O STOPNIACH POKORY I PYCHY
Wstęp
Prosiłeś mnie, drogi Gotfrydzie, abym ci w obszerniejszym traktacie powtórzył treść nauk o stopniach pokory, które głosiłem do braci zakonnych. Pragnąc uczynić zadość twej woli, a jednocześnie lękając się własnej nieudolności, przystąpiłem do pracy — pomny na radę Ewangelii — dopiero po należytym rozważeniu, czy jestem w stanie doprowadzić dzieło do końca (por. Łk 14, 28).
Jakkolwiek miłość pomogła mi przezwyciężyć obawę przed trudnościami napisania zamierzonego traktatu, aliści ogarnęła mię wątpliwość innego rodzaju, mianowicie: czy nie bardziej mi zaszkodzi uznanie z powodu uskutecznienia tej pracy niż niesława, gdybym jej poniechał. Tak więc, postawiony na rozdrożu, między bojaźnią i miłością, długo zastanawiałem się, jaki obrać kierunek; obawiałem się tego, że rozprawiając o pokorze, sam ujawnię brak pokory własnej, albo milcząc pokornie, nie będę użyteczny. Ponieważ wiem, że żadna z owych dróg nie może być w pełni bezpieczna, postanowiłem raczej podzielić się z tobą, jak tylko potrafię, owocami mej nauki, niż zamknąć się bezpiecznie w przystani milczenia. Myślę też, że jeśli moje wypowiedzi uznasz za godne pochwały, twoje modlitwy zachowają mnie od pychy. Gdybym atoli, bo i to możliwe, nie dokonał niczego, co byłoby godne twej uwagi, nie będę miał powodu do grzesznej zarozumiałości.
POKORA DROGĄ PRAWDY
Z jakim pożytkiem wstępuje się po stopniach pokory
1. Zamierzam mówić o stopniach pokory, które św. Benedykt przedstawia, nie po to, byśmy je liczyli, lecz byśmy po nich się wspinali. Przede wszystkim chciałbym wykazać, jaki jest cel do osiągnięcia, poznanie go złagodzi bowiem trudy wspinania się. Sam Pan odsłania przed nami drogę i nagrodę za jej pokonanie: „Ja jestem — powiada — drogą i prawdą, i życiem" (J 14, 6). Drogą nazywa pokorę, prowadzącą do prawdy. Pierwsza jest mozołem, druga owocem mozołu.
Powiesz może: „W jaki sposób poznamy, że Pan, mówiąc «Ja jestem drogą», myślał o pokorze?". Rozważ zatem głębiej słowa: „Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem" (Mt 1 1, 29). Siebie stawia za przykład pokory, za pierwowzór łagodności. Jeżeli pójdziesz za Nim, „nie będziesz chodził w ciemności, lecz będziesz miał światłość życia" (por. J 8, 12). Lecz cóż jest światłością życia, jak nie prawda? Ona to „oświeca każdego człowieka przychodzącego na świat" (J 1,9) i ukazuje mu prawdziwe życie. Dlatego kiedy rzekł: „Ja jestem drogą i prawdą", dodał zaraz: „i życiem". Jakby mówił: Ja jestem drogą, która prowadzi do prawdy; ja jestem prawdą, która obiecuje życie; ja jestem życiem, które daję. „A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa" (J 17, 3). To tak, jakbyś ty powiedział Mu: „O drodze myślę, czyli o pokorze, pragnę owocu, to jest prawdy. Ale co czynić, kiedy trud życia jest tak ciężki, iż wymarzonej nagrody nie sposób osiągnąć?". Pan pouczyłby cię wtedy: „Ja jestem drogą", to znaczy: „Ja jestem pokarmem posilającym wśród drogi". Woła więc do błądzących i drogi nieświadomych: „Ja jestem drogą!". Do wątpiących i niewierzących: „Ja jestem prawdą". Do tych zaś, którzy są już w drodze, ale odczuwają znużenie: „Ja jestem życiem".
Sądzę, że z przytoczonego tekstu wynika jasno, iż poznanie prawdy jest skutkiem pokory. Rozważ także i te słowa: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy [bez wątpienia: tajniki prawdy] przed mądrymi i roztropnymi [czyli przed pysznymi], a objawiłeś je prostaczkom [to znaczy pokornym]" (Łk 10, 21). Z tego też wypływa wniosek, że prawda, zakryta przed pysznymi, objawiona zostaje pokornym.
2. Definicja pokory może być następująca: pokora jest cnotą, dzięki której człowiek, poznawszy się dokładnie, widzi swą marność. Jest ona — pokora — właściwa tym, którzy wznosząc się duchowo, wstępują ze stopnia na stopień, czyli z cnoty na cnotę, aż do szczytu pokory, skąd jakby z Syjonu, albo lepiej: z wysokości kontemplacji — oglądają prawdę. Dlatego też czytamy w Psalmie: „Da błogosławieństwo Zakonodawca" (Ps 83, 8). Ten bowiem, co dał prawo, udzieli błogosławieństwa, innymi słowy: nakazał pokorę i doprowadzi do prawdy. Któż jest owym prawodawcą? — Oto „dobry i prawy Pan, dlatego poucza grzeszników o drodze" (Ps 24, 8). Błądzą bowiem na drodze ci, którzy porzucili prawdę. Ale czy dobry Pan porzuca ich? Dla nich przecież „dobry i prawy Pan" wskazuje drogę pokory, by powrócili nią do prawdy. Daje sposobność do odzyskania zbawienia, albowiem jest dobry, chociaż nie bez ciężaru prawa, gdyż jest też sprawiedliwy. Jest dobry, ponieważ nie chce potępienia; jest sprawiedliwy, bo nie zapomina o karze.
3. Owo prawo wiodące do prawdy św. Benedykt przedstawia w postaci dwunastu stopni. Podobnie jak przez dziesięć przykazań i dwa obrzezania (co razem daje liczbę dwanaście) dochodzi się do Chrystusa, tak po osiągnięciu owych dwunastu stopni pokory zdobywa się prawdę. Czyż i to, że na wierzchołku drabiny widzianej przez Jakuba, a wyobrażającej pokorę, objawił się Pan (por. Rdz 28, 12-13), nie świadczy, iż poznanie prawdy dokonuje się na szczycie pokory? Z tego oto wierzchołka drabiny patrzy Pan na synów ludzkich jako prawda, której oczy nie chcą oszukiwać i nie mogą być oszukane, i widzi, czy ktoś rozumie i szuka Boga. Wyobraź Go sobie, jak z wysokości woła do tych, którzy Go szukają (zna bowiem swoich): „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy mnie pragniecie, i nasyćcie się owocami moimi" (Syr 24, 26), i podobnie: „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię" (Mt 11, 28). Woła: „Pójdźcie!". Dokąd? Do mnie, do prawdy. Jaką drogą? Drogą pokory. W jakim celu? Ja was pokrzepię. A jakie jest to pokrzepienie, które prawda obiecuje wstępującym i daje tym, którzy dotarli do celu? Czy nie jest nim sama miłość? Do niej przecież, jak zapewnia święty Benedykt, dochodzi zakonnik, osiągnąwszy wszystkie szczeble pokory. Prawdziwie słodkim i rozkosznym pokarmem jest miłość, która podnosi zmęczonych, umacnia słabych, pociesza strapionych. Miłość też sprawia, że brzemię prawdy staje się lekkie, a jarzmo słodkie (por. Mt 1 1, 30), oraz tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa" (J 17, 3). To tak, jakbyś ty powiedział Mu: „O drodze myślę, czyli o pokorze, pragnę owocu, to jest prawdy. Ale co czynić, kiedy trud życia jest tak ciężki, iż wymarzonej nagrody nie sposób osiągnąć?". Pan pouczyłby cię wtedy: „Ja jestem drogą", to znaczy: „Ja jestem pokarmem posilającym wśród drogi". Woła więc do błądzących i drogi nieświadomych: „Ja jestem drogą!". Do wątpiących i niewierzących: „Ja jestem prawdą". Do tych zaś, którzy są już w drodze, ale odczuwają znużenie: „Ja jestem życiem".
