Thornton Elizabeth - 01 Panna McBride.pdf

(1282 KB) Pobierz
205217047 UNPDF
Elizabeth Thornton
Panna
McBride
Zamek Drumore, Szkocja, 1885
tała Szkocja. Nad Morzem Północnym szalał sztorm.
Rybacy, zmuszeni zwinąć sieci, chronili się na bezpiecznych
wodach zatoki. Porywiste wiatry i ulewne deszcze atakowały
wybrzeże.
John Sievewright, gospodarz lokalnej tawerny, opróżniał
kolejny kufel piwa, wpatrując się przez okno w zasnute chmura­
mi niebo.
- To wszystko sprawka tej wiedźmy - obwieścił. - To lady
Valeria McEcheran - dodał z szacunkiem, mając na uwadze
przybysza, który schronił się w karczmie przed burzą i w ciem­
nym kącie popijał whisky.
Kilku tubylców pokiwało na te słowa głowami. Wszyscy
doskonale znali nazwisko kobiety, która zamieszkała w zamku
po tym, jak została wdową.
- Zamek Drumore należy do jej zięcia - powiedział Sievew­
right, czując się w obowiązku wtajemniczyć gościa. Sievew­
right był przede wszystkim biznesmenem i starał się, aby wszys­
cy czuli się w jego tawernie mile widziani. Zwłaszcza obcy,
którzy zamawiali najdroższą whisky.
Jeden z miejscowych rybaków podjął wątek:
- Kiedy burza ucichnie, lady Valeria zniknie.
- Tak - powiedział inny - wiedźma zniknie, ale kolejna
zajmie jej miejsce.
5
T o był najzimniejszy, najbardziej ponury luty, jaki pamię­
205217047.001.png
- Bzdury i zabobony! W dzisiejszych czasach nikt już nie
wierzy w czarownice. Żyjemy w dziewiętnastym wieku, na
litość boską! - krzyknęła żona karczmarza znad stolika, który
szorowała.
Nikt nie zaprzeczył. Kobieta nie pochodziła z tych stron
- wyszła za Sievewrighta zaledwie dziesięć lat wcześniej. Poza
tym, była Angielką. Należało wziąć na to poprawkę.
Nagle z zewnątrz dał się słyszeć przeraźliwy krzyk. Pani
Sievewright gwałtownie wciągnęła powietrze.
- To tylko wiatr - uspokoił ją mąż.
- To może być szyszymora - podpowiedział usłużnie wieko­
wy, siwobrody staruszek, pochylony nad kuflem ale*. - Pojawia
się, gdy ktoś ma umrzeć. Na przykład wiedźma. To ona ją wezwała.
Pani Sievewright zadrżała. Już nie była tak pewna siebie.
- To tylko bajka. Ona nie może być czarownicą. Jest wielką
damą, prawda?
Kolejny krzyk zapędził żonę karczmarza aż za ladę. Rozległy
się tłumione chichoty. Sievewright rozejrzał się po sali, mierząc
gości stalowym spojrzeniem. Tylko kilka osób nie uciekło
wzrokiem, zanim odwrócili głowy.
- Nie bój się, kochanie. To nie burza zwiastuje rychły koniec
jaśnie pani. Rodzina się zjeżdża. Jej trzej dorośli wnukowie już
tutaj są. Nie podróżowaliby w taką pogodę, gdyby po nich nie
posłano.
- A co z resztą rodziny? Przyjadą pociągiem? - W głosie
karczmarzowej słychać było drżenie. - Nie ufam pociągom.
A jeśli wiatr przewrócił ich wagon? Bywały takie przypadki.
Sievewright roześmiał się, aby dodać żonie otuchy.
- W taką pogodę nie kursują pociągi.
Włożył w te słowa całą pewność, jaką mógł z siebie wy­
krzesać. W rzeczywistości nigdy nie jechał pociągiem i nie
wsiadłby do żadnego, nawet gdyby mu za to zapłacono.
- Wierz mi, Esther. Zaszyli się w jakimś frymuśnym zajeź­
dzie na granicy i tam czekają, aż burza przejdzie.
'Ale - angielski gatunek ciemnobrązowego piwa (przyp. llum.).
6
Wiatr stracił nieco na sile, a krzyki przeszły w jęk.
- To pewnie wróżkowe dudy wzywają wiedźmę do domu
- napomknął głos z sali. W odpowiedzi goście zaczęli nagle
kasłać.
Pani Sievewright, wiedząc, że stała się przedmiotem kpin,
zapaliła świecę od lampy stojącej na ladzie.
- Idę na górę sprawdzić, co z dziećmi - powiedziała, wysu­
wając wojowniczo podbródek. Pchnęła drzwi prowadzące do
przedsionka i szybko wspięła się po schodach. Sievewrightowie
mieli trzech synów, niewiele różniących się wiekiem, na któ­
rych burza nie robiła żadnego wrażenia. Opatuleni, spali błogo
razem w wielkim łóżku.
Synowie przypomnieli karczmarzowej o wnukach lady Vale­
rii. Wszyscy trzej byli podobno bardzo przywiązani i troskliwi
w stosunku do babki. Ukrywali przed nią swe liczne występki,
a jeśli szerzące się plotki nosiły choć cień prawdy, naprawdę
było co ukrywać.
Dwaj z nich, Aleks i Gavin Hepburn, byli braćmi. Najstarszy
z trójki, ich kuzyn, James Burnett, miał zostać pewnego dnia
panem Drumore. Otaczał go nimb tragedii - w alkoholu topił
ból po stracie żony. Potrafił upić każdego do nieprzytomności,
co w Szkocji było cechą godną podziwu. Gavin był bawidam-
kiem. co również było tolerowane. Największą zagadką był
Aleks. Wiedziano o nim tylko tyle, że jest szalenie inteligentny
i pracuje w jednym z rządowych biur na Whitehall.
Karczmarzowa rozmyślała, jak powiedzie się jej chłopcom,
gdy zaczną torować sobie drogę w dorosłość. Miała nadzieję, że
zostaną blisko domu. Wnukowie lady Victorii mieszkali w Lon­
dynie. Ale na każde wezwanie babki wsiadali do pociągu, by
stawić się w domu - pieniądze nie stanowiły dla nich problemu.
Nie powinna im zresztą mieć tego za złe. W końcu ona także
zostawiła matkę i siostry w Anglii, kiedy przeprowadziła się na
północ, aby poślubić Johna.
Esther postawiła świecę na stole, podeszła do okna i odciąg­
nęła zasłonę. Ledwie mogła zobaczyć światła zamku stojącego
na skalistym cyplu. Był jak latarnia, ostrzegająca statki przed
7
zdradliwym wybrzeżem. Tej nocy zdawał się wzywać burzę do
siebie.
Karczmarzowa westchnęła z irytacją. Te stare marudy na
dole z pewnością znów parskałyby w rękaw, gdyby tylko znały
jej myśli. Co jest nie tak z tymi Szkotami? Nigdy nie wiedziała,
kiedy mówią poważnie, a kiedy zmyślają. Może naśmiewanie
się z niej było ich sposobem zachowania twarzy. Bo który
rozumny mężczyzna chciałby, aby jego sąsiedzi wiedzieli, że
wierzy w zabobony? Wiedźmy, czarnoksiężnicy, szyszymory
- to wszystko bajania starych bab. Rozmyślania Esther przerwał
najmłodszy syn, który sturlał się z łóżka na twardą podłogę
i zaczął płakać.
* * *
Tymczasem we wschodniej wieży zamku, w komnacie, której
okna wychodziły na Morze Północne, leżąc na łożu z baldachi­
mem, lady Valeria uśmiechała się słabo. Przez ostatnią godzinę
lub dwie dryfowała na granicy snu i jawy. Czasami tylko, gdy
wiatr wydawał nagły wrzask, podnosiła powieki, ale grube mury
zamku tłumiły odgłosy burzy, pozwalając jej odpoczywać. Te­
raz cofała się pamięcią do czasów, gdy była dzieckiem. Widziała
całkiem wyraźnie twarze braci i sióstr, bawiących się w rozleg­
łych ogrodach, otaczających dom rodziców w Feughside.
Przez jej myśli przebiegały też inne twarze, inne wspomnie­
nia - Mungo McEcheran w kilcie. w dniu ich ślubu; ich córki,
Morag i Lucy. matki ich wnuków, których żywoty zakończyły
się zbyt szybko. Łagodny uśmiech zbladł. Wszyscy ci, których
kochała najbardziej na świecie, odeszli i nareszcie nastał czas.
aby do nich dołączyć. Nie bała się. Była starą, słabą kobietą,
a stan jej zdrowia był brzemieniem, którego nie chciała już
dłużej znosić. Ale przed tą ostatnią podróżą musiała dopełnić
ważnego obowiązku.
Odwróciła głowę i skupiła wzrok na trzech młodych męż­
czyznach, rozpartych na sofach w przeciwległym końcu pokoju,
którzy rozmawiali ze sobą szeptem.
8
Zgłoś jeśli naruszono regulamin