Higgins Jack - Modlitwa za konajacych.doc

(742 KB) Pobierz
JACK HIGGINS

JACK HIGGINS

 

 

Modlitwa Za Konających

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział I

FALLON

 

Kiedy wóz policyjny wyłonił się zza zakrętu, Fallon instynktownie cofnął się do najbliższej bramy? Odczekał parę minut, po czym podniósł kołnierz i ruszył przed siebie. Zaczynało padać.

Szedł w stronę doków. Ręce trzymał głęboko w kieszeniach granatowego trencza. Niewysoki, nie więcej niż pięć stóp i cztery lub pięć cali, zdawał się płynąć raczej, a nie stąpać, trzymając się przez cały czas zacienionej strony ulicy-rzeki dobiegało ponure buczenie syreny wpływającego do portu statku, przywodzące na myśl groźny ryk jakiegoś prehistorycznego zwierza, który właśnie wynurzył się zza bezkresnych moczarów dawno zaginionego świata. Tak, pomyślał, statki mają coś z dinozaurów - są równie samotne w obcym im już świecie, który niedługo zachowa po nich jedynie wspomnienie. Dokładnie tak samo myślał teraz i o sobie.

Na końcu prowadzącej do doków ulicy znajdował się magazyn z szyldem ,,JANOS KRISTOU - importer". Fallon otworzył drzwi w bramie i wszedł do środka.

Wewnątrz było ciemno, tylko na samym końcu hali płonęło słabe światełko. Poszedł w jego kierunku, mijając sterty beli i skrzyń wszelkich rozmiarów. Pod gołą żarówką wiszącą nad drewnianym stołem siedział i pisał mężczyzna. Zapełniał właśnie starannym pismem strony księgi buchalteryjnej, która wyraźnie pochodziła nie z tej epoki. mężczyzna był prawie łysy, jedynie za uszami sterczały pozlepiane strąki resztek siwych włosów. Okryty był starym kożuchem, ręce chronił wełnianymi rękawiczkami.

Fallon zbliżył się doń ostrożnie. Nie podnosząc głowy stary zapytał:

- To ty, Martin?

Fallon wszedł w krąg światła.

- Witaj, Kristou - powiedział cicho.

Obok na podłodze stała skrzynka z odbitym wiekiem. Przybysz podniósł je, sięgnął i wydobył pistolet maszynowy typu Sterling. Broń musiała być nowa - pokrywała ją jeszcze gruba warstwa smaru.

- Nadal w branży, co? Dla kogo ta zabawka? Dla Izraela, czy dla Arabów? A może po raz pierwszy w życiu opowiedziałeś się po czyjejś stronie?

Kristou przechylił się ponad blatem stołu, wziął karabin z jego rąk i wrzucił go z powrotem do skrzynki.

- Nie odpowiadam za to, że świat jest taki, jaki jest - powiedział.

- Że jest taki parszywy.

- Może i nie, lecz pomogłeś mu trochę stać się właśnie takim - Fallon zapalił papierosa. - Doszło do moich uszu, że chciałeś się ze mną widzieć...

Kristou odłożył pióro i przyjrzał się Fallonowi uważnie. Twarz gospodarza poznaczona była drobnymi zmarszczkami, lecz osadzone w niej niebieskie oczy patrzyły bystro i uważnie.

- Kiepsko wyglądasz, Martin.

- W życiu nie czułem się lepiej - odparł Fallon. - No dobra. Co z moim paszportem?

Kristou uśmiechnął się przymilnie.

- Wyglądasz jak ktoś, kto najbardziej marzy o tym, by się trochę napić - postawił na stole butelkę i dwa kubki, skrywane dotąd w szufladzie. - Najlepsza na świecie irlandzka whisky. Żebyś poczuł się jak w domu.

Fallon zawahał się, lecz przyjął napełniony kubek.

- Żebyś umarł w Irlandii, jak się to u was mówi.

Wychylił alkohol jednym haustem i zgniótł kubek. - Paszport - powiedział cicho.

- Słuchaj Martin. To już nie ode mnie zależy... W pewnych kołach zrobiłeś się nazbyt popularny... To zmienia postać rzeczy...

