Maciej Klonowski
„Traktat logiczno-filozoficzny” Ludwiga Wittgensteina – spojrzenie okiem dyletanta.
Praca niniejsza poświęcona została „Traktatowi logiczno-filozoficznemu” L.Wittgensteina – dziełu, które być może jak żadne inne dzieło filozoficzne XX w. oddziaływało i nadal oddziaływuje na rozwój współczesnej filozofii począwszy od neopozytywistów skupionych wokół Koła Wiedeńskiego, jak i stając się pożywką intelektualną dla późniejszych pokoleń przedstawicieli filozofii analitycznej. Poniżej zajmę się tylko podstawowymi założeniami dzieła młodego Wittgensteina i spróbuję dokonać ich krytycznej oceny.
Rozważania zaczniemy od pojęcia „świata” – kluczowego dla większości systemów filozoficznych, filozoficznych zarazem definiensu pierwszej tezy „Traktatu” - „Świat jest wszystkim, co jest faktem” (1). Kolejna teza (1.1) uściśla powyższe stwierdzenie podkreślając, iż „świat jest ogółem faktów a nie rzeczy”, jako że „to, co jest faktem – fakt – jest istnieniem stanów rzeczy” (2). Fakt zatem można określić jako pewną funkcję, której argumentami są rzeczy, co także potwierdza teza 2.01 : „Stan rzeczy jest połączeniem przedmiotów (obiektów, rzeczy)”. Rzeczy w ontologii Wittgensteina nie mają zatem samoistnego charakteru, są one zawsze uwikłane w jakieś relacje – same rzeczy jako takie na świat się nie składają – tworzą go dopiero fakty, które mogą być określonymi konstelacjami rzeczy połączonych rozmaitymi relacjami. Tą właśnie myśl potwierdzają tezy następujące po zacytowanych powyżej: „Przedmioty zawierają możliwości wszystkich sytuacji” (2.014) i przez to wyznaczają one „stałą formę świata” (2.023). Prowadzi to ostatecznie do wniosku, że „substancja świata może wyznaczać pewną stałą formę, nie zaś własności materialne. Te przedstawiają się dopiero przez zdania – tworzą je dopiero konfiguracje przedmiotów” (2.0231). „Nawiasem mówiąc: przedmioty są bezbarwne” (2.0232). W tezie 2.0231 antycypowana zostaje wittgensteinowska koncepcja logiki, od której uzależniona jest ontologia, gdyż nawet proste zdanie „x istnieje” jest opisem stanu rzeczy. Dla Wittgensteina treść pojęcia jest uchwytywalna jedynie w zdaniu – „Jest niemożliwe, aby słowa występowały na dwa różne sposoby – osobno i w zdaniu” (teza 2.0122 in fine). Jednak już na samym początku narzuca nam się obraz świata oglądanego sub specie aeternitatis – nie pojawia się tu czas, rzeczy jako takie istnieją niby zamrożone w eterze zakładając w sobie wszystkie możliwe stany rzeczy (vide 2.0124). Do tego dochodzi pogląd zakrawający na aprioryzm: „znając przedmiot znam też wszystkie możliwości jego występowania w stanach rzeczy (każda taka możliwość musi leżeć w naturze przedmiotu). Nie można znajdować potem jakiejś nowej możliwości” (2.0123) – tak więc już u podstaw swojej filozofii, która miała w przyszłości służyć do walki z metafizyką porwał się Wittgenstein na „rzeczy same”, traktując je jak punkty na kartezjańskiej osi współrzędnych.
Po powyżej zacytowanych tezach, wygłoszonych ex cathedra, spróbujmy dojrzeć jaka kryje się za nimi myśl i jakie są jej konsekwencje. Jak już zauważono, wydaje się, że dla Wittgensteina rzeczy są tylko punktami na kartezjańskiej osi współrzędnych. Zajmują niezmiennie swoje miejsce i co do ich położenia nie może być żadnych wątpliwości. Stanem rzeczy jest tylko pozycja jaką względem siebie zajmują. Pełna statyczność. To całe spojrzenie na świat wydaje się pokłosiem newtonowskiego paradygmatu, wraz z jego przestrzenią absolutną i absolutnym układem odniesienia. Zarówno ów świat, jak i jego elementy oderwane zostają od Znaczenia, co zresztą nie dziwi biorąc pod uwagę jak bezosobowa jest zaserwowana wizja świata. Wittgenstein bowiem wchodzi w sferę subiektywności dopiero gdy mówi: „tworzymy sobie obrazy faktów” (2.1). Jednak owa subiektywność naszych spostrzeżeń jest na swój sposób zuniformizowana: „Obraz przedstawia sytuację w przestrzeni logicznej – istnienie i nieistnienie stanów rzeczy” (2.11), jest on „modelem rzeczywistości” (2.1), ale już jako taki staje się kolejnym faktem (2.141). Czyżby to oznaczało, że taki stan rzeczy jest relacją między mną a światem? Cały złożony światopogląd byłby zatem tylko stanem rzeczy? Jaka jest jednak charakterystyka obrazu? – „Jest on jak miara przyłożona do rzeczywistości” (2.1512), co więcej „stosunek odwzorowujący składa się z przyporządkowań między elementami obrazu i rzeczami” (2.1514). Ten dość precyzyjny opis sytuacji między obrazem a światem mąci teza 2.16 stanowiąca: „Aby być obrazem fakt musi mieć coś wspólnego z tym, co odwzorowuje”. Co Wittgenstein rozumie przez „coś wspólnego”? Jak wiele wspólnego. Przecież nie wiadomo kiedy zdanie zaczyna być teorią, jako że zawsze kryje w sobie jakieś założenia i opiera się na jakimś szerszym kontekście, kontekście każda niemal teoria metafizyczna miała „coś”, a nawet wiele „wspólnego” ze światem – a przecież Wittgenstein uznał zdania metafizyczne za niedorzeczne, a zatem nie odwzorowujące niczego i nie będące, jak z tego wynika – obrazami. Tu pojawia się kluczowe chyba pojęcie formy odwzorowania, która „jest możliwością, że rzeczy tak się do siebie mają jak elementy obrazu” (2.151) i jest „tym, co obraz musi mieć wspólnego z rzeczywistością, by móc ją na swój sposób – trafnie lub błędnie – odwzorować” (2.17). Formy odwzorowujące są różne (2.171), lecz powszechną właściwą wszystkim obrazom jest forma logiczna (2.182), wtedy mamy do czynienia z obrazem logicznym.
Wypada tu jednak powtórzyć i rozszerzyć uprzednio zasygnalizowane zarzuty. Autor traktatu nie chce, jak się zdaje, słyszeć o treści pojęć, myśli. Świat poprzez logiczną formę przedstawia mu się jedynie jako suma relacji, które w języku logiki można przedstawić w formie podstawowej jako „aRb”, a „ogół myśli prawdziwych jest obrazem świata” (3.01) – zupełnie jakby nie istniał czas, jakby świat był określonym na zawsze zbiorem elementów. Przedstawiony w powyższych tezach świat jest oderwany od jakiejkolwiek epistemologii – gdy mowa o „obrazie świata” pominięty zostaje fakt, że zawsze jest tylko jakiś konkretny podmiot poznający, a jednej „rzeczy” wiele podmiotów może nadać różne znaczenie, a każde z tych znaczeń będzie odrębnym stanem rzeczy – na jeden obiektywny świat fizykalny nakłada się w jednym punkcie czasowym taka ilość światów intencji, ile jest podmiotów aktualnie poznających. Nadto w powyższym opisie w miarę jasno przedstawia się stan rzeczy jako relacja między dwoma przedmiotami fizykalnymi, dużo bardziej zagmatwana jest relacja między podmiotem a przedmiotem (nie mówiąc już o zawiłościach w relacji między dwoma podmiotami). Poza tym jak mamy rozumieć „ogół zdań prawdziwych” jeśli nie jak jakiś metafizyczny postulat. W ten właśnie sposób upraszcza Wittgenstein wizję świata, by móc wprowadzić pojęcie formy logicznej jak i obrazu logicznego. Niezłożony, jednowarstwowy świat przedmiotów pozostających pozostających jakiejś bezczasowej relacji posiada pewną formę – a formę tą tworzą właśnie przedmioty (2.023). Z kolei obraz jest obrazem przez to, że posiada formę. Z kolei obraz jest obrazem przez to, że posiada formę – „obrazowi i temu, co odwzorowywane wspólna jest logiczna forma odwzorowania” (2.2). Kolejnym krokiem jest stwierdzenie, że „logicznym obrazem faktów jest myśl” (3). Z dalszego kontekstu wynika, że dla Wittgensteina „myśl” całkowicie zawiera się w zakresie pojęcia „logiczny obraz faktów”, zatem niczym więcej być nie może. Tymczasem wydaje się, że takie ujęcie sprawy prowadzi do rozminięcia się z prawdą. Można bowiem bronić tezy, że myśl jest tym, czym jest nie tyle przez logiczną strukturę, jak chciałby tego Wittgenstein, lecz przez treść, i jeśli odwzorowuje świat, to nie tyle logicznie, co semantycznie, a nadto semantycznie – czyli zależnie od okoliczności, czasu i wielu czynników, których logicy w swych teoriach nie uwzględniają. Ze zdań o takiej samej strukturze logicznej mogą wynikać zupełnie różne ujęcia rzeczywistości, gdyż treść zdania deformuje jego logiczną formę, tak jak grawitacja zakrzywia wg. Einsteina czasoprzestrzeń. Pewną wzajemną równoważność zdań można dostrzec, tylko gdy wszystkie odnoszą się do relacji między przedmiotami fizykalnymi i pod takie zdania budowana jest teoria Wittgensteina, która zawodzi, gdy jednym z elementów odwzorowywanego stanu rzeczy jest czynnik intencjonalny. Pomińmy milczeniem fakt, że Wittgenstein konstruując swą wizję świata nieco na wyrost przyjął, że fakty jako stany rzeczy nie mogą być przez ludzi traktowane jak rzeczy, które to zjawisko nagminnie występuje w języku zdeterminowane przez treść. Pochopnym posunięciem wydaje się również potraktowanie zdań jako budulca, sui generis monad. Tymczasem nawet treść zdań nie wydaje się być czymś stałym – jest ona dalej kształtowana przez kontekst wypowiedzi, w której zostają użyte. Wydaje się, że kilka sensownie powiązanych zdań może zbudować nową treść, która nie wynika z żadnego z nich z osobna – tak jest właśnie z teoriami, w których każde kolejne zdanie o czymś przesądza, jakieś domniemania eliminuje.
Do pojęcia świata Wittgenstein powraca w tezie 5.6 Czytając ją, jak i następujące po niej tezy czytelnik nagle uświadamia sobie, że choć nadal mowa o „świecie”, to słowo to zaczyna znaczyć zupełnie co innego – teraz chodzi o „mój świat”, gdzie „świat i życie to jedno” (5.621). „Ja jestem swoim światem” (5.63), a w konsekwencji to, że „świat jest moim światem uwidacznia się w tym, że granice języka (jedynego języka jaki rozumiem) oznaczają granice mego świata” (5.62). Osobiście nie uważam by między wcześniej cytowanymi tezami wygłaszanymi in abstracto o świecie i języku, a tezami przytoczonymi tu zachodziła jedynie różnica skali – mamy tu raczej do czynienia z dwoma niesprowadzalnymi do siebie uniwersami – i w ten sposób nie można się zgodzić z twierdzeniem, że „logika wypełnia świat; granice [mego] świata są też jej granicami” (5.61), gdyż w moim świecie, narosłym niczym perła wokół rzeczywistości fizykalnej, uwierającej mnie od chwili, gdy zyskałem świadomość jest wiele przedmiotów brzemiennych swą treścią, a jednak mej relacji do nich nie opisze żaden język, choć dla mnie może być całkiem jasna w mym intuicyjnym oglądzie i zawierać się w treści jednego pojęcia (np. honor, piękno). Także o wielu ludziach mogę mieć jasno określone zdanie i należą oni do mojego świata, choć nawet w wielkiej liczbie zdań nie mógłbym określić tego, co o nich sądzę, choć każde kolejne zdanie o nich zagęszczałoby pewien kontekst i czyniło zdania poprzednie jakby bardziej prawdziwymi, co na gruncie wittgensteinowskiej logiki jest nie do pomyślenia. Tak zatem granice mego świata wykraczają poza granice logiki, jak i poza granice języka utożsamionego z logiką, uboższego niż język znaczeń.
Prezentowana w początkowych tezach traktatu teoria odwzorowania wraz z absolutnie pojmowanym światem faktów i rzeczy były jedynie pewną hipotezą. Gdy zaś dochodzimy do poziomu epistemologii, który właściwie powinien być punktem wyjścia, mamy już złożona aparaturę pojęć traktowanych jak aksjomaty. Konfrontując te pojęcia z codziennym doświadczeniem musimy uznać, że zarówno ja, jak i wiele innych osób mamy pewne poglądy co do świata fizykalnego okrywając go niby noosferą i każda z tych relacji jest swoistym faktem. Mamy zatem na początek relację „aRb”, gdzie „a” to ja, zaś świat fizykalny to „b” (nikt nie może zaprzeczyć, że w większości języków świat także jest swoiście pojmowaną rzeczą) i choć z czysto logicznego punktu widzenia z zapisem formalnym nie ma problemu, to trudno mi sobie wyobrazić proste zdanie, które odwzorowałoby tą relację. Jeszcze gorzej rzecz ma się z „aRa”, czyli zagadnieniem znanym jako „kim ja jestem?” lub aR(cRb), gdzie przy powyższych zmiennych „c” oznacza innego człowieka (taka relacja odzwierciedlałaby np. mój stosunek do filozofii Wittgensteina). Ponadto jeśli stosownie do 3.01 będziemy utrzymywać, że „ogół myśli prawdziwych jest obrazem świata” to czyje będą to myśli zważywszy zmienność świata i naszą jedynie historyczną w nim obecność. Póki trzymamy się wizji statycznego świata złożonego ze stałych punktów, to ogół możliwych myśli o możliwych stanach rzeczy rozciągający się nad światem niby siatka jest czymś oczywistym, lecz gdy dochodzą pojawiające się i znikające podmioty, które w ciągu życia podlegają jako egzystencje nieustannym zmianom i są w zasadzie punktem wyjścia każdego poznania, zawsze ograniczonego, to o jakim obrazie świata może być mowa. Jedynym dla niego ratunkiem będzie uznanie absolutnego determinizmu i założenie, że wszystko już zostało stworzone i tylko czeka na swą kolej by się pojawić. W przeciwnym razie teoria odwzorowania logicznego runie jak domek z kart..
Wittgenstein nie docenił świata ocen i znaczeń – a porzucając płaszczyznę semantyczną i aksjologiczną sprawił, że jego model funkcjonował tylko w hipotetycznych warunkach, co nie przeszkodziło mu wyjść poza laboratorium i przy pomocy tego modelu w otwartym polu stawać do walki z metafizyką. Źródeł takiej postawy możemy się doszukiwać w takich tezach jak: „przedmioty są bezbarwne” (2.0232) czy „sytuacje możemy opisywać, nie nazywać” (3.144). Tymczasem w rzeczywistości myśl okazuje się być czymś więcej niż język, a język czymś więcej niż logika. Wprawdzie Wittgenstein spostrzega, że „w mowie potocznej zdarza się nader często, że to samo słowo oznacza na różne sposoby” (3.323), w związku z czym dla uniknięcia pomyłek proponuje używać symboliki, która dla jednego znaku oznaczającego na różne sposoby stosowałaby odrębne symbole stosownie do każdego znaczenia. Zaprawdę godne to i sprawiedliwe, ale postulat ten pozwala jedynie eliminować ekwiwokacje w jednym zdaniu lub krótkim rozumowaniu. Jednak na szerszą skalę, w praktyce życiowej zadanie to jest wykonalne – w samym „Traktacie”, mającym przecież pretensje do ścisłości samo słowo „świat” pojawiło się kilkakrotnie w niekoniecznie tym samym znaczeniu. Pomysł logicznego rozjaśniania o ile całkiem przekonujący w stosunku do oderwanych zdań, to staje się dyskusyjny gdy mamy do czynienia z jakąś bardziej złożoną wypowiedzią. Jeszcze bardziej dyskusyjna jest koncepcja języka jako takiego. Teza 4.001 stanowi: „Język jest ogółem zdań”. Twierdzenie takie ma oczywiście zasadnicze znaczenie dla analizy logicznej, gdyż przy takim założeniu można rozbić każdy tekst na zdania, a tychże wartość logiczną bądź sensowność osobno oceniać z dużo większą łatwością. Jednak i powyższa teza stanowi raczej pewien aksjomat, kolejne z kół zębatych systemu, jakim jest teoria odwzorowania logicznego., aniżeli sąd odzwierciedlający jak mają się rzeczy naprawdę. Teza 4.001 stoi bowiem w jawnej sprzeczności z elementarnymi doświadczeniami życia potocznego. Jak już zaznaczyłem, wypowiedź nie jest po prostu sumą zdań – tak jak nazwy w zdaniu, podobnie zdania w wypowiedzi współtworzą nowe sensy – i to nie tylko o charakterze emocjonalnym, lecz także logicznym. W samym „Traktacie” Wittgenstein zaznacza swe wątpliwości pisząc „ Język potoczny stanowi część organizmu ludzkiego i jest nie mniej niż on skomplikowany. Wydobycie logiki języka wprost z języka potocznego jest niepodobieństwem” (4.002 media parte). Ale jeśli nie jest możliwe z języka potocznego, to z jakiego? Czy istnieje poza nim inny, zupełny język, na który moglibyśmy się całkowicie przestawić? Język przyrodoznawstwa? – Niedorzeczna wizja by tworzyć model modelu. Sądzę, że zdania dodawane do siebie w wypowiedzi w sposób nieprzypadkowy w celu wyrażenia jakiejś myśli, zwiększają swą „masę znaczeniową”, w samej wypowiedzi narastają potoczności i czy się to autorowi podoba czy nie – rodzą się samoistnie wieloznaczności, ujawniają ukryte założenia. Prawidłowości tej, wydaje się, że immanentnie zawartej w języku, nie umknie najskrupulatniejszy nawet naukowiec – to coś, z czym trzeba się po prostu pogodzić. Zdanie badane w oddzieleniu wydaje się zachowywać inaczej. Tymczasem Wittgenstein traktując język jako ogół oderwanych zdań wyrokuje: „Ogół zdań prawdziwych stanowi całość przyrodoznawstwa (albo ogół nauk przyrodniczych)” (4.11). To interesujące, że takie zdania jak „kocham Magdę”, czy „wypisał mi się długopis” lub „uważam X za kretyna” stoją u fundamentów przyrodoznawstwa, o ile tylko są prawdziwe. Następnie daje autor „Traktatu” wyraz swej koncepcji filozofii jako stojącej poza naukami przyrodniczymi, której celem jest logiczne rozjaśnianie myśli. Co więcej, filozofia nie jest teorią, lecz działalnością, a wynikiem filozofii nie są „tezy filozoficzne”, lecz jasność tez (4.111 i 4.112). Skoro tak ma być, to gdzie są granice tzw. „nauk przyrodniczych” – godne uwagi, że wlicza do nich Wittgenstein psychologię – naukę o przedmiocie dość ulotnym, której gros tez pozostaje niemożliwymi do weryfikacji. Co więcej gwoli ścisłości należałoby zapytać czym jest w takim razie „Tractatus logico-philosophicus” dla Wittgensteina, jeżeli filozofia nie jest teorią – czyżby zbiorem praw? Dziełem, które na zasadzie wyjątku ustanawia nowy porządek? Rozwiązanie tylko po części tkwi w tezie 6.54., zwłaszcza, że we wstępie do dzieła autor zdaje się na tych, którzy kiedyś już przemyśleli myśli w niej wyrażone. Tym samym godzi się z faktem, że poprzez traktat niczego nie komunikuje, lecz odwołuje się do istniejących już przeświadczeń – dlaczego nie założyć, że wszystkie dotychczasowe filozofie robiły to samo – w takim świetle atak Wittgensteina na dotychczasową metafizykę wydaje się niedorzeczny i nieuzasadniony.
Z gąszczu tych pytań rodzi się jedna poważna wątpliwość – mianowicie założenie kryjące się w tezie 3 i nast. opiera się na potocznym rozumieniu języka i traktuje o języku z podręczników logiki, języku jako modelu składającym się z przykładowych oderwanych zdań jak „Jan ma długopis”, które zawsze coś znaczą nie Znacząc zarazem nic. Już z prostych obserwacji wynika, że język jest przez to językiem, że „jest w użyciu” i nie skupia się tylko na opisie. Oderwane zdanie „Trójka młodych ludzi ogląda zdjęcia i rozmawiając śmieje się” także coś znaczy w języku polskim i jest niewątpliwie zdaniem sensownym, a mimo to w swym znaczeniu osieroconym. Bo jeśli jakieś zdania były brzemienne swą treścią, to te, które padły wczoraj, gdy z przyjaciółmi wspominaliśmy czasy sprzed lat. To one kipiały pełnią swego znaczenia, osadzone w konkretnym kontekście. Właśnie konkretność tamtej sytuacji wymyka się opisowi, a nawet gdyby tamte zdania dzięki dobrodziejstwom techniki zostały utrwalone, to dla postronnego odbiorcy nadal pozostałyby poza szerszym kontekstem, jakim jest życie i w który każdy z nas jest nieustannie wciągany. Opisywanie jest tylko wtórną funkcją języka, głębszą i zakamuflowaną pozostaje, jak sądzę, współuczestnictwo – to ono przejawia się w języku i to przez nie znaczenie zdań jest stopniowalne, gdzie kryterium stanowić będzie właśnie zakorzenienie w kontekście. Stąd budzi moje wątpliwości teza o równorzędności zdań (6.4). Na języku, niczym rosa osiada pamięć. W powyżej przytoczonym kontekście nie były opisywane zdarzenia (nawet jeżeli z zewnątrz tak to mogło wyglądać), gdyż zostały one już uprzednio wspólnie przeżyte. Rzeczywiście zakomunikowane zostało to, co, paradoksalnie, nie zostało wypowiedziane; to, co około wymienionych w rozmowie wydarzeń, to, co zmieniło się pomiędzy „wtedy” a „teraz”, nasz stosunek do „wtedy” i i sytuacje, które wiązały się z tym, co przedstawione na zdjęciach, choć na żadnym z nich nie zostało bezpośrednio uwiecznione. W języku iskrzył humor z odcieniem nostalgii, w padających słowach kłębiło się życie, wizja, ale nie było miejsca na opis. Potoczna koncepcja języka zakłada, że jego funkcją jest opisywanie, ale język potoczny o ile w ogóle ma przypisaną jakąś funkcję, to jest czymś daleko bardziej złożonym. Nieuwzględnienie tego „czegoś więcej” czyni rozważania o języku martwymi i żałośnie chybiają one celu. Stają się co najwyżej rozważaniami o języku filozofów, filozofów tym że język filozofów bytuje na marginesie języka potocznego – w rzeczywistości jest to język potoczny w każdym konkretnym przypadku zinterioryzowany przez jednostki, w którym treść niektórych pojęć została niemożliwie rozszerzona, w którym pojęcia zostają arbitralnie określone, wyszlifowane, dopasowane do siebie. Jest jak brylant w stosunku do diamentu. Diament jest czymś w swej istocie określonym, a mimo to nie ma żadnego narzuconego sztucznie kształtu; brylant zaś nosi kształt narzucony przez sztukę i choć można poddawać go dalszej obróbce (tak funkcjonują szkoły filozoficzne), to zatracił on już swą dziewiczość, immanentną i narzucającą się każdemu potencjalność. Język filozofów nienawidzi nieścisłości, niedookreśloności i wieloznaczności pojęć, używania tych samych znaków w różnych znaczeniach, mimo to jednak nie jest w stanie zerwać z językiem potocznym, z którego wyrasta i ostatecznie, gdy dochodzi do próby komunikacji, zatraca się w nim.
W formie skrajnej dał temu wyraz właśnie Wittgenstein w swym traktacie. Podjął się próby stworzenia gmachu z precyzyjnie określonych pojęć, dopasowanych do siebie tak bardzo, że nie da się między nie wcisnąć metaforycznej żyletki. Moim zdaniem w rezultacie dało to efekt ściąganej kołdry – gdy jeden z małżonków chce się nią szczelnie okryć drugiemu nic nie zostaje. To, co zostało przez tę kołdrę odsłonięte przejawia się z niezwykłą wyrazistością w tezie 6.41 i nast. W skonstruowanym przez Wittgensteina uniwersum sam sens świata się już nie mieści, nie mieści się też wartość, gdyż jak autor „Traktatu” stwierdza: „Etyka jest transcendentalna” (4.421) (nie wnikam już czy chodzi o świat „w ogóle” czy „mój świat”). W związku z tym może już tylko powiedzieć: „poprawna metoda filozofii byłaby właściwie taka: Nie mówić nic poza tym, co da się powiedzieć, czyli poza zdaniami nauk przyrodniczych”. Pomijając podniesioną już wcześniej kwestię czym są właściwie „nauki przyrodnicze”, to czy można tu dalej mówić o jakiejkolwiek filozofii. Z drugiej strony są przecież filozofie posługujące się esejem, dialogiem, którym na przecięciu ze sztuką udaje się wykorzystać ową specyficzną moc języka potocznego, do „przywoływania” pewnych wspólnych ludziom doświadczeń, wrażeń, myśli. Gdy Platon mówiąc o ideach raz używał słowa methexis, a kiedy indziej parousia lub koinonia miał niewątpliwie na myśli to samo, choć było to coś bezpośrednio nieopisywalnego (to tłumaczy częste użycie mitu). Z drugiej strony Platon był pierwszym, który w dyskursywnej formie pisał o ideach, ale czy był pierwszym, który o nich myślał? Może tym, co przez XXV wieków fascynowało ludzkość w filozofii były nie takie czy inne konstrukcje myślowe, lecz udział w pewnej duchowej, ponadczasowej wspólnocie, odnajdywanie strzępków własnych myśli u innych ludzi? Może zawsze chodziło o odrobinę iluzji i nigdy nie było w filozofii prawdziwej komunikacji, lecz odnajdywanie się w cudzych myślach lub nie, zaś Wittgenstein zaatakował tylko pozory?
Pojawia się jeszcze jeden problem – z jednej strony w przypadku „Traktatu logiczno – filozoficznego” mamy do czynienia z tworem surowym, ba sterylnym, a z drugiej sam Wittgenstein był człowiekiem, w którego domu rodzinnym bywali Brahms i Klimt, który Mozarta i Beethovena nazywał „prawdziwymi synami bożymi”, Kierkegaarda „świętym”, oraz wielbił prozę Tołstoja i Dostojewskiego. Fragment układanki odsłania się w jednym z listów: „I tak to jest: jeśli tylko nie silimy się, aby wypowiedzieć to, co niewypowiadalne, nic się nie zatraca. Ale to, co niewypowiadalne, będzie – niewypowiadalnie – zawarte w tym, co zostało wypowiedziane”. Stąd już niedaleka droga do ostatnich, tzw. mistycznych tez traktatu. Bez nich dzieło to nie byłoby pełne. Tu ukazuje się to, czego wittgensteinowska kołdra nie zdołała przykryć. Z tez tych wynika jak ważne były dla Wittgensteina właśnie zagadnienia etyczne i życiowe. Ścisły umysł autora „Traktatu” najpierw układa system mający pretensję by spoistością przewyższyć Spinozę, po czym niby kabalistyczne zaklęcia wyrzuca z siebie kilka ostatnich tez zwracając tęskny wzrok ku temu, co, jego zdaniem, niewypowiadalne. Zaś 7, ostatnia teza niby epitafium na grobie europejskiej filozofii obwieszcza całemu światu „O czym nie można mówić o tym trzeba milczeć”.
Co wynika z powyższego? Może niekoniecznie to, że dotychczasowa metafizyka winna zniknąć zastąpiona przez logiczną analizę języka nauki, lecz że powinna ratować swą tożsamość rezygnując z pseudościsłego języka, porzucić pretensje do naukowości i powrócić do korzeni – wykorzystać w pełni naturalną moc tkwiącą w potocznym języku, jak czynili to starożytni. Wittgenstein nie potrafił wyrazić TYCH prawd w swym ścisłym języku, gdyż może źle zakreślił granice samego języka, może źle określił jego funkcje, a poza tym może TE rzeczy nie dają się opisać, lecz opowiedzieć i jak Morfeusz, gdy źle uchwycone, wymykają się analizie – analizie język nauk ścisłych jest, jak mniemam, złym uchwytem. Trudno polemizować z tezą 6.52 : „Czujemy, że gdyby rozwiązano wszelkie zagadnienia naukowe, to nasze problemy życiowe nie zostałyby jeszcze tknięte”. Ale czy to powód by przestać mówić o tych problemach i rugować je z filozofii. Więcej wstrzemięźliwości wykazał Jaspers wskazując, że filozofia jest indywidualnie podejmowana wędrówką, w której nie ma obiektywnego postępu, a przemyślenia innych filozofów mogą być co najwyżej pomocne. W związku z tym wydaje się, że „Tractatus” jest po troszę dzieckiem nieporozumienia. Nieporozumienia tym większego, że jako malleus methaphysicarum jest sam zbiorem na niczym nie opartych twierdzeń o charakterze niekiedy co najmniej dyskusyjnym – jak np. omawiana koncepcja języka lub autorytatywne przesądzenie, że w świecie wszystko, co się dzieje i faktycznie istnieje jest przypadkowe (6.41). Nieporozumieniem jest również stwierdzenie, że filozofia o rzeczach mistycznych (zdziwieniu wobec samego faktu istnienia świata, zdziwieniu tak wielkim, że niewyrażalnym) czy etyce musi mówić wprost, co jest zdaniem Wittgensteina bezsensownym szturmem na granice języka – jak sam stwierdził „gdyby ktoś chciał powiedzieć cos metafizycznego [trzeba] wykazać mu, że pewnym znakom swoich zdań nie nadał żadnego znaczenia” (6.53). W świetle tego, co przedstawiono powyżej „Tractatus logico – philosophicus” jawi się jako wyraz bezsilności człowieka wobec wielkiej tajemnicy, jaka pozostaje sam język, bowiem taka a nie inna koncepcja języka zadecydowała w przypadku Wittgensteina o zanegowaniu przezeń całej dotychczasowej tradycji filozoficznej. Język nie jest pewną sumą możliwych kombinacji liter, jest czymś więcej niż zbiór słów, ale i wykracza poza sumę możliwych do sformułowania zdań, jak chciał tego autor traktatu. Wydaje się, że można filozofować tak, by nie opisywać rzeczywistości, lecz ją pokazać, nie tworzyć teorii, lecz obraz, w którym odbiorca odnajdzie swe ukryte przeświadczenia – na tym, jak zauważono, bazował Wittgenstein w pierwszym zdaniu przedmowy do traktatu. Dlaczego Wittgenstein nie wybrał tej drogi? Czy chciał pozostać wierny swemu systemowi? Zastrzegł tą działkę dla sztuki? Jak stanowi teza 6.5: „Jeżeli jakieś pytanie da się w ogóle postawić, to można też na nie odpowiedzieć”... Kwestia zatem pozostaje otwarta…
7
XMedzik30