The One
PROLOG
Moja opowieść rozpoczyna się w spokojnej rybackiej wiosce Haven. Miasteczko znajdowało się w dolinie mającej połączenie z morzem. Dolinę tę otaczał pas gór zwanych „Żelaznymi”. Ludzie mieszkający w Haven żyli spokojnie, nie interesując się problemami wielkiego świata. Szerokie, zadbane uliczki skąpo przecinały port. Jedyną drogą kontaktu z tym zakątkiem świata były statki i mała kręta droga wijąca się wśród górskich szczytów. Najważniejszym miejscem w całej osadzie byłą karczma „Pod Złotym Bażantem” prowadzona przez Ontisa, grubego, rozgadanego, lecz w głębi duszy dobrego człowieka. Karczma był to budynek, w którym najdłużej paliło się światło. Kiedy wychodziło się w nocy całe miasteczko było spowite w kolory tęczy promieniujące z karczmy. W takiej scenerii w biednej rodzinie przyszło na świat czwarte już z kolei dziecko. Niestety los bywa okrutny. Chłopiec ten urodził się bardzo słaby, chorowity i prawie wcale nie wychodził z domu. Przy chrzcie nadano mu imię Thorn, co znaczy „mocny duchem”. Kiedy trzej starsi bracia razem z ojcem chodzili do pracy jako drwale do pobliskiego lasu, on tymczasem siedział w domu ciągle podupadając na zdrowiu. Całymi dniami wpatrywał się w okno, wodząc marzącym spojrzeniem po świecie za szybą. Matka widząc, że jej syn staje się coraz bardziej zamknięty w sobie i skryty zaczęła opowiadać mu różne historie. Były one najróżniejsze: o smokach; rycerzach; pięknych i mądrych elfach; złych czarnoksiężnikach; świętych wojownikach i mężnych czynach. Słuchając tych opowieści godzinami dziennie w sercu chłopaka zatliła się chęć przeżywania takich przygód a, nie tylko słuchanie o nich. Jednak tej jeszcze zimy Thorn ciężko zachorował. Sprowadzony zielarz oznajmił diagnozę, która brzmiała jak wyrok
-„On nie przeżyje tej zimy, chyba, że zdarzy się cud” –
poczym wyszedł. Kiedy chłopak odzyskał na chwilę przytomność. Rozglądając się naokoło swego łóżka zobaczył całą rodzinę ze smutnymi minami i domyślił, o co chodzi. Wszyscy płakali, nawet jego bracia. Znowu zasnął, sen odziwo miał spokojny, a śniły mu się opowieści matki. Pogrążony we śnie przysiągł, że jeżeli przeżyje zostanie paladynem, świętym wojownikiem i będzie walczyć w słusznej sprawie. Kiedy wypowiadał w myśli te słowa całą jego postać na łóżku oświetliła poświata księżyca i zdarzył się cud - wyzdrowiał. Minęło lato, zima i Thorn stawał się coraz silniejszy, tak, że w końcu zaczął wychodzić sam z domu, na krótkie spacery, potem już na dłuższe wędrówki. Czas mijał dalej chłopiec ukończył 16 lat. Jego kłopoty ze zdrowiem były już odległą przeszłością. W międzyczasie nabrał tężyzny fizycznej opalenizny i nawet dziewczyny zaczęły się za nim oglądać. Jednak ten rok miał głęboko zapaść w jego pamięci. Zbliżał się czas dorocznego festynu, na którym sprzedawane były zbiory i kupowane artykułu potrzebne na zimę. Po całym miasteczku przeszła plotka, że przybędą też wojownicy na turniej zorganizowany przez Ontisa - właściciela gospody. Plotki okazały się prawdą, na 3 dni przed rozpoczęciem festynu do miasteczka zaczęli zjeżdżać się najróżniejsi rycerze, łucznicy i wojownicy.. Nadszedł w końcu długo oczekiwany dzień zabawy. Thorn cieszył się jak małe dziecko, któremu ktoś kupi słodycze, na myśl, że zobaczy ludzi z opowieści swojej matki. Nie mógł nawet przypuszczać, co się stanie. Tego dnia, kiedy miało się zacząć święto matka chłopca ciężko zachorowała. Ojciec razem z 3 synami został przy matce, najmłodszego zaś wysłali do zielarza z nakazem szybkiego powrotu. Biegł on tak szybko, że w mgnieniu oka znalazł się w miasteczku. Wpadł pędem do domu zielarza. W drzwiach przewrócił człowieka odzianego w szary płaszcz. Tajemniczy gość podniósł się, otrzepał z kurzu i groźnym spojrzeniem zmierzył młodzieńca. Stali tak przez dobrych parę minut, aż spod płaszcza błysnęła lśniąca zbroja płytowa, a na niej złoty znak bogini Atarriel. Rycerz patrzał na Thorna jakby na wylot, w końcu skłonił się nisko i odszedł. Wtedy w chłopaku coś się obudziło, lecz goniony powinnością odrzucił w głąb siebie to uczucie. W pośpiechu powiedział zielarzowi, co go tu sprowadza. Ten wydał lekarstwo mówiąc żeby je jak najszybciej podać i ze postara się, co prędzej przybyć. Zanim dokończył chłopaka już nie było tylko drzwi trzasnęły z wielkim hukiem. Thorn biegł ile sił w nogach. Gdy przechodził obok głównego placu, gdzie odbywały się aktualnie walki uczucie z apteki powróciło, tym razem tak silne, że nie mógł mu się oprzeć. Z wolna ruszył w stronę areny. Zbliżając się coraz wyraźniej słyszał rżenie koni, szczęk zbroi i okrzyki wojów. W tym momencie dla niego czas się zatrzymał i stał jak zaczarowany. Z otwartymi ustami wpatrywał się w stronę walczących mężczyzn. Zaraz rozpoczynała się następna walka, gdy coś go tchnęło, lecz zignorował to przeczucie. Na scenę wkroczyło dwóch rosłych mężczyzn. Naprzeciw nich stanął jeden człowiek i to w dodatku normalniej postury. Kiedy doszedł do środka zdjął kaptur, odrzucił płaszcz i oczom wszystkich ukazał się w całej okazałości i majestacie rycerz, którego nasz bohater znał już z przygody w aptece. Ubrany był w bogato zdobiona i doskonale utrzymaną zbroję płytową i ze starożytną klingą przekazywaną w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie u boku. Już miała się zacząć walka, gdy na arenę wjechał zakrwawiony młody mężczyzna. Thorn w jeźdźcu rozpoznał jednego ze swoich braci, zaraz na arenę zbiegli jacyś ludzie i zanieśli go do kapłana. Sprawa wydawała się oczywista, że coś się stało w domu. Chłopak bez chwili zastanowienia zaczął biec tak szybko jak tylko mógł. W oddali widać było dym. Czarne myśli zasnuły mu głowę. Z domu zostały tylko zgliszcza. Tam gdzie stało łóżko matki zastał tylko zwęglone ciała całej rodziny. Zapadła noc, chłopak nie ruszył się z domu, lecz siedział nieruchomo i płakał. Usłyszał jakieś kroki, lecz czy to było dla niego ważne w porównaniu ze stratą rodziny. Kroki stawały się coraz wyraźniejsze. Był już tak obojętny, że nawet nie przejął się, kiedy ucichły. Na jego ramię opadła czyjaś ręka, dopiero wtedy odwrócił się i spostrzegł człowieka z placu. Ten usiadł koło niego i tak siedzieli w milczeniu. Gdy Thorn spojrzał spuchniętymi od płaczu oczami na oblicze rycerza ten wypowiedział słowa, na które młodzieniec jakby czekał:
- Twoja przyszłość została powierzona w moje ręce, chodź ze mną - Ten wstał i poszedł za nim, chociaż nie wiedział, czemu to robi. Tajemniczym rycerzem okazał się Lord Jaindwar, Krasir - paladyn w służbie bogini Atarriel. Tak oto przysięga Thorna miała się wypełnić. Minęło 9 lat od opuszczenia Haven i śmierci rodziny. Nadszedł czas jego 25 urodzin. Przez cały ten czas był on pod opieką Lorda Jaindwara i szkolił się w sztukach walki; koncentracji; leczenia oraz siły ducha. Zgodnie z prawem został wyświęcony na paladyna i otrzymał tytuł szlachecki. Jak każdy rekrut nie mógł się doczekać swojej pierwszej prawdziwej walki. Wreszcie nadeszła ta próba, niestety drogo opłacona. Podczas niej śmiertelną ranę otrzymał mentor Thorna. Jego śmierć była tylko kwestią czasu. Kiedy Krasir poczuł się dość silnie wezwał do siebie swego ucznia i opowiedział mu pewną historię, w której uczestniczył. Młody paladyn wysłuchał jej uważnie i dowiedział się, że jego wyzdrowienie nie było przypadkiem, tylko darem od bogini, u której oddał się w służbę. Jednak nie wszystko było zrozumiałe dla niego mianowicie ostatnie słowa starego paladyna
- Jesteś wybrańcem bogów, twoje życie to dar, który został ci dany w jakimś celu... - Po tych słowach jego dusza opuściła ciało i odeszła w opiekę do Atarriel. Klęcząc nad ...
kac-dro214