsze ogarniał mnie przy obozowym kompocie z suszu, i przyszła mi do głowy dziwną myśl.
- Wcześniej bardzo lubiłem sklejad plastykowe samoloty - powiedziałem. -Takie modele do składania.
Zwłaszcza wojskowe.
- Ja też - przyznał Mitiok. - Ale to było dawno.
- Podobały mi się enerdowskie modele. A w naszych często nie było pilota. Obsuwa jak diabli, kiedy kabina pusta.
- Dokładnie - powiedział Mitiok. - Dlaczego o tym mówisz?
- No, bo tak sobie myślę - powiedziałem, wskazując widelcem wiszący nad stołem kartonowy gwiazdolot -
czy jest tam ktoś w środku czy nie?
- Nie wiem - powiedział Mitiok. - Ciekawe, rzeczywiście.
Budynki obozu rozmieszczone były na płaskim zboczu góry, a dolna częśd terenu przechodziła w coś w rodzaju parku. Mitiok zniknął, więc poszedłem tam sam. Po kilku minutach znalazłem się w długiej i pustej cyprysowej alejce, w której panował już półmrok. Wzdłuż asfaltowej ścieżki ciągnęła się druciana siatka, na której wisiały wielkie pokryte rysunkami płyty ze sklejki. Na pierwszej był pionier z prostym rosyjskim obliczem, wpatrujący się przed siebie i przykładający do biodra miedzianą sygnałówkę z proporczykiem. Na drugim - ten sam pionier z werblem na pasku i pałeczkami w dłoni. Na trzecim, znowu on, wciąż zapatrzony przed siebie spod uniesionej w pionierskim salucie dłoni. Dalej wisiała płyta dwukrotnie większa od pozostałych i bardzo długa - na jakieś trzy metry. Ta była dwukolorowa - od prawej, skąd wolno nadchodziłem, czerwoną, dalej białą, a dzieliła te dwa kolory poszarpana i przechodzącą na białe pole falą, po której pozostawał czerwony ślad. Najpierw nie zrozumiałem, co to jest, i dopiero kiedy podszedłem bliżej, poznałem w splocie czerwonych i białych plam twarz Lenina z przypominającym taran występem bródki i otwartymi ustami. Lenin nie miał tyłu głowy - miał tylko twarz, a za nią cała czerwona powierzchnia była już Leninem. Przypominał mi bezcielesnego boga, pojawiającego się niczym falą, na powierzchni utworzonego przezeo świata.
Potknąłem się o garb na asfalcie i przeniosłem spojrzenie na kolejny obrazek - to był pionier, ale już w kosmicznym skafandrze, z czerwonym hełmem w ręku; na hełmie był napis „ZSRR", a na czubku miał
ostrą antenę. Kolejny pionier wysuwał się z lecącej rakiety i salutował dłonią w ochronnej rękawicy. I ostatnim był też pionier w skafandrze, stojący na wesołej żółtej powierzchni Księżyca obok statku kosmicznego, przypominającego jako żywo kartonową rakietę ze stołówki; widad było tylko oczy pioniera, dokładnie takie, jak na pozostałych obrazach. Ponieważ jednak dolna częśd twarzy była zasłonięta przez hełm, to w oczach widoczny był niewyobrażalny smutek.
Z tyłu dobiegł mnie odgłos szybkich kroków - odwróciwszy się zobaczyłem Mit’ka.
- Dokładnie - powiedział, zbliżając się.
- Co dokładnie?
- Patrz - wyciągnął do mnie rękę, w której coś trzymał. Przyjrzałem się i zobaczyłem niewielką plastelinową figurkę z głową owiniętą folią aluminiową.
- W środku był mały kartonowy fotel, na którym siedział - powiedział Mitiok.
- Coś ty, rozwaliłeś rakietę ze stołówki?
- zapytałem. Przytaknął skinieniem głowy.
- Kiedy?
- Dopiero co. Dziesięd minut temu. Najdziwniejsze. że wszystko tam... - Skrzyżował palce, tworząc z nich kratę.
- W stołówce?
- Nie. w rakiecie. Kiedy ją robili, to zaczęli od ludzika. Ulepili go, posadzili na fotelu i szczelnie okleili ze wszystkich stron tekturą.
Mitiok podał mi kawałek tektury. Wziąłem go i zobaczyłem, że ktoś starannie wyrysował na nim przyrządy, drążki, przyciski, a nawet obrazek na ścianie.
- Ale najdziwniejsze - powiedział zamyślony i nawet jakoś przygnębiony Mitiok - że nie było tam drzwi. Z
zewnątrz luk był narysowany, a od wewnątrz w tym miejscu - ściana z jakimiś zegarami.
...
paddingtons