Penelopa.docx

(163 KB) Pobierz

 

 

 

 

 

Penelopa

 

 

Rozdział 1

Był wczesny ranek. Fale przypływu laguny Long Island rozbijały się niemal u stóp młodego mężczyzny. Linc Sinclair biegł. Z góry śledziły go nurkujące mewy. Kilka godzin wcześniej odpływ pozostawił na piasku muszle, trawę morską i kawałki drewna.

Być może ktoś inny zatrzymałby się, by popatrzeć, ale Linc przywykł już do tego widoku. Biegał tu codziennie rano przed pójściem do pracy. Tę poranną godzinę wygospodarował dla siebie, by dobrze rozpocząć dzień. Było to wyzwanie dla ciała i odprężenie dla umysłu.

Kiedy zakręcił i ruszył odcinkiem plaży prowadzącym do domu, jego uwagę zwróciła postać, której nie było, gdy biegł w przeciwnym kierunku. Zaciekawiony przymrużył oczy, usiłując odgadnąć kto to może być. Ta część plaży była wydzielona. Znajdowały się przy niej tylko dwa domy - jego i kuzyna Kyle'a. Dom Kyle'a stał pusty od wielu lat, ale nie zdarzyły się żadne przypadki wandalizmu i Linc nie miał nic przeciwko temu, żeby dzieciaki bawiły się tu od czasu do czasu.

Kiedy się przybliżył, zauważył, że na wprost domu Kyle'a ktoś rozpostarł kolorowy koc. Siedziała na nim kobieta, a obok niej leżało niemowlę. Linc zwolnił tempo biegu, rozluźnił mięśnie, przeszedł do szybkiego marszu. Kobieta patrzyła na lagunę i jeszcze go nie zauważyła. Niemowlę leżało na brzuchu otoczone zabawkami i bawiło się czerwoną piłką. Nagle piłka potoczyła się wprost pod nogi Linca. Maluch zaskrzeczał niezadowolony. Linc stanął i podniósł piłkę. W chwilę później klęczał przed kobietą i wpatrywał się w najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek zdarzyło mu się widzieć. Były koloru przyćmionego topazu. Nie mogąc oderwać od nich wzroku, uniósł piłkę i powiedział:

- To musi należeć do któregoś z was.

Jej usta ułożyły się w uśmiech, który wydał mu się szalenie uwodzicielski.

- Ach, to należy do Matthew. Matthew, czy możesz podziękować?

Matthew kopnął kilka razy nóżkami i zagulgotał przewracając się na plecy. Niesamowite oczy rozjaśniły się zadowoleniem.

- Matthew mówi dziękuje.

Linc, nie mając zupełnie pojęcia, co powinien powiedzieć, gwałtownie starał się podtrzymać rozmowę. Ale czuł się jak pogrążony we mgle. Nie mógł zebrać myśli. W końcu zapytał:

- W jakim on jest wieku?

- Ma sześć miesięcy - podniosła zielonego misia, podała go chłopczykowi i cierpliwie czekała, aż go uchwyci.

Tych kilka chwil, w czasie których kobieta zajmowała się dzieckiem, Linc wykorzystał, by dokładnie jej się przyjrzeć. Włosy miała brązowe, rozjaśnione słońcem, proste i gęste, sięgające trochę poniżej ramion. Biały, koronkowy gorset układał się na zaokrąglonych piersiach i odsłaniał złotobrązowe ramiona oraz szyję. Długie, gołe nogi wyłaniały się spod jeansowej spódnicy i białej halki. Ziarnka piasku przykleiły się do nóg. Linc poczuł nieodpartą chęć, by wyciągnąć rękę i zetrzeć błyszczące cząsteczki. Spojrzała na niego.

- Czy często pan tu biega?

- Codziennie rano. Dziś jestem spóźniony. Rozmawiałem przez telefon.

Podciągnęła nogi, otaczając je rękoma tak, że halka ułożyła się na złocistej plaży niczym piana.

- Więc pan mieszka w tej okolicy?

Skinął głową, zastanawiając się czemu odniósł wrażenie, że w jej pytaniu było coś więcej niż zwykła ciekawość. Potem zainteresował się sposobem, w jaki słońce dodawało blasku jej, i tak już złotawej, skórze.

- Od dawna?

Znów skinął głową. Coś jakby cień przesunęło się po jej twarzy i zniknęło.

- Wspaniały ranek, nieprawdaż?

- Wspaniały - przytaknął. Przemknęło mu przez myśl, że puls powinien już mieć normalny, i nawet nie bardzo się zdziwił, że tak nie jest. Czy jej też zapierało dech? Czy czuła w żołądku takie samo gorąco?

Powiew wiatru przerzucał jej włosy ze strony na stronę. Zdawała się nie zwracać na to uwagi do momentu, gdy pasmo włosów opadło jej na twarz. Linc zamierzał je tylko odgarnąć, ale gdy końcami palców dotknął jej skóry - poczuł pod nimi płatek róży.

Pod wpływem jego dotknięcia - zamarła. Gdy palce Linca delikatnie pocierały jej policzek, oczy dziewczyny rozszerzyły się, a usta lekko rozwarły. Gdyby bardziej się pochylił, poczułby na wargach jej oddech. Linc nie umiał tego wyjaśnić. On, który analizował wszystko, nagle nie chciał analizować. On, nigdy nie działający spontanicznie, dał się ponieść chwili.

Jego oczy spoczęły na jej ustach. Wciągnęła powietrze, ale nic nie powiedziała. Z każdą chwilą krew w żyłach Linca była coraz bardziej gorąca. Zastanawiał się, czy ona czuje to samo.

Jego palce przesuwały się w dół po jej szyi, aż do miejsca, gdzie odnalazł szybko bijący puls. Już wiedział, że była tak samo pobudzona jak on. Pierś Linca unosiła się wraz z oddechem. Podniósł wzrok i zobaczył w jej oczach migocącą głębię. Był poruszony. Kto raz w niej zatonie, nigdy nie osiągnie dna. To będzie warte ryzyka, zdecydował.

Gdy poczuł, że zadrżała, cofnął rękę, lecz koniuszki palców miał nadal gorące.

- Czy pani jest zimno? - zapytał świadom, że głos ma nienaturalny, a każdy mięsień napięty.

- Tak - wyszeptała - chyba tak. - Automatycznie sprawdziła rzutem oka, co robi dziecko i wyciągnęła rękę po jeansową kurtkę. Ale zanim mogła ją narzucić, kurtka została jej odebrana.

- Pozwoli pani, że pomogę - powiedział cicho i przesunął się tak, że znalazł się tuż za nią. Poczuł ciepło jej ciała. Uniósł kurtkę. Spojrzała przez ramię i zobaczył, jak bardzo była zdziwiona. Zrozumiał.

- Niewysłowione uczucia przelatywały pomiędzy nimi jak prąd elektryczny. Pożądanie rozpętało się tak nagle jak letnia burza. I nie miał żadnych zahamowań. Przed dziesięcioma minutami nie wiedział jeszcze nic o jej istnieniu - teraz była wszystkim czego pragnął.

Pomagając jej się ubrać myślał intensywnie nad pretekstem, który pozwoliłby mu zostać dłużej. Być może na zawsze. Kołnierz kurtki przygniótł włosy dziewczyny. Kiedy nie zwróciła na to uwagi, uniósł jedwabisty ciężar ręką i uwolnił. Robiąc to, dotknął jej szyi. Jeszcze większy żar. Ona też go poczuła i odchyliła się.

- Dziękuję - powiedziała cicho.

„Wymyśl coś Linc" - znów się przesunął. Znalazł się na wprost niej i wyciągnął rękę w kierunku stojącego obok koszyka z jedzeniem.

- Je pani śniadanie?

Skinęła głową, pogrążona w myślach, a on oddałby wszystko, by dowiedzieć się, o czym teraz myśli. Włosy opadły jej na ramię, gdy przechyliła głowę.

- Jedzenie zawsze lepiej smakuje na powietrzu, nieprawdaż?

- Sądzę, że tak.

- Ale nie jest pan pewien? Czy nigdy pan tak nie jada?

- Obawiam się, że rzadko - uśmiechnął się. Przez chwilę nie bardzo wiedziała, co ma powiedzieć. Jej wzrok przesunął się po koszyku.

- Czy mogę zaoferować panu kawę i cruissanta? Nie było nic prowokującego w jej zachowaniu, a jednak jego ciało reagowało tak, jakby go wabiła. Zobaczył blask topazu w jej oczach, słodki uśmiech na wargach, a potem dostrzegł złote kółko na trzecim palcu. Rozlało się w nim zimne, gorzkie rozczarowanie. Umysł trochę mu się rozjaśnił.

Cholera! Dlaczego nie dostrzegł obrączki wcześniej? Miała przecież dziecko! To oczywiste, że jest mężatką.

Był nią tak oczarowany, że nie mógł myśleć rozsądnie. On, Linc Sinclair, opętany topazowym spojrzeniem. Nikt ze znajomych by nie uwierzył. On sam w to nie wierzył.

- Nie, dziękuję - potrzebował nieprawdopodobnej siły woli, by odmówić kawy i cruissanta. Musi odejść i zrobi to. Wkrótce. - Nigdy pani tu przedtem nie widziałem. Czy przyjechała pani z wizytą?

- Tak. Chciałam to zobaczyć.

- To?

Uniosła rękę, by ogarnąć lagunę.

- Jest piękna - powiedziała.

Wyczuł w jej głosie smutek. Człowiek mógłby spędzić całe życie, próbując zrozumieć niuanse tej kobiety - pomyślał - i rozkoszować się każdą chwilą takiego życia. Pójdzie sobie. Teraz.

Potem usłyszał jej śmiech, a był to dźwięk, który oczarował go swoim kryształowym brzmieniem.

- Matthew, kochanie, co robisz?

Linc odwrócił się. Dziecko zdołało zsunąć się z koca na piasek. Kobieta wzięła dziecko na kolana, pochyliła głowę i spokojnie zaczęła zdejmować mu skarpetki i podwijać śpioszki. Kiedy skończyła, uniosła głowę. Oczy miała tak samo błyszczące i ciepłe jak poprzednio, ale wyczytał w nich, że ma zamiar go opuścić. Zgadł dobrze.

- Matthew chce zapoznać się z wodą. Miło było z panem porozmawiać. Dziękuję za przyniesienie piłki.

Zanim pomyślał, jak mógłby ją zatrzymać, wzięła dziecko i podeszła z nim nad brzeg wody. Jeszcze przez kilka minut Linc pozostał na miejscu, obserwując matkę i dziecko. Dolatywały do niego okrzyki radości małego, zmieszane z odgłosami wiatru. Uniósł rękę, jakby chciał złowić ten dźwięk. Kiedy zdał sobie z tego sprawę, zamienił gest na pożegnalne pomachanie, ale kobieta nie odwróciła się.

Linc był już prawie w domu, gdy uświadomił sobie, że nie spytał nieznajomej, jak się nazywa. Ona też nie zadała takiego pytania. Zajęło mu dobrych dziesięć minut pod zimnym prysznicem, by przekonać samego siebie, że tak było najlepiej.

Linc przesuwał papiery na biurku gwałtowniej niż zwykle. Odchylił głowę, oparł ją na wysokim oparciu krzesła i w zamyśleniu pocierał czoło. Choć nie było jeszcze południa, już marzył, aby ten dzień się skończył.

Od rana zajmował się sprawami nudnymi, nieistotnymi, ot zawracanie głowy. Ale dziś jego tolerancja była zdecydowanie zaniżona. Jako udziałowiec i generalny dyrektor jednego z najstarszych i najbardziej szanowanych banków na Wschodnim Wybrzeżu zawsze zwracał uwagę na szczegóły. Wyglądało na to, że dzisiejszy dzień był dla niego wyjątkowy pod każdym względem.

Natrętnie powracał do niego obraz młodej kobiety z oczami w kolorze przyćmionego topazu i nagimi, pokrytymi piaskiem nogami. Przekonywał sam siebie, że łatwo można to wytłumaczyć. Spotkanie i rozmowa z nią były po prostu miłą, nieoczekiwaną przerwą w jego zorganizowanym życiu.

Ten obraz zniknie.

Jej głos odpłynie.

Jej śmiech przestanie mu dźwięczeć w uszach.

Tak musi być, bo chyba zwariuje. Tak po prostu.

Elizabeth Mc Carry niezdecydowanie patrzyła na stojącą przed nią młodą kobietę. Elizabeth pracowała w Sinclair Bank od trzydziestu lat, a sekretarką Linca była od dziesięciu. Jeszcze nigdy nie znalazła się w sytuacji, w której zupełnie nie wiedziała, do jakich przepisów ma się zastosować, a według niej przepisy były niezmiernie ważne.

Problem polegał na tym, że dotychczas nikt podobny do tej kobiety o wzburzonych włosach i dziwnych oczach nie pojawił się w biurze Sinclaira. I ta kobieta nie rozumiała słowa „nie". Elizabeth spróbowała raz jeszcze.

- Przyznała pani, że nie jest umówiona. Mr. Sinclair nigdy nie przyjmuje kogoś nie umówionego. Widzi pani, takie są zasady.

Toni uśmiechnęła się widząc dylemat sekretarki.

- Pewna jestem, że mnie przyjmie, jak tylko dowie się, że tu jestem.

Elizabeth ściągnęła brwi. To nie mogło wydarzyć się w gorszej chwili. Akurat dziś pan Sinclair jest w okropnym humorze. Właściwie jest nawet niegrzeczny i z pewnością nie zachowuje się normalnie. Ale o tym nie mogła powiedzieć tej młodej kobiecie. To nie byłoby właściwe.

Elizabeth jeszcze raz zlustrowała ubranie przybyłej. Składało się z jeansowego kompletu - spódnicy i kurtki. Dostrzegła także koronkową halkę. Zupełnie nieodpowiedni strój. Ale co mogła zrobić? Ta młoda kobieta była taka uparta. Mogłaby wprawdzie wezwać strażników, ale to wywołałoby zamieszanie, a każda sekretarka wie, że scen należy unikać za wszelką cenę.

Elizabeth westchnęła ciężko i sięgnęła po telefon.

- Jakie pani podała nazwisko? Toni uśmiechnęła się szeroko.

- Nie podałam, bo pani nie pytała. Nazywam się Antonia Sinclair.

- Sinclair? - Elizabeth omal nie upuściła słuchawki.

- Antonia Sinclair - powtórzyła Toni. Palec Elizabeth z trudem odnalazł przycisk:

- Panie Sinclair, Antonia Sinclair chce się z panem widzieć.

Aby zyskać na czasie i uspokoić się w tej niezwykłej sytuacji, Toni wolno sadowiła się na czarnej, miękkiej skórze fotela. Linc Sinclair, ubrany w trzyczęściowy granatowy garnitur, w każdym calu wyglądał na twardego, upartego businessmena, jakim opisał go Kyle. I garnitur i dystyngowany wystrój biura sprawiały, że był zupełnie innym mężczyzną, niż ten, z którym rano rozmawiała na plaży. Innym, ale na pewno tym samym.

Kiedy powiedział jej, że mieszka w pobliżu, wydało jej się prawdopodobne, że zna rodzinę Sinclairów, ale nie przyszło jej do głowy, że może być samym Linciem Sinclairem.

Gdyby podeszła do niego, z pewnością poczułaby zapach pieniędzy i wydruków komputerowych. Mężczyzna na plaży pachniał potem i prężną męskością. Gdy podniosła wzrok i ujrzała go klęczącego przed sobą, zakręciło jej się w głowie. Na chwilę przestała myśleć. Dały o sobie znać nowe, nie poznane uczucia - zareagowała na niego - kuzyna Kyle'a - tego samego faceta, który teraz z nią rozmawia i fizycznie i emocjonalnie.

- Trudno uwierzyć, że jesteś wdową po Kyle'u.

Spodziewała się, że zostanie dokładnie przenicowana przez Linca Sinclaira. Nie przewidziała tylko, że jego ciemnoniebieskie, prawie szafirowe oczy będą wpatrywały się w nią tak intensywnie. Ale nie dała mu poznać, co myśli i czuje.

- Pański adwokat, Maxwell Gordon, potwierdzi kim jestem. W końcu on był na pogrzebie.

Zgodnie z jej zamiarem wychwycił gorycz w jej słowach.

- Moja babka bardzo przeżyła śmierć Kyle'a.

- Ach, tak, Victoria. Kyle mówił mi, że gdy byliście mali, nazywaliście ją królową Victorią.

Linc stwierdził, że zmuszony jest do zajęcia pozycji obronnych. Ta kobieta sprawiła, że jej pragnął.

- Przez jakiś czas bardzo martwiłem się o jej zdrowie. Skoro nie mogła podróżować, stwierdziłem, że moje miejsce jest przy niej.

- Oczywiście.

Linc czuł ogromną ulgę, że była wdową po kimś, a nie żoną. Tym niemniej pod wpływem jej lodowatego tonu uniósł brwi.

- Jestem pewny, że Maxwell powiedział pani, że rodzina życzy sobie, by Kyle był pochowany tutaj.

Tak jak Toni przewidywała, ta rozmowa nie należała do łatwych. Ale z zupełnie innego powodu, niż mogła się była spodziewać. Byłoby o wiele łatwiej poradzić sobie ze skłóconym kuzynem Kyle'a niż z mężczyzną, pod którego dotykiem dostawała gęsiej skórki.

- Och, tak, pan Gordon postawił sprawę jasno, ale Kyle tak kochał Ibizę, że wiedziałam, iż tam właśnie chciałby być pochowany.

Nigdy przedtem Linc nie był zazdrosny o swego kuzyna, ale myśl o Kyle'u i Toni mieszkających i kochających się na skąpanej w słońcu Ibizie, u wybrzeży Hiszpanii spowodowała, że zzieleniał. Chwycił ciężkie złote pióro i mocno ściskał je w dłoni.

- Więc pani i Kyle omawialiście jego życzenia dotyczące pogrzebu?

- Nie - powiedziała cicho. - Rozmawialiśmy o życiu. A pragnął spędzić resztę życia na Ibizie.

Lincowi wydało się okropne, że Kyle był z nią tak blisko, by omawiać swe plany, a co najgorsze kochał się z nią.

- Maxwell nie mówił nic o dziecku. Chociaż kąciki jej ust uniosły się, nie pojawił się uśmiech.

- W czasie pogrzebu nie wiedziałam, że jestem w ciąży.

- I nie uznała pani za stosowne, poinformować rodziny, kiedy się pani o tym przekonała.

- To był wyłącznie mój problem.

Linc tak mocno ścisnął pióro, że aż zbielały mu kciuki.

- Antonia.

- Proszę mówić do mnie Toni. Ostrożnie odłożył pióro.

- Toni, zrozumie pani, dlaczego interesuje to moją babkę i mnie. Kyle zostawił pani dom i wszystko, co do niego należało, ale jego kapitał przeszedł na rodzinę. Bo nie było dzieci. Matthew jako jego syn będzie miał prawa do kapitału - przerwał. - Zakładam, że po to właśnie pani tu przyjechała. Aby przejąć kontrolę nad kapitałem syna.

Nie obchodziło go, czemu się tu pojawiła, ważne było, że jest.

- Nie zamierza pan nawet zapytać, czy Matthew jest synem Kyle'a?

Gdyby Linc rozmawiał z kimkolwiek innym, z pewnością zadałby to pytanie. Ale nie mógł się na nie zdobyć wobec dziewczyny o złotobrązowych oczach, złotobrązowych włosach i złotobrązowej skórze, która zdołała go oczarować w tak krótkim czasie.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin