Powódź przyszła ze słonecznego nieba. Padało w górach, przed tygodniem- a u nich dopiero teraz woda coraz szerzej zajmowała pola.
Księżniczkę Verę obudził ruch na dziedzińcu. Zamiast zwykłych odgłosów poranka- wyprowadzania zwierząt i rozkładania warsztatów, mężczyźni siodłali konie i zbierali się do wymarszu. Szybko wrzuciła na siebie strój do jazdy i zbiegła na dół. W połowie drogi spotkała brata.
- Jakiś oddział zajął ruiny na brzegu. Muszę to sprawdzić. Zamknij bramy i wystaw straże.
Było to jej normalne zadanie w chwili zagrożenia, ale Marco nie byłby sobą, odpowiedzialnym i dokładnym dowódcą, gdyby tego nie powiedział.
Obeszła baszty, gdzie czuwali starsi pospołu z młokosami, jedni niezdolni już do służby w polu, inni uczący się dopiero obronnego rzemiosła.
- Może to uchodźcy przed powodzią?- zapytała.
- Mają konie, osiodłane- zaprzeczył zwiadowca, który przyniósł tą wiadomość.
-
Kobiety czekały, nie rozpoczynając żadnych nowych prac.
Patrol wrócił około południa, przywożąc kilku jeźdźców. Byli szarzy ze zmęczenia i przemoknięci od kilku nocy i dni. Mieli przy sobie tylko krótką broń i barwy wroga zza rzeki.
Marco zatrzymał się z nimi na dziedzińcu, gwizdem przywołując wszystkich do okien.
- To patrol, który strzegł mostu. Zniosła go powódź i zostali na naszym brzegu. Otrzymają tu gościnę!- zawołał, podnosząc głos.
- Żadnych bójek, żadnych wyzwisk, noży ani pięści!- tłumaczył dalej, wchodząc ze swymi gośćmi do dworu.
- Dziewczęta, gorące picie i suche odzienie, natychmiast!
Przybysze usiedli na schodach. Niektórzy byli tak zmęczeni, że nie mogli utrzymać kubków z ciepłymi ziołami.
- Vera, tam ich jeszcze ze dwudziestu zostało. Zbierz wszystko co macie do jedzenia, najlepiej kociołek z zupą, suche rzeczy a nawet drwa, załadujcie na wóz, oni muszą się ogrzać, bo inaczej będziemy tu mieć ognisko malarii. Acha, i lek przeciwko malarii!
Pobiegła do kuchni i komór wybrać co trzeba, a tu już wzywano ją do świetlicy. To ona była najstarszą w rodzie i choć Marko był jedynym mężczyzną i dowódcą patrolu, do umów i układów potrzebni byli oboje.
Drugą stronę reprezentował młody, szczupły chłopak o ciemnej, pociągłej twarzy. Siłą woli powściągnął zmęczenie. Dostrzegła, że ich młodsza siostra Clelia już dobrała mu już ubranie w sam raz do jego urody. Podziękował jej uprzejmym uśmiechem i popatrzył na nich oboje.
- To kapitan Alik, dowódca oddziału– przedstawił go Marco.
Skinęła głową.
- Opowiedz jeszcze raz panie, jak to było- poprosił go brat.
- Z powodu powodzi musieliśmy zburzyć most. Przeszliśmy na tą stronę, by to zrobić, i musimy tu zostać, nim woda nie opadnie. Patrole mówią, że więcej jej nie będzie, ale jeszcze długo popłynie. Stare ruiny dały nam ochronę. Prosimy o gościnę na waszej ziemi- powiedział w skupieniu.
- Wiesz, co to za miejsce panie? – ruiny te były pamiątką krwawej waśni, rozdzielającej ludzi z obu stron rzeki.
- Wiem, ma złą sławę. Ale jakoś nas przyjęło. Przenocowaliśmy tam- cicho powiedział Alik.
- Ma złą moc- nalegała.
- Ktoś z nas ma na pewno starą krew- przyznał niechętnie. Tak, to mogło ochronić ich przed zaklęciem- ale na ile można wierzyć ludziom zza rzeki, i to ze starej krwi?
- Och Vera, daj spokój z tymi starymi mocami! Czy wiesz, co oni zrobili? Dla nas? Gdyby zburzyli most ze swojej strony, wiesz, co by się stało? Woda poszłaby na nas! To nasi sojusznicy, nie wrogowie!- mówił z rzadkim u niego entuzjazmem brat.
- Jesteśmy sojusznikami w walce z powodzią- znalazła właściwe dla sytuacji, rozważne słowa.
- Jakie więc przymierze zawieramy? – zapytał Marco.
- Musimy zostać tu, zanim woda nie opadnie. Nie chcemy z nikim wojować, ale jeśli ludzie przywitają nas kamieniami, musimy się bronić...- Alik mówił z wysiłkiem. Clelia przyniosła mu kolejny kubek ciepłego napoju. Wypił chciwie.
- Chcecie zostać w ruinach?- zapytała.
- Na pewno nie będą kręcić się po okolicy!- powiedział praktycznie brat.
- Kilka nocy zdołamy tam przetrwać. Potrzebujemy tylko trochę opału i żywności.
- I będziemy ich żywić?- zapytała. To ona odpowiadała za zapasy i chciała wiedzieć dokładnie.
- Vera, oni nas uratowali, uratowali nam spichrze, pola, wszystko! Są tego warci!- zdenerwował się jej małostkowością brat.
- Z pewnością potrafimy zarobić na swoje utrzymanie- jeśli da się to pogodzić z zakazem kręcenia się po okolicy- uśmiechnął się Alik.
- Ugodzimy się z pewnością- odpowiedziała z takim samym uśmiechem.
Zaczęli określać szczegóły umowy. Mogli zawrzeć tylko przymierze rodowe, dom z domem, traktując towarzyszy Alika jak jego krewnych, bo choć byli na swojej ziemi, byli poddanymi korony.
Dano znać, że wozy już gotowe.
- Muszę wracać- zerwał się Alik, opanowując gwałtowny zawrót głowy.
- Tu obiad zaraz podadzą a ty musisz odpocząć. Ja pojadę z wozami- zdecydowała Vera.
- Muszę tam wrócić na noc, ale teraz chętnie skorzystam z waszej gościny- szepnął wyczerpany.
Przekazawszy siostrze obowiązki Vera wyruszyła z wozami.
Alik odpoczywał parę godzin pod troskliwą opieką Celi. Bardzo potrzebował ciepła i serdeczności po ponurej atmosferze ruin twierdzy. Musiał tam jednak wrócić na kolejną noc. Omal nie wygadał się, że to ma odpowiednią do tego moc, ale poza Verą nikt tu nie zwracał na to uwagi.
Vera zabrała ze sobą kilka kobiet zaciekawionych przybyszami bardziej, niż przejętych dawną waśnią. Oddział był rzeczywiście bardzo zabiedzony. Walcząc z rzeką przemokli wiele razy, nie jedli porządnie i nie spali pod dachem od paru dni. Nawet dla przywykłych do surowych warunków ludzi zza rzeki było to za dużo. Niemniej jednak zaczęli już porządkować otoczenie. Uprzątnęli gruz i śmieci, odgrodzili miejsce dla koni, przygotowywali kwatery.
Kobiety były wstrząśnięte widokiem zabiedzonej, zdeterminowanej gromady. Czy byli to wrogowie- czy biedni chłopcy, ofiary ich wspólnego wroga?
Wiedzione odruchem serca zabrały się zaraz do kobiecej roboty- pomóc, ukoić, uleczyć. Nastawiono kociołek z gorącymi ziołami a potem z zupą. Rozłożono suche maty, derki, koce. Kobiety sięgnęły po leki i opatrunki. Kilku najbardziej chorych, z gorączką i połamanymi kośćmi Vera zabrała do dworu wracając z pustym wozem.
Przez następnych kilka dni przybysze pracowali przy umacnianiu brzegów a ciekawscy okoliczni mieszkańcy znosili im żywność.
Pomimo surowych warunków panujących w księstwie za rzeką- mężczyźni większość życia spędzali w obozach wojskowych, nie w rodzinach- młodzi wojownicy nie byli zdziczali lub zobojętniali. Łaknęli każdego cieplejszego gestu, traktując go jak wielki zaszczyt. Przywykli do ciężkiej pracy i trudnych warunków, nie do pochwał i podziękowań. Kobiety bardzo łatwo, za pomocą miłych słówek, nawiązywały z nimi bliskie kontakty.
- Oni niedługo wrócą do siebie, oni muszą wrócić- powtarzała kobietom Vera, widząc, na co się zanosi. Te stroje, te przysmaki, uśmiechy i przyśpiewki.
Na pograniczu zawsze było dużo samotnych kobiet- ale ci mężczyźni muszą wrócić do siebie, i to bardzo niedługo. Nie ma co ich zatrzymywać, nie ma co się łudzić. Za rzeką panują surowe prawa, których nie da się ominąć- ostrzegała.
Alik pojawiał się często we dworze. A to w związku z pracą, a to po leki, a to do chorych. Naprawdę bardziej niż ciepłego obiadu potrzebował paru godzin wypoczynku w jasnej, cichej komnacie o dobrej aurze, gdzie były rozstawione krosna Cleli. Musiał nabrać sił na kolejną koszmarną noc w przeklętej twierdzy. Swoją mocą chronił towarzyszy od złych mocy, zwidów, duchów, wspomnień krwawych scen, odczuć lęku i nienawiści. Koszmary te nękały głównie jego i Vera spoglądała nań z niepokojem. Jak długo wytrzyma i co się stanie dalej? Jak mu pomóc? Niepokoiła się, gdy Alika nie było i sama wybierała się wtedy do ruin. Śmieszyło to Clelię, ale poza Verą nikt z rodzeństwa nie znał się dobrze na panujących tam mocach.
Po kilku ciepłych dniach deszcz znów uderzył z mocą i tej nocy nikt nie spał dobrze. Dlatego szczekanie podwórzowych brytanów szybko postawiło na nogi Verę i Marca. Do bocznej bramy cicho dobijał się Alik- przemoknięty i skrwawiony.
- Panie, ratuj nas- napadły nas królewskie wojska!- zawołał na widok Marca.
- Ja mam was bronić przed królewskimi?!- zakpił Marco.
- Obiecałeś nam gościnę- wydyszał Alik.
- Jeśli nie będzie burd!- warknął Marco.
- Ale dlaczego zaatakowali nasze ziemie bez porozumienia z nami?- zdziwiła się Vera.
Alik opuścił głowę.
- Mów!- zaatakował go Marco. Stali nadal w półotwartej bramie i Marco pchnął wrota, jakby chciał je zamknąć.
- Chyba ludzie Larena ich ściągnęli!- zawołał Alik.
- Kto? Jest jeszcze ktoś, o kim nie wiedziałem? Oszukałeś mnie? O, przeklęte plemię, nic nie jesteście warci, krwawi marharenowie! Oby was zaraza nie wydusiła, oby na was klęski nie spadły!- wybuchnął ostrożnymi przekleństwami Marco.
Vera wiedziała, że należy przeczekać ten atak temperamentu i spojrzała na Alika, by dodać mu ducha. Resztką sił wyprostował się dumnie.
- Tak, masz rację bracie- to krwawy Marharen. Po kolana we krwi. Tylko, że teraz we własnej- powiedziała spokojnie, unosząc latarnię. Rozcięcie na udzie, powstałe pewnie podczas ucieczki konnej, krwawiło dokuczliwie.
- Jesteś ranny?- burknął Marco.
- Draśnięcie. Długą broń przecież oddaliśmy tobie- odburknął tak samo Alik.
Marco cofnął się od bramy.
- Ilu ich jest?- pytał, przywdziewając buty i kaftan.
- Ze trzydziestu, dobrze uzbrojeni, wypoczęci. Próbowaliśmy się rozproszyć, ukryć.
- A tamten oddział?
- Więcej niż nas.
- Po czyjej będą stronie?
Alik popatrzył bezradnie.
- Rozumiem- Marco zwołał drużynę.
- Jedziemy ze światłem i sztandarami. Królewscy szukają czegoś na naszej ziemi bez naszej wiedzy. Musimy ich o to zapytać- zarządził.
Alik osunął się na schody w hallu.
-Proszę, pić!- szepnął. Nagły atak, walka i ucieczka wyczerpały jego siły.
Z góry zbiegła Celia, otulona w ciepłą nocną szatę. Podała mu kubek. Wypił i musiał, ze wstydem, wyjść zaraz na dwór. Już dawno odczuwał taką potrzebę, ale bał się, że potem nie da rady wsiąść na konia. Teraz nie miał już sił na dobre obyczaje, przystanął w byle jakim kącie podwórka.
Potem siostry zabrały go do izby. Podczas jazdy myślał o tym, by znaleźć się w energicznych, wprawnych rękach Very, teraz jednak instynktownie próbował się osłonić.
- Chcemy zobaczyć tylko twoją ranę- powiedziała, zdejmując mu buty i podając ręcznik, by mógł zdjąć spodnie.
Rozcięcie było płytkie, ale krwawiło ciągle.
- Dlaczegoś tego nie przewiązał, bodaj rzemieniem?- burczała Vera. Uśmiechnął się do niej i zapadł w sen, który wkrótce przemienił się w gorączkę. Noce w twierdzy wyczerpały jego moc i nie mógł opierać się nawet lekkiej chorobie. Marco musiał negocjować sam z królewskim namiestnikiem.
- Zawarłem jedynie przymierze krwi, nie sztandarów, i posłałem o tym raport do stolicy- tłumaczył, gdy wracali do dworu, zostawiwszy oddziały zza rzeki pod silną strażą królewskich wojsk.
- Robicie tu wiele różnych rzeczy- mruknął lord Vys, silnej budowy człowiek o podsiwiałych lekko skroniach. Był człowiekiem milkliwym z natury, co często pomagało mu usłyszeć wiele informacji od nerwowo zagadujących oponentów.
Uznał prawo Marca do jego ziem, lecz sam tropił ludzi zza rzeki od wczoraj i byli jego zdobyczą. Zgodził się jednak zostawić ich w ruinach.
Siostry przygotowały posiłek i odpoczynek dla królewskiego oddziału.
- Przysłano mnie ze stolicy, bym zbadał, co się tu dzieje- powiedział po posiłku bez ogródek.
- Od paru lat radzimy sobie sami- wyjaśnił Marco.
Vys wiedział o tym. Kilka lat temu zgłoszono śmierć starego diuka w królewskiej kancelarii, lecz nikt nie interesował się wakatem na pograniczu, niszczonym stale przez najazdy zza rzeki. Młodzi ludzie musieli radzić sobie sami, a jeśli dopuścili się zdrady, bo nie mieli sił opierać się wrogowi, zostaną za to ukarani, choć nie otrzymali żadnej pomocy od króla. Takie było prawo. Lecz był też Vys, który niejedno widział i rozumiał.
Mimo nocnego pościgu zaraz po śniadaniu kazał podać sobie mapę i księgi. Tym zajmowała się Vera. Dostosowała się do jego sposobu mówienia, podając krótko fakty.
- Ziemia jest zrujnowana przez liczne potyczki. Szlak handlowy przecięty od kiedy ustawiono granice na rzece. W wioskach jest wiele kobiet. Sami potrafimy się wyżywić, ale niewiele więcej. Zresztą, kiedy się nam lepiej dzieje, napadają nas bandy zza rzeki. No, a teraz mamy powódź, ale ci wojownicy nam pomogli.
- To już wiem- przytaknął Vys i chciał zobaczyć Alika. Spojrzał nawet na jego ranę.
- Nie powinien mieć takiej gorączki- mruknął.
- To moc twierdzy- opowiedziała mu pokrótce o ponurej legendzie i mocy.
- Z tym też trzeba skończyć, przyjedzie tu mnich, który nauczy was chrześcijańskiej wiary. Te dawne legendy i moce tylko wzmagają nienawiść i walki nigdy się nie kończą- orzekł stanowczo Vys. Stanowczość- to jego główny rys. Milczał, obserwował, słuchał- i wydawał decyzje.
- Panie, nie mówisz chyba o przymierzu z Marharenami!- żachnęła się Vera.
- Nie, to wy je zaczęliście- odparł.
Uśmiechnęła się. Spodobało się jej rozumowanie lorda.
Przespał się kilka godzin w ciągu dnia i na wieczór pojechał do twierdzy ze zmianą patrolu. Dobrze, że wysłuchał starych legend, bo pod wieczór wśród osadzonych wybuchła panika. Czy było to działanie mocy, czy częsta w tamtym kraju konkurencja wśród jednostek własnego wojska- dość, że trzeba było ich rozdzielić, i to silnym kordonem. Ludzie Alika woleli spędzić noc pod gołym niebem niż w ruinach, a ludzie Lorena chcieli zabrać im cały sprzęt, na co nie pozwolił Vys.
Do dworu zajechała tymczasem reszta jego ekipy, z urzędnikami, medykiem i mnichem. Rodzeństwo popatrzyło po sobie. Wiedzieli, że ci ze stolicy nie zostawią im zarządu prowincji, choć dotąd nikt nie chciał tej biednej ziemi. Ekipa Vysa była dobrze zorganizowana. Ciekawe, czy bada sprawę dla kogoś, czy dla siebie. Tego trzeba się będzie dyskretnie dowiedzieć...
Vys jednak nieczuły był na dyplomatyczne słówka. Czuło się w nim nie tak dawnego wojskowego, konkretnego, choć znającego się i na gospodarce, i na kierowaniu ludźmi. Lepiej chyba zapytać go wprost, ale do tego tez musi być sposobna chwila.
Na razie Vys wprowadził do izby Alika, a raczej Celii, medyka i mnicha. Ten ostatni popatrzył nań z radością.
- Dwaj nasi bracia byli w niewoli za rzeką. Jakoś udało im się uciec i przejść przez most. Ten most. Pilnowany przez tego dowódcę!- powiedział serdecznie.
- Ile ich to kosztowało?- zapytał niewzruszony Vys.
- Pokazali tylko pobite plecy- mnich pochylił się na chorym a Alik, choć pogrążony w gorączce, wyczuł jego obecność. Mnich modlił się a potem podał mu krzyż. Chłopak uchwycił go mocno. Potrzebował właśnie tego, by wyrwać się z mocy zła- pomocy jakiejś dobrej potęgi.
W południe prosił już o wodę, wieczorem wypił trochę zupy a następnego dnia mógł odpowiadać na pytania.
- Długo tu jestem? Moi ludzie, twierdza, muszę wracać- popatrzył na Verę.
- Ojciec Jona pojechał do twierdzy. To mnich.
- Nowego Boga? Właśnie myślałem- że tylko nowy Bóg poradziłby sobie z mocą ruin. Nie wiedział jednak, jak Go wezwać- poza swym pragnieniem.
Odetchnął z ulgą, gdy podszedł do niego Vys.
- Podobno pilnowaliście mostu- zaczął.
- Tak, to był nasz posterunek.
- I czego szukacie po tej stronie rzeki?
- Przygnała nas powódź.
- Mogliście uciekać w drugą stronę.
Alik milczał. Vera podjęła decyzję opowiedzenia o czymś, o czym nie wiedział nawet jej brat.
- Mówiłam ci panie o grabieżczych wyprawach na naszą stronę. Od kiedy jest tu Alik, zawsze „tak jakoś zdarza się”, że zostajemy w porę ostrzeżeni- a to jakimś dymem, a to jakimś hałasem...
Alik przytaknął. Zdarza się, to prawda.
- Ile was to kosztuje?- niewruszenie zapytał Vys.
- To my same zaczęłyśmy zostawiać dary-jedzenie, szaty- zaoponowała.
- Nie widzieliśmy się nigdy przedtem, nie rozmawialiśmy ze sobą. Poznaliśmy się w tym tygodniu. Ale ta wzajemna daleka przyjaźń trwa już drugi sezon.
- Nie wiesz pani o wszystkim- szepnął Alik.
Nagle zrozumiała. Kamyki i kwiatki z tamtej strony rzeki, które i one znajdowały u swych okien. Brzuchy kobiet, o które nikt nie pytał, bo same nie zgłaszały skarg. Zachowanie kobiet, które pojechały z nią do twierdzy. Niektóre jakby kogoś szukały...
- Rozumiem- powiedziała z wysiłkiem. Alik odetchnął.
- A jak mnisi przeszli most?- pytał Vys.
- Czasami było bardzo ciemno. A jak ktoś chciał ryzykować życie- żeby je ocalić- to ryzykował- odparł ostrożnie Alik.
- Ile ich to kosztowało?
- To nie miało ceny. Nikt o niczym nie wiedział, kto idzie i kiedy.
- A jednak pokazywali ci plecy.
Alik uśmiechnął się bezradnie. Vys trafił go w dobrym stylu.
- Bałem się, że o własnych siłach nie przejdą- wyjaśnił.
- Więc najbardziej strzeżony graniczny most był gościńcem do nocnych spacerów- sarknął niezadowolony Vys. Musiał dociec, czy na pograniczu doszło do kolaboracji, zdrady czy bezmyślnego zaniedbania i kto był temu winien.
- A co miał z tego Garwan?- zapytał.
- Dobre myto od kupców, którzy przechodzili w dzień- powiedział uczciwie Alik.
Jednym z zadań granicznych patroli była opieka nad podróżującymi kupcami. Wojacy bezlitośnie zdzierali z nich wymyślone naprędce kwoty, niewiele w zamian dając. Posterunek Alika oferował wygodne, bezpieczne kwatery, dobre jedzenie, naprawę wozów, kucie koni. Nie za darmo, ale w ich sypialnej sali nie było nawet pcheł! Stąd kupcy chętnie wybierali ten szlak a Garwan wiedział, że opłaca mu się nie wnikać zbytnio w pracę posterunku.
Vys dał mu odpocząć chwilę, przechadzając się po komnacie.
- Dlaczego twoi ludzie i ludzie Lorena tak walczą ze sobą?- zapytał.
- To normalne. Drużyny walczą ze sobą o wszystko- odmruknął Alik.
- Nie rozumiem?
- No, o lepsze zaopatrzenie, stanowiska, broń.
- Walczą o wasz most?
...
Illias