Cook Czerwone żelazne noce.txt

(462 KB) Pobierz
Glen Cook

Czerwone �elazne Noce

Dla Mike'a DiGenio, Laurie Mann
i wszystkich tych cudownych ludzi z NESFA,
kt�rzy stworzyli Boskone
I
Kiedy wpad�em jak bomba do Domu Rado�ci Morleya, kto� m�g� pomy�le�, �e jestem 
tym
podstarza�ym go�ciem w �achmanach, kt�ry macha kos�. W sali panowa�a kompletna 
cisza.
Znieruchomia�em. Nie mog�em usta� na nogach pod ci�arem tych wszystkich 
spojrze�.
- Hej, kto� wam wcisn�� ukradkiem cytryny do sa�atki?
Szybka kontrola �rodowiska. Wygl�da�o tak, jakby w samym jego �rodku dosta� 
sza�u kto�
uzbrojony w ci�k�, brzydk� pa��. Jakby ci go�cie sp�dzali wi�kszo�� czasu, 
rozp�aszczaj�c
si� na �cianach i gol�c si� o kraw�nik. Zobaczy�em do�� blizn i po�amanych 
nos�w, �eby
otworzy� dwie galerie. W�a�nie tak wygl�da klientela Domu Rado�ci.
- Au�, cholera. Przecie� to Garrett. - M�j kumpel Ka�u�a sta� bezpiecznie za 
barem. - Jesz-
cze raz, ch�opaki.
Ka�u�a ma na moje oko z osiemdziesi�t dwa lata, cer� osoby, kt�ra ju� od 
jakiego� czasu
nie �yje, i gdyby mnie kto pyta�, st�enie po�miertne dwadzie�cia lat temu 
z�apa�o go od szyi
w g�r� i nie pu�ci�o.
Kilku kar��w, jeden ogr, troch� r�norakich elf�w, oraz grupka facet�w 
nieokre�lonej pa-
ranteli odstawili kufle koktajlu z kwaszonej kapusty i ruszyli ku drzwiom. Nawet 
nie zna�em
tych typ�w. Bo ci, kt�rzy mnie znali, robili wszystko, �eby tego nie by�o po 
nich wida�.
Szeptana informacja rozesz�a si� piorunem, ci, kt�rzy mnie rzeczywi�cie nie 
znali, natych-
miast zostali poinformowani.
Co za balsam na ego. Od dzi� nazywam si� Tyfus Garrett.
- Witam wszystkich - za�wierka�em, udaj�c radoch�. - Czy to nie cudna nocka?
Nie by�a cudna. La�o jak z cebra, a kropelki t�uk�y si� mi�dzy sob� przez ca�� 
drog� do
ziemi. W g�owie mia�em wg��bienia od przelotnych opad�w gradu, bo nie by�em na 
tyle m�-
dry, �eby w�o�y� kapelusz. Jedyn� dobr� stron� tej pogody by�a nadzieja, �e 
deszcz zmyje
ca�y syf z ulic.
Cz�� �mieci dojrza�a ju� do tego, �eby wsta� i odej�� o w�asnych si�ach.
Miejscy ludzie-szczury z dnia na dzie� byli coraz bardziej leniwi.
- Hej, Garrett! Chod� no tutaj! No, wreszcie jaka� przyjazna g�ba.
- Cze��, Saucerhead, stary druhu! - Po�eglowa�em w stron� zacienionego stolika, 
kt�ry
Tharpe dzieli� z jakim� smutnym facetem. Nie zauwa�y�em go wcze�niej, bo 
siedzia� w p�-
mroku. Nawet z bliska nie by�em w stanie rozr�ni� rys�w twarzy jego kolesia. 
Go�� mia� na
sobie ci�kie szaty, jak niekt�re gatunki duchownych, z kapturem w��cznie. 
Emanowa� sm�t-
kiem jak truj�cym miazmatem. Nie nale�a� do go�ci, kt�rzy potrafi� rozbawi� 
towarzystwo.
- We� sobie krzes�o - zaproponowa� Tharpe. Nie wiem dlaczego nazywaj� go 
Saucerhead.
Nie bardzo to lubi, ale chyba woli to, ni� �Waldo", kt�rym obdarzy�o go jedno - 
lub oboje - z
rodzic�w.
Pos�usznie usadowi�em zadek.
- Zdaje si�, �e nie bardzo ci� tu lubi� - zauwa�y� kompan Tharpe'a. - Mo�e 
jeste� chory?
Nie mia� paskudnego humoru, by� po prostu bardzo szczery -kalectwo spo�eczne 
gorsze ni�
nie�wie�y oddech.
- Ha! - rykn�� Saucerhead. - Ha-ha-ha! Dobre, Licks. Do licha. To ca�y Garrett. 
Przecie� ci
o nim m�wi�em.
- Mg�a si� podnosi. - Ale nie wok� niego, o, co to, to nie.
- Chyba zaczynam si� tu czu� nie najlepiej - stwierdzi�em. -Mylicie si�. - Po 
chwili doda-
�em g�o�niej: - Wszyscy si� cholernie mylicie. Nie pracuj�. Nie przyszed�em 
w�szy�. Po pro-
stu wpad�em pogada� z kumplami.
Nie uwierzyli.
A przynajmniej nikt nie zauwa�y�, �e przecie� ja nie mam kumpli.
- Gdyby� tu czasem przychodzi�, jak kto normalny - odezwa� si� Saucerhead - a 
nie tylko
wtedy, kiedy siedzisz po szyj� w krokodylach, mo�e ludzie zacz�liby si� 
u�miecha� na tw�j
widok.
Burum-burum. Trudno si� z tym nie zgodzi�.
- Dobrze wygl�dasz, Garrett. Chudy i zgorzknia�y. Wci�� �wiczysz?
- No. - Jeszcze bardziej burum-burum. Nie za bardzo lubi� prac�, a ju� zw�aszcza 
tak�, kt�-
ra wymaga u�ycia mi�ni. Moim zdaniem, w ka�dym normalnym �wiecie najlepszy i 
jedyny
trening dla faceta to odpowiednia porcja blondynek, brunetek i rudych.
Do tej pory wszystko jasne? Jestem Garrett, detektyw i poufny agent, nie gna 
mnie �adna
wszechogarniaj�ca ambicja, mam sk�onno�ci do pewnego typu figury i wyj�tkowy 
talent do
wdeptywania w rzeczy, kt�rych moi przyjaciele i znajomi nie uwa�aj� za mi�e. 
Jaka� trzy-
dziestka na karku, sze�� st�p dwa cale wzrostu, z�ociste w�osy i niebieskie 
oczy, psy nie wyj�,
kiedy przechodz�, cho� niebezpiecze�stwa mojej profesji poznaczy�y mnie �ladami 
nadaj�-
cymi charakter obliczu. Powiedzia�bym, �e jestem uroczy. Moi przyjaciele maj� 
inne zdanie.
Powiedzmy, �e nie bior� �ycia zbyt serio. Troch� przesadzisz i ju� wygl�dasz jak 
kumpel
Saucerheada.
Ka�u�a przy�eglowa� z ogromnym dzbanem mojej ulubionej potrawy, tego boskiego 
eliksi-
ru, kt�ry sprawia, �e potem musz� �wiczy�. Nala� go z w�asnego prywatnego 
anta�ka, zacho-
mikowanego gdzie� za barem. Dom Rado�ci nie podaje niczego innego, poza kr�licz� 
pasz� i
tym, co z niej mo�na wycisn��. Morley Dotes jest szalonym wegetarianinem.
Poci�gn��em pot�ny �yk gorzkawego piwa.
- Jeste� ksi�ciem, Ka�u�a. - Wy�owi�em z kieszeni srebrn� mark�.
- Jasne, nast�pca tronu w prostej linii. - Nawet nie udawa�, �e chce mi wyda� 
reszt�, fak-
tycznie ksi���. W hurcie kupi�bym za to ca�� beczk�, zw�aszcza teraz, kiedy cena 
srebra sko-
czy�a w g�r�. - Jakim cudem siedzisz tutaj, zamiast p�awi� si� w hektarach 
rudow�osych lale-
czek?
Moja ostatnia wielka sprawa kr��y�a wok� ca�ych szwadron�w przedstawicielek 
tego roz-
kosznego podgatunku. Niestety, tylko jedna z ca�ej kolekcji okaza�a si� 
zjadliwa. Rude ju�
takie s�. Albo szatany, albo anio�y - a z tych anio��w te� nie �adne anio�y. 
Zdaje si�, �e one
ju� od ma�ego pr�buj� pracowa� na sw�j image.
- P�awi� si�, Ka�u�a? - Ciekawe, gdzie on wyczai� takie s�ownictwo? Cz�owiek ma 
pro-
blemy z wypowiedzeniem w�asnego nazwiska tylko dlatego, �e ma wi�cej ni� jedn� 
sylab�. -
W szkole by�e�, czy co?
Ka�u�a wyszczerzy� z�by.
- Hej, co to, wiecz�r gry w salonowca? Z poczciwym Garrettem w roli wystawionego 
za-
dka? - zapyta�em.
Wyszczerz Ka�u�y rozszerzy� si� w niemi�� mozaik� dziur i zepsutych z�b�w. Ten 
facet
powinien si� nawr�ci� i zosta� jednym z odrodzonych wegetarian Morleya.
- Sam robisz z siebie wielki cel - odpar� Saucerhead.
- Musze. Dla ka�dego. S�ysza�e�, co zrobi� Dean?
Dean to staruszek, kt�ry prowadzi dom mnie i mojemu partnerowi, a gotuje tylko 
dla mnie.
Ma oko�o siedemdziesi�tki � by�by dobr� �on�.
W czasie, kiedy my k�apali�my paszcz�kami, towarzysz Tharpe'a nape�nia� i 
ubija�, nape�-
nia� i ubija� najwi�ksz� cholern� faje, jak� w �yciu widzia�em. Mia�a g��wk� jak 
nocnik. Ka-
�u�a przyni�s� z baru mosi�ny kube�ek pe�en �arz�cych si� w�gli. Licks chwyci� 
jeden w�-
gielek za pomoc� miedzianych szczypc�w i przeni�s� go do faji, a potem zacz�� 
wypuszcza�
k��by dymu w takiej ilo�ci, �e wszystkich nas m�g�by uw�dzi�.
- Muzycy - mrukn�� Saucerhead, jakby to wyja�nia�o wszystkie choroby tego 
�wiata. - Nie
s�ysza�em, Garrett. Co on znowu zrobi�? Znowu znalaz� kota? - Dean mia� w�a�nie 
atak zbie-
rania przyb��d. Musia�em by� stanowczy, �eby nie sko�czy� po pas w kociej 
sier�ci.
- Gorzej. M�wi, �e si� wprowadzi. Jakbym ja nie mia� g�osu w tej sprawie, a on 
zachowuje
si� tak, jakby si� cholernie po�wi�ca�.
Saucerhead zachichota�.
- No to pa, wolny pokoju! I gdzie teraz zmie�cisz nadprogramow� laseczk�? 
Biedulek. B�-
dziesz musia� obskakiwa� po jednej naraz.
Burum-burum.
- Nie powiem, �ebym by� nimi zasypany. Teraz musz� obskakiwa� �adn� naraz, odk�d
Winger i Tinnie wpad�y na siebie na ganku.
Ka�u�a rykn�� �miechem. Poganin.
- A co z May�? - zapyta� Tharpe.
- Od p� roku jej nie widzia�em - odrzek�em. - Zosta�em sam na sam z Eleanor.
Eleanor to obraz, wisz�cy na �cianie mojego gabinetu. Lubi� t� ma��, ale ma 
swoje ograni-
czenia.
Wszyscy uwa�ali, �e moja sytuacja jest przezabawna - wszyscy, z wyj�tkiem kumpla
Tharpe'a. Nie s�ucha� nikogo, z wyj�tkiem siebie. Zacz�� co� nuci�. Uzna�em, �e 
muzyk z
niego �aden. Nie wyci�gnie melodii nawet ko�owrotem.
Ka�u�a przesta� kwicze� na wystarczaj�co d�ugo, �eby wykrztusi�:
- Wiedzia�em, �e co� kombinujesz. Nie to co zawsze, ale chcesz si�, kurde, 
wkr�ci�.
- Ch�opie, ja tylko chc� by� poza domem. Dean mnie wkurza, Truposz nie ma 
zamiaru
spa�, bo czeka, a� Glory Mooncalled wywinie numer, i nie chce tego przegapi�. 
Niech kto
spr�buje wytrzyma� z t� park� po�ow� tego czasu, co ja.
- Nooo, ci�ki masz �ywot. - Saucerhead znowu si� wyszczerzy�. - Serce mi p�ka. 
Wiesz
co? Zamieni� si�. Ja bior� tw�j dom, ty m�j. Dorzuc� Billie. - Billie by�a jego 
aktualn� flam�,
taki skrawek blondynki z temperamentem plutonu rudych.
- Czy�bym wyczuwa� nut� rozczarowania?
- Nie. Ca�� cholern� oper�.
- Mimo to, dzi�ki. Mo�e innym razem. - Dom Saucerheada by� jednoosobow� ruder� 
bez
sieni i mebli do towarzystwa. Mieszka�em ju� nieraz w takich budach, zanim 
zebra�em do��
forsy, �eby kupi� dom na sp�k� z Truposzem.
Saucerhead zatkn�� kciuki za pas, odchyli� si� na krze�le, �mia� si� i kiwa� 
g�ow�, kiwa� i
�mia� si�. Drwi�cy u�miech na jego paskudnej g�bie to widok wart �wieczki. 
Wytrzymuje z
nim tak d�ugo, �e wkr�tce Korona og�osi go rezerwatem natury. Twierdzi, �e jest 
cz�owie-
kiem, ale ze wzrostu i wygl�du mo�na by podejrzewa�, �e ma w sobie kropl� krwi 
trolla lub
wielkoluda.
- Nie chcesz ubi� interesu, Garrett. Nie mog� powiedzie�, �ebym ci wsp�czu�.
- Mog�em sobie i�� do jakiej� drugorz�dnej speluny i utopi� smutki w mocnym 
alkoholu,
wylewaj�c je w uszy wsp�czuj�cych nieznajomych, ale nie. Musia�em przyj�� 
akurat tutaj...
- Jak dla mnie, mo�e by� - wtr�ci� si� Ka�u�a, kiedy zacz��em �piewk� o mocnych 
alkoho-
lach. - Nie chcemy ci� zatrzymywa�.
Nigdy go nie uwa�a�em za przyjaciela, tylko transakcj� wi�zan� z moim 
przyjacielem
Morleyem, cho� przyja�� Morle...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin