SZARE ELFY.doc

(50 KB) Pobierz
SZARE ELFY

SZARE ELFY

Spóźniła się. Zanim dotarła tu pieszo i oczyściła się z błota, otwarto już zagrodę. Tłum kobiet rozproszył się w poszukiwaniu najlepszych kandydatów spośród elfów objętych programem osadnictwa.

Stała jeszcze chwilę i ta cierpliwość dała efekty- z zadaszonej części budowli wyszedł jeszcze jeden, otrzepując się ze słomy. Skłonił się widząc jej spojrzenie. Od razu nalała mu kubek jeszcze ciepłego napoju i wypił go chciwie.

- Dziękuję. Zaspałem- uśmiechnął się i zobaczyła, że mimo zmęczonej twarzy o zapadniętych rysach nie był taki stary.

- A ja się spóźniłam- odparła tak samo wesoło. Rozejrzała się za miejscem do siedzenia. Poszedł za nią, lecz nie zainteresował się jedzeniem.

- Przepraszam. Muszę- odejść na chwilę- powiedział.

Wśród  śmiechów i kpin przepychał się przez cały plac aż do miejsca, którego nie wypadało odwiedzać na oczach tylu dam!

Zdziwił się, że nadal na niego czekała, gdy wrócił.

- Przepraszam- powiedział raz jeszcze, siadając obok niej.

- Przeziębiłeś się?- podpowiedziała życzliwie.

- Tak, mam febrę, nie mogę spać na ziemi- nalała mu następny kubek i pił z ulgą.

Podała mu nadziewane ciasto.

- Z mięsem?- zapytał z niechęcią, brnąc w kolejną gafę.

- Nie, z kapustą. Nie jecie mięsa?

- Niektóre plemiona tak- przytaknął. Bułeczki były dobre.

- Więc jak żyłbyś wśród ludzi jadających mięso?- zapytała praktycznie.

- Wystarczy, że sam bym nie musiał- odparł. Był przecież w wojsku i nauczył się jeść co było. Choć źle się czuł, jedząc mięso.

- Co robiłeś w wojsku?- poruszyła następny trudny temat.

- Byłem w brygadzie budowlanej. Wiem, że to karna brygada, i nie uwierzysz, że nie chciano mnie stamtąd zwolnić bo byłem za dobry. Dawano mi awanse ale musiałem tam zostać, bo umiałem to wszystko zaprojektować i przeliczyć...- żachnął się.

- Budownictwo to dobry fach- odparła ostrożnie.

- Tak. Chciałbym wreszcie budować coś trwałego. Nie rowy i okopy. Budowle, które stoją. Domy, mostki, ogrody...

- Ogrody?- uśmiechnęła się, biorąc go za rękę.

- Dlatego chcesz cywilnego życia?-

przytaknął nie patrząc na nią. Mimo woli zesztywniał.

- Jak długo jesteś w wojsku?- zapytała teraz.

- Miałem 16 lat, gdy uciekłem z domu, by wojować. Dom zaraz potem spalono. Co jeszcze chcesz wiedzieć?- hamował się z trudem. Tyle razy opowiadał to wszystko o sobie!

- Czy- byłeś z kimś- związany?- ciągnęła dalej cierpliwie. Miała do tego prawo. To kobieta wybiera, wiedział o tym.

- Ktoś- był ze mną- tak to powiem. Umiem- być z kobietą. Choć nie zawsze- na rozkaz- odparł ostro. To była jego ostatnia próba. W poprzednich zawiódł. Teraz też powiedział wszystko źle. Zaczął od gaf i chorób, kaprysów przy jedzeniu, ukazał wszystkie swoje słabości.

Nadal mocno obejmowała jego dłoń.

- Chyba mi to odpowiada. Co chcesz wiedzieć o mnie?- powiedziała.

Popatrzył na nią uważnie.

- Dlaczego tu w ogóle jesteś?- zapytał.

Skinęła głową akceptując jego pytanie.

- Bo u siebie mogę liczyć na wioskowego brutala lub zmanierowanego paniczyka. Nie odpowiadają mi ani pijane zaloty, ani uwagi, jak mam trzymać srebrny widelczyk. Sama prowadzę gospodarstwo w lesie i chcę tam pozostać. Noszę wysokie buty do sukni, ale umiem czytać i pisać. Jeśli dobrze rozumiem, oboje trochę nie pasujemy do zwykłego życia. Ale czy pasujemy do siebie?

- Opowiedziałem ci wszystkie moje słabości. Dopiero co miałem febrę i tak jakoś wyszło- próbował pozbierać myśli.

- Źle się czujesz?-

- Potwornie wyczerpany i znużony- jej serdeczność, rzeczowa, nienatrętna wyrywała zeń wszystkie skargi.

- Hm. Więc zależy ci na tym, żeby się udało? Chciałbyś mieszkać w lesie i prowadzić gospodarstwo- i żebyśmy byli przyjaciółmi?

- Przyjaciółmi?- jak to rozumieć?

- No, żebyśmy mogli ze sobą rozmawiać. Nie wiem, jak wy, ale ludzie- często, choć żyją razem, to ze sobą nie rozmawiają. Nie są dla siebie dobrzy, serdeczni, mili. Nie chcę tego.

Z wysiłkiem opanował serdeczny gest w odpowiedzi na te słowa.

-Bardzo bym chciał.  Ale boję się, że nie dam rady- odparł szorstko. Jej propozycja i osoba była wszystkim, o czym nie śmiał nawet marzyć. Tak bardzo nie chciał jej stracić!

- Czemu nie dasz rady?- nie rozumiała.

- Najpierw trzeba wziąć ślub, dziś, zaraz. A ja nie wiem, czy dam radę- być z kimś- z tobą- zanim się lepiej zaprzyjaźnimy- to wyznanie kosztowało go resztę sił. Zrezygnowany pochylił głowę.

- Dla mnie też byłoby to bardzo trudne. Bałam się tego, ale nie śmiałam mówić, skoro wszyscy tak robią- słyszał jej głos z bardzo daleka.

- Ale to przecież od nas zależy, co im powiemy. My możemy sobie dać czas, żeby się zaprzyjaźnić- dokończyła głośniej.

W całej gmatwaninie uczuć, zmęczenia i gorączki ujął jej dłoń i odpowiedział uściskiem.

- Zabierzesz mnie stąd? Pomożesz mi?- zapytał, ufnie ofiarowując jej całą swoją słabość.

 

Obudził się w izbie. Ze zdumieniem patrzył na białe belki sufitu. Był aż tak bardzo chory? Miał drugi atak? Czuł, jak wypaliła go gorączka. Musiał się napić. Zaraz.

Wstawał niezgrabnie. Ktoś go powstrzymał. Nieznana postać. Ale ten głos, spokojny i serdeczny, skądeś znał. Odpoczął chwilę. Podano mu kubek z napojem. Pił długo, powoli odzyskując świadomość. Miła młoda kobieta.

- Inga- przypomniała mu swoje imię.

- Znam twój głos- przytaknął. Powoli przypominał sobie kolejne wydarzenia. Teraz jednak musiał pilnie wstać. Znowu przepraszał. Pomogła mu wyjść i znaleźć kąt w obejściu, gdzie mógł pozbyć się palącego bólu.

- Gdzie jesteśmy?- zapytał, gdy wrócili do izby.

- W gospodzie. Pod miastem- wyjaśniła.

- Pamiętam. Mieliśmy wziąć ślub- powiedział.

- Podpisaliśmy dokumenty.

Tego nie pamiętał.

- Ale powiedziałam im, że jesteś chory i potrzebujemy więcej czasu...

- Zgodzili się?

- Tak. Chcieli tym razem ci pomóc- tłumaczyła spokojnie. Więc powiedzieli jej o tamtych próbach....

Nie miał sił o tym myśleć.

Kiedy obudził się następnym razem, przyniosła mu dobrej, nie tłustej zupy- i tak spał i jadł przez resztę tego dnia.

Przepraszał, że tak zabrakło mu sił.

- To znaczy, że masz do mnie zaufanie- mówiła. Nie wiedział, czy myśli tak naprawdę, czy kpi.

Następnego dnia zdobył się na to, by umyć się i ostrzyc. Nie miał w co się przebrać, ale znalazł jakąś nową odzież obok swego posłania. Wolał nie pytać teraz, co miało to znaczyć. Nie wszystkie sprawy naraz.

Inga wykorzystywała wolny czas na krążenie po miasteczku. Przynosiła próbki towarów, pomysły wynalazków i transakcji. Decyzje jednak podejmowała powoli i po namyśle. Opowiadał i on o tym co widział i słyszał w świecie, o nowych odkryciach, ideach, filozofiach i nurtach. Dziwili się, obawiali i wybuchali śmiechem w tych samych chwilach.

Spała na swoim posłaniu i nie podjął tego tematu wieczorem. 

Nazajutrz zapytała, czy Mel czuje się na siłach by jechać do jej wioski. Rozumiał, że wydatki na gospodę sporo ją kosztowały. Miał zresztą dość sił, by jechać, gdy nie wyczerpywała go conocna gorączka od spania na ziemi.

Problemem było co innego.

- Nasz ślub. Będą chcieli, żebyśmy go zatwierdzili-mruknął.

- Chyba chcemy być razem?- zapytała.

- Powiedzieli ci już- o poprzednich próbach...- musiał to wiedzieć.

- Nie chciałam ich słuchać. Ty możesz mi to opowiedzieć. Tylko ty masz do tego prawo- powiedziała. Ale nie umiał zdobyć się na taką szczerość.

- Takie rzeczy mówi się po zmroku...- bąknął.

- Powiedzieli mi też, że pochodzisz z książęcego rodu- zmieniła kierunek, lecz nie temat rozmowy.

- Zawsze to mówią! Nie znałem swego ojca. Nasz dom był zawsze ubogi i smutny! Może dlatego tak łatwo uciekłem z niego na wojnę!- żachnął się.

- Chciałeś walczyć?

- Niekoniecznie. Chciałem coś robić. Uważałem, że los należy budować, a nie nad nim płakać!

- Acha?- pytała potakująco.

- Zaraz potem mój dom został spalony i wszyscy zginęli- wyjaśnił swój gniew.

- Wydaje ci się, że gdybyś tam był...

- Tak, to bym coś poradził, 16 latek bez doświadczenia- rozmawiał już o tym ze starszymi.

- Może pociechą dla twoich było, żeś ty się uratował- przedstawiła mu kobiecy punkt widzenia.

Potem opowiedziała o sobie. Jej ojciec też był z wysokiego rodu, i choć matka wychowywała ją starannie, nie chciał jej uznać. Więc Inga postanowiła zostać gospodynią- ale na swoim posagowym folwarku, nie sługą dla całego dworu. Do tego potrzebowała wyjść za mąż-

- Ale nie za takich, o których ci mówiłam. Marzę o kimś, z kim możnaby się zaprzyjaźnić. Czy ty nim jesteś? To dla mnie ważniejsze, niż nocne uciechy!- powiedziała z determinacją.

Wziął ją za rękę.

- Tak bardzo bym chciał, żeby nam się udało!- powiedział. Nie wierzył jednak sobie. Zbyt dobrze poznał swoją słabość.

- Tak bardzo bym chciał- i tak bardzo nie mam sił!- był bliski rozpaczy. Trzeba być silnym, by zasłużyć na miłość. A on był wyczerpany latami samotności w gronie wojaków, tułaczką, chorobami, brutalnością, walką.

- Nie mam sił. Naprawdę, wybacz mi, nie mam sił, by być delikatnym, uważnym, czułym...

- A gdybyś pozwolił mi- zadbać o nasz związek- zanim nie nabierzesz sił? Czy mógłbyś mi zaufać- że chciałabym dobrze dla nas obojga? Czy mógłbyś mi zaufać? Przecież mnie też zależy, żeby się udało...

Zaufanie. Tak, tyle powinien jej dać. Tyle dać jej wypadało. Wytrzymała już tyle jego słabości. Widziała go chorego. Nie przelękła się. Jej też zależało. Jej też zależało.

- Dobrze. Na pewno się pozbieram, jak dasz mi trochę cierpliwości- powiedział.

Podpisali więc dokumenty i wyruszyli.

 

Folwark znajdował się w wiosce pośrodku lasu. Z dawnej osady pozostało tam kilka zaledwie domów. Może nawet ktoś by się tam osiedlił, gdyby na miejscu był budowniczy? Inga myślała nawet o osadzie kobiet, zarabiających tkaniem i szyciem. Owce, wełna, tkaniny...

Miała wiele projektów, które powoli zaczynała realizować.

Mel na razie powoli dochodził do siebie.

Godzinami błądził w ciszy lasu. Odkrywał znane rośliny i pokręcone gałęzie, z których rzeźbił ptaki i smoki.

Robił też praktyczniejsze prace. Pięknie rzeźbionymi kołkami umocnił schodową balustradę.

Kolorowymi płytkami drewna zastąpił spróchniałe deski podłogi.

Nareszcie mógł pracować z głębi swego serca. Nie musiał się spieszyć a jego wyroby zostaną tu na długo. Kołek po kołku rzeźbił deski płotu. Każdy, kto go zobaczył, zamawiał taki sam.

Zaskarbił sobie względy w kuchni rzeźbiąc łyżki i rozmaite wygodne widełki do gotowania. Kobiety chętnie szykowały mu więc smaczne bezmięsne potrawy.

Choć długo był jeszcze zmęczony, pocił się w nocy i musiał brać chininę, czuł się tu doskonale. Kiedy chciał być sam, szedł do lasu. Pracował nad tym, na co akurat miał natchnienie a kobiety nie ponaglały go- same odkryły, że Mel lubiał kończyć to, co zaczął. Gdyby dom pełen był nieskończonych produktów, pewno byłoby inaczej. Ale zaufały mu i poznały jego dobre cechy.

Gdy potrzebował ciepła i serdeczności, schodził na okraszone czymś dobrym pogawędki w kuchni. Czuł się tu prawie znakomicie. Gdyby nie jeden problem.

Inga nigdy o nim nie mówiła. Sypiali w dwóch połączonych ze sobą, lecz samodzielnych izbach. Rozmawiali ze sobą serdecznie, dotykali się i żartowali, ale – nic poza tym. Inga nigdy nie nalegała, nie czekała, nie robiła żadnych prób ani aluzji. Mel sam wiedział, że nie jest w porządku.

Nie raz, kiedy błądził po lesie, odczuwał serdeczność, sentymentalizm, pragnienie i gotowość. Wracał z lasu, zmywał kurz w ciepłej wodzie, jadł zupę – i zasypiał ze zmęczenia. Wstyd.

Potem było jeszcze gorzej. Wracając z wieczornego ogrodu pełnego rozszeptanych liści był prawie pewien, ze tym razem zdoła ją objąć. Ale na górze ten nastrój mijał.

Tego wieczoru Inga zeszła do niego do ogrodu.

- No, jak pogoda?- zagadnęła.

- Nie będzie burzy, skończymy jutro zbierać te jagody- odparł.

- Cudowne powietrze- usiadła obok niego. Czuł jej ramię na swoim. Czuł pod skórą iskrzącą gotowość do miłości. Zamarł w bezruchu. Jeśli teraz zawiedzie...

Nie może. Dała mu już tyle cierpliwości. Objął ją z determinacją. Poddała się jego dłoniom. Tak samo dotykała jego ciała pod koszulą. Był gotów, gotów, gotów. Pociągnęła go ku domowi.

Koniec. W chwili, gdy przekroczył próg, lodowaty chłód ściął mu wnętrzności. Zamarł. Koniec. To się nigdy nie uda. To na nic, to nie ma sensu, to...

- Co mówiłaś?- wybąkał z głębi oszołomienia.

- Tak tu duszno! Może zostaniemy na dworze?- sięgnęła po kapę z łóżka i pociągnęła go z powrotem do ogrodu. Oddychał głęboko, uspokajając się. Wsunęła mu dłoń pod koszulę i ogień wrócił mu pod skórę. Był gotów, gotów i całkowicie nad tym panował. Obejmował ją, przyzwyczajając do dotyku swego ciała. Odpowiadała mu podobnie. Nareszcie dotknęła kolanem jego kolana. Wewnętrznej części jego uda. Teraz! Ostrożnie złożył swój pulsujący ogniem dar w jej tajemną głębię. Przyjęła go- i podjęła jego rytm. Rozkosznie długo kołysali się we wspólnym tańcu. Nareszcie zrobił to tak, jak chciał, od początku do końca. Dał z siebie wszystko. Pot spływał mu po plecach, w gardle mu zaschło, ale czuł się cudownie szczęśliwy.

- Czy wszyscy mężowie elfów tak kochają? Więc kobiety, które ich nie chcą, tak wiele tracą!- powiedziała z ożywieniem.

- Kobiety marudzą. Zmieniają zdanie w połowie drogi. Ciągle coś chcą, nie wiedząc jeszcze, jaki jestem- powiedział to wreszcie.

- Acha. Ojej, jesteś cały mokry. Chodź się przebrać, bo się nam przeziębisz!- dotknęła jego pleców i pociągnęła do domu.

Teraz z przyjemnością wszedł w ciepło izby. Pomogła mu się umyć i przebrać. Przygarnął ją i razem objęci pili chłodny napój.

- Skąd wiedziałaś, że lepiej zostać na dworze? Bardzo mi- bardzo nam pomogłaś. Nie mogłem tutaj, coś mnie dusiło...- zapytał sennie.

- Dzisiaj wpadło mi to do głowy. Przecież jesteś elfem, więc dlaczego nie mógłbyś robić tego inaczej?

- A chcesz właśnie tak?- upewniał się.

- Przecież chciałam elfiego męża- uśmiechnęła się.

- Miałaś rację- że będzie nam ze sobą dobrze- mruknął.

- Ty też to czułeś. Miałeś odwagę być przy mnie słaby, chorzy, zmęczony. Dar słabości to wielkie zaufanie...mówiła, więc zasypiał ufnie obok niej.

Zgłoś jeśli naruszono regulamin