George Catherine - Bezsenne noce.pdf

(538 KB) Pobierz
4661528 UNPDF
Catherine George
Bezsenne noce
ROZDZIAŁ PIERWSZY
W stodole, w której unosił się ostry zapach rozpuszczalni­
ków, przy akompaniamencie muzyki pracowało troje ludzi. Je­
den z mężczyzn kolejno zanurzał płótna w pojemnikach z wo­
dą, a drugi, pochylony nad stołem, odświeżał kontury malo­
wideł. Pod oknem stał trzeci z pracowników, oglądający obraz
olejny przez specjalne okulary przymocowane do opaski na
głowie. Wszyscy byli tak pogrążeni w pracy, że nawet nie usły­
szeli podjeżdżającego samochodu.
Po chwili w drzwiach stodoły stanął wysoki mężczy­
zna. Rozejrzał się wokół, zastukał w otwarte drzwi. Żadnej
reakcji. Dopiero gdy zastukał ponownie, i to zdecydowanie
głośniej, jeden z mężczyzn podniósł wzrok. Zamrugał ośle­
piony światłem wpadającym z zewnątrz i musiało minąć pa­
rę sekund, nim rozpoznał sylwetkę mężczyzny stojącego
w wejściu.
- Adam! Przepraszam, że cię od razu nie poznałem.
- Cześć, Eddie. Czy jest Harry, to znaczy pan Brett?
Obaj mężczyźni spojrzeli na kobietę pracującą pod oknem.
W pierwszej chwili znieruchomiała, potem wymownym ge­
stem nakazała ściszyć radio. Powoła przesunęła do góry opasie
na głowie, odłożyła obraz i zsunęła z rąk bawełniane rękawicz­
ki, chroniące płótno przed dotykiem palców. Niespiesznie od-
wróciła się w stronę drzwi, nie zwracając uwagi na zniecier­
pliwienie przybyłego.
- Niestety, nie - odparła chłodno.
- A kiedy będzie? - spytał. - Nazywam się Dysart. Jestem
stałym klientem i mam bardzo pilną sprawę. Trzeba szybko
odnowić pewien portret. Muszę natychmiast porozmawiać
z Harrym.
Źrenice jej oczu niepokojąco się zwęziły. A więc tak teraz
wygląda Adam Dysart. W niczym nie przypominał chudzielca,
którego pamiętała ze szkoły. Wysoki, dobrze zbudowany i opa­
lony, ubrany w poszarpane dżinsy i wyblakły niebieski pod­
koszulek.
- To wykluczone - ucięła krótko.
- Dlaczego? - Wyraźnie był zdenerwowany. - Jeśli wyje­
chał, to proszę podać mi jego numer telefonu.
- Nie mogę - rzuciła stanowczo. - Jest w szpitalu. Prze­
szedł zawał i nie ma mowy, żeby teraz zajmował się pracą.
- O Boże! - westchnął Adam z rozpaczą. - To straszne!
Zacisnęła usta.
- Czyżby ten obraz był aż tak ważny?
- Myślę teraz o Harrym - obruszył się. - Chcę go odwie­
dzić. W którym jest szpitalu?
- Nie, panie Dysart. Nikt nie będzie zawracał mu głowy
pracą. - Z satysfakcją patrzyła, jak Adam próbuje opanować
narastającą złość.
- Widzę tu panią po raz pierwszy - powiedział wreszcie.
- Pracuje pani u Harry'ego?
- Chwilowo tak.
Zmarszczył brwi, odgarniając włosy z czoła. Jego oczy
błyszczały intensywnie.
- Niech pani posłucha. Jestem starym przyjacielem Har-
ry'ego i bardzo się o niego martwię.
Przyglądała mu się przez chwilę, po czym skinęła głową.
- Może pan do mnie zadzwonić o wpół do dziewiątej.
Wrócę wtedy ze szpitala.
- Mieszka pani tutaj?
- Tak, panie Dysart. Przynajmniej na razie. Jestem Gabriela
Brett.
- Gabriela?! - Adam Dysart spojrzał na nią zdumiony, ale
szybko wyciągnął rękę i uśmiechnął się promiennie. - Nie wi­
dzieliśmy się tak długo, że cię po prostu nie poznałem. Ale
wiem o tobie wszystko. Harry bez przerwy opowiada mi
o swojej wspaniałej córce. Jest dumny, że poszłaś w jego ślady.
Twierdzi, że masz jeszcze większy talent.
- Chwilowo go zastępuję - powiedziała, ignorując kom­
plement. - Ale jestem zawalona robotą. Wybacz, że nie mogę
ci poświęcić więcej czasu. Do widzenia. - Skinęła chłodno gło­
wą i wróciła do przerwanej pracy.
Skonsternowany Adam Dysart przyglądał się jej przez chwi­
lę, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł. Wayne i Eddie
patrzyli z przestrachem na córkę szefa. Gabriela była jednak
tak wzburzona, że nawet nie odważyli się odezwać. Wreszcie
zdjęła okulary i spojrzała na nich pytająco.
- O co chodzi?
Wysoki, szczupły Wayne z opaską na jasnych, kręconych
włosach, spojrzał znacząco na ciemnowłosego, barczystego
i postawnego Eddiego.
- Twój ojciec zawsze rzuca wszystko, kiedy przychodzi
Adam Dysart. - Wzruszył bezradnie ramionami. - Myślałem,
że powinnaś o tym wiedzieć.
- Dziękuję, że mi to mówisz, Wayne - odparła szorstko.
- Dobrze wiem, jakie ojciec ma układy z domem aukcyjnym
Dysartów. Ale teraz jest w szpitalu i nie mam zamiaru rzucać
wszystkiego tylko dlatego, że wielmożny pan Dysart raczył
się do nas zgłosić.
- Powiesz o tym ojcu? - spytał Eddie.
Spiorunowała go wzrokiem.
- Ojciec rozchorował się właśnie dlatego, że nie umiał od­
mówić Dysartowi. Zaharowywał się na śmierć. A kiedy jego
asystentka Alison odeszła na urlop macierzyński, tyrał jak dziki
osioł. Wcale się nie dziwię, że miał zawał.
- A ty boisz się tego zlecenia? - odważył się spytać
Gabrielę Eddie.
- Wcale nie - odpowiedziała, patrząc mu prosto w oczy.
- Ale pan Dysart będzie musiał poczekać w kolejce tak jak
każdy.
- Podobno Dysartowie organizują niedługo wielką aukcję
- wtrącił Wayne, stawiając obraz obok rzędu kolorowych tu­
bek. - Malarstwo i meble. Pewnie znalazł coś, na czym mu
bardzo zależy.
- W takim razie będzie musiał zanieść swój cenny naby­
tek gdzie indziej. - Gabriela westchnęła ciężko. - Czy to już
wszystko?
- Nie możesz tego zrobić, Gabrielo. Twój ojciec na pewno
się zmartwi - zaprotestował Wayne.
- Więc nie powinien się o tym dowiedzieć. - W jej głosie
zabrzmiała nuta przestrogi.
- My mu nie powiemy - wymamrotał Wayne. - Ale
Adam...
- Przecież on nie wie, w którym szpitalu leży ojciec.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin