Paulo Coelho - Pielgrzym.pdf

(626 KB) Pobierz
(6701 \227 Notatnik)
6701
Swiat KsiąŜki, Warszawa 2003
Copyright 1987 by Paulo Coelho
Copyright for the Polish translation by Bertelsmann Media Sp. z o.o., Warszawa 2003
Pielgrzym
Paulo Coelho
KsiąŜka jest udostępniona przez prywatną bibliotekę:
http://www.spojrzenie.com
Zachęcamy do zakupu oryginału.
Oni rzekli: „Panie, tu są dwa miecze". Odpowiedział im: „Wystarczy".
Ewangelia wg ?w. Łukasza, 22, 38.
Kiedy przed dziesięciu laty przekraczałem próg małego domu w SaintJeanPieddePort, byłem
przekonany, Ŝe tracę czas. W tym okresie w poszukiwaniach duchowych kierowałem się myślą, Ŝe istnieją
sekrety, tajemne ścieŜki, ludzie zdolni rozumieć i kontrolować zjawiska niedostępne dla większości
śmiertelników. ToteŜ podąŜanie „drogą zwykłego człowieka" uwaŜałem za niegodne uwagi.
Wielu przedstawicieli mojego pokolenia a wśród nich ja uległo fascynacji sektami, tajemnymi
stowarzyszeniami i uwierzyło, iŜ zrozumienie tego, co trudne i złoŜone, prowadzi ku zgłębieniu tajemnicy
Ŝycia. W 1974 roku przyszło mi drogo za to zapłacić. Mimo to, gdy uwolniłem się od strachu, trwałe miejsce w
moim Ŝyciu zajęła fascynacja tym co tajemne. Dlatego kiedy mój Mistrz wspominał o wędrówce do Santiago
de Compostela, uznałem tę pielgrzymkę za męczącą i bezsensowną. RozwaŜałem nawet moŜliwość
porzucenia RAM, małego, niewiele znaczącego bractwa, opierającego się na ustnym przekazie języka
symbolicznego.
Gdy wreszcie okoliczności skłoniły mnie do wypełnienia prośby Mistrza, postanowiłem zrobić to na
własny sposób. W pierwszych dniach pielgrzymki starałem się uczynić z Petrusa czarownika, don Juana,
postać, którą pisarz Carlo Castańeda posłuŜył się jako łącznikiem z tym co niezwykłe. Byłem przekonany, Ŝe
przy odrobinie wyobraźni zdołam czerpać zadowolenie z doświadczenia, jakim była droga do Santiago, i
zastąpić prawdy ujawnione tajemniczością, proste złoŜonym, zrozumiałe niepojętym.
Ale Petrus potrafił się oprzeć kaŜdej mojej próbie przemienienia go w bohatera. To bardzo utrudniało nam
kontakt i ostatecznie rozstaliśmy się, czując, Ŝe nasza zaŜyłość przywiodła nas donikąd.
Długo po tym rozstaniu pojąłem, co przypominały mi tamte przeŜycia. Dziś to wiem: niezwykłe napotkać
moŜna na ścieŜkach zwykłych ludzi. Dzięki zrozumieniu tej prawdy, najcenniejszemu, jakie posiadam, gotów
jestem podjąć największe choćby ryzyko, dąŜąc do osiągnięcia tego, w co wierzę. Z niego czerpałem odwagę,
pisząc swą pierwszą ksiąŜkę, Pielgrzyma. Ono dawało mi siłę do walki, nawet gdy mówiono, Ŝe Ŝaden
Brazylijczyk nie zdoła Ŝyć z literatury. Pomogło zachować godność i wytrwałość w Dobrej Walce, którą muszę
co dnia toczyć z samym sobą, jeśli chcę nadal podąŜać „drogą zwykłego człowieka".
Nigdy juŜ nie spotkałem mojego przewodnika. Usiłowałem nawiązać z nim kontakt po opublikowaniu tej
ksiąŜki w Brazylii, lecz nie otrzymałem odpowiedzi. Kiedy pojawił się angielski przekład Pielgrzyma,
cieszyłem się, Ŝe nareszcie będzie mógł poznać moją wersję naszych wspólnych przeŜyć. I znów próbowałem
się z nim skontaktować, ale zmienił numer telefonu.
W dziesięć lat później Pielgrzym został wydany w kraju, od którego zacząłem tamtą podróŜ. To na francuskiej
ziemi po raz pierwszy ujrzałem Petrusa. Mam nadzieję, Ŝe pewnego dnia się spotkamy, a wtedy powiem:
„Dziękuję i dedykuję ci tę ksiąŜkę!".
Paulo Coelho
Prolog
I stojąc przed Świętym Obliczem RAM, dotknij dłońmi Słowa Ŝycia, zyskując dość siły, by świadczyć za
Strona 1
6701
nim tu i choćby na kraju świata!
Mistrz wzniósł mój nowy miecz, nie wysunąwszy go z pochwy. Płomienie wystrzeliwały z trzaskiem.
Przychylna wróŜba oznaczała, Ŝe wolno nam kontynuować rytuał. Pochyliłem się więc i gołymi rękami
zacząłem kopać ziemię.
Działo się to nocą 2 stycznia 1986 roku. Znajdowaliśmy się na szczycie pasma Serra do Mar, w pobliŜu
masywu zwanego Czarnymi Wierchami, Oprócz mnie i Mistrza była tam moja Ŝona, jeden z uczniów,
miejscowy przewodnik oraz reprezentant wielkiego bractwa, które obejmowało znane pod nazwą „Tradycja"
ezoteryczne zakony całego świata. Towarzysząca mi piątka, takŜe przewodnik, którego wcześniej uprzedzono
o celu naszej wyprawy, uczestniczyła w wyświęceniu mnie na Mistrza Zakonu RAM, starego bractwa
chrześcijańskiego załoŜonego w 1492 roku.
Wygrzebałem w ziemi niezbyt głęboki, lecz szeroki dół. Z wielkim namaszczeniem uderzałem w glebę,
wypowiadając rytualne słowa. Wtedy podeszła do mnie Ŝona. Wręczyła mi miecz, którym posługiwałem się
przez z górą dziesięć lat i który przez cały ten czas był mi pomocny. ZłoŜyłem w dole miecz, potem
przysypałem go ziemią i wyrównałem powierzchnię. Gdy wykonywałem te ruchy, wracały wspomnienia
trudnych chwil, które przeŜyłem, rzeczy, których się nauczyłem, i zjawisk, które mogłem wywołać tylko
dlatego, Ŝe był przy mnie ten stary miecz, mój wierny druh. Teraz miała go trawić ziemia, stal jego ostrza i
drewno rękojeści miały znowu Ŝywić miejsce, z którego zaczerpnęły tak wielką moc.
Mistrz zbliŜył się do mnie i połoŜył nowy miecz w miejscu, gdzie pogrzebałem stary. Wtedy wszyscy otwarli
ramiona, a Mistrz sprawił, Ŝe wokół mnie roztoczyła się niezwykła poświata, która nie dawała światła, ale była
widoczna i kładła się na sylwetkach zebranych barwą odmienną od Ŝółtego blasku ognia.
Dobywszy z pochwy własnego miecza, dotykał nim moich ramion i głowy, mówiąc:
Mocą i miłością RAM mianuję cię Mistrzem i kawalerem Zakonu, dziś i po kres twych dni. R jak Rygor, A jak
Afirmacja Miłości, M jak Miłosierdzie; R jak Regnum, A jak Agnus, M jak Mundi. Przyjmując ten miecz,
pamiętaj, by nigdy nie spoczywał zbyt długo w pochwie, gdyŜ przeŜarłaby go rdza. Kiedy jednak go
dobędziesz, niechaj nigdy nie wraca na miejsce, nie uczyniwszy dobra, nie otwarłszy nowej drogi.
Ostrzem swego miecza lekko zranił mą głowę. Nie musiałem juŜ milczeć. Nic nie zobowiązywało mnie
teraz do ukrywania, czego potrafię dokonać, ani do tajenia cudów, jakie nauczyłem się czynić na drodze
Tradycji. Odtąd byłem jednym z braci.
Wyciągnąłem rękę, Ŝeby chwycić nowy miecz, wykuty z doskonałej stali, miecz o czarnoczerwonej
rękojeści z drewna, którego nie strawi ziemia, drzemiący w czarnej pochwie. Lecz w chwili, gdy moje ręce
dotknęły pochwy i gdy zamierzałem zabrać miecz, Mistrz postąpił krok do przodu i nadepnął mi na palce z
takim impetem, Ŝe krzyknąłem z bólu i upuściłem miecz.
Patrzyłem na niego, nie rozumiejąc. Dziwne światło zniknęło, a blask płomieni sprawił, Ŝe jego twarz
wyglądała jak twarz zjawy.
Obrzucił mnie lodowatym spojrzeniem, przywołał moją Ŝonę i wręczył jej nowy miecz. Potem zwrócił się
do mnie i wypowiedział te słowa:
Cofnij rękę, która cię zdradziła! Albowiem droga Tradycji nie jest drogą kilku wybranych, lecz drogą
wszystkich ludzi! A moc, którą, jak ci się wydaje, posiadłeś, nic nie znaczy, poniewaŜ nie dzielisz się nią z
innymi ludźmi! Powinieneś był odmówić przyjęcia miecza. Wówczas bym ci go wręczył, wiedząc, Ŝe twoje
serce jest czyste.
Jak się jednak obawiałem, w tej samej chwili poślizgnąłeś się i upadłeś. Zaślepiony Ŝądzą, będziesz musiał
raz jeszcze ruszyć drogą w poszukiwaniu miecza. Okazałeś pychę, przyjdzie ci zatem szukać wśród prostych
ludzi. Zafascynowany cudami, będziesz musiał długo walczyć, by odnaleźć to, co chciano ci tak hojnie
podarować.
Poczułem się, jakby nagle runął świat. Klęczałem, niezdolny przemówić, z pustką w sercu. Teraz, kiedy
zwróciłem ziemi mój stary miecz, nie mogłem go juŜ odzyskać. A poniewaŜ nie otrzymałem nowego, znów
znalazłem się w połoŜeniu debiutanta, bezsilny i bezbronny. W dniu najwyŜszych niebiańskich święceń mój
gwałtowny Mistrz, miaŜdŜąc mi palce, zesłał mnie do świata Nienawiści i Ziemi.
Przewodnik wygasił ogień, Ŝona podeszła do mnie i pomogła mi się podnieść. To ona trzymała mój nowy
miecz; ja, zgodnie z regułą Tradycji, nie mogłem go nawet dotknąć bez pozwolenia Mistrza. Schodziliśmy w
ciszy leśną ścieŜką, podąŜając za latarnią przewodnika, i wreszcie dotarliśmy do ziemnego duktu, gdzie
zaparkowaliśmy samochody.
Nikt mnie nie Ŝegnał. śona schowała miecz do bagaŜnika i uruchomiła silnik. Przez dłuŜszy czas
milczeliśmy. śona jechała powoli, omijając wyboje i dziury na drodze.
Strona 2
6701
Nie martw się powiedziała, chcąc dodać mi otuchy. Jestem pewna, Ŝe go odnajdziesz.
Zapytałem, co powiedział jej Mistrz.
Trzy rzeczy. Po pierwsze, Ŝe powinien zabrać ciepłe ubranie, bo na górze było znacznie zimniej, niŜ
przypuszczał. Po drugie, Ŝe cała ta sytuacja wcale go nie zaskoczyła i Ŝe zdarzało się to juŜ wielu innym,
którzy osiągnęli to, co ty. Po trzecie, Ŝe miecz będzie na ciebie czekał w pewnym punkcie drogi, którą
przyjdzie ci przemierzyć. Nie znamy dnia ani godziny. Wskazał mi tylko miejsce, w którym mam go ukryć,
abyś go odnalazł.
Co to za droga? zapytałem nerwowo.
Ach, tego dokładnie mi nie wyjaśnił. Powiedział tylko, Ŝe powinieneś odnaleźć na mapie Hiszpanii stary
średniowieczny szlak, znany pod dziwną nazwą Camino de Santiago.
Przyjazd
Celnik długo przypatrywał się mieczowi, który wiozła moja Ŝona, i w końcu zapytał, co zamierzamy z
nim zrobić. Odparłem, Ŝe jeden z naszych przyjaciół przeprowadzi ekspertyzę przed wystawieniem miecza na
aukcji. Kłamstwo okazało się przekonywające celnik wydał nam zaświadczenie, z którego wynikało, Ŝe
wwieźliśmy miecz przez granicę celną na lotnisku Barajas, i poinformował, Ŝe gdybyśmy mieli problemy przy
ponownym przekraczaniu granicy, wystarczy okazać celnikom ten dokument.
Podeszliśmy do biura wynajmu, Ŝeby potwierdzić rezerwację dwóch aut. JuŜ z dokumentami wpadliśmy
do lotniskowej restauracji, Ŝeby coś przekąsić. Potem kaŜde z nas miało juŜ podąŜyć własną drogą.
Miałem za sobą bezsenną noc w samolocie nie zmruŜyłem oka po trosze ze strachu przed lataniem, po
trosze z obawy przed tym, co miało się wydarzyć, mimo to byłem bardzo podniecony i nie czułem znuŜenia.
Nie martw się powtórzyła Ŝona po raz enty. Musisz jechać do Francji i odszukać w
SaintJeanPieddePort panią Savin. Skontaktuje cię z kimś, kto poprowadzi cię Camino de Santiago.
A ty? zapytałem takŜe po raz enty, doskonale znając odpowiedź.
Ja udam się tam, dokąd muszę, i przekaŜę to, co mi powierzono. Potem zatrzymam się na kilka dni w
Madrycie i wrócę do Brazylii. Równie dobrze jak ty potrafię poprowadzić nasze sprawy.
Nie wątpię uciąłem, nie chcąc poruszać tej kwestii.
Interesy, które prowadziłem w Brazylii, zaprzątały mnie niemal bez reszty. W ciągu dwóch tygodni po
zajściu na Czarnych Wierchach zebrałem najwaŜniejsze informacje o szlaku wiodącym do Santiago de
Compostela, jednak dopiero po siedmiu miesiącach postanowiłem rzucić wszystko i odbyć tę podróŜ.
W końcu pewnego ranka moja Ŝona oznajmiła, Ŝe godzina i dzień są bliskie i Ŝe jeśli nie podejmiemy
decyzji, na zawsze juŜ mogę zapomnieć o magii i Zakonie RAM. Próbowałem ją przekonać, Ŝe Mistrz
powierzył mi niewykonalne zadanie, poniewaŜ nie mogę tak po prostu zrzucić z siebie odpowiedzialności za
codzienną pracę. Roześmiała się i orzekła, Ŝe to kiepska wymówka, bo przecieŜ przez ostatnie siedem miesięcy
niewiele zrobiłem, całymi dniami i nocami zastanawiając się, czy powinienem odbyć tę podróŜ, czy teŜ nie. I
jakby nigdy nic, podała mi dwa bilety z wpisaną datą lotu.
Dlaczego podjęłaś tę decyzję teraz, kiedy juŜ tu jesteśmy? zapytałem ją w kawiarence. Nie wiem, czy
słusznie jest pozostawiać komuś innemu decyzję o przystąpieniu do poszukiwań mojego miecza.
śona odparła, Ŝe jeśli mamy znów opowiadać głupstwa, lepiej od razu się rozstać.
Nie dopuściłbyś do tego, by najdrobniejszą decyzję dotyczącą twojego Ŝycia podjął ktoś inny. Chodźmy,
robi się późno.
Zabrała swój bagaŜ i poszła w kierunku agencji. Nie ruszyłem się z miejsca. Siedziałem, przypatrując się,
jak z namaszczeniem niesie mój miecz, który w kaŜdej chwili mógł się jej wyślizgnąć spod ręki.
W połowie drogi przystanęła; wróciła do stolika, przy którym siedziałem, głośno cmoknęła mnie w usta i
długo przyglądała mi się w milczeniu. Nagle zrozumiałem, Ŝe to Hiszpania, Ŝe juŜ nie mogę się cofnąć.
Miałem przeraŜającą pewność, Ŝe ryzyko poraŜki jest ogromne, ale uczyniłem przecieŜ pierwszy krok.
Pocałowałem ją więc bardzo czule, włoŜywszy w pocałunek wiele przepełniającej mnie w tej chwili miłości, i
tuląc ją w ramionach, błagałem wszystko, w co wierzyłem, prosiłem z głębi serca o siłę, która pozwoli mi
powrócić z mieczem.
Widziałeś, jaki piękny miecz? rozbrzmiał przy sąsiednim stoliku kobiecy głos, gdy tylko Ŝona odeszła.
Strona 3
6701
Nie martw się odparł głos męski. Kupię ci dokładnie taki sam. Tu, w Hiszpanii, w butikach dla
turystów są takich setki.
Po godzinie siedzenia za kierownicą zacząłem odczuwać zmęczenie, które narastało po nieprzespanej
nocy. A sierpniowy upał był tak dotkliwy, Ŝe nawet na w miarę pustej drodze samochód przejawiał oznaki
przegrzania. Postanowiłem zatrzymać się na trochę w miasteczku oznaczonym na mapach samochodowych
jako zabytkowe. Wspinając się stromą drogą, która do niego wiodła, po raz kolejny przypomniałem sobie
wszystko, czego dowiedziałem się na temat Camino de Santiago.
Muzułmańska tradycja nakazuje, Ŝeby kaŜdy wierny przynajmniej raz w Ŝyciu odbył pielgrzymkę do
Mekki. RównieŜ chrześcijaństwo pierwszego tysiąclecia miało trzy święte szlaki, zapewniające wiele
błogosławieństw i odpustów kaŜdemu, kto przemierzy jeden z nich. Pierwszy wiódł do Grobu Świętego Piotra
w Rzymie. Symbolem tej drogi był krzyŜ. Tych, którzy wędrowali szlakiem rzymskim, zwano romeros. Drugi
prowadził do Grobu Chrystusowego w Ziemi Świętej, do Jerozolimy, tych zaś, którzy go obrali, zwano
palmeros, symbolem tej pielgrzymki były bowiem palmy, które witały Chrystusa wjeŜdŜającego do miasta. I
wreszcie trzecia droga szlak tych, którzy pragnęli przyklęknąć przy relikwiach apostoła Jakuba,
pogrzebanych w miejscu, gdzie pewien pasterz ujrzał migocącą nad polem gwiazdę. Legenda głosi, Ŝe święty
Jakub i Maryja Dziewica szli tamtędy po śmierci Chrystusa, głosząc Słowo BoŜe i nakłaniając ludy do
nawrócenia. Miejscu temu nadano nazwę „Compostela" Gwiezdne Pole i wkrótce wyrosło tu miasto, do
którego ściągać zaczęli wędrowcy z całego świata chrześcijańskiego. Tych, którzy wybrali trzecią ze świętych
dróg, zwano peregrinos iacobitas, a ich symbolem stała się muszla.
W złotym wieku, który przypadał na XIV stulecie, ponad milion osób przybywających z całej Europy
podąŜało kaŜdego roku Drogą Mleczną (którą nazywano tak, poniewaŜ nocą ta właśnie galaktyka wskazywała
kierunek wędrowcom). Jeszcze w dzisiejszych czasach Ŝarliwi katolicy, duchowni i badacze przemierzają
pieszo siedmiusetkilometrowy szlak wiodący z francuskiego SaintJeanPieddePort do katedry w Santiago de
Compostela w Hiszpanii1.
Dzięki francuskiemu kapłanowi, Aymeriemu Picaudowi, który odbył pielgrzymkę do Composteli w 1123
roku, droga pokonywana przez współczesnych pielgrzymów jest tą samą, którą podąŜali w średniowieczu
Karol Wielki, Franciszek z AsyŜu, Izabela Kastylijska, a w bliŜszych nam czasach Jan XXIII. Picaud opisał
swoje przeŜycia w pięciu księgach, które świat poznał jako dzieło Kaliksta II, owego papieŜa darzącego
świętego Jakuba szczególnym uwielbieniem, a które to dzieło nazwano później Codex Calixttinus. W księdze
V Kodeksu, Liber Sancti Jacobi, Picaud wymienia charakterystyczne cechy ukształtowania terenu, źródła,
gospody i klasztory, w których moŜna się schronić, a takŜe miasta leŜące przy szlaku. Opierając się na
przekazie Picauda, Stowarzyszenie Przyjaciół Świętego Jakuba (Santiago to po francusku Saint Jacques, Saint
James po angielsku, Santo Giacomo po włosku, a Sanctus lacobo po łacinie) postanowiło zadbać o to, by
wszystkie te znaki dotrwały do naszych czasów, nadal stanowiąc wskazówkę dla pątników.
Mniej więcej w XII wieku naród hiszpański począł wykorzystywać kult świętego Jakuba w walce z
Maurami, którzy zawładnęli półwyspem. Przy szlaku powstawały zakony rycerskie, a szczątki apostoła
przeistoczyły się w potęŜny bastion duchowy w zmaganiach z muzułmanami, którzy utrzymywali, Ŝe po ich
stronie stoi Mahomet. Kiedy jednak rekonkwista dobiegała kresu, zakony rycerskie tak bardzo obrosły w siłę,
Ŝe stały się zagroŜeniem dla państwa. ToteŜ Arcykatoliccy Królowie musieli podjąć działania, które miały
zapobiec zwróceniu się tych zakonów przeciw szlachcie. Wówczas to Camino de Santiago popadła w
zapomnienie i gdyby nie dzieła nielicznych artystów, jak Droga Mleczna Buńuela czy Caminante Joana
Manuela Serrata, dziś nikt juŜ by nie pamiętał, Ŝe wędrowały nią tysiące ludzi podobnych tym, którzy później
ruszyli, by osiedlić się w Nowym Świecie.
Miasteczko, gdzie zatrzymałem samochód, wyglądało na wyludnione. Po długich poszukiwaniach
trafiłem do barku mieszczącego się w starej budowli w stylu średniowiecznym. Właściciel, który nie oderwał
oczu od ekranu telewizora, pochłonięty jakimś serialem, mruknął tylko, Ŝe to pora sjesty, a ja muszę być
szaleńcem, skoro podróŜuję w taki upał.
Zamówiłem coś zimnego do picia, potem opanowała mnie chęć, by pooglądać telewizję, ale nie byłem w
stanie się skupić. WciąŜ powracała myśl, Ŝe w ciągu dwóch dni przyjdzie mi przeŜyć teraz, w XX wieku
choć cząstkę wielkiej przygody ludzkości i doznać tego, co wiodło Ulissesa spod Troi, co towarzyszyło Don
Kichotowi z Manczy, prowadziło Dantego i Orfeusza do Piekieł, a Krzysztofa Kolumba do Ameryki. To była
przygoda wyprawy w Nieznane.
Do samochodu wróciłem juŜ nieco spokojniejszy. Choćbym nawet nie odnalazł mojego miecza, to
pielgrzymka Szlakiem Świętego Jakuba pomoŜe mi w końcu odkryć samego siebie.
Strona 4
6701
SaintJeanPieddePort
Zamaskowane twarze postaci defilujących przy dźwięku fanfar, wszyscy ubrani w czerń, zieleń i biel
barwy francuskiej Gaskonii wypełniały główną ulicę SaintJeanPieddePort. Była niedziela, a ja spędziłem
dwa dni za kierownicą samochodu i nie mogłem stracić juŜ ani minuty, nawet na udział w tym festynie.
Utorowałem sobie drogę przez tłum, wysłuchałem paru francuskich obelg, ale w końcu minąłem fortyfikacje,
które otaczają najstarszą część miasta, gdzie miałem się spotkać z panią Savin. Nawet w tym zakątku
Pirenejów w dzień było gorąco, toteŜ z samochodu wysiadłem zlany potem.
Zapukałem do drzwi. Po chwili zapukałem raz jeszcze, lecz na próŜno. I po raz trzeci. Jedyną
odpowiedzią była głucha cisza. Zaniepokojony, przysiadłem na murku. śona powiedziała mi, Ŝe mam się tu
pojawić właśnie dziś, telefonowałem, ale nikt nie odpowiadał. Być moŜe pani Savin wyszła popatrzeć na
defiladę, pomyślałem; nie mogłem jednak wykluczyć, Ŝe przyjechałem za późno i postanowiła się ze mną nie
spotykać. Wędrówka do Santiago kończyła się więc, zanim jeszcze się na dobre zaczęła.
Nagle drzwi się otwarły, a na ulicę wybiegło dziecko. Poderwałem się błyskawicznie i łamaną
francuszczyzną zapytałem o panią Savin. Dziewczynka ze śmiechem wskazała teren za ogrodzeniem. Dopiero
wtedy zrozumiałem, co się stało: drzwi prowadziły na rozległy dziedziniec, otoczony starymi, pamiętającymi
średniowiecze domami o jednakowych balkonach. Drzwi stały przede mną otworem, ą ją nie śmiałem nawet
dotknąć klamki.
Wbiegłem na dziedziniec, kierując się w stronę domu wskazanego przez dziewczynkę. Wewnątrz
podstarzała gruba kobieta wrzeszczała po baskijsku na wątłego chłopca o smutnych piwnych oczach.
Czekałem, aŜ wreszcie krzyki ucichły i stara odprawiła chłopca do kuchni, ciskając w ślad za nim obelgi.
Dopiero wtedy spojrzała na mnie i nawet nie pytając, czego chcę, poprowadziła na przemian uprzejma i
burkliwa na drugie piętro niewielkiego domu. Tu otwarte były drzwi tylko jednego pomieszczenia gabinetu
zarzuconego ksiąŜkami, rozmaitymi drobiazgami, posąŜkami świętego Jakuba i pamiątkami z Camino. Wyjęła
z biblioteki ksiąŜkę i usiadła przy jedynym w tym pokoju stole, pozwalając, bym stał.
Pewnie jest pan kolejnym pielgrzymem do Composteli oznajmiła bez zbędnych wstępów. Muszę
wpisać pańskie nazwisko do rejestru osób, które ruszają w tę drogę.
Podałem jej nazwisko, ona zaś zapytała, czy przyniosłem muszle. Tak nazywano duŜe konchy składane na
grobie apostoła symbol pielgrzymki umoŜliwiający pątnikom rozpoznanie się na szlaku2. Przed wyjazdem
do Hiszpanii wybrałem się do brazylijskiego sanktuarium Aparecida do Norte. Kupiłem tam wizerunek Matki
Boskiej z Aparecida, wykonany na trzech muszlach. Wydobyłem go z torby i podałem pani Savin.
Ładny, ale niezbyt praktyczny oceniła, zwracając mi muszle. MoŜe się potłuc w drodze.
Nie potłucze się. ZłoŜę go na grobie apostoła.
Pani Savin najwyraźniej nie zamierzała poświęcać mi wiele czasu. Wyjęła karnecik, który miał mi ułatwić
zatrzymywanie się w klasztorach przy szlaku, i opatrzyła go pieczęciami SaintJeanPieddePort, aby
wiadomo było, skąd wyruszyłem, po czym oznajmiła, Ŝe mogę iść z błogosławieństwem boŜym.
A co z moim przewodnikiem? zapytałem.
Z jakim przewodnikiem? odpowiedziała pytaniem, nieco zaskoczona, lecz w jej oczach pojawił się
blask.
Zrozumiałem, Ŝe pominąłem rzecz wielkiej wagi. Chcąc jak najszybciej się tu dostać i spotkać z moją
rozmówczynią, nie wypowiedziałem pradawnego Słowa, znaku rozpoznawczego tych, którzy naleŜą lub
naleŜeli do zakonu Tradycji. Czym prędzej naprawiłem ten błąd i wyrzekłem Słowo. Pani Savin gwałtownym
ruchem wyrwała z moich rąk karnet, który wręczyła mi przed kilkoma minutami.
Nie będzie panu potrzebny powiedziała, zdejmując stertę gazet z kartonowego pudła. Pańska droga
i odpoczynek zaleŜeć będą od decyzji przewodnika.
Wydobyła z pudła kapelusz i płaszcz. Wyglądały jak stare ubrania, ale były w doskonałym stanie.
Poprosiła, Ŝebym stanął pośrodku izby, i zaczęła modlić się w ciszy. Potem zarzuciła mi płaszcz na ramiona i
wcisnęła kapelusz na głowę. ZauwaŜyłem, Ŝe kapelusz, a takŜe epolety płaszcza ozdobione są muszlami. Nie
przerywając modłów, starsza pani chwyciła pątniczy kij stojący w rogu pokoju i wcisnęła mi go do prawej
ręki. Do tej długiej laski przywiązany był bukłak na wodę. Stałem przed panią Savin ubrany w bermudy z
teksasu i bawełnianą koszulkę z napisem: I love NY, oraz w średniowieczny strój pielgrzymów podąŜających
Strona 5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin