Science Fiction 7.pdf

(14691 KB) Pobierz
10689213 UNPDF
10689213.003.png
Witam po wakacjach.
opowiadania
Wielu z Was zdążyło już zmęczyć się odpoczynkiem. My nie mieliśmy tego
szczęścia. Gorące lato zastało nas przy komputerach i wydrukach. Rzeka
nowych tekstów nie wysycha, co sprawia, że ufniej patrzymy w przyszłość.
Wiele z opowiadań, jakie docierają do naszej redakcji, jest bowiem naprawdę
dobrych. Kilka wręcz znakomitych, a autorzy zupełnie nieznani.
Poznacie je już niedługo, bowiem zgodnie z polityką wydawniczą naszej
firmy, każdy wart tego debiutant znajdzie miejsce na łamach „Science
Fiction". A skoro jesteśmy przy zawartości pisma, to niniejszy, siódmy numer,
jest istną kopalnią dobrej, mam nadzieję, literatury.
O Bułyczowie nie będę wspominał, bo stary Kir jest klasą samą w sobie. Dziś
jego nowy tekst z guslarskiej półki. Polską stronę reprezentuje tym razem aż
dwunastu autorów. Ziemkiewicz, Inglot i Drzewiński to nazwiska znane i
lubiane. Z całej trójki najmniej czasu na pisanie ma ten ostatni i dlatego z
niekłamaną przyjemnością prezentuję Warn jego nowelę, która na pewno nie
jest szeroko znana, a zapewniam, że warta przeczytania. Rzecz dzieje się we
Wrocławiu, z którego Andrzej pochodzi (podobnie jak jego imiennik
Ziemiański, który też lubi umieszczać akcje swoich opowiadań w rodzinnym
mieście) i jak zwykle zawiera duży ładunek emocjonalny, tak charakterystyczny
dla prozy Drzewińskiego. Uważny czytelnik zauważyć może, że opowiadanie
Jacka Inglota ukazało się kiedyś w „Playboyu". Fakt, utwór pod tym tytułem
gościł na łamach pisma, ale wersja, którą macie przed sobą, różni się, i to
znacznie, od tamtej. Kto miał okazję czytać, będzie mógł porównać.
Zostawmy jednak starą gwardię. Teraz o pisarzach Nowej Fali. W tym
miejscu pozwolę sobie na małą dygresję. Długo zastanawiałem się, jaką nazwę
dać grupie ludzi, którzy szturmują teraz bastiony zajęte przez Sapka, Kresa,
Dukają. Ciężko nazwać ich młodymi, bowiem tacy pisarze, jak choćby Tomek
Pacyński, przekroczyli już czterdziestkę. Zatem starsi są od tych, których
zamierzają zdetronizować. Dlatego zdecydowałem, że Nowa Fala to nazwa
nader adekwatna do tego, co obecnie dzieje się na rynku wydawniczym. Nowi
autorzy dają o sobie znać i całkiem już głośno dopominają się o swoje
miejsce w literaturze. To prawda, że jeden na dziesięciu przebije się dalej, ale i
tak pojawi się co najmniej pięć, sześć nazwisk dużego formatu. I to w ciągu
najbliższych lat. Wiem, co mówię. Mam przed sobą teksty, które na pewno
narobią dużo szumu. Na razie jednak zakończmy te dywagacje znaczącym
zawieszeniem... Numer, który właśnie otworzyliście, prezentuje prace trójki
debiutantów. Jest wśród nich kobieta, Iwona Sur-mik, autorka ze Śląska,
aktywnie uczestnicząca w życiu fandomu i współredagująca dodatek literacki
do miesięcznika - fanzinu Śląskiego Klubu Fantastyki. Michał Rykowski to
człowiek z Gdańska. Odkryła go dla nas jego dziewczyna, bo sam Michał od
jakiegoś czasu zaprzestał pisania i zajął się czymś zupełnie innym - jest
dzisiaj operatorem dźwigu, ogromnego żurawia. Niemniej od razu
zainteresowaliśmy się jego twórczością, w której pobrzmiewają dobrze znane
mroczne wątki powiastek Kozakowskiego i powieści Koontza. Ostatnim, co
wcale nie znaczy najgorszym, w tej trójce jest Jakub Mateja, autor
humorystycznego opowiadanka, absolutnym przypadkiem korespondującego
z moim tekstem, który w ostatniej chwili został dołączony do numeru by zatkać
lukę, jaka powstała dosłownie na dzień przed wysłaniem „SF" do drukarni.
Stało się tak, bowiem zdecydowałem się na wycofanie „Babskiego gadania" z
naszego pisma. Decyzja ta zapadła, głównie dzięki opiniom jakie napływały do
redakcji, a te nie należały do najlepszych (w większości, rzecz jasna, bowiem
miały Panie i swoich zwolenników).
Na koniec chciałbym zwrócić się z gorąca prośbą do autorów opowiadań
nadsyłanych do naszej redakcji. Aby uniknąć jakichkolwiek pomyłek w
nazwiskach, imionach czy tytułach, proszę o dokładne zapisanie tych danych
w każdym pliku (w nagłówku, bądź na końcu tekstu). Jeśli decydujecie się na
wysłanie opowiadań pocztą, proszę do wydruku dołączyć elektroniczną wersję
tekstu. Najlepiej w formacie .rtf. Niestety, przy tak dużej ilości tekstów mogą
zdarzyć się pomyłki, zwłaszcza gdy opowiadanie pozbawione jakichkolwiek
identyfikatorów trafia o jeden folder dalej niż powinno. W ten sposób czyjeś (na
Boga, czyje???!) opowiadanie przypisaliśmy niesłusznie Pawłowi Dębkowi,
ponieważ tekst nadesłany do redakcji i nie posiadający nawet tytułu, trafił do
folderu razem z opowiadaniem Pawła, nadesłanym w tej samej porcji poczty.
Proszę Was, drodzy autorzy, nie - ostrzegam! Jeśli nawet bardzo dobre
opowiadanie trafi do nas bez danych, o których wspomniałem, zostanie
przeczytane i odłożone na półkę. Powtarzam jeszcze raz: imię, nazwisko,
adres, telefon i dokładny tytuł tekstu. Jeśli nadsyłacie prace przez internet, do
nazwiska dołączcie maila, lub nicka, którego używacie. Pozwoli to na szybsze
odszukanie Waszej poczty w przypadku pozytywnego zaopiniowania tekstów.
Pozdrawiam i życzę miłej lektury.
W numerze ósmym (październikowym) zaprezentujemy kolejnych
dwanaście opowiadań. Ze znanych będą: Lewandowski, Kochański,
Ziemkiewicz i Szyda, z debiutantów: Pol (to pseudonim, pod którym kryje się
naprawdę interesujący autor, polecam), Suwalski, Pierzchała, Misztal, Szady i
Rudziński. Z Rosjan zaprezentujemy pana Gołowaczowa, milionera
nakładowego, zupełnie u nas nieznanego. Ale to już zupełnie inna historia...
Kir Bułyczow
Wojciech Świdziniewski
Rafał A. Ziemkiewicz
Andrzej Drzewiński
Andrzej Kozakowski
Tomasz Pacyński
Iwona Michałowska
Iwona Lidia Surmik
Jakub Mateja
Micha ł Rykowski
Robert J. Shmidt
Robert M. Falzmann
Jacek Inglot
komiks
Robert Szmidt
10689213.004.png 10689213.005.png
KIR BUŁYCZOW
JABŁOŃ
- Za stół to wam naprawdę dziękujemy - powiedział
stary Łożkin, kiedy profesor Minc wyszedł na
podwórko. - Ze stołu jesteśmy bardzo, ale to bardzo
zadowoleni.
- Zadowoleni - powtórzył za nim Korneliusz
Udałow. Zacisnął w dłoni kostkę domina i
zamachnąwszy się, łupnął nią w blat stołu, wymyślony
przez Lwa Christoforowicza. Rozległ się straszliwy
huk, piekielny nawet, niski i dźwięczny. Takiego huku
nie potrafili sprokurować nawet na Zachodzie, mimo
całej swojej osławionej techniki. Twarze graczy
rozpłynęły się w rozkoszy, albowiem wiadomo, że nie
ma nic piękniejszego od huku kości domina o stół w
jakimś przemyślnym zagraniu. To i triumf
zagrywającego, i sromota dla przeciwnika... Ale
genialność wynalazku profesora Minca polegała nie
tylko na tym, że stworzył materiał, wytwarzający tak
potężny odgłos w zetknięciu z dłonią ludzką, ale przede
wszystkim na tym, że materiał ów zdolny był do
emitowania fal dźwiękowych tylko w promieniu metra
od stołu. I ani na milimetr dalej. Wystarczyło zrobić
krok w bok, by powstało wrażenie, że gracze walą
rękami w watę. W sumie ideał - i gracze zachwyceni, i
sąsiedzi się nie wściekają. Wszystkie skargi i
narzekania mieszkańców domu numer 16 przy ulicy
Puszkina, wcześniej przeklinających graczy nie mniej
niż wyrostka Gawriłowa i jego magnetofon, skończyły
się. Można było pomyśleć, że na podwórku zbierają się
szachiści, arystokracja podwórkowych rozgrywek.
Minc przystanął z boku, skrzyżowawszy ręce na piersi,
i z sympatycznym uśmiechem przyglądał się sąsiadom.
Przyczyna jego wyśmienitego humoru kryła się w
kolejnym naukowym sukcesie. Jakieś dwa tygodnie
temu. Lew Christoforowicz obrzucił przypadkowym
spojrzeniem kwitnący na oknie kaktus i posmutniał. Co
za pech! Taka piękna roślina, a kwitnie tylko raz w
roku. Przez kilka dni. l profesor nigdy nie zdąży
nacieszyć oka wspaniałym kwiatem. Ale co można
poradzić? Oczywiście, można bez trudu obłożyć się
dwudziestoma pięcioma kaktusami i wymyślić coś, co
zmieniłoby ich okres wegetacji, by kwitły po kolei.
Można wymyślić jakiś konserwant, by kwiat nie wiądł i
nie opadał, ale to są półśrodki, niegodne Minca.
Pomyślawszy tak, Lew Christoforowicz pogrążył się w
genetyce teoretycznej. Skąd, zastanawiał się, rośliny
wiedzą, kiedy mają kwitnąć, kiedy mają owocować i
kiedy gubić liście? Oczywiście, ta informacja jest
zapisana w ich komórkach, to wie każdy uczeń. Ale jak
wygląda owa informacja? Co to jest -kalendarz
przyrody, ze stronicami na każdą okazję, przewodnik
jakiś, czy może zbiór delikatnych aluzji,
pozostawiający roślinom ograniczone prawo wyboru
- Co nowego wynaleźliście, profesorze?
- Odpoczywam sobie, rozmyślam - podstępnie
odpowiedział Minc, który od dawna czekał na to
pytanie, całą duszą pożądał go i łaknął możliwości
udzielenia nań odpowiedzi.
- Podzielcie się z nami. Lwie Christoforowiczu -
poprosił Sasza Grubin.
Minc wyjął z górnej kieszonki marynarki pestkę
jabłka, nie wypuszczając z palców pokazał wszystkim
obecnym, po czym zapytał: - Co my tu widzimy?
- Nasionko - odpowiedział prostoduszny Udałow.
Pozostali milczeli, rozumiejąc, że zwyczajnym
nasionkiem profesor nie chwaliłby się.
- Słusznie - powiedział Minc. - Nasienie jabłoni. I,
co najdziwniejsze, jest to najzwycząjniejsze nasionko, z
którego przy normalnym podlewaniu wyrośnie
zwyczajna jabłonka. Chcecie się przekonać?
- Wierzymy - przekrzykując się, odpowiedzieli
sąsiedzi.
- Wierzycie, ale nie do końca uświadomiliście sobie
-uśmiechnął się Minc, przykucnął, pogrzebał w ziemi
obok ścieżki i kazał Udałowowi przynieść wiadro
wody. Udałow wrócił niemal natychmiast i zdążył
zobaczyć, że profesor włożył nasionko do dołka i
starannie zasypał ziemią. Następnie wylał na to miejsce
wiadro wody. Sucha gleba niemal w oczach wchłonęła
wilgoć. Widzowie uznali się za oszukanych. Minc
cichutko podśpiewywał: "Serce ślicznotki skłonne jest
do zdrady...". Potem mocnym krótkim palcem wskazał
ziemię u swych stóp i powiedział:
- Proszę uważnie patrzeć.
Było to coś jak popularnonaukowy film, gdzie na
zwolnionych zdjęciach demonstruje się, jak
nabrzmiewają pąki, rozkwitają kwiaty i dojrzewaj ą
jagody. Zielona, cienka łodyżka wysunęła się z ziemi i
zaczęła w oczach rosnąć, wzmacniać się, stawać się
grubszą, dłuższą, i ludzie już wiedzieli, że nie wolno
odrywać oczu od tego widoku. Przykuwał on uwagę
tak, jak przyciąga wzrok płonące ognisko czy miarowe
napływanie fal na brzeg. Z oszołomienia wyrwały ich
gwałtowne słowa Minca:
SIERPIEŃ 2001
JABŁOŃ
zachowania? Jak informacja dochodzi do liści i
korzeni? I zrodziła się hipoteza... Patrząc na graczy,
zawzięcie walących kostkami domina w specstół, Minc
uśmiechał się z satysfakcją, w myślach przemykając po
stadiach swojego nowego odkrycia. A na jego obliczu
widać było coś takiego, że po dziesięciu minutach
graczom odechciało się domina. Ustał grzmot,
spojrzenia wpiły się w uśmiech Lwa Christoforowicza,
w końcu Udałow ośmielił się zadać długo wyczekiwane
pytanie:
10689213.006.png
KIR BUŁYCZOW
- Grubin, skocz natychmiast do mnie do gabinetu!
Pod biurkiem leży papierowy worek. Tylko nie rozsyp
zawartości. Udałow, jeszcze wody!
W głosie Minca rozbrzmiewała taka pewność
człowieka mającego prawo wydawać polecenia, że
Udałow z Grubinem bez dyskusji pognali wykonać
rozkazy. Do czasu, kiedy Grubin przytaszczył
papierowy wór, zielony pęd miał już dziesięć
centymetrów wysokości i wypuścił kilka listków.
Ziemia dokoła niego stała się sucha i zaczęła pękać.
Minc w pierwszej kolejności wylał na pęd wiadro
wody, gestem ponaglił Udało-wa, by przyniósł
następne, a sam chwycił przyniesiony przez Grubina
worek i wyjaśnił: - Nawóz. - Widocznie pęd wymagał
wsparcia; od razu po zasileniu wodą i nawozem
przyspieszył tempo wzrostu i stało się widoczne, że na
dole, przy ziemi, łodyga zaczęła brunatnieć i pokrywać
się cienką korą.
- Można odetchnąć na razie - powiedział Minc. -
Udałow podleje. - Podszedł do stołu i usiadł na ławce w
takim miejscu, by cały czas mieć roślinę w zasięgu
wzroku,
- I to z tej pestki? - odzyskał w końcu głos stary
Łożkin.
- Tak jest - uśmiechnął się Minc. - Z najzwyczajniej
szej pestki - najzwyczajniej sza jabłoń.
-1 jabłka będą? - zapytał zszokowany Pogosjan.
- Będą.
- A kiedy?
- Za jakieś półtorej godziny - powiedział Minc. - To
jest gatunek taki późniejszy.
Kiedy po godzinie wróciła z targowiska Ksenia
Udałowa, zobaczyła dziwny obrazek. Mężczyźni
siedzieli przy stole do domina i patrzyli, jak na potężnej
rozłożystej jabłoni, która wyrosła na podwórku w
czasie jej, Ksenii, nieobecności, dojrzewają zielone
owoce. Ksenia obrzuciła mężczyzn podejrzliwym
spojrzeniem, uważając, że zdążyli już się napić, i
dlatego jabłoń tak mocno im się zwiduje, że aż wpływa
i na nią. Pośród mężczyzn zoczyła profesora Minca, ale
nie zauważyła męża. Dlatego zapytała:
- Gdzie Korneliusz?
- Tu jestem! - odkrzyknął Udałów. Pędził przez
podwórko, targając dwa wiadra wody. - Tu jestem,
kotku - powtórzył, wylewając wiadra pod jabłonią. -
Chciałaś mnie o coś zapytać?
- Chciałam tylko powiedzieć, że takie hulanki nie
doprowadzą cię do niczego dobrego.- powiedziała
Ksenia i poszła do domu. A Minc w tym czasie
perorował:
- Pomyślałem, że skoro w roślinach zakodowana jest
informacja o cyklu wzrostu, wypuszczaniu liści i
owocowaniu, to my, ludzie, możemy wykorzystać tę
informację; Pod warunkiem, że moja hipoteza jest
słuszna.
- Jaka hipoteza? - zapytał Łożkin.
- Pomyślałem sobie - kontynuował Minc - że może
w roślinie zakodowane są nie polecenia, nie
pozwolenia, ale zakazy? Wyobraźcie sobie dziecko.
Widzi ono stertę czekoladek, wyłożoną na stół przez
rodziców, którzy oczekują przybycia ukochanej cioci.
Dziecko pędzi do stołu i wyciąga łapkę po cukierek.
Dobra, jedną pozwolą mu zjeść. Ale kiedy sięgnie po
drugą- po łapach! Stop. Czekoladki szkodzą zdrowiu i
wywołują diatezę. Być może tak naprawdę, w tej chwili
rodzice nie myślą o diatezie, a raczej o tym, że
zabraknie czekoladek dla cioci. Nieważne. Rodzice
wypełniają swoją biologiczną funkcję - chronią przed
nadmiarem. Pomyślcie, sens wychowania polega w
osiemdziesięciu procentach na zakazach. Gdyby ich nie
było, ludzkość dawno wymarłaby z powodu obżarstwa
albo przeziębienia. Ale roślina nie ma takich rodziców,
którzy kazaliby jej owocować albo zrzucać liście,
ponieważ i tak zostaną zwarzone przez mróz. Nie ma jej
kto uczyć życia, chyba że zabiorą się do tego jej własne
komórki, ci wewnętrzni wychowawcy, włożeni w jej
ciało przez naturę. Nadążacie za tokiem moich
rozważań?
Wszyscy zgodzili się, że nadążają. Popatrzyli na
jabłonkę. Jabłka zaczynały żółknąć, a niektóre już
nawet rumieniły się po bokach.
- Tak więc - mówił dalej profesor - wyobraziłem
sobie... Słuchajcie uważnie. Tak więc, wyobraziłem
sobie, że kod genetyczny, regulujący życie każdej
rośliny, odgrywa rolę surowego i nieustannie czynnego
rodzica. Roślina chce szybko wyrosnąć. Ale rodzic
powiada jej: nawet nie próbuj! Skąd weźmiesz tyle
wody i substancji odżywczych, by w-dwie godziny
wyrosnąć do samego nieba? Umrzesz z pragnienia i
głodu. Musisz cierpieć, rosnąć od wiosny do jesieni, nie
śpiesz się, życie ma swoje uroki. Zachwycaj się,
mówiąc w uproszczeniu, zachodami i wschodami
słońca. Roślina pragnie miłości i owocowania, a rodzic
na to: poczekaj. Wszyscy dokoła czekają jesieni, by
owocować. Nie wychylaj się, nie bądź mądrzejsza od
innych. A przy okazji - zrzuć liście, nadchodzi zima,
zwijaj korzonki i zapadaj w śpiączkę.
W tym momencie Minc zasępił się, widocznie żal
mu się zrobiło roślinki. Zasępili się również jego
słuchacze.
- Taki los - powiedział Udałow i nie wiadomo
dlaczego zerknął z obawą na okna swojego mieszkania.
Z okna wyjrzała rozeźlona Ksenia, popatrzyła na
jabłoń. Jabłoń wyraźnie nie przypadła jej do gustu.
Jabłoń nie powinna rosnąć na tym podwórku. I nie
powinna taka jabłoń w maju owocować. Ksenia
pogroziła Udałowowi palcem, a ten szybko odwrócił
się.
- Może to wszystko ma sens w przypadku dzikich
roślin, które żyją bez pomocy człowieka, i z nim, że tak
powiem, nie mają kontaktu. Zupełnie inaczej sprawa się
ma z roślinami domowymi. Niby dlaczego mają słuchać
swojego rodzica? Wszak mają one służyć nam bez
dyskusji. Doszedłszy do takiego wniosku, wziąłem pęd
kaktusa, który stoi u mnie na parapecie, widzieliście
go?
- Widzieliśmy - powiedział Łożkin. - N(e pamiętam
tylko jego nazwy łacińskiej.
SIERPIEŃ 2001
10689213.001.png
JABŁOŃ
- Nieważne - odparł Minc. - Łacińska nazwa niczego
nie wnosi. - Tu wszyscy popatrzyli z wyrzutem na
Łożkina, ponieważ łacińska nazwa rzeczywiście
niczego nie wnosiła. - Ten pęd został poddany
chemicznej obróbce. Wykonałem preparat,
Zneutralizowałem czynnik zakazu; powiedzmy, że
usunąłem z rośliny instynkt samozachowawczy. I cóż
otrzymałem?
Wszyscy milczeli. Nikt nie odważył się przerwać
Mincowi.
- Okazało się, że miałem rację - powiedział
skromnie Minc. - Po godzinie na moim kaktusie pojawił
się kwiatek. Co prawda, kwitł niedługo... - Minc
wskazał palcem jabłoń i ziemię dokoła niej, pokrytą
płatkami kwiecia. -1 to wszystko - podsumował. - Co
dalej, wiadomo.
Wstał i zrobił krok w kierunku drzewa. Sięgnął do
najbliższego jabłka. Pociągnął. Jabłko posłusznie
oderwało się od gałązki i legło na dłoni uczonego. Minc
odwrócił się, chcąc oddać owoc Udałowowi, ale w tym
momencie inne jabłko, oderwawszy się od szczytu
drzewa, huknęło Minca w łysinę. Ten raźnie odskoczył
w bok, ale jeszcze dwa czy trzy jabłka zdołały go
sięgnąć. Czerwone, soczyste owoce turlały się po
podwórku. Był to zadziwiający i jakże jesienny widok.
- Zetknięcie głowy z jabłkiem rodzi nie tylko
odczucia bólowe, ale również nasila procesy myślowe.
Muszę iść.
I Minc pośpieszył do swojego gabinetu, ponieważ w
jego umyśle rodził się nowy wynalazek, o którym
przedwcześnie byłoby już w tej chwili mówić. Liście
jabłoni żółkły tymczasem w oczach i zaczynały opadać.
Łożkin poszedł po kosz. Sąsiadka Gawriłowa przyszła z
garnkiem. W końcu raczyła się pojawić również Ksenia
Udałowa. Z wiadrami. Zerkała nieufnie na dziwne
drzewo, ale jabłka zbierała. Żeby uniknąć rozmowy z
żoną, Udałow wsunął do kieszeni jabłko i wymknął się
z podwórka. Miał wielką ochotę na dyskusję o
genetyce. Na rozmyślania na ten temat. Doszedł do
parku. Zapadał zmrok. W piwiarni było pusto.
Korneliusz kupił kufel piwa, soloną suszoną rybkę i
odszedł od kontuaru. Przy wysokim stole stał znany mu
Iwan Puziłło, którego Udałow poczęstował jabłkiem i
opowiedział o wydarzeniach minionego dnia. Puziłło
kiwał głową, słuchał, ale myślał o czym innym.
- Jedz - powiedział Udałow. - Widzisz, jakie
soczyste? Wszystkie parametry wskazują, że
prawdziwe. Puziłło kiwał głową.
- Perspektywy ogarniasz? - zapytał go Udałow. - Nie
zrozumiesz ich, będąc na stanowisku dyrektora łaźni.
Ale my z Mincem dokonamy przewrotu w rolnictwie.
- Już nie jestem dyrektorem łaźni - odparł Puziłło. -
Przerzucono mnie.
- Nie to jest ważne - powiedział Udałow. - Nie
wybrzydzaj. W ciągu dnia nasza jabłoń daje plony pięć,
może sześć razy. Rozumiesz? Weźmy taki sad
jabłoniowy. Zwyczajnej wielkości. W ciągu jednego
sezonu mamy plony tysiąc razy. Może nawet półtora
tysiąca. Wielotonowe składy z jabłkami i gruszkami
pędzą z Wielkiego Gusiara we wszystkie strony kraju...
- Wielotonowe? - zapytał ze smutkiem Puziłło. -
Może nie trzeba?
- Trzeba. Postępu nauki nie powstrzymasz, chłopie -
powiedział Udałow. - Poza tym, zaczniemy hodować
ananasy. Wybieramy upalny dzień, a w tym dniu mamy
trzydzieści zbiorów z krzaka. Pięć ton z hektara. I w
naszych warunkach klimatycznych, w pomocnej Rosji.
Teraz weźmy, na przykład, takie banany...
- O, i tego się właśnie obawiam - powiedział Puziłło.
I poszedł sobie.
- Nie wierzysz? - krzyknął za nim Udałow. - Przyjdź
na nasze podwórko. Tam rośnie pierwsza jabłoń. A
jutro zaczniemy eksperymenty na poletku
doświadczalnym!
W tym momencie Udałow zauważył, że zapadł już
zmierzch, i ruszył do domu. Jabłoń stała na środku
podwórka i wydawała się nawet większa niż w dzień.
, Aha, powiedział do siebie Udałow, wchodząc po
schodach, następny krok: drewno budowlane. Rano
wysiejemy, wieczorem gotowe belki. Trzeba będzie
jutro z Mincem pogadać. I żebym nie zapomniał o
ananasach. Już tak dawno marzę o tym przysmaku.
Na schodach Udałow spotkał swoją małżonkę
Ksenię. Niosła miednicę i głośno domagała się, by
oddać, Minca w jej ręce. Udałow jeszcze nie wiedział, o
co chodzi, ale na wszelki wypadek rozpoczął odwrót.
Nie wycofał się daleko, ponieważ z dołu dopadła go
sąsiadka Gawriłowa z wielkim garem.
- Kpicie sobie? - zapytała. - Naśmiewacie się z
samotnej kobiety!
Kobiety zatrzymały się przed drzwiami do
mieszkania Minca. Udałow ostrożnie podążał za nimi.
- Proszę otworzyć, Lwre Christoforowiczu -
powiedziała Ksenia fałszywie słodkim głosem. - Proszę
popatrzeć, coście narobili.
Minc uchylił drzwi. Miał na sobie szlafrok i papcie,
najwyraźniej przygotowywał się do snu.
- Przepraszam - powiedział - czym mogę służyć?
- Proszę popatrzeć - rozkazała Ksenia. - Proszę
patrzeć, zdrajco! - Podniosła miednicę i podsunęła ją
pod nos Minca.
- Co to jest? - zapytał.
- Co?! To was powinnam zapytać. Godzinę temu to
były jabłka!
Udałow przecisnął się przez tłum przybyłych
sąsiadów. Zajrzał do miednicy. Naczynie wypełnione
było brunatną mazią.
- Akurat chciałam poczęstować dziecko -
opowiadała Gawriłowa. - Właśnie chciałam... Dobrze,
że nie zdążyłam...
- A ja chciałam dżem zrobić.
- Ach - powiedział Minc. - Już wszystko rozumiem.
To moja wina. Stary osioł. Kto tak myśli - do połowy.
Kto, pytam się?
- Co się stało? - zapytał Łożkin. - Proszę wyjaśnić,
nie ukrywać.
SIERPIEŃ 2001
10689213.002.png
Zgłoś jeśli naruszono regulamin