Fallon obszedł stół i przez chwilę stał bez ruchu z pochyloną głową i rękami wbitymi głęboko w kieszenie granatowego płaszcza. Potem uniósł powoli głowę. Oczy w jego bladej twarzy płonęły niepokojącym blaskiem.

- Jeśli chcesz w ten sposób coś ze mnie wycisnąć, to nic z tego - wycedził. - Dałem ci już wszystko, co miałem.

Kristou poczuł, jak serce zamiera mu w piersi i strach z wolna zamraża wnętrzności.

- Martin, na litość boską, jak ty wyglądasz? Śmierć na urlopie... Fallon dłuższą chwilę stał bez ruchu, wbijając oczy w rozmówcę, lecz patrząc raczej przez niego. Potem zapadł się w sobie, oklapł, jakby coś z niego uszło. Odwrócił się ku drzwiom.

- Jest jeden sposób - powiedział szybko Kristou.

- Mianowicie?

- Dostaniesz paszport, miejsce na frachtowcu odbijającym w niedzielę wieczorem z Hull w rejsie do Australii i dwa tysiące funtów na nowy początek. Może być?

- A co mam zrobić, by to mieć? - spytał Fallon sarkastycznie. - Zabić kogoś?

- Zgadłeś. Fallon roześmiał się.

- Oj, Kristou - powiedział. - Jesteś coraz zabawniejszy. Nie rozśmieszaj mnie.

Sięgnął po butelkę. Opróżnił kubek gospodarza na podłogę i nalał whisky do pełna. Stary przyglądał się temu spokojnie; czekał. Deszcz walił o szyby jak zabłąkany przechodzień, usiłujący za wszelką cenę dostać się do środka. Fallon podszedł do okna i spróbował wyjrzeć na ulicę.

Po lewej stronie, tuż przy wylocie uliczki, stał samochód. Co interesujące - z wygaszonymi światłami. Od rzeki niosło się porykiwanie syren - mgła była coraz bardziej gęsta.

- Co za noc - odwrócił się do Kristou. - Pasuje jak ulał.

- Do czego?

- Do rozmów takich typów, jak ty i ja - wychylił jednym łykiem cały kubek whisky i odstawił go ostrożnie na stół. - Wal zatem. Słucham.

Kristou uśmiechnął się.

- Wiedziałem, że pójdziesz w końcu po rozum do głowy.

Wyjął z szuflady papierową teczkę. Wyciągnął z niej zdjęcie, które podał Fallonowi. - Obejrzyj go sobie.

Fallon podszedł do światła. Zdjęcie było najwyraźniej zrobione na cmentarzu. Świadczył o tym rzucający się w oczy dziwaczny brązowy nagrobek, przedstawiający postać wstającej z krzesła kobiety, szykującej się jakby do przejścia przez na wpół otwarte drzwi pomiędzy dwiema marmurowymi kolumnami, które ustawiono tuż za nią. Przed nagrobkiem klęczał z obnażoną głową mężczyzna w ciemnym płaszczu.

- Jeszcze to - Kristou wyciągnął rękę z następną fotografią. Scena była ta sama, tyle, że mężczyzna nie klęczał już, a stał twarzą do kamery, ściskając kapelusz w ręku. Był dobrze zbudowany, wysoki na przeszło sześć stóp, szerokie bary, wystające kości policzkowe, raczej kwadratowa twarz i lekko skośne oczy. Wyglądał na kogoś, kogo najlepiej omijać z daleka. Fallon wypowiedział to zdanie.

- Wielu tak uważa.

- Kto to jest?

- Nazywa się Krasko. Jan Krasko.

- Polak?

- Z pochodzenia, to zresztą dawna sprawa. Przyjechał tu jeszcze przed wojną.

- Tu, to znaczy gdzie?

- Na północ. Dowiesz się wszystkiego, gdy przyjdzie czas.

- A ta kobieta?

- Ta na nagrobku? To jego matka. Czy słońce czy deszcz, odwiedza jej grób w każdy czwartek, kładąc na nim bukiet kwiatów. Bardzo się kochali.

