Joseph E. Stiglitz :
Nobel 2001
Globalizacja
Dane oryginału: Joseph E. Stiglitz, Globalization and Its Discontents, 2002
Przekład: Hanna Simbierowicz
Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004
...................................
Szokująca prawda
..................................
POLITYKA poleca
-----------------------------------------------------------------------------------
Cytuję wybrane fragmenty. Strona w budowie.
Anonimus
Z okładki książki
Joseph E. Stiglitz – laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii w 2001 r. za wkład w analizę rynków działających w warunkach asymetryczności informacji. W latach 1993-1997 był Szefem Zespołu Doradców Ekonomicznych Prezydenta Stanów Zjednoczonych, W. Clintona, a w latach 1997-2000 – głównym ekonomistą Banku Światowego. Obecnie (od 1999 r.) jest profesorem Uniwersytetu Columbia.
„Napisałem tę książkę dlatego, że (...) widziałem na własne oczy, jak bardzo niszczycielski może być wpływ globalizacji na kraje rozwijające się, a zwłaszcza na najuboższe spośród nich. Jestem przekonany, że globalizacja – zniesienie barier krępujących wolny handel i ściślejsza integracja gospodarki w skali międzynarodowej – może być siłą służącą dobru i że potencjalnie może poprawić sytuację wszystkich ludzi na świecie, a w szczególności ubogich. Ale sądzę też, że aby tak się stało, sposób, w jaki jest ona przeprowadzana, (...) powinno się gruntownie przemyśleć od nowa.”
(Joseph E. Stiglitz, fragment przedmowy)
W książce tej Joseph E. Stiglitz przedstawia „blaski i cienie” dotychczasowego procesu globalizacji. Omawia liczne błędy popełnione przez rządy i instytucje międzynarodowe, niespełnione obietnice, sytuacje kryzysowe, a także działania Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Krytykując obecne mechanizmy, przedstawia także propozycje reform.
„ To książka dla każdego. To książka na temat złego rządzenia, prowadzonego pod hasłem globalizacji. Joseph Stiglitz tam był. On wie. I tłumaczy to prostym, przekonywującym językiem.”
James K. Galbraith
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Spis treści
Przedmowa ......... 7
Podziękowania ......... 15
Rozdział 1 Nadzieje pokładane w instytucjach globalnych ......... 21
Rozdział 2 Złamane obietnice ......... 37
Rozdział 3 Wolność wyboru? ......... 62
Rozdział 4 Kryzys w Azji Wschodniej: w jaki sposób polityka MFW doprowadziła świat na skraj globalnego krachu ......... 91
Rozdział 5 Kto zgubił Rosję? ......... 127
Rozdział 6 Nieuczciwe prawa uczciwego handlu i inne wybiegi ......... 153
Rozdział 7 Lepsze drogi ku gospodarce rynkowej ......... 164
Rozdział 8 Inny plan MFW ......... 176
Rozdział 9 Droga przed nami ......... 192
Przypisy ......... 224
...............
Rozmowa z Autorem: Jacek Żakowski, Polityka, nr 20 z 15 maja 2004. r., str. 52
W 1993 roku rozstałem się ze światem akademickim, żeby podjąć pracę w Zespole Doradców Ekonomicznych prezydenta Billa Clintona. Po latach badań i nauczania była to moja pierwsza styczność z podejmowaniem decyzji politycznych, a co ważniejsze – ze światem polityki. Z Zespołu Doradców Politycznych przeszedłem w 1997 roku do Banku Światowego, gdzie prawie przez trzy lata, do stycznia 2000 roku, pracowałem na stanowisku głównego ekonomisty i wiceprezesa. Nie mógłbym wybrać bardziej fascynującego okresu na włączenie się do polityki. Byłem w Białym Domu, kiedy Rosja zaczęła swą transformację od komunizmu do rynku, i pracowałem w Banku w czasie kryzysu finansowego, który wybuchł w Azji Wschodniej w 1997 roku, a potem rozprzestrzenił się na cały świat. Zawsze interesowałem się rozwojem gospodarczym i to, co zobaczyłem, radykalnie zmieniło moje poglądy zarówno na globalizację, jak i na rozwój. Napisałem tę książkę dlatego, że podczas pracy w Banku widziałem na własne oczy, jak bardzo niszczycielski może być wpływ globalizacji na kraje rozwijające się, a zwłaszcza na najuboższe z nich. Jestem przekonany, że globalizacja – zniesienie barier krepujących wolny handel i ściślejsza integracja gospodarki w skali międzynarodowej – może być siłą służącą dobru i że potencjalnie może poprawić sytuację wszystkich ludzi na świecie, a w szczególności ubogich. Ale sądzę też, że aby tak się stało, sposób, w jaki jest przeprowadzana (chodzi między innymi o międzynarodowe porozumienia handlowe, które odegrały tak dużą rolę w znoszeniu tych barier, oraz politykę narzucaną krajom rozwijającym się w procesie globalizacji), powinno się gruntownie przemyśleć od nowa.
Chociaż moja kariera akademicka nie przygotowała mnie do wszystkiego, z czym się zetknąłem w Waszyngtonie, to jednak przygotowała mnie przynajmniej pod względem profesjonalnym. Przed przyjściem do Białego Domu dzieliłem czas poświęcany na badania i pisanie między abstrakcyjną, matematyczną ekonomię (przyczyniając się do rozwoju gałęzi ekonomii, którą potem nazwano ekonomią informacji) oraz dziedziny bliższe praktyki, takie jak ekonomia sektora publicznego, rozwój oraz polityka pieniężna. Spędziłem ponad dwadzieścia pięć lat na pisaniu o takich zagadnieniach, jak problem upadłości, nadzór właścicielski oraz jawność i dostępność informacji (co ekonomiści nazywają przejrzystością). Sprawy te okazały się rozstrzygające, kiedy w 1997 roku rozpoczął się światowy kryzys finansowy. Przez blisko dwadzieścia lat uczestniczyłem też w dyskusjach na temat przechodzenia od gospodarki komunistycznej do gospodarki rynkowej. Moje doświadczenia dotyczące sposobów przeprowadzenia takiej transformacji sięgają roku 1980, kiedy po raz pierwszy dyskutowałem o tych sprawach z przywódcami Chin, wkraczających na drogę wiodącą ku gospodarce rynkowej. Jestem zdecydowanym zwolennikiem przyjętej przez Chińczyków polityki stopniowych zmian, która dowiodła swej słuszności w ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci, i zdecydowanym krytykiem niektórych popadających w skrajność strategii reformatorskich (takich jak „terapia szokowa”), które poniosły sromotną porażkę w Rosji i niektórych innych krajach byłego Związku Sowieckiego.
Istniał ścisły związek między polityką, za jaką się opowiadałem zarówno w Białym Domu, jak i w Banku Światowym, a moimi wcześniejszymi, w dużej mierze teoretycznymi pracami z zakresu ekonomii, z których większość dotyczyła niedoskonałości rynku – dlaczego rynki nie funkcjonują w sposób doskonały, czyli zgodnie z uproszczonymi modelami, zakładającymi doskonałą konkurencję i doskonałą informację. Przy tworzeniu polityki korzystałem ze swego dorobku z zakresu ekonomii informacji, w szczególności dotyczącego asymetrii informacji – różnic w informacjach posiadanych przez, powiedzmy, robotnika i jego pracodawcę, pożyczkodawcę i pożyczkobiorcę, firmę ubezpieczeniową i ubezpieczającego się. Ta asymetria występuje powszechnie w każdej gospodarce. Badania nad tym zagadnieniem stworzyły podstawy bardziej realistycznych teorii rynku pracy i rynku finansowego, wyjaśniając na przykład, dlaczego występuje bezrobocie i dlaczego ci, którzy najbardziej potrzebują kredytu, często nie mogą go otrzymać – dlaczego istnieje, by użyć żargonu ekonomistów, racjonowanie kredytu. W standardowych modelach, którymi ekonomiści posługiwali się od pokoleń, dowodzono, że rynek funkcjonuje doskonale – w niektórych nawet zaprzeczano, że istnieje autentyczne bezrobocie – albo że jedyną przyczyną istnienia bezrobocia są zbyt wysokie płace, sugerując oczywiste lekarstwo: obniżenie płac. Ekonomia informacji, dysponująca lepszymi analizami rynków pracy, kapitału i produktów, pozwala na konstruowanie modeli makroekonomicznych zapewniających lepszy wzgląd w zagadnienie bezrobocia, modeli wyjaśniających fluktuacje, recesje i kryzysy, którymi naznaczony był kapitalizm od początków swego istnienia. Teorie te mają ważkie implikacje dla polityki – niektóre z nich są oczywiste niemal dla każdego, kto ma kontakt z rzeczywistością – na przykład, że jeśli się podniesie stopy procentowe do niebotycznego poziomu, to wysoce zadłużone firmy mogą być zmuszone do ogłoszenia bankructwa, co będzie złe dla gospodarki. Chociaż myślałem, że takie zalecenia dla polityki są oczywiste, były one sprzeczne z tymi, przy których częstokroć upierał się Międzynarodowy Fundusz Walutowy.
Strategie autorstwa MFW, po części oparte na nieaktualnym już założeniu, że rynek sam przez się prowadzi do efektywnych rozwiązań, nie dopuszczały do pożądanych ingerencji państwa w rynek, czyli stosowania środków, które mogą doprowadzić do wzrostu gospodarczego i sprawić, by wszystkim lepiej się wiodło. Tym, o co chodziło podczas wielu sporów, które opisuje na następnych stronach, była zatem kwestia idei i wynikających z tych idei koncepcji dotyczących roli państwa.
Idee te odgrywały ważną rolę nie tylko w nadawaniu kształtu zaleceniom odnoszącym się do spraw rozwoju, zarządzania kryzysami i transformacji systemowej. Według mnie mają one także kluczowe znaczenie przy reformowaniu instytucji międzynarodowych, które powinny być motorem rozwoju gospodarczego, zarządzać kryzysami i ułatwiać przekształcanie systemu gospodarczego. Moje badania nad problematyką informacji wyczuliły mnie szczególnie na konsekwencje braku informacji. Byłem zadowolony, gdy widziałem, iż podczas światowego kryzysu finansowego w latach 1997-1998 kładziono nacisk na znaczenie przejrzystości, ale zasmucała mnie hipokryzja polegająca na tym, że instytucje – MFW i Ministerstwo Skarbu USA – które podkreślały znaczenie przejrzystości w odniesieniu do Azji Wschodniej, same należały do najmniej przejrzystych spośród tych, z którymi zetknąłem się w życiu publicznym. To dlatego w dyskusjach nad reformami podkreślam konieczność większej przejrzystości, zwiększenia dostępu obywateli do informacji o tym, co te instytucje robią, konieczność pozwolenia, by ci, których dotyka ich polityka, mieli więcej do powiedzenia przy jej formułowaniu. Analiza roli informacji w instytucjach politycznych wynikała w sposób całkiem naturalny z mojej wcześniejszej pracy nad rolą informacji w ekonomii.
Jednym z ekscytujących aspektów przyjścia do Waszyngtonu była sposobność nie tylko lepszego zrozumienia pracy rządu, ale również zaproponowania pewnych sposobów patrzenia na sprawy, do których prowadziły moje prace badawcze. Na przykład, będąc przewodniczącym Zespołu Doradców Ekonomicznych Billa Clintona, starałem się wypracować politykę gospodarczą i filozofię, które by traktowały państwo i rynek jako uzupełniające się nawzajem i współdziałające oraz dostrzegały, iż wprawdzie rynek zajmuje centralne miejsce w gospodarce, państwo jednak też ma do odegrania ważną, aczkolwiek ograniczoną rolę. Studiowałem zawodność zarówno rynku, jak i państwa, i nie byłem tak naiwny, aby myśleć, że państwo może naprawić każde niepowodzenie rynku. Nie byłem też na tyle niemądry, aby sądzić, iż rynek sam z siebie rozwiąże wszelkie problemy społeczne. Nierówności, bezrobocie, zanieczyszczenie środowiska – wszystko to były sprawy, w których państwo musiało odgrywać ważną rolę. Pracowałem nad inicjatywą „przeobrażenia państwa” – sprawienia, by stało się bardziej efektywne i bardziej odpowiedzialne. Rozumiałem, jak trudno jest dokonać zmian, ale uważałem, iż ulepszenia, choćby umiarkowane, były możliwe. Kiedy przeszedłem do Banku Światowego, miałem nadzieję na spojrzenie z tej wyważonej perspektywy na znacznie trudniejsze problemy, z jakimi boryka się rozwijający się świat, oraz zastosowanie w odniesieniu do nich lekcji, których się nauczyłem.
Podczas pracy w administracji Clintona lubiłem brać udział w debatach publicznych, wygrywając jedne bitwy i przegrywając inne. Pozycja członka gabinetu prezydenta dawała mi możliwość nie tylko obserwowania dyskusji i tego, jak były rozstrzygane, lecz także uczestniczenia w nich, zwłaszcza wtedy, gdy dotyczyły zagadnień ekonomicznych. Wiedziałem, że liczyły się idee, ale tak samo liczyła się polityka, toteż jednym z moich zajęć było przekonanie innych, iż to, za czym się opowiadałem, było dobre nie tylko z ekonomicznego, lecz również z politycznego punktu widzenia. Natomiast kiedy przeniosłem się na arenę międzynarodową, odkryłem, że żaden z tych punktów widzenia nie dominował przy wypracowywaniu decyzji, zwłaszcza w Międzynarodowym Funduszu Walutowym. Decyzje były podejmowane na podstawie czegoś, co wydawało się kuriozalną mieszanką ideologii i złej ekonomii, jakiegoś dogmatu, który czasami ledwie skrywał partykularne interesy. Kiedy wybuchały kryzysy, MFW zalecał przestarzałe, nieodpowiednie, jakkolwiek „standardowe”, rozwiązania, bez rozważania ich skutków dla ludzi żyjących w krajach, którym kazano je stosować. Rzadko spotykałem się z przewidywaniami na temat tego, jak dana polityka wpłynie na poziom ubóstwa. Rzadko widywałem wnikliwe omówienia i analizy konsekwencji odmiennych rozwiązań. Nie poszukiwano alternatywnych opinii. Zniechęcano do otwartych, szczerych debat – nie było na nie miejsca. Zaleceniami dotyczącymi polityki kierowała ideologia i od poszczególnych krajów oczekiwano, że bez dyskusji będą się stosowały do wytycznych MFW.
Taka postawa była dla mnie żenująca. I nie chodzi tylko o to, że często przynosiła kiepskie efekty; ona była antydemokratyczna. W życiu prywatnym nigdy nie kierujemy się jakimiś ideami na ślepo, bez poszukiwania alternatywnych rozwiązań. Natomiast wszystkie kraje na świecie instruowano, że tak właśnie mają postępować. Problemy, w obliczu których stają kraje rozwijające się, są trudne, a MFW często wzywa się dopiero w najgorszej sytuacji, wtedy, gdy wybucha kryzys. Jednakże przepisane lekarstwa zawodziły równie często lub nawet częściej, niż okazywały się skuteczne. Zalecana przez MFW polityka dostosowań strukturalnych – zaprojektowana po to, by dopomóc danemu krajowi w przystosowaniu się do sytuacji kryzysowej, jak również do utrzymującego się przez dłuższy czas braku równowagi – prowadziła w wielu krajach do głodu i rozruchów. Nawet wówczas, gdy wyniki nie były aż tak tragiczne, gdy udawało się na chwilę podreperować wzrost gospodarczy, korzyści na ogół w nieproporcjonalnie dużym stopniu przypadały dobrze sytuowanym, natomiast ludzie znajdujący się na samym dole drabiny dochodów niejednokrotnie popadali w jeszcze większą biedę. Chociaż nikt nie był zadowolony z dolegliwości często towarzyszących realizacji programów MFW, to w Funduszu po prostu zakładano, że obojętnie jakie dolegliwości powstaną, są one konieczną częścią cierpień, które muszą się stać udziałem poszczególnych krajów na drodze do skutecznie funkcjonującej gospodarki rynkowej, i że proponowane środki w rzeczywistości zmniejszą cierpienia, jakie te kraje musiałyby znosić w przyszłości.
Niewątpliwie trochę cierpień było konieczne. Jednak w mojej ocenie ich rozmiar w krajach rozwijających się, będący efektem takiego, a nie innego kierowania procesem globalizacji i rozwoju przez MFW i międzynarodowe organizacje gospodarcze, wykraczał daleko poza konieczność. Sprzeciw wobec globalizacji nasilał się nie tylko z powodu widocznych szkód wyrządzonych krajom rozwijającym się przez politykę napędzaną przez ideologię, lecz także w wyniku nierówności w światowym systemie handlu. Dzisiaj już tylko niewielu – nie licząc tych, którzy mają osobisty interes w niedopuszczeniu na własny rynek dóbr wytwarzanych przez biedne kraje – broni hipokryzji polegającej na udawaniu, że pomaga się krajom rozwijającym się przez zmuszanie ich do otwierania rynków przed produktami z rozwiniętych krajów przemysłowych i jednoczesne utrzymywanie ochrony własnych rynków, czyli polityki sprawiającej, że bogaci stają się jeszcze bogatsi, a biedni jeszcze biedniejsi – i coraz bardziej rozeźleni.
Barbarzyński atak z 11 września 2001 roku uświadomił nam z całą mocą, że wszyscy zamieszkujemy jedną planetę. Jesteśmy wspólnotą globalną i podobnie jak wszelkie wspólnoty, po to żebyśmy mogli razem egzystować, musimy przestrzegać pewnych zasad. Zasady te muszą być uczciwe i sprawiedliwe – i być postrzegane jako takie. Trzeba w nich zwracać należytą uwagę zarówno na słabych, jak i na potężnych, muszą odzwierciedlać elementarne poczucie przyzwoitości i sprawiedliwości społecznej. W dzisiejszym świecie zasady te należy ustalać w toku procesu demokratycznego. Powinny to być zasady zapewniające, że różne ciała zarządzające i organy władzy będą brały pod rozwagę pragnienia i potrzeby wszystkich tych, na których życie oddziałują decyzje podejmowane na drugim końcu świata, i będą reagowały na te potrzeby.
Książka niniejsza jest oparta na moich osobistych doświadczeniach. Nie ma w niej nawet w przybliżeniu tak dużo przypisów i cytatów jak w pracy o charakterze akademickim. Zamiast tego starałem się opisać wydarzenia, których byłem świadkiem, i opowiedzieć niektóre z zasłyszanych historii. Nie ma tu świeżych śladów zbrodni. Nie znajdziecie niezbitych dowodów na straszliwy spisek Wall Street i MFW, mający na celu zawładnięcie światem. Nie wierzę w istnienie takiego spisku. Prawda jest bardziej subtelna. Często chodzi o ton głosu albo o spotkanie za zamkniętymi drzwiami, albo o notatkę przesądzającą wynik dyskusji. Wielu ludzi, których krytykuję, powie, że się mylę; mogą nawet przedstawić dowody zaprzeczające moim ocenom wydarzeń. Sam mogę jedynie zaproponować własną interpretację tego, co widziałem.
Kiedy zaczynałem pracę w Banku Światowym, miałem zamiar poświęcić najwięcej czasu zagadnieniom rozwoju gospodarczego i problemom krajów usiłujących przejść do gospodarki rynkowej, ale sprawy światowego kryzysu finansowego i dyskusje na temat zreformowania międzynarodowej architektury gospodarczej – czyli sposobu rządzenia międzynarodowym systemem gospodarczym i finansowym – tak, aby globalizacja stała się bardziej ludzka, efektywna i godziwa, zabrały mi sporą część czasu. Odwiedziłem dziesiątki krajów na całym świecie i rozmawiałem z tysiącami urzędników państwowych, z ministrami finansów, szefami banków centralnych, naukowcami, osobami zajmującymi się sprawami rozwoju, ludźmi z organizacji pozarządowych, bankowcami, przedsiębiorcami, studentami, działaczami politycznymi i rolnikami. Byłem u islamskich partyzantów na Mindanao (filipińskiej wyspie od dawna znajdującej się w stanie bezustannej rebelii), przemierzałem Himalaje, żeby zobaczyć szkoły w odległych zakątkach Bhutanu lub system irygacyjny w pewnej nepalskiej wiosce, widziałem efekty systemów kredytowych dla rolników oraz programów aktywizacji kobiet w Bangladeszu, obserwowałem skutki programów zmniejszania biedy na wsiach w niektórych najuboższych, górskich regionach Chin. Widziałem, jak tworzy się historia, i nauczyłem się z tego wiele. Starałem się wydobyć istotę tego, co widziałem i czego się nauczyłem, i przedstawić ją w tej książce.
Mam nadzieję, że moja książka zapoczątkuje debatę – debatę, która nie powinna się toczyć wyłącznie za zamkniętymi drzwiami gabinetów rządowych i organizacji międzynarodowych czy nawet w bardziej otwartej atmosferze na uniwersytetach. Ci, na których życie będą wpływać decyzje dotyczące sposobu kierowania globalizacją, mają prawo do uczestniczenia w tej debacie, a także do dowiedzenia się, jak podejmowano te decyzje w przeszłości. Książka ta powinna również dostarczyć więcej informacji o wydarzeniach ubiegłej dekady. Dysponowanie większą ilością informacji z pewnością prowadzi do lepszej polityki, a lepsza polityka – do lepszych wyników. Jeśli tak się stanie, to będę miał poczucie, że wniosłem w to pewien wkład.
...
Rozdział 1
Nadzieje pokładane
w instytucjach globalnych ......... 21
Biurokraci z organizacji międzynarodowych – anonimowe symbole światowego porządku gospodarczego – są wszędzie pod silnym ostrzałem. Przebiegające dawniej bez zakłóceń posiedzenia nieznanych technokratów, debatujących nad takimi nieciekawymi zagadnieniami, jak kredyty preferencyjne i kwoty handlowe, stały się teraz impulsem do zaciekłych walk ulicznych i potężnych demonstracji. Protesty zorganizowane w 1999 roku podczas konferencji Światowej Organizacji Handlu w Seattle wywołały szok. Od tego czasu ruch protestu przybrał na sile. Praktycznie podczas wszystkich większych konferencji Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego i Światowej Organizacji Handlu są obecnie wywoływane jakieś zamieszki i ekscesy. Śmierć demonstranta w Genui w 2001 roku była pierwszą z potencjalnie znacznie większej liczby ofiar wojny przeciwko globalizacji.
Rozruchy i protesty przeciwko polityce i działaniom instytucji odpowiedzialnych za globalizację wcale nie są nowością. Przez dziesięciolecia ludzie w krajach rozwijających się buntowali się, kiedy programy oszczędnościowe narzucane ich krajom okazywały się zbyt dotkliwe. Protesty te jednak przeważnie pozostawały na Zachodzie bez echa. Nowością jest natomiast fala protestów w krajach rozwiniętych.
Dawniej takie rzeczy, jak kredyty na dostosowania strukturalne (programy mające na celu pomoc krajom w przystosowaniu się do kryzysów i w ich przetrwaniu) czy kontyngenty na banany (ograniczenia nakładane przez niektóre kraje europejskie na import bananów z krajów innych niż ich byłe kolonie), interesowały niewielu. Dzisiaj szesnastolatkowie z przedmieść mają wyrobioną opinię na temat takich znanych przedtem tylko wtajemniczonym traktatów, jak GATT (Układ Ogólny w sprawie Taryf Celnych i Handlu) czy NAFTA (Północnoamerykański Układ o Wolnym Handlu; porozumienie zawarte w 1992 r. przez Meksyk, Stany Zjednoczone i Kanadę, umożliwiające swobodniejszy przepływ towarów, usług i inwestycji – ale nie ludzi – między tymi krajami). Protesty skłoniły tych, którzy stoją u steru władzy, do głębokiego zastanowienia. Nawet konserwatywni politycy, tacy jak Jacques Chirac, wyrazili zatroskanie, że globalizacja nie polepsza życia tym, którzy najbardziej potrzebują obiecanych im korzyści1. Prawie dla każdego jest jasne, że coś poszło kompletnie nie tak, jak trzeba. Niemal z dnia na dzień globalizacja stała się najbardziej palącym problemem naszych czasów, czymś, o czym dyskutuje się od sal konferencyjnych po artykuły wstępne w gazetach oraz w szkołach wszędzie na świecie.
Dlaczego globalizacja - siła która przyniosła tyle dobrego – stała się tak kontrowersyjna? Uczestnictwo w handlu międzynarodowym pomogło wielu krajom rozwijać się znacznie szybciej, niż byłoby to możliwe bez niego. Handel z zagranicą pomaga w rozwoju gospodarczym wtedy, gdy eksport danego kraju pociąga za sobą wzrost gospodarczy. Ciągniony przez eksport wzrost był najważniejszym punktem polityki przemysłowej, która wzbogaciła wiele krajów Azji i sprawiła, że miliony ludzi stały się tam znacznie zamożniejsze. Dzięki globalizacji wiele osób na świecie żyje dziś dłużej niż przedtem, a poziom ich życia jest znacznie wyższy.
Globalizacja zmniejszyła poczucie izolacji istniejące w wielu krajach rozwijających się i zapewniła licznym ich mieszkańcom dostęp do wiedzy nieosiągalny przed stuleciem nawet w krajach najbogatszych. Same protesty przeciwko globalizacji są efektem tego procesu.
Pomoc zagraniczna, inny aspekt zglobalizowanego świata, mimo wszystkich swych wad przyniosła milionom ludzi dobroczynne skutki, często niemal nie zauważone: partyzantom filipińskim, po złożeniu przez nich broni, stworzono miejsca pracy w ramach programu finansowanego przez Bank Światowy; programy irygacyjne przeszło dwukrotnie zwiększyły dochody rolników, cieszących się z uzyskania dostępu do wody; programy edukacyjne doprowadziły do likwidacji analfabetyzmu na obszarach wiejskich; w niektórych krajach programy walki z AIDS pomogły powstrzymać rozprzestrzenianie się tej śmiertelnej choroby.
Ci, którzy złorzeczą globalizacji, często przeoczają płynące z niej korzyści. Jednakże jej orędownicy, jeśli w ogóle można ich porównywać, bywają nawet bardziej nieobiektywni. Dla nich globalizacja (zazwyczaj związana z akceptacją święcącego tryumfy kapitalizmu w stylu amerykańskim) to postęp; kraje rozwijające się muszą ją zaakceptować, jeśli mają się rozwijać i skutecznie walczyć z ubóstwem. Wielu ludziom w rozwijającym się świecie globalizacja nie przyniosła jednak obiecanych korzyści ekonomicznych.
W wyniku powiększającej się przepaści między posiadającymi a nieposiadającymi coraz większa liczba osób w Trzecim Świecie żyje w skrajnej nędzy, utrzymując się za mniej niż dolara* dziennie. (* Radzę tego „dolara” nie traktować zbyt dosłownie. W różnych stronach świata ma on różną wartość, a i warunki życia też są inne. Anonimus). Mimo wielokrotnych obietnic zmniejszenia ubóstwa, składanych w ciągu ostatniej dekady XX stulecia, faktycznie liczba żyjących w biedzie zwiększyła się wówczas prawie o 100 milionów2. A działo się to w czasie, gdy całkowity dochód światowy wzrastał przeciętnie o 2,5 procent rocznie.
W Afryce ogromne aspiracje, jakie ludzie mieli po wyzwoleniu się spod panowania kolonialnego, w dużej mierze się nie ziściły. Przeciwnie, kontynent pogrążał się coraz bardziej w niedoli, w miarę jak spadały dochody i obniżał się poziom życia. Z trudem wywalczona w ostatnich kilku dziesięcioleciach poprawa wskaźnika oczekiwanej długości życia zaczęła zanikać. Wprawdzie główną przyczyną ponownego spadku tego wskaźnika jest plaga AIDS, ale nędza jest również zabójcza.
Globalizacja nie tylko nie spowodowała ograniczenia ubóstwa, lecz także nie przyniosła sukcesu w zapewnieniu stabilności. Kryzysy w Azji i Ameryce Łacińskiej zagroziły gospodarkom i stabilności we wszystkich krajach rozwijających się. Istnieją obawy, że finansowa zaraza może się rozprzestrzenić na cały świat, że załamanie się jednej waluty kraju wschodzącego będzie oznaczało załamanie się również innych walut. Przez jakiś czas, w 1997 i 1998 roku, kryzys azjatycki zdawał się stwarzać takie zagrożenie dla całej gospodarki światowej.
Globalizacja i wprowadzenie gospodarki rynkowej nie przyniosły spodziewanych efektów w Rosji i większości innych krajów dokonujących transformacji systemowej od komunizmu do rynku. Zachód powiedział tym krajom, że nowy system gospodarczy przyniesie im bezprecedensowy dobrobyt. Zamiast tego przyniósł bezprecedensową biedę: pod wieloma względami dla większości ludzi gospodarka okazała się nawet gorsza, niż przewidywali ich komunistyczni przywódcy. Kontrast między transformacją w Rosji, przeprowadzoną zgodnie z zaleceniami międzynarodowych instytucji gospodarczych, a transformacją w Chinach, zaprojektowaną samodzielnie, nie mógłby być większy: o ile w 1990 roku produkt krajowy brutto Chin stanowił 60 procent PKB Rosji, o tyle pod koniec dekady sytuacja się odwróciła. W Rosji doszło do bezprecedensowego wzrostu ubóstwa, natomiast w Chinach do jego bezprecedensowego spadku.
Krytycy globalizacji oskarżają kraje Zachodu o hipokryzję – i mają rację. Kraje Zachodu nakłoniły biedne kraje do zniesienia barier handlowych, ale własne bariery utrzymały na nie zmienionym poziomie, uniemożliwiając krajom rozwijającym się wywóz ich płodów rolnych i tym samym pozbawiając je rozpaczliwie potrzebnych dochodów z eksportu. Stany Zjednoczone były oczywiście jednym z głównych winowajców, co głęboko przeżyłem. Kiedy byłem przewodniczącym Zespołu Doradców Ekonomicznych, usilnie walczyłem przeciwko tej hipokryzji. Ona nie tylko wyrządza krzywdę krajom rozwijającym się, lecz również kosztuje Amerykanów, zarówno jako konsumentów, płacących wyższe ceny, jak i jako podatników, finansujących ogromne subwencje, idące w miliardy dolarów.
Gdyby nawet Zachód nie był winien hipokryzji, to i tak kierował globalizacją w sposób zapewniający mu zagarnięcie nieproporcjonalnie dużej części korzyści kosztem krajów rozwijających się. Nie chodzi tylko o to, że kraje rozwinięte odmówiły otwarcia swoich rynków dla importu dóbr z krajów rozwijających się... – zarazem domagając się, by kraje te otworzyły swoje rynki dla importu produktów z krajów bogatszych. I nie chodzi też tylko o to, że kraje rozwinięte dotowały swoje rolnictwo, utrudniając krajom rozwijającym się konkurencję, a zarazem upierały się, by kraje rozwijające się zniosły subwencjonowanie własnych dóbr przemysłowych. Kiedy się przyjrzy terms of trade po ostatnim (ósmym) porozumieniu handlowym z 1995 roku, to widać wyraźnie, że jego efektem netto było relatywne obniżenie się cen otrzymywanych za własne produkty przez niektóre najbiedniejsze kraje świata w porównaniu z cenami płaconymi przez nie za towary importowane. W konsekwencji niektóre najbiedniejsze kraje świata stały się faktycznie jeszcze uboższe.*
* Chciałem jedynie zauważyć, że zarówno w krajach najbiedniejszych, jak i najbogatszych, różne warstwy społeczne różnie mogą wychodzić zarówno na międzynarodowych porozumieniach handlowych, jak i całej globalizacji, i to zupełnie inaczej, niż wychodzi globalny zysk/strata danego kraju. Bardzo łatwo o zupełnie przeciwstawne interesy na wielu poziomach ich analizowania, nawet w odniesieniu do tego samego podmiotu. Wynik globalny dla danego kraju, też nie do końca wszystko mówi, gdy nie analizujemy, kto i jak w nim partycypuje.
Z kolei na rozluźnieniu kontroli rynków kapitałowych w Ameryce Łacińskiej i w Azji skorzystały zachodnie banki. Regiony te natomiast ucierpiały, kiedy gorący pieniądz spekulacyjny (pieniądz napływający do jakiegoś kraju i z niego odpływający, niejednokrotnie z dnia na dzień, tak że często trudno zgadywać, czy wpłynie to na aprecjację, czy na deprecjację jego waluty), który wcześniej napłynął do tych krajów, nagle odwrócił kierunek swego biegu. Gwałtowna ucieczka tego pieniądza pozostawiła po sobie krach walutowy i osłabione systemy bankowe.
Runda Urugwajska wzmocniła też prawa własności indywidualnej. Amerykańskie i inne zachodnie koncerny farmaceutyczne mogły odtąd udaremniać „kradzież” ich intelektualnej własności przez firmy indyjskie czy też brazylijskie. Ale firmy farmaceutyczne z rozwijającego się świata udostępniały ratujące życie lekarstwa obywatelom ich krajów za ułamek ceny, po której były one sprzedawane przez wielkie spółki zachodnie. Decyzje podjęte podczas Rundy Urugwajskiej miały zatem dwie strony. Z jednej strony umożliwiały zachodnim firmom farmaceutycznym zwiększanie zysków. Ich stronnicy mówili, że da im to bodziec do wprowadzania innowacji. Wzrost zysków ze sprzedaży w krajach rozwijających się był jednak nieznaczny, ponieważ niewielu ludzi mogło sobie pozwolić na zakup lekarstw, w związku z czym efekt stymulacyjny był, w najlepszym razie, ograniczony. Drugą stroną było to, że tysiące ludzi zostało faktycznie skazane na śmierć, bo ani rządy, ani poszczególne osoby nie były w stanie dłużej płacić tak wysokich cen, jakich żądano. W przypadku AIDS oburzenie na arenie międzynarodowej było tak ogromne, że koncerny farmaceutyczne musiały ustąpić i ostatecznie pod koniec 2001 roku zgodziły się na obniżenie cen i sprzedawanie lekarstw na tę chorobę po cenie kosztów. Jednak podstawowy problem – to, że ład dotyczący własności intelektualnej ustanowiony w ramach Rundy Urugwajskiej był tendencyjny, że w przeważającej mierze odzwierciedlał interesy i punkt widzenia producentów, a nie użytkowników, czy to w krajach rozwiniętych, czy rozwijających się – pozostaje nie rozwiązany.
Podczas gdy pod zbyt wieloma względami korzyści z globalizacji są mniejsze, niż utrzymują jej orędownicy, to płacona za nią cena jest większa – w kategoriach niszczenia środowiska naturalnego, korumpowania procesów politycznych i tego, że szybka ścieżka zmian nie pozostawia krajom czasu na adaptację kulturową. Kryzysy, pociągające za sobą masowe bezrobocie, wywoływały długotrwały rozpad więzi społecznych – od zamieszek w miastach Ameryki Łacińskiej po konflikty etniczne w innych miejscach na świecie, na przykład w Indonezji.
Problemy te wcale nie są nowe – znaczącą zmianą jest natomiast coraz bardziej zaciekła reakcja na całym świecie przeciwko polityce napędzającej globalizację. Przez całe dziesięciolecia wołania biedaków w Afryce i w rozwijających się krajach w innych częściach globu nie były na Zachodzie słyszane. Ci, którzy pracowali w krajach rozwijających się, zdawali sobie sprawę, iż coś nie jest w porządku, kiedy obserwowali, że kryzysy stają się coraz powszechniejsze i rośnie liczba ubogich. Nie mieli jednak sposobu na zmianę reguł gry ani wpływu na międzynarodowe instytucje finansowe, które je sformułowały. Ci, którzy cenili sobie demokratyczne procesy, widzieli, jak „uwarunkowywanie” – nakładanie przez zagranicznych pożyczkodawców warunków w zamian za udzielenie pomocy – ogranicza suwerenność narodową. Dopóki jednak nie pojawili się demonstranci, była nikła nadzieja na zmiany, a skargi nie znajdowały odzewu. Niektórzy protestujący posuwali się za daleko; niektórzy z nich nawoływali do podwyższenia barier protekcjonistycznych wymierzonych przeciwko krajom rozwijającym się, co jeszcze bardziej pogorszyłoby ich los. Mimo tego typu problemów to właśnie związkowcy, studenci i obrońcy środowiska – zwykli obywatele – maszerujący ulicami Pragi, Seattle, Waszyngtonu i Genui postawili potrzebę reform na porządku dnia w świecie rozwiniętym.
Protestujący widzą globalizację w zupełnie innym świetle niż minister skarbu w Stanach Zjednoczonych czy ministrowie finansów i handlu w większości rozwiniętych krajów przemysłowych. Rozbieżności są tak olbrzymie, iż można się zastanawiać, czy protestujący i decydenci mówią o tych samych sprawach i czy patrzą na te same dane. Czyżby wzrok sprawujących władzę aż do tego stopnia przesłaniały specyficzne, partykularne interesy?
Na czym polega zjawisko globalizacji, będące jednocześnie przedmiotem i takich złorzeczeń, i takich pochwał ? Jest to w istocie ściślejsza integracja państw oraz ludzi na świecie, spowodowana ogromną redukcją kosztów transportu i telekomunikacji oraz zniesieniem sztucznych barier w przepływie dóbr, usług, kapitału, wiedzy i (w mniejszym stopniu) ludzi z kraju do kraju. Globalizacji towarzyszyło tworzenie nowych instytucji, które obok już istniejących zaczęły prowadzić działalność przekraczającą granice państw. W ramach międzynarodowego społeczeństwa obywatelskiego nowe grupy, takie jak Ruch Jubileuszowy domagający się redukcji długu krajów najuboższych, dołączyły do utworzonych dawno temu organizacji, takich jak Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Globalizację wydatnie stymulują międzynarodowe korporacje, przemieszczające przez granicę nie tylko kapitał i towary, lecz również technologie. Globalizacja odnowiła także zainteresowanie istniejącymi od dawna międzynarodowymi instytucjami międzyrządowymi: Organizacją Narodów Zjednoczonych..., Międzynarodową Organizacją Pracy..., oraz Światową Organizacją Zdrowia...
Wiele, być może większość, tych przejawów globalizacji wszędzie spotyka się z uznaniem. Przedmiotem kontrowersji są węziej zdefiniowane ekonomiczne aspekty globalizacji oraz instytucje międzynarodowe, które ustanowiły reguły zezwalające na takie posunięcia (lub je uruchamiające), jak liberalizacja rynków kapitałowych (wyeliminowanie w wielu krajach rozwijających się zasad i przepisów prawnych, które mają na celu ustabilizowanie przepływów nieprzewidywalnego pieniądza z kraju i do kraju).
Aby zrozumieć, co poszło nie tak, trzeba się przyjrzeć trzem najważniejszym instytucjom, które sprawują rządy nad globalizacją: Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, Bankowi Światowemu i Światowej Organizacji Handlu. Istnieje poza tym mnóstwo innych instytucji odgrywających pewną rolę w międzynarodowym systemie gospodarczym – spora liczba banków regionalnych..., wiele organizacji wchodzących w skład systemu Narodów Zjednoczonych, takich jak ONZ-owski Program Rozwoju (UNDP) czy Konferencja Narodów Zjednoczonych do spraw Handlu i Rozwoju (UNCTAD). Organizacje te często zajmują stanowisko znacząco odmienne od stanowiska MFW i Banku Światowego. Międzynarodowa Organizacja Pracy niepokoi się na przykład, że MFW poświęca zbyt mało uwagi prawom pracowniczym. Z kolei Azjatycki Bank Rozwoju opowiada się za „konkurencyjnym pluralizmem”, dzięki któremu kraje rozwijające się miałyby do wyboru alternatywne strategie rozwojowe, w tym „model azjatycki”. Model ten – w którym państwo, opierając się na rynku, odgrywa jednocześnie aktywną rolę w jego tworzeniu, nadawaniu mu kształtu i kierowaniu nim, między innymi poprzez promowanie nowych technik i technologii, firmy zaś biorą na siebie znaczną część odpowiedzialności za zabezpieczenia socjalne dla swoich pracowników – jest przez Azjatycki Bank Rozwoju postrzegany jako zdecydowanie odmienny od modelu amerykańskiego, popieranego przez instytucje z siedzibą w Waszyngtonie.
W tej książce skupiam się zwłaszcza na MFW i Banku Światowym, przede wszystkim dlatego, że były one zaangażowane w główne problemy ekonomiczne ostatnich dwóch dziesięcioleci, w tym kryzysy finansowe oraz przechodzenie byłych krajów komunistycznych do gospodarki rynkowej. Zarówno MFW, jak i Bank Światowy swymi korzeniami tkwią w II wojnie światowej, jako że zostały utworzone w myśl postanowień Konferencji Narodów Zjednoczonych w sprawach Walutowych i Finansowych, która odbyła się w lipcu 1944 roku w Bretton Woods, w stanie New Hampshire. Była ona zorganizowana w ramach wspól...
kimohckimohc