4. Jakże dobrym pokarmem jest miłość. Ona to zajmuje miejsce w środku lektyki Salomona (por. Pnp 3, 10) i zapachem różnych cnót, niby wonią wielu traw, pokrzepia łaknących i rozwesela pokrzepionych. Tam bowiem spotkasz również: pokój, cierpliwość, łaskawość, wyrozumiałość i radość w Duchu Świętym (por. Ga 5, 22). I jeżeli są jeszcze inne owoce prawdy i mądrości — zobaczysz je tam wszystkie. Podobnież i pokora ma w tej lektyce własne potrawy, to znaczy — chleb boleści i wino skruchy, jakie prawda przeznacza dla początkujących, albowiem do nich to odnoszą się słowa: „Wstańcie, którzyście siedzieli, pożywając chleba boleści" (por. Ps 126, 2). Również kontemplacja znajduje tam pokarm z dorodnej pszenicy, podobnie i wino rozweselające serce ludzkie. Te jednak potrawy zachowuje prawda dla doskonałych, mówiąc: „Jedzcież, przyjaciele, pijcie, upajajcie się, najdrożsi" (Pnp 5, 1). Następnie dodaje: „Środek jej wysłał miłością dla córek jerozolimskich", to znaczy — dla dusz mniej doskonałych; dusze te bowiem, dopóki nie będą w stanie przyjmować pokarmu stałego, powinny być karmione mlekiem miłości zamiast chlebem, i oliwą — zamiast winem. Słusznie powiedziano, że miłość jest „w środku", ponieważ jej słodycz bywa niedostępna dla początkujących, ze względu na przeszkodę bojaźni, ani nie wystarcza doskonałym, ponieważ jeszcze większą rozkoszą jest kontemplacja. Początkujących ze szkodliwych uciech cielesnych musi oczyścić gorycz cierpienia, i wtedy będą mogli smakować słodycz mleka. Ci drudzy zaś, odstawieni już od mleka, radują się — na widok chwały — bardziej chwalebnym ucztowaniem. Tylko ci, którzy są w „środku", to znaczy postępują na drodze doskonałości, piją niektóre napoje przygotowane z miodu miłości, ze względu na swą delikatność.
5. Pierwszym zatem pokarmem, oczyszczającym swoją goryczą, jest pokora. Drugim miłość, pokarm radujący swoją słodyczą. Trzecim — kontemplacja, pokarm stały i wzmacniający. Biada mi, Boże Zastępów! Jak długo w zagniewaniu będziesz słuchał modlitwy sługi twego, karmiąc mnie chlebem smutku i pojąc łzami goryczy (por. Ps 79, 5-6)? Któż mię zaprosi chociażby tylko na ową słodką — „środkową" — ucztę miłości, gdzie sprawiedliwi radują się w obliczu Boga i poją się szczęściem, żebym w utrapieniu życia mojego nie musiał wołać do Pana: „Nie potępiaj mnie!", lecz bym spożywając „przaśny chleb szczerości i prawdy", śpiewał radośnie na drodze Pana, iż wielka jest chwała Jego (por. 1 Kor 5, 8)? DobYa jednakże jest droga pokory, na której szuka się prawdy, zdobywa miłość i ma udział w owocach mądrości. I wreszcie, jak Chrystus jest „kresem Prawa" (por. Rz 10,4), tak doskonałość pokory jest poznaniem prawdy. Gdy przychodzi Chrystus, przynosi łaskę. Prawda przynosi miłość tym, którym daje się poznać. A ponieważ daje się poznać pokornym, dlatego też „pokornym daje łaskę" (por. Jk 4, 6).
W jakim porządku stopnie pokory prowadzą do prawdy
6. Przedstawiłem, jak umiałem, pożytek zdobywania stopni pokory; teraz wyjaśnię, jeśli zdołam, w jakim porządku prowadzą one do nagrody, to jest prawdy, którą nam obiecano. Ponieważ jednak samo poznanie prawdy obejmuje trzy stopnie, postaram się opisać je tak, aby lepiej zrozumieć, któremu z trzech stopni prawdy odpowiada dwunasty stopień pokory. Szukamy bowiem prawdy w nas samych, w bliźnich i w jej własnej istocie. W nas szukamy prawdy, badając siebie; w bliźnich — współczując ich nieszczęściom; w jej istocie — wpatrując się w nią czystym sercem. Zwróć uwagę na liczbę i porządek tych stopni. Przede wszystkim niech cię poucza sama prawda, że szukać jej trzeba najpierw w ludziach, potem w jej własnej naturze; w końcu zrozumiesz, dlaczego należy jej szukać w sobie wcześniej niż w innym człowieku.
Wśród błogosławieństw ogłoszonych przez Pana w Kazaniu na Górze pierwej zostali wymienieni „miłosierni", później dopiero „czystego serca" (por. Mt 5, 7-8). Miłosierni natychmiast odnajdują prawdę w bliźnich, ilekroć zbliżają się do nich z uczuciem, ilekroć z miłością współodczuwają z nimi do tego stopnia, że ich dobro czy zło odbierają jak własne. Chorują z chorymi, płoną wstydem z tymi, którzy doznają zgorszenia (por. 2 Kor 11, 29). Nauczyli się też weselić z wesołymi i płakać z cierpiącymi (por. Rz 12, 15). Oczyściwszy swe serce w miłości braterskiej, zaczynają doznawać szczęścia kontemplacji prawdy w jej własnej istocie, z miłości do której biorą na siebie nieszczęścia bliźnich. Ci natomiast, którzy nie utożsamiają się z bliźnimi, lecz przeciwnie, gardzą płaczącymi, uciekają od weselących się —jakże poznają w nich prawdę, nie mając z nimi nic wspólnego, zwłaszcza wspólnych odczuć? Dobrze wyraża to popularne przysłowie: „Zdrowy nie czuje bólu głowy", albo: „Kto zjadł za dużo chleba, nie wie, czego głodnemu potrzeba". Im bliżej chory chorego i głodny głodnego, tym serdeczniej współcierpią. Jak bowiem czystą prawdę zobaczyć można jedynie czystym sercem, tak też nędzę brata prawdziwiej odczuje ten, czyje serce cierpi. Abyś więc umiał otworzyć swe serce na nędzę bliźniego, pierwej musisz poznać własną, innymi słowy: duszę jego widzieć we własnej duszy; wtedy będziesz mógł pomóc drugiemu, naśladując przykład Zbawiciela, który cierpiał, aby umieć współcierpieć, był biednym, aby się litować nad biednymi — w myśl słów, które o Nim napisano: „Nauczył się posłuszeństwa z tego, co wycierpiał" (Hbr 5, 8), ale również i miłosierdzia. Nie dlatego, że go wcześniej nie znał — On, którego miłosierdzie od wieków i na wieki; ale to, co znał od wieków, tego nauczył się w czasie — z doświadczenia.
7. Być może wyda ci się szokujące to, co powiedziałem
O Chrystusie, Synu Bożym: że nauczył się miłosierdzia. Jakby Ten, przez którego wszystko się stało, nie znał czegokolwiek i kiedykolwiek. Może też zauważyłbyś, że fragment z Listu do Hebrajczyków, który zacytowałem dla wzmocnienia mojego twierdzenia, da się objaśnić całkiem inaczej: słowo „nauczył się" można odnieść nie do Głowy, do rzeczywistej osoby Chrystusa, lecz do jego Ciała, to jest Kościoła. Sens więc byłby następujący: „Nauczył się posłuszeństwa z tego, co wycierpiał", to znaczy, nauczył się posłuszeństwa w swoim Ciele z tego, co wycierpiał w swej Głowie. W istocie, śmierć, krzyż, zniewagi, plwociny, rózgi, które znosił Chrystus jako nasza Głowa — czymże są dla nas, jego Ciała, jak nie dowodem i nauką niezwykłego posłuszeństwa? Chrystus — powiada Paweł — „uniżył siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej" (Flp 2, 8). Dla jakiej konieczności? Niech nam odpowie Piotr Apostoł: „Chrystus przecie również cierpiał za nas i zostawił wam wzór, abyście szli Jego śladami" (1 P 2, 21), to znaczy: abyście naśladowali Jego posłuszeństwo. Z tego więc, co On wycierpiał, uczmy się — my, zwykli ludzie — ile winniśmy znosić dla posłuszeństwa, dla którego On, Bogiem będąc, nie zawahał się położyć życia. — „W ten sposób — powiesz — nie będzie już czymś niewłaściwym twierdzić, że Chrystus uczył się posłuszeństwa, miłosierdzia czy czegokolwiek w Ciele swoim, byleby tylko nie wierzyć, że do Jego wiedzy, w Jego rzeczywistej Osobie, mogło być dodane w czasie coś, czego przedtem nie znał, i że Ten, który uczy nas miłosierdzia i posłuszeństwa, sam miałby się tego nauczyć, jako że głowa i ciało jednego tworzą Chrystusa".
8. Nie przeczę, że takie rozumienie może być słuszne. Jednak inny fragment tego samego Listu zdaje się potwierdzać wcześniej podaną przeze mnie interpretację. Czytamy w nim: „Zaiste, nie aniołów przygarnia, ale przygarnia potomstwo Abrahamowe. Dlatego musiał się upodobnić we wszystkim do braci, aby stał się miłosiernym..." (Hbr 2, 16-17). Słowa te — sądzę — odnoszą się właśnie do Głowy i wcale nie można ich odnieść do Ciała. O Słowie Boskim powiedziano, że „nie przygarnia aniołów", to znaczy: nie ich połączył w jedno ze swą Osobą, lecz „potomstwo Abrahamowe". Podobnie nie czytamy: „Słowo stało się aniołem", lecz: „Słowo stało się ciałem" (J 1, 14), i to ciałem z ciała Abrahama, według obietnicy, która mu była dana uprzednio. Dlatego też —jak czytamy — od owego „przygarnięcia potomstwa" miał się upodobnić „we wszystkim do braci", a zatem wypadało, a nawet było konieczne, by był jak i my, podległy cierpieniom i doświadczył wszelkich słabości ludzkich (prócz grzechu). Jeśli zapytasz o przyczynę tego, odpowiedź brzmi: „Aby stał się miłosierny".
Powiesz jednak: „Dlaczego nie może odnosić się to do Ciała?". Słuchaj, co wnet potem następuje: „W czym bowiem sam cierpiał i był kuszony, ma moc dopomóc tym, co są kuszeni" (Hbr 2, 18). Nie widzę możliwości innej interpretacji owych słów jak tylko tę, że Chrystus chciał cierpieć, być kuszony i doświadczyć wszystkich nędz ludzkich, prócz grzechu, czyli „we wszystkim być podobny do braci", aby w ten sposób nauczyć się miłosierdzia i współczucia względem tych, których trapią podobne boleści.
9. Nie twierdzę, że dzięki owemu doświadczeniu dodał coś do swej mądrości; twierdzę tylko, że nam wydaje się bliższy, aby słabi synowie Adama, których łaskawie nazwał i uczynił swoimi braćmi, nie wahali się powierzać swoje boleści Temu, który jako Bóg może je uleczyć i jako bliski chce uleczyć, i który je zna, bowiem sam je wycierpiał. Dlatego też Izajasz nazywa Go „mężem boleści i znającym niemoc" (Iz 53, 3). Apostoł zaś mówi: „Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom" — i dla wyjaśnienia dodaje: „lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu" (Hbr 4, 15).
Błogosławiony niech będzie Bóg i błogosławiony Syn Boży w tym stanie, w którym „nie skorzystał ze sposobności, aby być równym Ojcu", ponad wszelką wątpliwość niezdolny cierpieć, zanim się nie „uniżył i przyjął postać sługi"; podobnie też, dopóki nie doświadczył żadnej nędzy i poddania, nie znał z doświadczenia ani miłosierdzia, ani posłuszeństwa. Znał je wprawdzie ze swej natury, ale nie z ich doświadczenia. Jednak gdy się stał niższy, niż jest sam w sobie, nawet nieco niższy niż aniołowie, którzy również nie są poddani cierpieniu (złaski Bożej, anie z istoty), gdy przyjął postać, w której mógł cierpieć i być poddany, do czego —jak już powiedzieliśmy — nie był zdolny w stanie sobie właściwym, wtedy nauczył się miłosierdzia w cierpieniu i posłuszeństwa w poddaństwie. Przez to jednak doświadczenie — powtarzam — nie w Nim wzrosła mądrość, lecz w nas ufność, albowiem dzięki takiemu poznaniu stał się nam bliższy. Czyż bowiem odważylibyśmy się przybliżyć do Niego, gdyby trwał w stanie wykluczającym cierpienie? Teraz zaś Apostoł może powiedzieć: „Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski" (Hbr 4, 16), ponieważ widzieliśmy, iż „On się obarczył naszym cierpieniem. On dźwigał nasze boleści" (Iz 53,4). Nie wątpimy więc, że potrafi z nami współcierpieć w tym, czego doświadczył na sobie.
10. Nie powinno zatem wydawać się niedorzecznością twierdzenie, że Chrystus nie nabywał wiedzy, jakiej by już wcześniej nie posiadał. W inny jednakże sposób od wieków znał miłosierdzie jako Bóg, a w inny uczył się go w czasie jako człowiek. Rozważ, czy nie w takim znaczeniu wyraził się Pan, kiedy zapytany przez apostołów o dzień ostateczny, odpowiedział, że nie wie (por. Mk 13, 32). Jakże bowiem mógł nie wiedzieć „o owym dniu" Ten, w którym ukryte są wszystkie skarby mądrości i umiejętności? (por. Kol 2, 3). Dlaczego jednak twierdził, iż nie wie, skoro nie mógł nie wiedzieć? Czy zamierzał kłamliwie ukryć prawdę przed tymi, którym pożyteczniej było nie znać jej? Otóż nie tak! Pan nie mógł o czymś nie wiedzieć, będąc mądrością, podobnie nie mógł kłamać, będąc prawdą. Chcąc powstrzymać swych uczniów od szkodliwej ciekawości, rzekł, iż nie wie tego, o co pytali, a jednak nie zaprzeczył w sposób absolutny, ale tak, jak mógł to uczynić bez naruszenia prawdomówności. Chociaż swym boskim wejrzeniem widział wszystkie rzeczy przeszłe, teraźniejsze i przyszłe, i widział też dzień ostateczny — to jednak nie znał go z doświadczenia zmysłowego, właściwego człowiekowi. Gdyby było inaczej, powinien by już tchnieniem ust swych zabić antychrysta, słyszeć cielesnymi uszami wołanie anioła i trąbę grzmiącą, na głos której umarli zmartwychwstaną, jak również widzieć oczami ludzkimi owce i kozły mające być oddzielone od siebie.
11. Wreszcie, byś zrozumiał, że jedynie do cielesnego poznania odnoszą się słowa o niewiedzy co do owego dnia, odpowiedział ostrożnie; nie rzekł mianowicie: „ani ja nie wiem", lecz: „ani Syn Człowieczy nie wie" (Mk 13, 32). Cóż oznacza „Syn Człowieczy" jak nie imię, które przyjął od swego wcielenia? Imię to wyraźnie wskazuje, że kiedy mówi, iż czegoś nie zna, to mówi, że nie zna tego nie jako Bóg, lecz jako człowiek. Kiedy indziej, mówiąc o sobie jako Bogu, nie wyraża się: „Syn" albo „Syn Człowieczy", lecz raczej: „Ja" lub „Mnie", na przykład: „Zaprawdę, zaprawdę, mówię wam: zanim Abraham stał się, Ja jestem" (J 8, 58). Rzekł więc: „Ja jestem", a nie: „Syn Człowieczy". Nie ulega wątpliwości, że mówił o swej naturze Boskiej, która jest przed Abrahamem i nie ma początku, a nie o tej, która jest po Abrahamie i z Abrahama. Innym razem, chcąc zbadać opinię, jaką o Nim mają ludzie, zapytał: „Za kogo ludzie uważają [nie „Mnie", lecz] Syna Człowieczego?" (Mt 16, 13). To znów pytając o to, co oni sami mniemają o Nim, rzekł: „A wy za kogo [nie Syna Człowieczego, lecz] Mnie uważacie?". Chcąc dowiedzieć się, jaka jest opinia ludzka o Jego ludzkiej naturze, użył ludzkiego imienia: „Syn Człowieczy"; pytając natomiast uczniów o swe bóstwo, nie powiedział: „Syna Człowieczego", lecz podkreślił: „Mnie". Piotr więc zrozumiał, co w owym pytaniu oznaczało wyrażenie „Mnie" i ujawnił to w swej odpowiedzi: „Ty jesteś [nie: Jezus, Syn Dziewicy, lecz] Mesjasz, Syn Boga żywego" (Mt 16, 16). Gdyby i tak odpowiedział, odpowiedziałby zgodnie z prawdą, lecz domyślając się roztropnie intencji pytającego, wyraża się należycie i właściwie: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga".
12. Gdy przeto widzisz, że Chrystus w jednej swej osobie ma dwie natury, jedną, według której zawsze był. i drugą, według ...
dziadpielgrzym