Kristou wziął fotografie z rąk Fallona, przyjrzał im się przez chwilę i schował je z powrotem do teczki.

- No i co powiesz?

- Co on zrobił takiego, że zasłużył na twoją uwagę?

- Normalny konflikt interesów, nic nadzwyczajnego. Mój klient jest bardzo ugodowy, lecz ten Krasko nie chce iść na żadne ustępstwa. Musi zatem zniknąć. I to z największym możliwym rozgłosem.

- Nauczka dla innych?

- Coś w tym rodzaju.

Martin podszedł do okna i wyjrzał na ulicę. Samochód stał tam, gdzie poprzednio. Nie odwracając się, spytał:

- A czym dokładnie trudni się ten cały Krasko?

- Wszystkim. Wszystkim, na czym można zarobić. Kluby, gry hazardowe, zakłady...

Kurwy i prochy - dodał Fallon, odwracając się do rozmówcy. - A twój klient?

- Za dużo chcesz wiedzieć, Martin. Bądźże rozsądny.

- Dobranoc Kristou - Fallon ruszył ku drzwiom.

- Dobrze, dobrze - przestraszył się Kristou. - Wygrałeś. Powiem ci.

Fallon wrócił do stołu, a Kristou otworzył szufladę, wyjął z niej inną teczkę, z której wyciągnął kilka wycinków gazetowych. Przejrzał je, wybrał jeden i podał go Martinowi.

Wycinek pochodził sprzed osiemnastu miesięcy, lecz papier zdążył już zżółknąć. Artykuł nosił tytuł: "Angielski Al Capone".

Tekst uzupełniony był zdjęciem przedstawiającym barczystego, wysokiego mężczyznę, który właśnie schodził ze schodów. Twarz miał mięsistą, arogancką. Ubrany był w dwurzędowy płaszcz, z białą chusteczką wystającą z górnej kieszeni i ciemny, filcowy kapelusz. Obok niego szedł młody, siedemnastoletni może chłopiec w podobnym płaszczu, lecz bez kapelusza. Albinos o białych, spadających na ramiona włosach, które upodabniały go do upadłego anioła.

Fotografia była podpisana: "Jack Meehan i jego brat, Billy, opuszczają Główną Siedzibę Policji w Manchesterze po przesłuchaniu w związku ze śmiercią Agnes Drew".

- Co to była za jedna, ta Agnes Drew? - spytał Fallon.

- Jakaś prostytutka. Ktoś zatłukł ją w ciemnej uliczce. Ryzyko zawodowe. Wiesz, jak to bywa.

- Mogę sobie wyobrazić - Martin nadal przyglądał się fotografii. - Ci dwaj tutaj wyglądają na przedsiębiorców pogrzebowych.

Kristou roześmiał się. Łzy radości nabiegły mu do oczu.

- To naprawdę zabawne, lecz Mr Meehan jest właścicielem największego w północnej Anglii zespołu przedsiębiorstw pogrzebowych.

Trafiłeś - Co? Żadnych klubów, gier hazardowych, narkotyków? Tu piszą co innego. - Owszem gospodarz przetarł załzawione oczy. - Niemniej od lat prowadzi on tylko legalne interesy. A tacy jak Krasko utrudniają mu życie. Tak to wygląda i nic na to nie poradzisz.

- Aha, świetlany charakter.

- Właśnie. Nie inaczej. - Kristou przetarł okulary i nałożywszy je z powrotem, spojrzał na Fallona. - Zgadzasz się?

- Jak cholera. Nawet bosakiem żadnego z nich bym nie dotknął. Diabli wiedzą, co można od nich złapać.

- Daj spokój, Martin. Jaki to problem dla ciebie? Jeden więcej, jeden mniej. Ilu dotąd załatwiłeś? Trzydziestu dwóch? Trzydziestu czterech? Tylko w samym Londonderry kropnąłeś czterech żołnierzy.

Kristou zerwał się, przewracając krzesło, przebiegł na drugą stronę stołu i chwycił Fallona za ramię. Ten go odepchnął.

- Wszystko, co zrobiłem, zrobiłem dla sprawy, gdyż uznałem, że było to konieczne.

- Szlachetny ideowiec - warknął Kristou. - Te dzieciaki, które twój granat rozwalił na kawałki w szkolnym autobusie, to też było dla sprawy, co?

Zanim zdąży] mrugnąć, znalazł się wpół leżąc na stole z ręką Fallona na gardle i lufą browninga wymierzoną między oczy. Blady jak ściana, usłyszał trzask odbezpieczanej broni i o mało co nie zemdlał z przerażenia. Nie udało mu się natomiast opanować czego innego, o czym dal znać nabierający mocy zapach. Fallon przytrzymał go jeszcze chwilę, a potem odepchnął z obrzydzeniem.

- Nigdy więcej, słyszysz - szepnął przez zaciśnięte zęby. Broń w jego dłoni ani drgnęła. - Nigdy więcej. - Schował browning do kieszeni płaszcza, obrócił się i ruszył ku drzwiom. Stukot jego butów na kamiennej posadzce urwał się z trzaśnięciem drzwi.

Kristou wyprostował się powoli. Oczy miał pełne łez, teraz były to jednak łzy wstydu i wściekłości. Z ciemnego kąta pokoju rozległ się szyderczy, agresywny śmiech.

- No, no Kristou - odezwał się męski głos z silnym północnym akcentem. - Oto co znaczy znaleźć się w zasranej sytuacji.

Jack Meehan wszedł w obręb żarówki. Tuż za nim wyłonił się z mroku jego brat, Billy. Obaj ubrani dokładnie tak samo, jak na fotografii.

Meehan wziął do ręki pozostawiony na stole wycinek.

- Po jaką cholerę to pokazywałeś? Zaskarżyłem do sądu tego skurwysyna, który to napisał, i wygrałem.

- Właśnie - zachichotał Billy. - Sędzia chciał ci przyznać ćwierć pensa odszkodowania, tylko że nie ma już takiej monety.

Jego głos był piskliwy, odrażający i nie miał w sobie nic męskiego. Meehan jakby od niechcenia trzepnął go w policzek i zwrócił się do Kristou, marszcząc przy tym nos z obrzydzenia.

- Idź i umyj się, człowieku, bo śmierdzisz jak jasna cholera, a potem pogadamy.

Kiedy Kristou powrócił z łazienki, Meehan siedział na jego miejscu za stołem i nalewał sobie whisky do czystego papierowego kubka. Brat stał za jego plecami. Upił mały łyk i krzywiąc się niemiłosiernie, splunął na podłogę.

- Wiem, że Irlandczycy jeszcze nie do końca zleźli z drzew, lecz mimo wszystko, jak oni mogą pić takie świństwo.

- Bardzo mi przykro, Mr Meehan - Kristou uśmiechnął się przymilnie.

- Przykro ci będzie, gdy z tobą skończę. Schrzaniłeś całą sprawę.

- Nie spodziewałem się, że on tak zareaguje - Kristou pocierał spierzchnięte wargi, poprawiając okulary na nosie.

- A czegoś ty się spodziewał, do jasnej cholery? Przecież to wariat. Wszyscy Irlandczycy mają bzika. Strzelają do kobiet i dzieci. To banda dzikusów.

Kristou nie wiedział, co odpowiedzieć. Uratował go Billy, który rzucił z lekceważeniem:

- Na moje oko, to żaden bohater. Bez spluwy w ręku byłby niczym.

- Wiesz, co ci powiem, Billy - westchnął Meehan. - Czasem myślę sobie, że już nigdy nic z ciebie nie będzie. Przed chwilą miałeś przed sobą diabła wcielonego i nawet tego nie zauważyłeś - roześmiał się głośno. - A ty, Kristou, też miałeś szczęście, że cię nie kropnął. Był wściekły, gdy do ciebie mierzył i spluwa ani mu drgnęła.

- Wiem, wiem, panie Meehan - szepnął Kristou. - Przedobrzyłem. Nie powinienem wspominać o tych dzieciakach.

- I co zamierzasz teraz zrobić?

Kristou spojrzał najpierw na Billy'ego, potem na jego brata.

- Czy mam przez to rozumieć, panie Meehan, że nadal pan go chce do tej roboty?

- A czy tylko ja jeden?

- No fakt. Wszyscy się o niego ubiegają.

Kristou znów roześmiał się nerwowo, a Meehan wstał i pogłaskał go po policzku.

- Bądź grzecznym chłopcem i załatw to. Znasz mój adres. Jeżeli nie odezwiesz się do północy, przyślę tu Tłustego Alberta. Nie masz ochoty się z nim spotkać, co?

Meehan i Billy zniknęli w ciemności. Znów trzasnęły drzwi w bramie. Kristou stał nieruchomo, czekając, aż umilkną ich kroki.

- Kristou - rzucił jeszcze Meehan przez uchylone drzwi.

- Słucham pana.

- Pamiętaj, by się wykąpać, gdy tylko wrócisz do domu. Śmierdzisz jak nieboskie stworzenie.

Drzwi trzasnęły po raz drugi, a Kristou opadł na krzesło i zaczął bębnić nerwowo palcami o blat stołu. Niechby szlag trafił Fallona! Niechby zwinęła go policja. Byłby spokój.

Pomysł olśnił go - to idealne i śmiesznie proste rozwiązanie. Podniósł słuchawkę telefonu i wykręcił numer Scotland Yardu. Gdy odezwała się centrala, poprosił o połączenie ze Special Branch.

Lało jak z cebra i Jack Meehan podniósł kołnierz płaszcza zanim jeszcze wyszedł na ulicę.

- Nadal nic nie rozumiem - odezwał się Billy. - Dlaczego zależy ci akurat na Fallonie?

- Przede wszystkim dlatego, że jest jednym z najlepszych, którzy posługują się na tym bożym świecie bronią. Poza tym, jest poszukiwany przez absolutnie wszystkich. Szuka go Special Branch, ściga go Wywiad Wojskowy, nawet starzy kumple z IRA cieszyliby się, gdyby mogli dostać go w swoje ręce. Oznacza to, że gdy załatwi dla nas co trzeba, łatwo i bez kłopotu będziemy mogli się go pozbyć.

- A czy to ma jakieś znaczenie? - zdziwił się Billy, gdy podchodzili już do zaparkowanego w uliczce samochodu.

- Jezus Maria! Poczytałbyś raz jakąś książkę. Tylko te dziewuchy masz w głowie! Zwariować można!

Stali już przy drzwiczkach bentley'a Continental. Nagle Meehan schwycił Billy'ego za ramię i szybko odciągnął go na bok.

- Co do cholery? Gdzie Fred?

- Nic wielkiego, panie Meehan. Mały guz na potylicy. Śpi sobie jak dziecko na tylnym siedzeniu.

Ciemność pobliskiej bramy rozdarła nagle zapalona zapałka. W jej świetle mignęła blada twarz Fallona, który w zębach trzymał papierosa. Zapalił go i rzucił zapałkę do rynsztoka.

Meehan otworzył drzwiczki bentley'a i zapalił światło.

- Czego pan chce? - spytał spokojnie.

- Cóż, chciałem, że tak powiem, ujrzeć pana we własnej osobie. A teraz życzę panom dobrej nocy.

Chciał odejść, lecz Meehan chwycił go za rękaw płaszcza.

- Podoba mi się pan, Mr Fallon. Wydaje mi się, że łączy nas pewne podobieństwo.

- Śmiem wątpić.

- Czytałem ostatnio takiego jednego niemieckiego filozofa - powiedział Meehan, ignorując wątpiącą odpowiedź. - Nie słyszał pan o nim pewnie. Twierdził on, że prawdziwie żyje tylko ten, kto umie stawić czoła śmierci. I co pan na to?

- Heidegger - Fallon zatrzymał się. - Ciekawe, że to on właśnie pana zainteresował. Hitler traktował jego pisma jak wyrocznię.

Znów ruszył naprzód, lecz Meehan zastąpił mu drogę.

- Heidegger? - zdziwił się. - Pan czytał Heideggera? Podwajam stawkę w mojej ofercie, a poza tym, zatrudnię pana na stałe, jeśli pan zechce. Czy można sobie wyobrazić lepszą propozycję?

- Dobrej nocy, Mr Meehan - powtórzył Fallon i zniknął w ciemności.

- Co za facet! - rzucił Meehan. - Twarda sztuka. Podoba mi się, cholera, chociaż to tylko irlandzki bandyta. Chodź, wracamy do Savoy'u. Siadaj za kierownicą, lecz jeśli zadrapiesz mi wóz, to jaja ci oberwę.

Fallon mieszkał w pensjonacie na Hanger Street w Stepney, tuż obok Commercial Road. Lało jak z cebra, lecz postanowił przejść się tam pieszo. Nie miał pojęcia, co ma teraz ze sobą począć. Kristou był jego jedyną i ostatnią nadzieją. Teraz był skończony. Po prostu skończony. Mógł uciekać, lecz jak długo?

Zbliżając się do domu wyciągnął portfel i przeliczył jego zawartość - cztery funty i trochę drobnych. Z komornym zalegał już od dwóch tygodni. Wszedł do taniego sklepiku i kupił paczkę papierosów, a następnie przeszedł przez jezdnię i skręcił w Hanger Street.

Gazeciarz schronił się przed deszczem w pobliskiej bramie. Mały człowieczek w łachmanach, stary londyński Irlandczyk, ślepy na jedno oko i niewiele widzący na drugie.

Fallon wsunął mu do ręki monetę i wziął gazetę.

- Dobranoc Michael - powiedział.

Stary zaczął nerwowo szukać w torbie na brzuchu reszty.

- Ach, to pan, panie Fallon?

- A kto niby? Możesz zatrzymać resztę.

Lecz stary człowiek schwycił dłoń Fallona i starannie odliczył parę drobnych monet.

- Ma pan nieproszonych gości. Przyjechali jakieś dwadzieścia minut temu - mruknął.

- Policja? - spytał Fallon szeptem.

- W cywilu. Jeszcze nie wyszli. Na drugim końcu ulicy czekają dwa wozy, a trzeci naprzeciwko domu.

Fallon odwrócił się, wszedł do narożnej budki telefonicznej i wykręcił numer swego pensjonatu. Właścicielka odebrała natychmiast. Wrzucił monetę i spytał:

- Mrs Keegan? Tu Dały. Czy mogłaby mi pani wyświadczyć drobną przysługę?

Po tonie jej głosu zorientował się od razu, że przypuszczenia Michaela były jak najbardziej uzasadnione.

- Oczywiście, Mr Dały.

- Spodziewam się telefonu około dziewiątej. Proszę zanotować numer i powiedzieć, że oddzwonię, gdy tylko wrócę, dobrze? Teraz nie mogę przyjść, spotkałem dwóch starych kumpli i idziemy właśnie do baru na jednego. Wie pani, jak to jest.

Przez chwilę panowała głucha cisza, a potem kobieta powiedziała sztywno, jak pod dyktando:

Rozumiem, a skąd pan dzwoni?

Jestem w pubie przy High Street w Kensington. Nazywa się The Grenadier Grave. Muszę kończyć. Do zobaczenia.

Odwiesił słuchawkę, wyszedł z budki i przystanął w bramie, z której było widać drzwi posesji pod numerem trzynastym, położonej niemal w połowie ulicy.

Po chwili drzwi otworzyły się. Było ich ośmiu; sądząc po wyglądzie, wszyscy ze Special Branch. Pierwszy, który zszedł na ulicę, zamachał energicznie ręką. Zaraz też z cienia w głębi ulicy wysunęły się dwa samochody. Podjechały i całe towarzystwo załadowało się do środka i odjechało z maksymalną szybkością. Samochód parkujący na rogu ruszył zaraz za nimi.

Fallon przeszedł na drugą stronę ulicy i zatrzymał się przy sprzedawcy gazet. Wyciągnął z portfela jedyne pozostałe tam cztery banknoty funtowe i wcisnął je staremu do ręki.

- Niech pana Bóg błogosławi, Mr Fallon - szepnął Michael, lecz Fallon był już daleko. Szybkim krokiem kierował się ku rzece.

Tym razem Kristou niczego nie usłyszał, mimo że od godziny czekał w napięciu skulony za stołem, na którym wciąż leżała otwarta księga buchalteryjna. Nagle do jego uszu doszedł ledwo słyszalny stuk obcasa, a niemal zaraz potem szczególnie głośno i starannie odbezpieczanego browninga.

Kristou nabrał głęboko powietrza, starając się zachować spokój.

- Po co ci to, Martin? - szepnął. - Co ci z tego przyjdzie? Fallon przeszedł na jego stronę stołu, nie opuszczając broni. Kristou wstał, trzymając się mocno blatu, by opanować drżenie.

- Jestem twoim ostatnim przyjacielem, Martin.

- Ścierwo, nie przyjaciel. Nasłałeś na mnie Special Branch.

- Nie miałem innego wyjścia - powiedział Kristou pospiesznie. - Inaczej nigdy byś tu nie wrócił. To dla twojego własnego dobra, Martin. Łazisz po świecie jak przypadkiem jeszcze żywy nieboszczyk i tylko ja mogę cię uratować. Wiem, czego ci trzeba: akcji i napięcia, bez tego jesteś jak ryba bez wody.

Oczy Fallona wyglądały jak dwie czarne jamy w bladej twarzy. Uniósł broń i wylotem lufy dotknął czoła starego. Ten przymknął oczy.

- Trudno. Jeśli musisz, to strzelaj. Niech już będzie koniec. Po co mi to wszystko? Czy to jest życie? Ale pamiętaj, jeśli mnie zabijesz, to skażesz na śmierć i siebie. Jestem twoją jedyną deską ratunku. Nie ma na świecie człowieka, który nie wydałby cię władzom lub nie wpakował ci sam kulki w łeb.

Zapanowała przeciągająca się cisza. Wreszcie Kristou otworzył oczy. Kurek browninga został łagodnie opuszczony, a sama broń znalazła się przy boku stojącego obok mężczyzny, który wbił przed siebie otępiałe spojrzenie.

- Pomyśl tylko - odezwał się cicho Kristou. - Pomyśl. Przecież ten Krasko nic dla ciebie nie znaczy. To gangster, morderca, alfons i sutener - splunął na podłogę. - Zwykła świnia.

- Przestań truć - warknął Fallon. - Co mam robić?

- Jeden telefon i w ciągu pół godziny będzie tu samochód, który zawiezie cię do Doncaster, na pewną farmę, gdzie nikt cię nie znajdzie. W czwartek rano, na tym cmentarzu, który widziałeś na zdjęciu, załatwisz faceta. I tyle. Krasko zawsze zostawia obstawę pod bramą. Nie lubi mieć świadków w chwilach, gdy staje się sentymentalny.

- Zgoda - rzucił Fallon. - Ale pamiętaj, że sam sobie wszystko organizuję.

- Oczywiście, jak tylko sobie życzysz - Kristou wyciągnął z szuflady i podał Fallonowi kopertę. - Tu jest pięćset na początek. W piątkach.

Fallon ważył przez chwilę kopertę w ręku, a potem wsunął ją do kieszeni.

- Kiedy reszta? - zapytał. - I paszport.

- Mr Meehan zajmie się tym po pomyślnym załatwieniu sprawy.

- Dobra. Dzwoń - zgodził się po chwili.

- Mądra decyzja, Martin, możesz mi wierzyć - uśmiechnął się z ulgą i zadowoleniem.

Zamilkł, lecz potem dodał:

- Jeszcze jedno, jeśli pozwolisz.

- Co takiego?

- Ten browning. Nie nadaje się do takiej roboty. Potrzebna jest ci broń cicha i o wiele zgrabniejsza.

- Może masz rację - Fallon spojrzał na broń krytycznie. - Co mi proponujesz?

- A co byś chciał?

Nigdy nie przywiązywałem się zbytnio do określonej broni. To by tylko ułatwiło glinom robotę.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin