Cowie Vera - Klejnot bez skazy.pdf

(1433 KB) Pobierz
Girl's Best Friend
Cowie Vera
Klejnot bez skazy
1
P ogrzeb zaszczyciło swą obecnością trzech Rockefellerów, dwóch Vanderbiltów, jeden Mellon, jeden Whitney,
garstka sędziów Sądu NajwyŜszego, spora ropa senatorów, kilkunastu szacownych członków Izby Lordów, a takŜe
waŜny przedstawiciel rządu pani Margaret Thatcher, lecz zdecydowaną większość stanowiły kobiety - liczne
przyjaciółki zmarłej. Niewielki kościół pod wezwaniem świętego Jana został zbudowany w tysiąc siedemset
czternastym roku jako rodzinna kaplica Randolphów. Trzysta metrów dalej znajdował się wielki, pochodzący z
tych samych czasów dom. Obie budowle oddzielał od rzeki Rappahannock pas drzew i trawnika. Billy Bancroft
zwykł mawiać, Ŝe są równie zgodne z naturą jak wszystko inne w jego rodzinnym kraju, czyli w Anglii. Jednak ci,
którzy dobrze go znali, uwaŜali to za zabawne, trudno było bowiem znaleźć trawę w Whitechapel, gdzie się
urodził.
- BoŜe, ale upał - mruknęła jakaś kobieta do swej sąsiadki. - Woń tych kwiatów jest odurzająca.
Wszystkie były białe; Livy dokładnie określiła ich kolor w szczegółowych instrukcjach dotyczących własnego
pogrzebu. Kwiaty ułoŜono na sposób francuski, i duŜych bukietach ustawionych w rodzinnych kryształach -
derenie, irysy, narcyzy, stokrotki o kosmatych kielichach i wielkich złotych środkach, róŜe, goździki, lilie. KaŜdy
kwiat pochodził z ogromnych szkłami Królewskiego Daru. Tak nazwano ziemie, jakie John Randolph otrzymał od
króla Karola II w dowód wdzięczności za dostarczenie Jego Wysokości niezwykle ponętnej damy dworu, której
cnotę niełatwo było zdobyć. Randolphowie długo ukrywali ów fakt, głosząc legendę, Ŝe John Randolph uratował
królowi Ŝycie podczas próby zamachu. Livy, juŜ jako małŜonka Rohna Peytona Randolpha VI, często określała
załoŜyciela dynastii mianem „Jurnego Randolpha” i bez ogródek ujawniała pochodzenie rodzinnej fortuny.
Pomimo starannego wychowania i dobrego smaku zawsze stąpała twardo po ziemi.
- Będzie mi jej brakowało - westchnęła ze wzruszeniem pierwsza kobieta. - Cały czas mi się wydaje, Ŝe lada
chwila się tu pojawi i jak zwykle skupi na sobie powszechną uwagę.
- Była wyjątkowa - przyznała jej towarzyszka, lecz bez cienia zazdrości, którą odczuwała, ilekroć słyszała te
słowa. Teraz, gdy Livy juŜ odeszła, pojawiła się szansa, by zaznaczyć swą obecność, co było niemoŜliwe w
oślepiającym blasku, jaki roztaczała wokół siebie zmarła. - Biedna Diana jest strasznie przybita - ciągnęła,
spoglądając ze współczuciem na najmłodszą córkę Livy, która łkała spazmatycznie i chowała twarz w któraś z
licznych chusteczek, przygotowanych zawczasu przez przewidującego męŜa.
Pozostałe dzieci z dwóch małŜeństw Livy stały z kamiennymi twarzami, podobnie jak ich ojciec, który zajął
miejsce przy brzegu ławki znajdującej się najbliŜej trumny. Wykonano ją z angielskiego dębu, poniewaŜ Livy
zmarła w Anglii, gdzie mieszkała od czasu, gdy przed dwudziestoma pięcioma laty poślubiła Billy’ego Bancrofta.
- Diana zawsze była niezwykle uczuciowa. Ros jest zupełnie inna. To Randolph w kaŜdym calu. Być moŜe
dlatego nigdy nie miała dobrych stosunków z ojczymem. Ros jest podobna do babki. Pamiętasz starą Doily
Randolph? Chodząca skała. Przypominam sobie pogrzeb tego biedaka Johnny’ego. Jej jedyny syn zmarł w wieku
trzydziestu czterech lat, a ona nawet nie drgnęła, podczas gdy Livy była zdruzgotana...
W kościele rozległ się szmer - to wszyscy powstali do odśpiewania hymnu.
- Oczywiście! Nie wolno zapominać, Ŝe Livy ubóstwiała zmarłego pierwszego męŜa...
Czterdzieści pięć minut później ogromny salon Królewskiego Daru otworzył się na ocieniony portykiem taras i
rozległy trawnik. SłuŜący w białych rękawiczkach krąŜyli ze srebrnymi tacami, roznosząc ulubione szampany Livy
- Blanc de Blancs i Clos du Mesnil - Ŝałobnicy natomiast raczyli się przy bufecie pod gołym niebem. Okrągłe stoły
zastawiono wielkimi wazami z chińskiej porcelany, pełnymi brzoskwiń, czereśni i truskawek, które pochodziły,
podobnie jak kwiaty wypełniające kościół, z ogrodów i szkłami domowych. Na podgrzewanych tacach serwowano
pieczone kurczaki, przepiórcze jaja z majonezem estragonowym, bogaty garnitur surówek i jeden z tych
ogromnych tortów, które tak lubiła Livy - z domieszką kawy i koniaku sprowadzonego samolotem aŜ z Fauchon.
Wszystko - jak wyraziła się z pełnym zazdrości westchnieniem przyjaciółka zmarłej, Abby Singleton - absolutnie,
absolutnie doskonałe. Livy kaŜdą rzecz robiła perfekcyjnie.
- Czy istniał kiedykolwiek ktoś choć odrobinę do niej podobny? - spytała retorycznie.
Zebrani na trawniku teŜ prowadzili rozmowy.
- Biedny Billy - zauwaŜył jeden z jego wieloletnich przyjaciół, zwracając się do drugiego. - Co on teraz będzie
robił? Przez cały czas trwania ich małŜeństwa Livy zabiegała o to, Ŝeby był wpływowy.
Obaj skierowali spojrzenie tam, gdzie stał ów wybitny człowiek, Bili Bancroft - juŜ od trzech lat pierwszy baron
Bancroft. Z niezwykłą godnością przyjmował kondolencje tych, którzy pozostawali najdłuŜej w przyjacielskich
stosunkach z jego Ŝoną i których obecności Ŝyczyła sobie podczas swego ostatniego występu, nawet jeśli miał on
charakter bardziej duchowy niŜ cielesny.
1
- Niezwykła kobieta - stwierdził drugi męŜczyzna, tak samo jak Billy członek Izby Lordów. - Nigdy nie
widziałem, by zachowała się choć trochę niewłaściwie. Zawsze prezentowała się nienagannie. Moja Ŝona mówi, Ŝe
wymaga to ogromnego wysiłku i właściwej organizacji.
- Taka była Livy. Największa spośród perfekcjonistek. Z drugiej jednak strony... - zawiesił głos, wzruszając
ramionami. - Wyszła za samo wcielenie perfekcji.
- Ale to przecieŜ posiadłość rodzinna jej pierwszego męŜa?
Amerykanin spojrzał ponad trawnikiem na dom, którego czerwone cegły przybrały kolor spłowiałego róŜu,
kontrastującego z bielą frontonu i okien.
- Tak - uśmiechnął się konspiracyjnie. - Chyba zawsze pragnęła być tu pochowana. Przypuszczam, Ŝe Billy był
wściekły.
Wszyscy wiedzieli o mauzoleum, które zbudował dla siebie i Ŝony - zamierzał spędzić wieczność w taki sam
sposób, w jaki spędził Ŝycie. Decyzja Livy, by spocząć na zawsze u boku pierwszego męŜa, wyglądała na akt
buntu, niezwykły u kobiety, która nigdy nie podniosła głosu.
Po drugiej stronie trawnika dwie przyjaciółki szkolne Livy rozmawiały o dzieciach Bancrofta. Lulu de Fries
powiedziała Abby Singelton, iŜ widziała, Ŝe Diana zniknęła na górze ze swoim męŜem, gdy tylko wyszli z
kościoła. Później zszedł sam, bez Ŝony, która „odpoczywała” - jak się wyraził.
- Raczej wypłakuje sobie oczy - mruknęła. - Diana wprost uwielbiała matkę.
- No cóŜ, jeśli mierzyć uwielbienie skłonnością do naśladownictwa, to owszem.
- Na tym polega kłopot - przyznała Lulu. - Livy Bancroft nie sposób naśladować, ale to nie powstrzymało Diany,
wciąŜ próbowała...
- Rosalind nie musi tego robić. Kiedy zobaczyłam, jak wchodzi do kościoła, doznałam wstrząsu.
- Tak. Ros to wykapana matka.
- Bez tych swoich hippisowskich ciuchów. Przypuszczam, Ŝe juŜ jej przeszło.
- Oby. Ma przecieŜ trzydzieści cztery lata!
Abby skrzywiła się, bo przypomniała sobie, ile sama ma lat, a zawsze tak starannie to tuszowała. Nie uszło to
uwagi Lulu, która z premedytacją trafiła w jej czuły punkt.
- Livy nie wyglądała na swój wiek, nie zmienia to jednak faktu, Ŝe miała pięćdziesiąt cztery lata, kiedy zmarła,
ani Ŝe wszystkie chodziłyśmy razem do szkoły...
Obie kobiety rozglądały się za siostrami Livy. Dostrzegły Delię rozmawiającą z brytyjskim ambasadorem i
Roehamptonem, od którego Billy właśnie kupił - za bardzo duŜą sumę - ostatni obraz Gainsborougha. Toni
natomiast prowadziła intymną pogawędkę z lordem Anonimem. NajświeŜsza plotka głosiła, Ŝe łączy ją z nim coś
więcej niŜ tylko przyjaźń. Rozglądając się dalej, Lulu dostrzegła męŜa Toni tam, gdzie się spodziewała - rozmawiał
z najładniejszą i najmłodszą kobietą. - Dzięki Bogu - pomyślała z westchnieniem ulgi. - Pewne rzeczy nigdy się nie
zmieniają.
Brooks Hamilton zdołał w końcu zamienić na osobności kilka słów z Billym.
- Dobrze się czujesz? - spytał.
OŜeniony z Dianą Brooks darzył przesadnym podziwem swego teścia. Teraz był zatroskany, poniewaŜ Billy miał
bladą cerę i łatwo się męczył. Nic dziwnego, skoro był o piętnaście lat starszy od swojej Ŝony.
- Świetnie - odparł Billy, jednakŜe bez tego szorstkiego zniecierpliwienia, jakie od razu pojawiłoby się w jego
głosie, gdyby rozmawiał z kimś innym, nie tolerował bowiem tak intymnych pytań.
Zdrowie człowieka było jego prywatną sprawą. Niejeden z przyjaciół jego Ŝony uwaŜał, Ŝe gdyby Livy potrafiła
wzbudzić w nim większe poczucie męŜowskiej troski, to moŜe udałoby się w porę wykryć raka, który w końcu ją
zabił.
- Niedługo wszyscy odjadą - zauwaŜył z nadzieją w głosie Brooks. - Wtedy zabierzemy cię do Farm. Przyda ci
się parę tygodni odpoczynku. Minione miesiące musiały być dla ciebie piekłem.
- Bywały lepsze - przyznał Billy. - Ale nie chcę chować się w skorupie, rozumiesz. To nie w moim stylu. Poza
tym muszę znów zabrać się za ksiąŜkę....
Billy pisał (piórem literackiego pomagiera) swoją autobiografię, która osiągnęła półmetek, gdy jego Ŝona weszła
w ostatnie stadium choroby. Jak zawsze dał o sobie znać jego pragmatyzm. Kiedy dobiegała końca jedna rzecz,
naleŜało zabrać się za następną.
Spoglądając na piękny półwysep, jedna z członkiń artystycznego kółka Livy - jak mawiał jej mąŜ - zwróciła się
do drugiej:
- Kiedy tak patrzę na to wszystko, nie mogę oprzeć się wraŜeniu, Ŝe Livy wyrzekła się mnóstwa rzeczy dla
Billy’ego Bancrofta.
- To Ŝadna nowina. W końcu tego oczekiwał.
- Znałaś Johnny’ego Randolpha?
- Nie, ale mówiono mi, Ŝe był równie przystojny jak bogaty, a był bardzo bogaty. - Po chwili dodała: - Ale miał
2
niewiele w głowie.
- Jedyne, czego nie moŜna powiedzieć o Billym.
- A jest w ogóle coś, czego nie moŜna powiedzieć o Billym Bancrofcie?
- Jeśli jest, to ja nic o tym nie wiem.
- Nigdy nie mogłam pojąć, jak temu człowiekowi udawało się zdobywać kaŜdą kobietę, jakiej tylko zapragnął.
- Pieniądze i władza - padła natychmiastowa odpowiedź, której towarzyszyło wzruszenie ramion. - To najlepsze
afrodyzjaki.
- Nie bez znaczenia jest teŜ fakt, Ŝe potrafi dogodzić.
- MoŜe to potwierdzić kaŜda z obecnych tu kobiet z wyjątkiem jego krewnych.
- Nie wykluczaj ich tak szybko.
- A zatem to prawda, Ŝe on i Toni von Anhalt...?
- Z tą róŜnicą, Ŝe wówczas nie nazywała się jeszcze Toni von Anhalt. Była zamęŜna z tym dupkiem Juniorem
Standishem, co tym lepiej tłumaczy jej związek z Billym.
- Myślisz, Ŝe Livy wiedziała?
- Wątpię. A nawet gdyby, to i tak nigdy by się do tego nie przyznała. Wiesz, jak była... Lojalność ponad
wszystko. A to mi przypomina, by nalać sobie jeszcze jeden kieliszek tego cudownego szampana, któremu
pozostała wierna całe Ŝycie. Zdajesz sobie sprawę, Ŝe od tej chwili nieczęsto będziemy miały okazję się nim
delektować...
- Nie są podobni do Billy’ego, prawda?
- Kto, moja droga?
- Jego synowie. Rupert i Jeremy.
- Ach, oni. Nie... Nie całkiem. Wydaje mi się, Ŝe przypominają bardziej matkę, pierwszą Ŝonę Billy’ego.
- Kim ona właściwie była?
- Nikim. Niczym. Podobnie jak Billy w owym czasie. Ale on juŜ szukał swojej Livy.
Stwierdzeniu temu towarzyszył pogardliwy uśmiech świadczący o znajomości tematu.
- Czy moŜesz sobie wyobrazić, gdzie i czym byłby teraz, gdyby jej nie znalazł? To ona stworzyła Billy’ego
Bancrofta.
- W sensie towarzyskim, chcesz powiedzieć.
- Oczywiście! KaŜdy głupiec potrafi zarabiać pieniądze, a Bili nie jest w ciemię bity. Ale oŜenić się z Olivią
Gaylord Randolph! Trzeba mieć tupet!
- Często się zastanawiałam, co ona w nim widziała. Chodzi mi o to, Ŝe po
Johnnym Randolphie...
- Johny był słodki, ale nigdy nie dojrzał. Zawsze odnosiłam wraŜenie, Ŝe on i Livy są dziećmi, które bawią się w
dorosłych. Byli tacy młodzi, kiedy się pobrali, lecz Livy w końcu dorosła. Wątpię, czy kiedykolwiek udałoby się to
Johnny’emu. Wszystko przychodziło mu zbyt łatwo. Nazwisko, pieniądze, ten wspaniały dom i plantacja, tylko Ŝe
tak naprawdę nigdy nie był niczym więcej niŜ tylko bardzo słodkim chłopcem. Właśnie chłopcem. Nigdy nie
przestanie mnie zdumiewać, Ŝe spłodził Ros i Johnny’ego. Miałam wraŜenie, Ŝe nie ma zielonego pojęcia, jak to
zrobić. - Nastąpiła chwila milczenia. - Ale kiedy ma się matkę taką jak Doily Randolph. Nie była zachwycona,
kiedy Livy poznała Billy’ego Bancrofta, który, jeśli chcesz znać moje zdanie, nigdy nie był dzieckiem!
- Ale uczynił z Livy lady Bancroft. Wielokrotnie zasiadała obok samej Margaret Thatcher!
- Mimo wszystko nigdy nie zrozumiem, co ją opętało, Ŝe poślubiła Billy’ego Bancrofta. Nigdy!
Rosalind Randolph zobaczyła, jak Diana, blada ale wreszcie opanowana, wchodzi na taras i zbliŜa się do niej.
- Jesteś pewna, Ŝe dasz radę? - spytała, orientując się doskonale, Ŝe jej przyrodnia siostra jest w fatalnym stanie
emocjonalnym.
Diana zademonstrowała uśmiech, który ćwiczyła latami, aŜ w końcu opanowała go bezbłędnie. Uśmiech, jakim
posługiwała się jej matka, gdy chciała ukryć prawdziwe uczucia.
- Oczywiście, Ŝe tak. Nie mogę przecieŜ zwalać wszystkiego na twoje barki. To byłoby nie w porządku.
Mówiła szczerze, ale z niechęcią. Głos jej drŜał, oczy świeciły nienaturalnie. Diana balansowała na krawędzi
histerii i juŜ zaczęła się niebezpiecznie przechylać.
Wodząc wzrokiem po tłumie, Ros zdołała uchwycić spojrzenie Brooksa Hamiltona i przywołać go skinieniem
głowy. Zmarszczył brwi - wciąŜ rozmawiał z teściem - ale Ros wpatrywała się w niego twardo, aŜ w końcu
zobaczyła, Ŝe mruknął coś do Billy’ego, a potem ruszył w ich kierunku.
Kiedy zobaczył Ŝonę, zmarszczył czoło.
- Czy to mądre? - spytał.
Diana pominęła pytanie milczeniem. Nadal gorączkowo lustrowała spojrzeniem tłum.
- Sama o tym decyduję - zgasiła go. - Idź i popracuj nad tymi ludźmi, Brooks. Masz mnóstwo okazji do
świetnych interesów. - Odwróciła się w jego stronę. - A wiemy obydwoje, jak waŜny jest dla ciebie biznes, prawda,
kochanie?
3
Słodycz w jej głosie przyprawiała Ros o ból zębów, ale poniewaŜ wiedziała, Ŝe jej przyrodnia siostra próbuje za
wszelką cenę poradzić sobie z cierpieniem, nie odezwała się. Poza tym nie obchodziło jej, Ŝe Diana i jej mąŜ
znowu mają ze sobą na pieńku.
Diana dostrzegła w końcu kilka znajomych postaci, uśmiechnęła się, po czym ruszyła w ich stronę
wyprostowana, z wysoko uniesioną głową. MąŜ odprowadził ją wzrokiem, a jego regularne rysy wykrzywiał
grymas złości. Po chwili zwrócił się do szwagierki.
- Jest bardzo zdenerwowana - zauwaŜył, jakby tonem wyjaśnienia.
- Jak my wszyscy - przypomniała mu Ros.
- Owszem, ale Diana była bardzo zŜyta z matką - odparował złośliwie.
Byli starymi wrogami. Ros wytrzymała jego spojrzenie. To on pierwszy odwrócił głowę i popatrzył na ogród.
PodąŜając za jego wzrokiem, otworzyła oczy ze zdumienia, a potem zwróciła się do niego grzecznie:
- Zechcesz mi wybaczyć, Brooks, ale muszę przywitać kilku spóźnionych gości.
Zostawiła go samego i ruszyła zdecydowanie w stronę kobiety, która weszła właśnie na trawnik i nalewała sobie
kieliszek szampana.
- Suka - mruknął Brooks Hamilton.
Nigdy nie lubił Rosalind Randolph. UwaŜał, Ŝe szwagierka jest za sprytna i Ŝe wykorzystuje to dla własnej
korzyści. Jedyną rysą na marmurowym pomniku, i jaki w przekonaniu Brooksa Hamiltona stanowił jego teść, było
to, Ŝe z jakichś niejasnych powodów Billy Bancroft czuł przed swoją pasierbicą respekt.
- Jak się tu dostałaś? - spytała Ros blondynkę. - MoŜna się tu dostać tylko na zaproszenie, a nie przypominam
sobie, bym ci je wysyłała.
Kobieta popatrzyła na nią bezczelnie.
- Nie będziesz zwracała się do mnie w ten sposób. Jestem lady Bancroft.
Ros wybałuszyła oczy.
- Kim jesteś?
- Billy ci jeszcze nie mówił?
- JuŜ dawno minęły czasy, gdy wierzyłam w to, co mówi.
- Ale w to moŜesz uwierzyć. Zamierzam go poślubić. Po przyzwoitym okresie Ŝałoby, oczywiście - dodała
pospiesznie.
Ros wybuchnęła śmiechem.
- Od kiedy to robisz cokolwiek przyzwoitego? Masz pół minuty na to, Ŝeby zejść z tego trawnika i wynieść się
terenu tej posiadłości albo kaŜę cię stąd wyprowadzić i najesz się wstydu. Dziś pochowano moją matkę, Ŝonę
twojego kochanka. Nie pozwolę, by twoja obecność zbrukała jej pamięć. A teraz wynoś się stąd!
Ros nie mówiła podniesionym głosem. KaŜde słowo było jak uderzenie.
Kobieta szarpnęła dumnie głową, ale odstawiła szampana, poprawiła na sobie futro z norek - dziwaczny strój,
zwaŜywszy, Ŝe nie było zimno - po czym wkładając ciemne okulary, ruszyła pospiesznie wybrukowaną ścieŜką,
która ginęła wśród dębów, by dalej połączyć się z głównym podjazdem.
Ros odwróciła się i wlepiła wzrok w ojczyma stojącego pośrodku grupki kobiet. Nic nowego - pomyślała i
roześmiała się szyderczo w duchu. Bili podniósł głowę, jakby odczuwał na sobie Ŝar jej gniewu, poszukał
pasierbicy wzrokiem i napotkał jej oczy. Ujrzała jego nieodgadnioną twarz, która zawsze przybierała taki wyraz,
gdy stykał się z czymś nieprzyjemnym. Jednak to on odwrócił się pierwszy.
Ros podeszła do stojącego najbliŜej słuŜącego, wzięła z tacy wysoki kryształowy kielich i opróŜniła jednym
haustem.
- Spokojnie, dzieciaku - odezwał się za jej plecami jakiś głos. - To mocny trunek. Tego się nie pije jak colę.
Odwróciła się i ujrzała ciotkę Toni - Antonię Gaylord Lancaster Standish von Anhalt - młodszą siostrę matki,
która uśmiechała się do niej szeroko. Jej twarz przybrała jednak szybko zatroskany wyraz.
- O co chodzi. Ros? Wyglądasz, jakbyś straciła fortunę, a znalazła pensa!
- Właśnie usłyszałam coś tak absolutnie niesłychanego... tak niesmacznego, Ŝe wciąŜ nie mogę w to uwierzyć!
Ros opowiedziała ciotce, co przed chwilą powiedziała jej tamta kobieta.
Toni von Anhalt otworzyła ściągnięte usta, po czym odchyliła głowę i parsknęła swoim słynnym śmiechem.
- To juŜ druga! - zapiała.
Teraz Ros zdębiała.
- Co...
- Niespełna pięć minut temu usłyszałam to samo od Sissy Bainbridge.
- Sissy Bainbridge! - wyrwało się z ust Ros jak pocisk.
- Nie Ŝartuję. Wiesz, Ŝe ona i Billy spotykają się od lat.
- Tak, ale...
- śadnych ale. Była śmiertelnie powaŜna... a to nie przychodzi Sissy łatwo, wierz mi.
- Mój BoŜe, nie wiem, która jest gorsza...
4
- Ja wiem! Ta utleniona. Sissy jest przynajmniej jedną z Nas... Nie miej takiej oburzonej miny, wiesz doskonale,
o co mi chodzi. Co więcej, Billy teŜ wie. Sądzisz, Ŝe po małŜeństwie z Livy zniŜyłby się kiedykolwiek do poziomu
tej blondyny?
Ros nie odpowiedziała, ale wyraz jej twarzy mówił wszystko.
- No dobrze, więc Billy w ogóle się nie zniŜy, jeśli o to chodzi. Doprawdy, Ros, nie wiesz, Ŝe Billy rozdaje
kobietom obietnice, jak rozdawano bukieciki, kiedy byłam młodą dziewczyną? To coś w rodzaju hołdu, nic więcej.
- Nie interesuje mnie, ilu kobietom się oświadcza. Chodzi o moment, w jakim to robi! Dopiero co pochowaliśmy
moją matkę, jego Ŝonę!
Toni spojrzała na nią.
- Kochanie, Billy jest impulsywny. To stary, biedny, jurny kozioł, który nie moŜe się powstrzymać. To u niego
naturalny odruch. Czy nie lepiej mieć nadzieję i modlić się, by natknął się na kogoś, kto nie będzie tolerował jego
wybryków i zrobi mu piekło, jeśli Billy skoczy sobie w bok? To naprawdę zaspokoiłoby moje poczucie
sprawiedliwości!
Ros, widząc twarde spojrzenie zielonych oczu ciotki, wybuchnęła śmiechem.
- Tak lepiej. Pamiętaj, Ŝe twoja matka wiedziała, jaki był Billy, i przymykała oczy.
- Ty byś tak nie robiła.
- Owszem, ale Livy nienawidziła awantur, dobrze o tym wiesz. - O czym? - usłyszały pytanie.
Odwróciły się obie i ujrzały najstarszą siostrę Gaylordów, Cordelię Winslow, zwaną Delią, która zbliŜyła się do
nich niepostrzeŜenie.
W przeciwieństwie do swoich sióstr Delia zaczęła siwieć około czterdziestki i teraz jej włosy miały barwę
czystego srebra. Livy uniknęła tego dzięki specjalnej farbie. Toni natomiast pozostała blondynką przez długie lata.
Delia miała ich teraz sześćdziesiąt trzy, Toni pięćdziesiąt dziewięć, ale Ŝadna nie wyglądała na osobę, która
przekroczyła czterdziestkę - no, powiedzmy czterdzieści pięć lat. Obie doskonale prezentowały się w czarnych
sukniach, lecz Ŝadna nigdy nie dorównała zmarłej siostrze.
- O tym, Ŝe Livy nienawidziła awantur - wyjaśniła Toni.
- U Livy wszystko musiało przebiegać gładko - przyznała Delia, sięgając pamięcią wiele lat wstecz. - Nawet jako
dziecko nie umiała radzić sobie z przykrymi sytuacjami.
- Jak juŜ jesteśmy przy takich sytuacjach... - Toni opowiedziała siostrze o dwóch kobietach i ich identycznych
oświadczeniach.
- Oczywiście - stwierdziła nieporuszona Delia, wznosząc rękę w wymownym geście. - Usłyszałam dokładnie to
samo od Marguerite Barnard i nie zdziwiłabym się, gdyby z czymś takim wystąpiło jeszcze kilka innych.
- Ale mówić takie rzeczy na pogrzebie mojej matki! - zawołała Ros niskim, stłumionym z gniewu głosem.
- Billy to smaczny kąsek, moja droga siostrzenico - zauwaŜyła pragmatycznie Toni.
- Myślę, Ŝe to okropne! MoŜe sobie poślubić, kogo tylko zechce, ale nie pozwolę, by jego kobiety wrzaskiem
obwieszczały swój triumf. Nie tutaj, w kaŜdym razie. A teraz wybaczcie, muszę się zająć gośćmi...
- Gdyby tylko Livy miała choć odrobinę siły, jaką odznacza się Ros - westchnęła w ślad za nią Toni.
- W takich chwilach Ros przypomina mi naszą matkę - rozmarzyła się Delia.
- BoŜe, aleŜ ona była twarda.
- Twarda, bo tyle chciała zrobić dla swoich dzieci... Zwłaszcza dla Livy. Wiesz, Ŝe ją ubóstwiała.
- Jak tato. Uwielbiał swojego białego łabędzia. Pamiętasz, Ŝe ją tak nazywał? - w głosie Toni nie było zazdrości.
Ros upewniła się, Ŝe wynajęci pracownicy posprzątali wszystko jak naleŜy, Ŝe zgadza się liczba porcelany i szkła,
które im powierzono; Ŝe adamaszkowe obrusy - szyte ręcznie i niezastąpione - odłoŜono na właściwe miejsce, by
mogła zająć się nimi praczka; Ŝe chińską porcelanę z odpowiednią starannością umieszczono w zmywarce.
- Wykapana matka - zauwaŜyła Diana, opierając się o drzwi rozległej kuchni, zawieszonej mosięŜnymi
patelniami i pachnącej świeŜym estragonem. - Dlaczego ja nigdy nie byłam tak zorganizowana... Choć ty teŜ nie
przywiązywałaś specjalnej wagi do perfekcjonizmu matki, ale jak patrzę na ciebie teraz... „Zrobiłaś to? Jesteś
pewna, Ŝe to zrobiłaś? Niech sprawdzę”. Zmieniłaś się.
- Mam nadzieję - odparła Ros, nie zwracając uwagi na sarkazm w głosie przyrodniej siostry. - To chyba
normalne, gdy się dojrzewa.
- Chcesz powiedzieć, Ŝe ja nie dojrzałam?
Ros przerwała liczenie sreber.
- Diano... Nie zaczynajmy tego, z czym juŜ skończyłyśmy. Jeśli chcesz, bym uwierzyła, Ŝe wreszcie dorosłaś, to
mi to pokaŜ.
Diana trzymała pusty kieliszek, teraz podniosła drugą dłoń, by pokazać butelkę szampana, nim sobie nalała.
- A gdybym się upiła? I to szampanem... Trunkiem mamy, jak mawiał tata.
- Matka lubiła szampana, ale nigdy się nie upijała.
- Matka nigdy nie zrobiła mnóstwa rzeczy... Zwłaszcza takich, jakie według ciebie powinna była zrobić. - Diana
opróŜniła kieliszek jednym haustem. - Nie zaprosiłaby na przykład tej Ŝałosnej blondynki. To ktoś z tej twojej
5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin