Tear Drop.doc

(119 KB) Pobierz

TEAR DROP

 

 

Nadzieja umiera ostatnia.

Miłość.  Ona nigdy nie umiera.

 

*

Lubię szpitalny bufet.

Fascynuje mnie obserwowanie ludzi przemykających z filiżankami parującej kawy pomiędzy stolikami, zmęczonych, zdenerwowanych, zamyślonych, ze mną jako gwiazdą zupełnej obojętności.

Ten mrówczy pęd, natłok rozchwianych myśli zderzających się ze sobą niczym atomy, zapach kawy z automatu… Kiedyś mnie to motywowało. Dawało siłę do działania.

Zawieszony gdzieś w przestrzeni w połowie drogi nad oparami gorącej czekolady i światłem skapującym niczym płynne złoto z lamp, ściśnięty między ludzkie oddechy… Czułem się potrzebny. Czułem, że mam cel, który jestem w stanie osiągnąć. Miałem wrażenie, że mam wszystko w zasięgu ręki i jestem zbyt leniwy, by po to sięgnąć. Nie, może nie leniwy… Miałem ochotę po prostu się ze sobą trochę podroczyć, posmakować dłużej tej ulotności sukcesu.

Zawsze się zastanawiałem, jaki to smak. Wyobrażałem go sobie… Jako słodycz nie do opisania, wolno rozpływającą się na języku…

Teraz nie muszę sobie tego wyobrażać. Wiem już, jak smakuje.

Gorycz, wyciskająca łzy z oczu, drapiąca w gardło, paraliżująca…

Lubię patrzeć na ludzi zanurzonych w swoich problemach. Dzięki temu chociaż pozornie nie czuję się samotny, a ta przeszywająca pustka ogarniająca mnie z każdej ze stron nie jest aż tak dotkliwie bolesna i drażniąca.

Trudno być dobrym lekarzem.

Tam, przy bufecie, ten wysoki, rosły mężczyzna, z finezyjnie pofalowanymi, czarnymi włosami, to Cortez, mój przełożony. Kiedyś przyświecał mi niczym gwiazda, był moim drogowskazem, idolem, muzą. Podziwiałem go za szeroko rozpostarte ramiona swojej wiedzy, pomysłowość, podejście do pacjentów.

I muszę przyznać, że jest dobrym graczem, naprawdę dobrym. W sumie to aż za dobrym. Ja jestem kiepski – nie potrafię przegrywać z honorem i godnością. Zawsze chcę wygrywać.

Zawsze wygrywałem.

Ale też nigdy nie grałem naprawdę.

Najgorsza jest ta pierwsza porażka, później wszystko po tobie spływa jak woda po kaczce.

Jeśli oczywiście dopuścisz do tego ‘później’. Na tym chyba polega sztuka bycia idealnym lekarzem. Sztuka, której nigdy nie chciałem posiąść i nigdy nie zdołam.

Zanim wyjdziesz poza kanon najpierw naucz się poruszać według jego reguł.

Nie, ja zawsze musiałam być inny, chciałem być wyjątkowy, chciałem… Nie wiem w sumie, czego tak chciałem. Życie w ciągłym oczekiwaniu – to był mój nałóg.

Lubię szpitalny bufet.

Nie ma tu tylu pacjentów, jak na oddziale… Nie ma tych poszarzałych, zmarnowanych przez życie istot patrzących na ciebie szeroko otwartymi, przekrwionymi oczami, w których tli się niemrawo jasny płomyczek nadziei. Nie ma tych chłodnych, szeleszczących niczym zwiędłe liście dłoni błagalnie wyciągniętych w twoją stronę i cichych jęków o pomoc, pomoc, która nie nadejdzie.

Jesteśmy bezradni.

Lekarz to najbardziej bezradny zawód na świecie – zwykła manipulacja tym, co niezmienne, naginanie i łamanie zasad, których należy przestrzegać, przekraczanie granicy, do której nie wolno podchodzić.

Lekarz… Beznadziejnie śmieszny. Dający nadzieję…

Natura jest piękna w swej okrutnej sukni selektywności. Tak, niebywale cudowna z niej kobieta

Lubię szpitalny bufet.

Bo tylko tutaj nie wyczuwam jej obecności.

 

*

Jej?

Frey.

Miała na imię Frey.

Na swój sposób była naprawdę piękna z tą swoją posiniałą twarzą, zapuchniętymi oczami i nienaturalnie smukłymi dłońmi…

W sumie, ciekawe, w jaki sposób zacząłem odnajdywać piękno w brzydocie choroby.

To śmieszne, z jaką zaciekłością i skłonnością do błędów stawiamy siebie przeciwko tak doskonałemu mechanizmowi ewolucji, takiej wspaniałej broni samobójczej.

Początek września był wyjątkowo piękny i ciepły. Lekki wietrzyk rozwiewał pożółkłe liście na ulicach, po niebie przemykały srebrne strzępki letnich chmur, a w powietrzu wyczuwało się przeuroczy zapach jesiennego ogniska, które przywodzi na myśl słodkie szczenięce lata wypełnione zbieraniem kasztanów i bieganiem po ozłoconych łąkach.

Moja rezydentura dopiero się zaczęła. Objąłem stanowisko naczelnego rezydenta od razu po odbyciu stażu.

Zajmowałem się całym oddziałem razem z grupą pozostałych rezydentów i stażystów. Dokładnie wiem, jaki mieli do mnie stosunek: w ich oczach widziałem, za jakiego mają mnie bydlaka, co mnie nawet podbudowywało. Ślepą satysfakcją napełniało mnie uczucie wściekłej zazdrości i przymusu posłuszeństwa.

Ludzie tak strasznie ograniczają naukę. Mamy do dyspozycji tylko siebie i wachlarz swoich słabości wobec niepohamowanych horyzontów wszechświata.

A jeszcze bardziej uderza mnie to, jak bardzo nauka ogranicza ludzi. Pozbawiona uczuć, spojrzenia w przyszłość, myśli, oczekiwań… Duszy.

Nauka pociąga. I rzuca w otchłań.

Jak dobra whiskey.

 

*

- Mike, mam coś dla ciebie.

Cortez rozpostarł szeroko ramiona idąc powoli po korytarzu. Skwitowałem go lekkim uśmiechem i podszedłem do niego z lekko pochyloną głową. Tak, dokładnie pamiętam to, jak wielki respekt do niego czułem i jak bardzo pragnąłem spełnić jego oczekiwania.

Traktował mnie jak syna, wyróżniał na każdym kroku wcale się z tym nie kryjąc. Poniekąd dodawało mi to wtedy jakiegoś niepojętego animuszu, ale teraz wiem, że po prostu mnie to strasznie drażniło, ale nie miałem w sobie tyle siły i woli, by się do tego przyznać.

- Co to takiego? – Zapytałem, kiedy Cortez zamachał mi czyjąś kartą chorobową.

- Dziewczyna, dziewiętnaście lat, przewlekła niewydolność nerek.

- Wieje mi tu polowaniem na nerkę. – Mruknąłem otwierając kartę i przeglądając uważnie historię choroby.

- Dobrze ci wieje. Jest w twoim gabinecie. – Cortez poklepał mnie po ramieniu i wyszedł z oddziału.

Odprowadziłem go wzrokiem, a potem powoli zamknąłem kartę nie ruszając się z miejsca.

Cały oddział zawieszony był w sennej atmosferze rozpoczynającego się dnia.

Lampy przyśrubowane do zmęczonego bielą sufitu rzucały na lśniącą podłogę  wyblakłe smugi światła.

Gdzieś z jakiejś sali wydobywały się ciche jęki, skomlenia błagające o ulżenie w bólu i strachu, nieśmiałe i zdesperowane. Przysłuchiwałem się im przez chwilę, a potem z wolna ruszyłem w stronę mojego gabinetu.

Zbiegłem po schodach do izby przyjęć przyklejając sobie do ust tajemniczy lekarski uśmiech, którego wyuczyłem się przez te trzy miesiące rezydentury. Ten uśmiech jest jak posiadanie kluczyków do cadillaca – dodaje niezwykłej, aczkolwiek kruchej, pewności siebie.

Choć, jak wspomniałem, dla reszty rezydentów i stażystów byłem nietuzinkowym przykładem bydlaka, swoich pacjentów starałem się traktować jak dobrych przyjaciół. Teraz wiem, że to nie zdaje egzaminu – posiadanie za dużej ilości znajomych jest niebezpieczne, szczególnie, kiedy dopuszczasz się igrania ich życiem.

Wszedłem do gabinetu.

- Witaj Frey.

Była piękna, naprawdę piękna. Choroba dodawał jej uroku i powabu. Lekko posiniała skóra i zapuchnięte oczy, wskazujące na zatrucie mocznicowe, mocno kontrastowały z jadowicie zielonym, bystrym wzrokiem. Miałem przed sobą jedną osobę, ale czułem, że mam do czynienia z więcej niż jedną istotą. Z jednej strony była to chora, zmęczona, choć przecież tak młoda kobieta, z drugiej zaś silna, pewna siebie dziewczyna.

W jej spojrzeniu widziałem wyzwanie.

Wręcz rzuciła mi rękawice pod nogi.

- Nazywam się Mike Karasima.

Zapadła cisza, a ja czułem z zażenowaniem jak szybko tracę pewność siebie.

- Miło mi. – Odpowiedziała po chwili unosząc prawą brew do góry. Skinąłem głową i usiadłem przy biurku otwierając jej kartę. Nie spuszczała ze mnie oczu, a jej wzrok palił dziwnym ciepłem, jak  gorąca kąpiel po spacerze w zimowy wieczór.

- Zostałaś przyjęta ze względu na…

- Jest pan rezydentem? – Przerwała mi nagle, wyginając usta w ledwo widoczny uśmiech. Ironiczny uśmiech.

Spojrzałem na nią zdziwiony, odchylając się do tyłu i opierając o oparcie krzesła. Głos zamarł mi w gardle.

- … Tak. – Wymamrotałem.

- Widać. – Odrzekła swobodnie, przechylając delikatnie głowę na bok. Oparłem łokcie o kolana, przyglądając się jej uważnie. Ona w tym czasie bez skrępowania rozglądała się po gabinecie z ustami złożonymi w dzióbek.

Kompletnie straciłem głowę, i nie wiedziałem, co zrobić, jaki wykonać ruch, by mnie nie zbiła z tropu. Czułem się przy niej jak pionek na szachownicy ścigany przez rozwścieczoną królową.

Znów zapadła porażająca chwila ciszy, w której byłem w stanie się tylko w nią wpatrywać i rozważać, czy naprawdę jest takim twardym zawodnikiem, czy po prostu genialną aktorką.

 

*

Miała bardzo ciekawą osobowość i uwielbiała rozmawiać. Zawsze uważnie wsłuchiwała się w barwę głosu. Modelowała go dłońmi wyobraźni jako melodię na pięciolinii. Melodię złożoną ze słów, głośnych i ostrych, cichych i miękkich.

Podczas badania przedmiotowego bacznie mnie obserwowała, przez co czułem się jak uczniak przy tablicy. Wyzywający wyraz jej oczu, blade i wiecznie rozpalone policzki wysysały ze mnie pewność siebie i zostawiały tylko niezachwianą pustkę w głowie.

Lubiła zadawać pytania.

Każdego dnia praktycznie mnie nimi zaskakiwała.

- Skąd pan jest? – Zapytała, gdy przeprowadzałem jej wywiad rodzinny. Była znużona i zmęczona, bo zanim trafiła do mojego gabinetu, przeszła przez wiele badań i podobnych wywiadów.

Spojrzałem na nią z długopisem zawieszonym nad kartką papieru i zmarszczyłem brwi. Była bardzo otwartą osobą, nie potrafiła ukrywać swoich uczuć i myśli.

- Czemu pytasz?

- Karasima. – Powiedziała, wskazując na identyfikator przyczepiony do fartucha.

- Mój ojciec jest Japończykiem. – Mruknąłem spuszczając wzrok na kartkę. – Możemy dalej?

Skinęła głową.

A potem klasnęła w ręce i podskoczyła na miejscu, przesuwając stół, na którym siedziała o kilka centymetrów do tyłu.

- Ale imienia nie ma pan zbyt oryginalnego.

- Dziękuję ci. Możemy dalej?

Odetchnęła i spojrzała na drzwi wypatrując na nich czegoś , co mogłoby choć na chwilę przyciągnąć jej uwagę.

A potem…

- A gdzie się pan urodził?

Odłożyłem długopis i oparłem się o oparcie krzesła zsuwając się po nim powoli. Podparłem głowę ręką i odetchnąłem.

Uwielbiała zadawać pytania.

Była pierwszym i jedynym pacjentem, który postanowił, tak, dla odmiany, przeprowadzić wywiad lekarzowi.

 

 

*

- Mike, przyjdź na górę, natychmiast.

Frey długo czekała na przeszczep nerki, który pozwoliłby jej na normalne życie.

Częsta dializa krwi, choć ratowała i przedłużała jej życie, niszczyła ją psychicznie.

Podczas pobytu w naszym szpitalu, kilka razy obserwowałem, jak pielęgniarki przygotują ją do tego zabiegu i widziałem na jej twarzy rumieńce zmęczenia i zniechęcenia.

Ona uwielbiała wsłuchiwać się w głosy, a ja uwielbiałem przypatrywać się ludzkim twarzom.

Oboje doszliśmy do takiej wprawy, że gdy wchodziłem do sal podczas porannego obchodu, i witałem się z pacjentami, ona po tonie mojego głosu była w stanie rozpoznać, w jakim jestem nastroju; mi wystarczyło rzucić na nią okiem, by się przekonać, w jakim jest aktualnie humorze.

To nam bardzo pomagało.

- Co się dzieje? – Spytałem, wchodząc do sali nr 208, gdzie przebywał Cortez.

- Podejdź no tu. I zamknij drzwi. Co widzisz?

Spojrzałem na zmasakrowane ciało leżące na łóżku. Było posiniałe i zapuchnięte, rany były niedbale opatrzone. Na skórze w niektórych miejscach były ślady zaschniętej krwi.

Odetchnąłem. Co miałem odpowiedzieć? Co miałem odpowiedzieć widząc kawał ścierwa, za które oddychał respirator?

- Ma grupę AB Rh plus. Zdaje się, że twoja ptaszyna też.

- Nie żyje?

Zamiast odpowiedzi dostałem dwa wydruki EEG z ostatnich dwudziestu czterech godzin pobytu pacjenta w szpitalu. Dwa razy rysik nakreślił długą, cienką kreskę na papierze.

Brak jakiejkolwiek aktywności mózgu.

Odsunąłem Corteza i sprawdziłem źrenice mężczyzny – były rozszerzone i nieruchome. Nie stwierdziłem również żadnego odruchu rogówkowego.

Westchnąłem po raz drugi – facet ewidentnie był martwy praktycznie na wszystkich frontach.

- Kiedy go przywieźli?

- Wczoraj. Miał wypadek. Nadmierna prędkość na motorze, czołowe zderzenie z samochodem osobowym. Złamanie czaszki, rozległe uszkodzenia mózgu, kręgosłupa, kończyn. Ale poza tym… - Cortez uśmiechnął się złowrogo. – …Skurczybyk jest zdrowy.

- I zapewne ma kochającą matkę. – Dodałem ze zrezygnowaniem.

- Przyjdzie jutro rano. – Cortez poklepał mnie po ramieniu i wyszedł z sali. Spojrzałem jeszcze raz na mężczyznę i rzuciłem na szafkę przy łóżku plik papierów i kartotek. Przejrzałem jeszcze raz wyniki EEG, doszukując się w nich jakichkolwiek nieprawidłowości dowodzących, że jeszcze jakaś iskierka życia tli się w ciele tego człowieka.

Usiadłem na skraju łóżka i przyjrzałem się jego opuchniętej twarzy z ciemnymi kręgami pod oczami i zniekształconą czaszką. Szczękę miał ewidentnie złamaną i przesuniętą na bok, ale nikt już o to nie dbał – miałem przed sobą żywego trupa.

 

 

*

Trudno rozmawiać z ludźmi o tym, że ich bliscy umierają.

Nawet jeśli się jest lekarzem.

Szczególnie, kiedy jest się lekarzem.

Jesteśmy bardziej bezradni, niż się wydaje. Musimy balansować na granicy szczęścia i rozpaczy, skakać ze skrajności na skrajność, próbując za wszelką cenę uniknąć rozwścieczonych ciosów.

Wszedłem na oddział pocierając czoło dłonią.

Pod salą nr 208 siedziała kobieta. Wyglądała jak woskowa postać. Nie reagowała na szpitalny zgiełk i ruch wokół, wpatrywała się tępo w przeciwległą ścianę. Na kolanach trzymała torebkę, a w dłoniach namiętnie mięła jej uszy.

Obok niej siedział mężczyzna z rękami w kieszeniach brązowej, jeansowej kurtki.

- Witam, nazywam się… Michael Karasima. – Wymamrotałem z trudem, ledwo znosząc nieprzytomne spojrzenie kobiety. Miała takie wielkie, zaczerwienione i błyszczące oczy, rozbiegany wzrok, a jej ramiona drżały w jakiś nienaturalny, przerażający sposób.

Mężczyzna udał, że mnie nie widzi.

Usiadłem obok kobiety i odchrząknąłem.

- Pani syn…

- Michael.

- Słucham?

- Mój syn. Ma na imię dokładnie tak jak pan. – Powiedziała kobieta drżącymi ustami. Po plecach przeszedł mi zimny dreszcz. Przypatrywałem się jej przez chwilę jak zahipnotyzowany.

- A więc… Pani syn… Michael…

Przez chwilę milczałem oglądając płytki wyłożone na korytarzu.

Pani syn. Tak. Pani cholerny smarkacz. Zapragnął sobie poużywać. A teraz leży tam, za ścianą i zajmuje łóżko na oddziale.

To okrutne, z jaką obojętnością można podchodzić do czyjeś śmierci. Ale na takim oddziale, jak ten, kiedy w ciągu miesiąca jakimś cudem nikt nie zejdzie ze świata, któryś z chirurgów lub rezydentów robi uroczystą imprezę z wódką i winem lejącą się rwącymi potokami po stole zastawionym kilogramami faszerowanego pieczonego kurczaka, sałatkami i ohydnym, drogim serem.

W końcu nie często takie okazje się trafiają.

- Proszę mi powiedzieć… On nie umiera, prawda?

Ależ skąd, proszę pani. Proszę mi wierzyć: on już nie żyje.

Ukryłem twarz w dłoniach. Oparłem łokcie na kolanach i ze zdenerwowaniem uznałem, że muszę znaleźć wyście z tej beznadziejnej sytuacji. Bo gdzieś tam… Czyjeś zielone oczy, uwięzione w szponach aparatury do dializy, czekają z nadzieją na nowe życie.

 

*

Cicho zapukałem i wszedłem do sali Frey.

Leżała na wznak z przymkniętymi oczami, a obok niej cicho pląsała maszyna do dializy.

Wiedziałem, że nie śpi – bo wtedy zawsze kładła się na prawym boku i podkładała sobie rękę pod głowę.

Usiadłem na skraju łóżka i przypomniałem sobie naszą pierwszą rozmowę po umieszczeniu jej na oddziale.

Pierwsze wyzbywanie się uprzedzeń, niechęci, łamanie lodów…

Można rzecz, że wpłynęła na mnie wtedy jak Titanic na lodowiec.

Wszedłem wtedy bez pukania i zastałem Frey siedzącą na łóżku i czytającą gazetę. Przywitałem się, ale nie dostałem odpowiedzi, więc przeszedłem wolnym krokiem przez salę i oparłem się o niski parapet spoglądając za okno.

- Zazdroszczę panu. – Odezwała się nagle podnosząc na mnie swój wzrok.

Znów nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

Po prostu mnie zauroczyła.

- Zazdrościsz? Czego? – Spytałem ze zdziwieniem.

- Skończył pan studia i robi pan to, co było jego pragnieniem.

Wzruszyłem ramionami.

- Całe liceum pobierałam lekcje w domu. Do matury nawet nie podeszłam. O studiach nie mam co marzyć. Z resztą… - Rzuciła gazetę niedbałym ruchem przez ramię na podłogę. – Kto by się przejmował. Nie mam żadnych szczególnych zainteresowań, którymi mogłabym się kierować w życiu.

Patrzyłem na nią uważnie oparty o parapet jak jakiś smakosz alkoholi świata czekający przy barze na upragniony procentowy kieliszek. Zauważyła to i łapiąc się za łydki opadła ze śmiechem na poduszki.

Pamiętam, że podszedłem do jej łóżka i spytałem, jak się czuje. Widziałem po niej, że jest w dobrym humorze, bo w jej spojrzeniu igrały łobuzerskie iskierki.

Pamiętam, że kiedy się nad nią pochyliłem, jak małe dziecko zarzuciła mi ręce na szyję i stwierdziła z delikatnym uśmiechem, że mam piękne oczy.

Właśnie tak, jak małe dziecko. Nie jak kobieta.

Ale to wystarczyło, bym spłonął rozpalającym rumieńcem.

Jej otwartość, bezpośredniość i wyolbrzymianie każdej chwili do rangi wielkiej przygody imponowały mi i równocześnie mnie zniewalały. Miała wiele osobowości, choć sama nie podejrzewała siebie o rozdwojenie jaźni – wszystkie z jej bohaterek życia miały ze sobą dużo wspólnego, a ich charaktery się ze sobą zlewały na wielu płaszczyznach, więc traktowała je jako spójną całość. Ale dla kogoś z boku jasne było, że w tym ciele szarpie się wiele diabłów.

Podczas tej pierwszej wizyty, w chłodny, wrześniowy poranek pierwszy raz nazwałem ją ”Fri”.

- Fri?

- Fri. – Uśmiechnąłem się do niej siedząc na łóżku. – Kiedy odbywałem staż, przez jakiś czas zajmowałem się dziećmi. Zwykle zdrabniałem im imiona, miałem wrażenie, że dzięki temu lepiej się czują na oddziale. Zwykłe przyzwyczajenie.

- Jakie to były dzieci?

- Takie, które wymagały przeszczepu. Głównie nerek, szpiku kostnego, rzadziej wątroby, czy serca.

- Przeszczepiałeś coś kiedyś dzieciom?

- Nie, ale asystowałem przy takim przeszczepie. To trudny zabieg, do tego zmusza do współpracy lekarzy z wielu dziedzin medycyny, a to męczące i stresujące.

- Lubiłeś pracować z dziećmi?

- Pracować? Nie miałem etatu w przedszkolu, tylko w szpitalu. Ale tak, lubiłem się nimi… Opiekować. Lepiej poddają się leczeniu i mają w sobie więcej energii i entuzjazmu niż dorośli pacjenci… Tak jak ty.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin