Grass Gunter - IdÑc Rakiem.rtf

(425 KB) Pobierz
GÜNTER GRASS

Günter GRASS

IDĄC RAKIEM

Nowela

Przełożył

Sławomir Błaut

 

 

 

 

 

 

 

 

 

in memoriam

1

- Czemu dopiero teraz? - pytał ktoś, kto nie jest mną. Ponieważ matka mi w kółko... Ponieważ jak wówczas, kiedy po wodzie niósł się krzyk, chciałem, ale nie mogłem krzyczeć... Ponieważ prawda to chyba ledwie trzy linijki... Ponieważ teraz dopiero...

Słowa mają jeszcze ze mną trudności. Ktoś, kto nie lubi żadnych wykrętów, przygważdża mnie powołując się na mój zawód. Bo przecież to ja już jako żółtodzioby młodziak, ze słowami za pan brat, odbywałem praktykę w Springerowskiej gazecie, niebawem zręcznie zmieniłem front, później na łamach „taz” nielicho przejeżdżałem się po Springerze, potem na żołdzie agencji prasowych ćwiczyłem się w zwięzłości i przez długi czas z pozycji wolnego strzelca przerabiałem na artykuły siekaninę bieżących zdarzeń: Aktualności dzisiejszego dnia. Dzisiaj aktualne.

Odparłem, że może i tak było. Ale tacy jak ja niczego innego się nie nauczyli. Jeśli mam teraz przystąpić do rozprawiania się ze sobą, to wszystko, co mi się ułożyło na opak, pójdzie na karb zatonięcia statku, ponieważ ni mniej, ni więcej, ponieważ matka wtedy bliska rozwiązania, ponieważ ja w ogóle żyję tylko za sprawą przypadku.

I oto znów jestem na czyichś usługach, na razie jednak wolno mi pominąć moją skromną osobę, bo ta historia zaczęła się na długo przede mną, ponad sto lat temu, mianowicie w Schwerinie, meklemburskiej stolicy, która rozpościera się pośród siedmiu jezior, uwieczniona jest na widokówkach przedstawiających staromiejski Schelfstadt i wielowieżowy zamek, a kolejne wojny przetrwała na pozór bez uszczerbku.

Z początku nie sądziłem, że dawno odfajkowana przez historię prowincjonalna mieścina mogłaby zwabić kogokolwiek poza turystami, ale potem ów punkt wyjścia mojej opowieści raptem nabrał aktualności w internecie. Jakiś anonim podawał informacje osobowe przytaczając daty, nazwy ulic i świadectwa szkolne, przed kimś takim, kto jak ja szpera w przeszłości, chciał koniecznie otworzyć skarbnicę wiedzy.

Skoro tylko na rynku pokazała się ta aparatura, sprawiłem sobie Macintosha z modemem. Mój zawód wymaga owego dostępu do krążących po świecie informacji. Nauczyłem się obchodzić jako tako z moim komputerem. Wkrótce takie słowa jak browser i hiperlink*[1] przestały być dla mnie chińszczyzną. Klikaniem myszy ściągałem infosy do wykorzystania lub do wyrzucenia, dla fantazji bądź z nudów zacząłem przeskakiwać z jednego chatroomu na drugi i reagować na najbardziej niedorzeczne maile, przez krótki czas gościłem też na dwóch, trzech pornosites, a wreszcie po chaotycznym surfowaniu natknąłem się na witryny, gdzie tak zwani przedwczorajsi, ale i świeżo upieczeni młodzi naziści dawali upust swojej tępocie na stronach nienawiści. I nagle - biorąc nazwę statku za słowo poszukiwane - wyklikałem właściwy adres: „www.blut - zeuge.de”. Świadek krwi - męczennik. Jakieś „Kamractwo Schwerin” ogłaszało gotyckimi literami gromkie hasła. Same pamiętliwe kawałki. Chciało się bardziej śmiać niż rzygać.

Od tej chwili nie ulega wątpliwości, czyja to krew ma dawać świadectwo. Ale jeszcze nie wiem, czy mam najpierw, jak uczy doświadczenie, odtworzyć jedną, potem drugą sprawę, a następnie ten czy tamten życiorys, czy też powinienem raczej na skos wejść czasowi w paradę, dajmy na to na sposób raków, które udają chód wsteczny zbaczając z prostego kursu, lecz całkiem szparko posuwają się naprzód. Pewne jest jedynie tyle: Natura, a ściślej biorąc Morze Bałtyckie już przeszło pół wieku temu pogodziło się ze wszystkim, o czym będzie tu mowa.

Na pierwszy ogień idzie ktoś, czyj nagrobek został rozbity na kawałki. Po szkole - mała matura - zaczęła się jego praktyka bankowa, którą ukończył bez wzlotów i upadków. W internecie nie było na ten temat ani słowa. Tam na specjalnie jemu poświęconej website urodzony w roku 1895 w Schwerinie Wilhelm Gustłoff odbierał tylko hołdy jako „świadek krwi”. Toteż zabrakło wzmianki o kłopotach z krtanią, o chronicznej chorobie płuc, która nie pozwoliła mu wykazać się dzielnością w pierwszej wojnie światowej. Podczas gdy Hans Castorp, młody mężczyzna z hanzeatyckiego rodu, na polecenie swego twórcy musiał opuścić Czarodziejską Górę, aby na stronie 994 powieści pod tymże tytułem polec jako ochotnik we Flandrii albo rozpłynąć się w literackiej mgławicy, schweriński bank Towarzystwa Ubezpieczeń na Życie w roku siedemnastym troskliwie wysłał swego sumiennego urzędnika do Szwajcarii, gdzie w Davos miał się wykurować z trapiącej go choroby, po czym w nadzwyczajnym powietrzu do tego stopnia wyzdrowiał, że tylko w jakiś inny sposób można było doprowadzić go do śmierci; na powrót do Schwerina, do klimatu północnych Niemiec na razie nie miał ochoty.

Wilhelm Gustłoff znalazł pracę asystenta w obserwatorium. Po przekształceniu tej placówki badawczej w instytucję konfederacką awansował na jej sekretarza, któremu wszakże starczało czasu, aby sobie dorobić podróżując po kraju w charakterze akwizytora Towarzystwa Ubezpieczeń Sprzętów Domowych; przy okazji ubocznego zajęcia poznawał więc kantony Szwajcarii. Równocześnie nie próżnowała jego żona Hedwig; nie mając oporów mimo swych ultranarodowych przekonań zatrudniła się jako sekretarka u adwokata nazwiskiem Moses Silberroth.

Do tego momentu z faktów wyłania się obraz po mieszczańsku statecznego małżeństwa, które jednak, jak się okaże, tylko udawało, że prowadzi życie zgodne ze szwajcarskim ideałem dorabiania się; bo z początku skrycie, później całkiem jawnie - na co pracodawca długo przymykał oczy - sekretarz obserwatorium z powodzeniem wykorzystywał wrodzony talent organizacyjny: wstąpił do Partii i do początków roku trzydziestego szóstego wśród zamieszkałych w Szwajcarii Niemców z Rzeszy i Austriaków zwerbował blisko pięć tysięcy członków, zorganizował w całym kraju w grupy lokalne i zaprzysiągł na wierność komuś, kogo Opatrzność wymyśliła sobie na führera.

Landesgruppenleiterem mianował go wszelako Gregor Strasser zawiadujący sprawami organizacyjnymi Partii. Strasser, który należał do lewego skrzydła, w roku trzydziestym drugim na znak protestu przeciwko bliskim kontaktom swego führera z wielkim przemysłem złożył wszystkie urzędy, a w dwa lata później został zaliczony do uczestników puczu Röhma i zlikwidowany przez swoich; jego brat Otto ocalał uciekając za granicę. Z kolei Gustloff musiał poszukać sobie nowego wzoru.

Kiedy w związku z interpelacją zgłoszoną w Małej Radzie Gryzonii funkcjonariusz policji do spraw cudzoziemców chciał się od niego dowiedzieć, jak on pojmuje swój urząd landesgruppenleitera NSDAP w Konfederacji Szwajcarskiej, Gustloff ponoć odpowiedział: - Najbardziej na świecie kocham moją żonę i moją matkę. Gdyby mój führer rozkazał mi je zabić, to bym go posłuchał.

Ten cytat został zakwestionowany w internecie. Takie i jeszcze inne kłamstwa wymyślił w swojej ramocie Żyd Emil Ludwig, można się było dowiedzieć w chatroomie udostępnionym przez Kamractwo Schwerin. Natomiast męczennik w dalszym ciągu pozostawał pod wpływem idei Gregora Strassera. Gustloff stale podkreślał, że w jego światopoglądzie wartości socjalistyczne znaczą więcej od narodowych. Niebawem między czatowcami rozgorzały walki frakcyjne. Wirtualna noc długich noży domagała się ofiar.

Potem jednak wszystkim zainteresowanym internautom przywołano na pamięć datę, która miała świadczyć o roli Opatrzności. Coś, co ja usiłowałem wytłumaczyć sobie jako zwykły przypadek, wynosiło partyjnego aparatczyka Gustloffa na ponadziemskie wyżyny. 30 stycznia 1945, z dokładnością co do dnia, w pięćdziesięciolecie urodzin męczennika, zaczął tonąć statek ochrzczony jego imieniem i tym samym w dwanaście lat od przejęcia władzy, znowu z dokładnością co do dnia, stał się znakiem powszechnej zguby.

Oto jakby pismem klinowym wyryta w granicie. Przeklęta data, od której wszystko się zaczęło, niebywale spotęgowało, doszło do punktu kulminacyjnego, dobiegło kresu. Ja też, dzięki matce, jestem związany z dniem wciąż żywej katastrofy; natomiast ona żyje podług innego kalendarza i nie uznaje ani przypadku, ani podobnych wszechwyjaśniaczy.

- A szkąd! - woła ta, której nigdy nie nazywam zaborczo „moją”, ale zawsze tylko „matką”. - Gancegal po kim by są sztatek zwał, i tak na dno by poszedł. Bym tylko wiedżecz chczała, co se ten Ruszki myszlał, jak do nas trzy razy pod rząd, rach - ciach - ciach, wygarnącz kazał...

Wciąż jeszcze tak gada, jak gdyby od tamtych lat nie upłynęła kupa czasu. Słowa rozwleczone. Zdania przepuszczone przez magiel. Mówi bulwy na ziemniaki, glomza na twaróg i pomuchla, kiedy przyrządza dorsza w musztardowej zalewie. Rodzice matki, August i Erna Pokriefkowie, pochodzili z Kosznajderii, nazywano ich Kośniewiakami. Ona za to wyrastała we Wrzeszczu. Pochodzi nie z Gdańska, lecz z tego rozciągniętego, zagarniającego coraz więcej sąsiednich pól przedmieścia, którego jedna z ulic nosiła miano Elzy i dla małej Urszuli, zwanej Tullą, musiała być całym światem, bo opowiadając, jak to po swojemu nazywa, „sztare dżeje”, często wprawdzie wspomina kąpielowe igraszki na pobliskiej bałtyckiej plaży albo wyprawy na sanki do lasów na południowym skraju przedmieścia, ale przeważnie zmusza swoich słuchaczy, by weszli na podwórko czynszowej kamienicy przy Elzy pod 19 i stamtąd, mijając uwiązanego na łańcuchu owczarka Harrasa, do stolarni, której pracy towarzyszyły hałasy piły tarczowej, piły taśmowej, frezarki, strugarki i dudniącej szlifierki. - Jak żem telko od żerni odrosła, w garnku z klejem mieszacz mnie dawali... - W rezultacie gdziekolwiek mała Tulla stała, leżała, szła, pędziła czy przysiadała w kącie, nie odstępował jej legendarny, jak opowiadają, zapach kleju kostnego.

Nie ma się zatem czemu dziwić, że kiedy zaraz po wojnie zakwaterowali nas w Schwerinie, matka wyuczyła się w Schelfstadt stolarskiego rzemiosła. Jako „przesiedlona”, jak mawiało się na Wschodzie, prędko dostała się do terminu u majstra, którego walący się warsztat z czterema strugnicami i stale bulgoczącym garnkiem kleju miał renomę zasiedziałego. Stamtąd niedaleko było na Lehmstrasse, gdzie oboje z matką mieliśmy kryty smołowaną papą dach nad głową. Ale gdybyśmy po katastrofie nie zeszli na ląd w Kołobrzegu, gdyby za to torpedowiec „Löwe” zawiózł nas do Travemünde lub Kilonii, a więc na Zachód, matka jako „uciekinierka ze Wschodu”, jak mawiało się po tamtej stronie, na pewno również terminowałaby u stolarza. Ja mówię: przypadek, podczas gdy ona od pierwszego dnia uważała, że miejsce naszego przymusowego pobytu było nam sądzone.

- A ten Ruszki, co na ichnim ubocze za kapitana beł, to urodziny dokładnie niby kiedy miał? Ty przeczeż zwykle wszysztko z detalami wiesz...

Nie, inaczej niż w wypadku Wilhelma Gustloffa - a ściągałem z internetu, co się dało - tego nie wiem z detalami. Zdołałem dogrzebać się jedynie roku urodzenia i paru jeszcze faktów oraz przypuszczeń, czegoś, co dziennikarze nazywają otoczką.

Aleksander Marinesko urodził się w roku 1913, mianowicie w Odessie, położonym nad Morzem Czarnym mieście portowym, które kiedyś musiało być wspaniałe, o czym zaświadczają czarno - białe zdjęcia z filmu „Pancernik Potiomkin”. Matka pochodziła z Ukrainy. Ojciec był Rumunem i legitymację podpisał jeszcze nazwiskiem Marinescu, nim za bunt został skazany na śmierć, ale w ostatniej minucie zdołał uciec.

Jego syn Aleksander wyrastał w dzielnicy portowej. A ponieważ w Odessie blisko obok siebie żyli Rosjanie, Ukraińcy i Rumuni, Grecy i Bułgarzy, Turcy i Ormianie, Cyganie i Żydzi, mówił mieszaniną różnych języków, która wszakże musiała być zrozumiała dla chłopaków z jego bandy. Aczkolwiek później mocno się starał mówić po rosyjsku, nie bardzo mu się udawało oczyszczenie z rumuńskich przekleństw ojca swej rozwodnionej żydowskimi wtrętami ukraińszczyzny. Kiedy był już matem na statku handlowym, śmiano się z jego żargonu; ale z biegiem lat wielu przeszła ochota do śmiechu, choćby w późniejszym okresie rozkazy dowódcy okrętu podwodnego brzmiały nie wiem jak komicznie.

Cofnijmy taśmę o lata: ponoć siedmioletni Aleksander widział z dalekomorskiego nabrzeża, jak resztki wojsk „Białych” i wyczerpane walkami brytyjska i francuska armie interwencyjne w popłochu opuszczały Odessę. Wkrótce potem oglądał wkroczenie „Czerwonych”. Odbywały się czystki. Niebawem wojna domowa na dobrą sprawę ustała. A gdy w kilka lat później zagranicznym statkom znów było wolno cumować w basenie portowym, chłopak podobno wytrwale, a rychło i zręcznie nurkował w przybrzeżnych wodach, żeby wyławiać monety rzucane przez pięknie wystrojonych pasażerów.

Trio nie jest kompletne. Kogoś jeszcze brakuje. Jego czyn wprawił w ruch coś, co wciągało z dużą siłą i było nie do zatrzymania. Jako że chcąc nie chcąc z człowieka rodem ze Schwerina zrobił męczennika ruchu, a chłopaka z Odessy bohaterem Ploty Bałtyckiej odznaczonej Czerwonym Sztandarem, ma po wsze czasy zapewnione miejsce na ławie oskarżonych. Takie i podobne zarzuty czytałem, z upływem czasu nabierając apetytu, na wciąż tak samo firmowanej homepage: „To Żyd strzelał...”

Mniej jednoznacznie, jak tymczasem wiem, jest zatytułowany pamflet pióra towarzysza partyjnego i czołowego mówcy Wolfganga Diewerge wydany w roku 1936 nakładem monachijskiej oficyny Franza Ehera. Jednakże Kamractwo Schwerin, zgodnie z konsekwentną logiką obłędu, miało do powiedzenia więcej, aniżeli zdawał się wiedzieć Diewerge: „Bez Żyda na oczyszczonej z min trasie, na wysokości Ustki, nigdy by nie doszło do największej katastrofy morskiej wszechczasów. To za sprawą Żyda... To Żyd jest winien...”

W chatroomie z uprawianego częściowo po niemiecku, częściowo po angielsku bajdurzenia można było wszelako wyczytać trochę faktów. Jeśli jeden z czatowców wiedział, że Diewerge wkrótce po rozpoczęciu wojny został dyrektorem rozgłośni radiowej Rzeszy w Gdańsku, to inny znał jego działalność w okresie powojennym: podobno, skumplowany z innymi supernazistami, choćby z późniejszym deputowanym do Bundestagu z ramienia FDP Achenbachem, infiltrował liberałów w Nadrenii Północnej - Westfalii. Ponadto, uzupełniał ktoś trzeci, ten były hitlerowski propagandzista w latach siedemdziesiątych uprawiał w Neuwied nad Renem dyskretne pranie pieniędzy wpłacanych pokątnie na rzecz FDP. Wreszcie w przepełnionym chatroomie jednak kotłowały się jeszcze pytania o sprawcę zamachu z Davos, a pewne swego celu odpowiedzi stawiały kropkę nad i.

O cztery lata starszy od Marinesko i o czternaście lat młodszy od Gustloffa Dawid Frankfurter urodził się w roku 1909 w zachodniosławońskim mieście Daruvar jako syn rabina. W domu rozmawiało się po hebrajsku i po niemiecku, w szkole Dawid uczył się mówić i pisać po serbsku, na własnej skórze odczuwał też jednak powszechną nienawiść do Żydów. To tylko przypuszczenie: na próżno próbował się z tym uporać, ponieważ jego konstytucja fizyczna nie pozwalała na skuteczną obronę, a zręczne dostosowanie się do sytuacji budziło w nim wstręt.

Z Wilhelmem Gustloffem Dawid Frankfurter miał jedynie tyle wspólnego: jak tamtemu doskwierała choroba płuc, tak ten od dzieciństwa cierpiał na chroniczne zapalenie szpiku kostnego. Ale o ile Gustloff potrafił w Davos raz - dwa wykurować się z dolegliwej choroby i później działał energicznie jako zdrowy towarzysz partyjny, o tyle choremu Dawidowi nie mogli pomóc żadni lekarze; musiał przejść pięć operacji, ale nic to nie dało: beznadziejny przypadek.

Być może ze względu na chorobę podjął studia medyczne; za radą rodziny w Niemczech, gdzie studiowali już jego ojciec i dziadek. Mówią, ze ciągle niedomagając i z tego powodu cierpiąc na trudności z koncentracją oblał egzamin po pierwszym semestrze oraz egzaminy późniejsze. Ale w internecie towarzysz partyjny Diewerge w przeciwieństwie do również cytowanego pisarza Ludwiga, którego Diewerge stale nazywał „Emilem Ludwigiem - Cohnem”, twierdził, że Żyd Frankfurter był nie tylko cherlawym, lecz i żyjącym na koszt ojca - rabbiego studentem - obibokiem, w dodatku ubranym fircykowato nicponiem i nałogowym palaczem.

Potem od po trzykroć przeklętej daty zaczął się - świętowany niedawno w internecie - rok przejęcia władzy. Nałogowy palacz Dawid we Frankfurcie nad Menem doświadczył tego, co dotyczyło jego i innych studentów. Widział, jak palono książki żydowskich autorów. Jego miejsce pracy w laboratorium zostało raptem oznaczone gwiazdą Dawida. Z fizyczną bliskością buchała na niego nienawiść. I jego, i innych lżyli studenci wrzaskliwie zaliczający siebie do rasy aryjskiej. Z tym nie umiał sobie radzić. Tego nie wytrzymywał. Uciekł więc do Szwajcarii i w Bernie, miejscu jakoby bezpiecznym, kontynuował studia, aby ponownie przepaść na egzaminach. Wszelako do rodziców pisał listy nastrojone pogodnie bądź pozytywnie, ojcu łożącemu na utrzymanie mydlił oczy. Gdy w rok później zmarła mu matka, przerwał studia. Może chcąc poszukać oparcia u krewnych odważył się na jeszcze jedną podróż do Rzeszy, gdzie w Berlinie patrzył bezsilnie, jak jego stryja, który jak ojciec był rabinem, targał za rudawą brodę jakiś młody człowiek krzycząc: „Won stąd, won, Żydzie!”

Podobnie rzecz wygląda w utrzymanym w konwencji powieściowej „Morderstwie w Davos” Emila Ludwiga, które popularny autor opublikował w amsterdamskim Querido, wydawnictwie emigrantów. Znów Kamractwo Schwerin na swojej website było nie lepiej, ale inaczej poinformowane, a powoływało się po raz kolejny na towarzysza partyjnego Diewerge, ponieważ ten w swojej relacji jako świadka cytował przesłuchiwanego przez berlińskich policjantów rabina, doktora Salomona Frankfurtera: „To nieprawda, że jakiś wyrostek ciągnął mnie za brodę (która zresztą jest czarna, nie ruda) i przy tym krzyczał: „Won stąd, won, Żydzie!”

Nie miałem możliwości ustalić, czy policyjne przesłuchanie zarządzone w dwa lata po domniemanym znieważeniu odbywało się pod przymusem. W każdym razie Dawid Frankfurter wrócił do Berna i zapewne z kilku powodów był załamany. Z jednej strony ponownie zaczęły się nieudane dotychczas studia, z drugiej, i tak już cierpiąc fizycznie na ciągłe bóle, bolał jeszcze nad śmiercią matki. Ponadto krótka wizyta w Berlinie przeradzała się w koszmar, skoro tylko w miejscowych i zagranicznych gazetach czytał doniesienia o obozach koncentracyjnych w Oranienburgu, Dachau i innych miejscach.

Toteż pod koniec trzydziestego piątego musiała pojawić się i niejednokrotnie powtórzyć myśl o samobójstwie. Później, kiedy toczył się proces, w zamówionej przez obronę ekspertyzie napisano: „Frankfurter z wewnętrznych, duchowych powodów natury osobistej popadł w sytuację psychologicznie nie do utrzymania, z której musiał się wyrwać. Jego depresja zrodziła pomysł samobójstwa. Właściwy każdemu instynkt samozachowawczy miast na samego siebie skierował jednak kulę na inną ofiarę”.

Na ten temat nie było w internecie pokrętnych komentarzy. Jednakże coraz bardziej rosło we mnie podejrzenie, że pod umownym adresem „www.blutzeuge.de” nie skrzyknęła się jako Kamractwo Schwerin ostrzyżona na łyso gromada, lecz ukrył się działający w pojedynkę frant. Ktoś, kto jak ja zygzakiem węszy za znakami zapachowymi i podobnymi wydzielinami historii.

Student - obibok? Ja też takim byłem, kiedy germanistyka śmiertelnie mnie znudziła, a publicystyka w Instytucie Otto Suhra odstręczała nadmiarem teorii.

Na początku, kiedy opuściłem Schwerin, a potem z Berlina Wschodniego przejechałem kolejką do Berlina Zachodniego, zadawałem sobie jeszcze sporo trudu, jak obiecałem matce na pożegnanie, i wkuwałem jak dziki. Mając szesnaście i pół roku - na krótko przed zbudowaniem muru - zacząłem chłonąć zapach wolności, mieszkałem w Schmargendorfie niedaleko Rosenecku u ciotki Jenny, szkolnej koleżanki matki, która przeżyła z nią podobno mnóstwo niesamowitych rzeczy. Miałem osobny pokój z oknem w dachu. Właściwie to były piękne czasy.

Mansardowe mieszkanie ciotki Jenny przy Karlsbader Strasse wyglądało jak pokój lalek. Na stoliczkach, krzesełkach, pod kloszami stały porcelanowe figurki. Przeważnie tancerki w kusych spódniczkach stojące na czubkach palców. Niektóre w śmiałych pozach, wszystkie z małą główką na długiej szyi. Ciotka Jenny jako młode stworzenie była baleriną i to dość sławną, aż podczas jednego z wielu nalotów, które coraz bardziej równały z ziemią stolicę Rzeszy, pogruchotało jej obie nogi, tak że teraz podsuwała mi do popohidniowej herbaty rozmaite przysmaki z jednej strony utykając, z drugiej wciąż jeszcze z dużą gracją poruszając rękami. I na podobieństwo kruchych figurynek w uciesznej mansardzie jej małą, ruchliwą głowę na chudej obecnie szyi stale zdobił uśmiech, który wydawał się zlodowaciały. Często też miewała dreszcze, piła dużo gorącego soku z cytryny.

Dobrze mi się u niej mieszkało. Rozpieszczała mnie. A kiedy mówiła o swojej szkolnej koleżance - „Moja droga Tulla krętymi drogami przysłała mi ostatnio liścik...” - przez kilka minut kusiło mnie, żeby troszeczkę polubić matkę, to babsko nie do zdarcia; ale potem znowu mnie wkurzała. Jej grypsy przemycane ze Schwerina na Karlsbader Strasse zawierały stężone, podkreśleniami wyposażane w rygor bezwarunkowości upomnienia, które używając słów matki miały „wżącz mnie do galopu”: „On muszi uczycz są i jesz raz uczycz. Po to, telko po to chłopaka żem na Zachód wyszłała, żeby do czegosz doszedł...”

Mam w uszach dosłowne brzmienie jej kwestii: „Ja to telko po to jesz żyję, aby mój syn któregosz dnia nadżeje moje szpełnił...” I ciotka Jenny występując jako tuba swojej koleżanki upominała mnie głosem łagodnym, ale zawsze trafiającym w sedno. Nie pozostawało mi nic innego jak tylko kuć ile wlezie.

Chodziłem wtedy do liceum z hurmą innych uciekinierów z NRD w moim wieku. Co się tyczy państwa prawa i demokracji, to musiałem masę nadrobić. Do angielskiego doszedł francuski, za to nie było już rosyjskiego. Zaczęło mi również świtać, jak dzięki sterowanemu bezrobociu funkcjonuje kapitalizm. Nie byłem wzorowym uczniem, ale zgodnie z wymaganiami matki zrobiłem maturę.

A i poza tym we wszystkim, co tam mimochodem robiło się z dziewczynami, całkiem nieźle dawałem sobie radę, nie miałem nawet kłopotów z forsą, bo matka, kiedy z jej błogosławieństwem przenosiłem się do wroga klasowego, wcisnęła mi jeszcze inny adres na Zachodzie: - Cosz mnie są zdaje, że to twój ojczec jeszt. To taki mój kuzyn. Nim w kamasze go wżęli, brzuch mnie zrobił. W każdym rażę on tak uważa. Napisz kiedy do niego, jako tobie są wiedze, jak ju po tamtej sztronie bandżesz...

Nie powinno się porównywać. Ale jeśli chodzi o sprawy pieniężne, to niebawem powodziło mi się jak Dawidowi Frankfurterowi w Bernie, któremu ojciec co miesiąc przekazywał na szwajcarskie konto okrągłą sumkę. Kuzyn matki - Panie, świeć nad jego duszą - nazywał się Harry Liebenau, był synem stolarza z niegdysiejszej ulicy Elzy, od końca lat pięćdziesiątych mieszkał w Baden - Baden i jako redaktor działu kulturalnego opracowywał dla Południowo - Zachodniego Radia nocny program: liryka o północy, kiedy to słuchały już tylko schwarzwaldzkie jodły.

Jako że nie chciałem na dalszą metę siedzieć na karku szkolnej koleżance matki, w skądinąd uprzejmym liście, zaraz po końcowym frazesie: „Twój nieznany Ci syn”, wypisałem bardzo czytelnie numer mego konta. Co prawda nie odpisał, był widać zbyt dobrze ożeniony, wszelako miesiąc w miesiąc punktualnie bulił dużo więcej, niż wynosiła najniższa stawka alimentów, równe dwieście marek, co było wówczas kupą grosza. Ciotka Jenny nic o tym nie wiedziała, lecz podobno znała matczynego kuzyna Harry'ego, choć tylko przelotnie, jak ze śladami rumieńca w lalkowatej twarzy bardziej wyznała mi niż powiedziała.

Z początkiem sześćdziesiątego siódmego, wkrótce po tym, jak wyniosłem się z Karlsbader Strasse, osiadłem na Kreuzbergu, potem rzuciłem studia i poszedłem na praktykę do Springerowskiej „Morgenpost”, skończyło się dobrodziejstwo subsydiowania. Później nigdy już nie pisałem do mojego pieniężnego ojca, najwyżej raz wysłałem pocztówkę na Boże Narodzenie, nic więcej. Bo niby z jakiej racji. W grypsie, który przyszedł okrężną drogą, matka dała mi do zrozumienia: „Ty mu od serca dżękowacz ni muszisz. On ju wie, za co bulicz muszi...”

Nie mogła wtedy pisać do mnie otwarcie, ponieważ z czasem w dużych państwowych zakładach kierowała brygadą stolarzy, która według planu produkowała meble sypialniane. Jako członkini partii nie wolno jej było utrzymywać kontaktów z Zachodem, a już na pewno nie ze zbiegłym z NRD synem, który w agresywnej prasie kapitalistycznej zamieszczał najpierw krótkie, potem dłuższe artykuły przeciwko komunizmowi od muru i drutu kolczastego, co przysparzało jej dość nieprzyjemności.

Przypuszczałem, że kuzyn matki nie chciał więcej płacić, ponieważ ja zamiast studiować pisywałem do Springerowskich brukowców. Na swój zafajdanie liberalny sposób miał przecież jakąś tam rację. Ja zresztą wkrótce po zamachu na Rudiego Dutschke zerwałem ze Springerem. Byłem odtąd nastawiony dosyć lewicowo. Ponieważ dużo się wtedy działo, pisałem do całej masy jako tako postępowych pism i zupełnie dobrze utrzymywałem się na powierzchni, również bez subwencji trzykrotnie większej od najniższych alimentów. Ten pan Liebenau tak czy owak nie był moim ojcem. Matka tylko go w to ubrała. Od niej wiem, że ów redaktor nocnego programu zmarł na serce pod koniec lat siedemdziesiątych, zanim jeszcze się ożeniłem. Był w wieku matki, trochę po pięćdziesiątce.

Zamiast niego podała mi imiona innych mężczyzn, którzy wedle niej wchodziliby w rachubę jako ojcowie. Na jednego, który zaginął, mówiono jakoby Joachim albo Jochen, drugi, już starszy, który rzekomo otruł psa podwórzowego Harrasa, miał podobno na imię Walter.

Nie, nie miałem prawdziwego ojca, tylko wymienne fantomy. Pod tym względem trzej bohaterowie, którzy teraz muszą być dla mnie ważni, byli w lepszej sytuacji. W każdym razie matka, przed południem 30 stycznia czterdziestego piątego okrętując się wraz z rodzicami z oksywskiego nabrzeża w Gotenhafen jako siedmiotysięczna któraś, sama nie wiedziała, z kim zaszła w ciążę. Ten, którego imieniem ochrzczono statek, mógł wykazać, że jego ojcem był kupiec Hermann Gustloff. A ten, któremu udało się zatopić przepełniony statek, należąc w Odessie do złodziejskiej bandy, nazywanej podobno „Błatnyje”, bardzo często dostawał lanie od ojca Marinesko, co było zapewne odczuwalnym przejawem ojcowskiej troski. Zaś Dawid Frankfurter, który udając się z Berna do Davos zadbał o to, by statek mógł otrzymać imię męczennika, miał za ojca nawet prawdziwego rabina. Ale i ja, pozbawiony ojca, w końcu zostałem ojcem.

Co też on mógł palić? Juno, papierosy przysłowiowo okrągłe? Albo płaskie orienty? Być może, idąc za modą, takie ze złotym ustnikiem? Nie ma jego fotografii jako palacza - oprócz późnego gazetowego zdjęcia ukazującego go pod koniec lat sześćdziesiątych podczas dozwolonego mu wreszcie krótkiego pobytu w Szwajcarii, z zapalonym papierosem jako starszego pana, który wkrótce będzie miał za sobą urzędniczą karierę. W każdym razie kurzył, jak ja, bez ustanku i dlatego w wagonie szwajcarskich kolei usiadł w przedziale dla palących.

Obaj podróżowali koleją. W owym czasie, kiedy Dawid Frankfurter jechał z Berna do Davos, Wilhelm Gustloff odbywał podróż inspekcyjną. W jej trakcie utworzył kilka lokalnych organizacji zagranicznej NSDAP i nowych baz Hitlerjugend i Związku Dziewcząt Niemieckich, w skrócie BDM. Ponieważ jego podróż przypadła na koniec stycznia, zapewne w trzecią rocznicę przejęcia władzy wygłaszał do Niemców z Rzeszy i Austriaków w Bernie i Zurychu, Glarusie i Zugu za każdym razem porywające przemówienie. Jako że już przed rokiem pracodawca, obserwatorium, na usilne żądanie socjaldemokratycznych deputowanych dał mu wymówienie, Gustloff mógł swobodnie rozporządzać swoim czasem. Wprawdzie z racji agitatorskich wystąpień dochodziło raz po raz do protestów szwajcarskiej opinii - w lewicowych gazetach nazywano go „dyktatorem z Davos”, a poseł do parlamentu Bringolf domagał się jego wydalenia - ale w kantonie Gryzonia i w całej Konfederacji znajdował dość polityków i urzędników, którzy wspierali go nie tylko finansowo. Z zarządu uzdrowiska Davos regularnie podsyłano mu listy nazwisk przybyłych kuracjuszy, po czym on wybierał spośród nich obywateli Rzeszy i nie tyle zapraszał, ile wzywał na partyjne imprezy; nieusprawiedliwioną nieobecność odnotowywano imiennie i stosowną informację przekazywano odpowiednim organom w Rzeszy.

W trakcie podróży kolejowej palącego studenta, który w Bernie kupił bilet tylko w jedną stronę, nie tam i z powrotem, i w czasie, kiedy to późniejszy męczennik zasługiwał się swojej Partii, mat Aleksander Marinesko przeszedł już z marynarki handlowej do czarnomorskiej floty wojennej, w której dywizjonie szkolnym wziął udział w kursie nawigacyjnym i potem odbył ćwiczenia przygotowujące do podwodnego pływania. Jednocześnie wstąpił do organizacji młodzieżowej Komsomol i poza służbą - co na służbie nadrabiał wynikami - okazał się pijanicą; na pokładzie okrętu nigdy nie tknął butelki. Niebawem Marinesko dostał przydział jako oficer nawigacyjny na okręt podwodny, „SC 306 Piksja”; ta jednostka morska wprowadzona do służby na krótko przedtem, po wybuchu wojny, kiedy Marinesko był już oficerem na innej łodzi, wpadła na minę i zatonęła z całą załogą.

Z Berna przez Zurych, potem wzdłuż różnych jezior. Towarzysz partyjny Diewerge w swojej książce, która odtwarza drogę podróżującego studenta medycyny, nie zajmował się opisami krajobrazu. A i nałogowy palacz z trzynastego semestru chyba niewiele dostrzegał ze zbliżających się z naprzeciwka, w końcu zacieśniających horyzont pasm górskich, w najlepszym razie śnieg pokrywający domy, drzewa i góry oraz zmianę oświetlenia, ilekroć pociąg wjeżdżał w tunele.

Dawid Frankfurter wybrał się w podróż 31 stycznia 1936. Czytał gazety i palił. Z rubryki „Różne” można było dowiedzieć się coś niecoś o działalności landesgruppenleitera Gustloffa. Dzienniki, między innymi „Neue Zürcher”

i „Basler Nationalzeitung”, trzymały rękę na pulsie i donosiły o wszystkim, co się równocześnie wydarzało lub zapowiadało jako przyszłe wydarzenie. Na początku roku, który miał przejść do historii jako rok berlińskiej Olimpiady, faszystowskie Włochy jeszcze nie pokonały dalekiego cesarstwa negusa, Abisynii, w Hiszpanii zaś rysowało się niebezpieczeństwo wojny. W Rzeszy postępowała naprzód budowa autostrad, a we Wrzeszczu matka miała osiem i pół roku. Dwa lata wcześniej jej brat Konrad, głuchoniema Kędzierzawa Główka, utopił się podczas kąpieli w Bałtyku. Był jej ukochanym bratem. Dlatego w czterdzieści sześć lat po jego śmierci mój syn musiał dostać na chrzcie imię Konrad; ale wszyscy mówią na niego Konny, a jego przyjaciółka Rosi nazywa go w listach „Connym”.

U Wolfganga Diewerge można przeczytać, że landesgruppenleiter, zmęczony udanym objazdem kantonów, wrócił 3 lutego. Frankfurter wiedział, że przyjedzie on trzeciego do Davos. Oprócz dzienników czytał regularnie wydawane przez Gustloffa partyjne pismo „Der Reichsdeutsche”, w którym podawano terminy planowanych zdarzeń. Dawid znał życie upatrzonej ofiary niemal ze wszystkimi szczegółami. Inhalując nałykał się go do syta. Ale czy wiedział również, że małżeństwo Gustloffów rok przedtem wybudowało z oszczędności klinkierowy dom w Schwerinie, przezornie umeblowany na planowany powrót do Rzeszy? I że oboje gorąco pragnęli syna?

Gdy student medycyny przybył do Davos, spadł świeży śnieg. Na śniegu lśniło słońce i uzdrowisko wyglądało jak na pocztówkach. Przyjechał bez bagażu, ale z mocnym postanowieniem. Z „Basler Nationalzeitung” wyrwał fotograficzną podobiznę Gustloffa w mundurze: rosły mężczyzna, który spoglądał z wytężonym zdecydowaniem i wypadaniem włosów dopomagał powstawaniu wysokiego czoła.

Frankfurter zamieszkał „Pod Lwem”. Musiał czekać do wtorku, 4 lutego. Ten dzień tygodnia nazywa się u Żydów „ki tow” i uchodzi za dzień szczęśliwy; tę informację wyłowiłem z internetu. Na znanej już homepage pod tą datą wspominano męczennika.

W blasku słońca z papierosem na zlodowaciałym śniegu. Każdy krok chrzęścił. W poniedziałek było zwiedzanie miasta. Kilkakroć po deptaku tam i z powrotem. Nie zwracając uwagi jako widz wśród widzów na meczu hokejowym. Niewymuszone rozmowy z kuracjuszami. Biały oddech wydobywający się z ust. Nie wzbudzać podejrzeń. Ani słowa za dużo. Bez pośpiechu. Wszystko było przygotowane. Z nabytym bez trudności rewolwerem ćwiczył w pobliżu Berna na strzelnicy Ostermundigen, co było dozwolone. Choć taki słabowity, okazało się, że rękę miał spokojną.

We wtorek, kiedy już klamka zapadła, pomógł mu wypisany odpornymi na kaprysy pogody literami drogowskaz: „Wilhelm Gustloff NSDAP”; od deptaka biegła w bok ulica Am Kurpark i prowadziła do domu opatrzonego numerem trzy. Otynkowany na kolor farbki budynek z płaskim dachem, z którego rynny zwisały sople lodu. Na tle wieczornej ciemności stały nieliczne latarnie. Nie padał śnieg.

Tyle zewnętrznego widoku. Dalsze szczegóły nie miały znaczenia. Na temat tego, co się rozegrało, mogli później wypowiadać się tylko sprawca i wdowa. Ja miałem okazję zobaczyć wnętrze odnośnej części mieszkania na fotografii, która na wspomnianej homepage miała ilustrować zamieszczony tekst. Zdjęcie zostało widać zrobione po zamachu, bo trzy duże bukiety kwiatów na biurku, stoliku i komodzie, do tego kwitnąca doniczka nadają pomieszczeniu wygląd izby pamięci.

Po dzwonku otworzyła Hedwig Gustloff. Młody mężczyzna, o którym później zeznała, że dobrze mu patrzyło z oczu, prosił o rozmowę z landesgruppenleiterem. Ten stał w korytarzu i rozmawiał przez telefon z towarzyszem partyjnym doktorem Habermannem z bazy w Tłum. Przechodząc Frankfurter posłyszał jakoby słowa „żydowskie świnie”, czemu pani Gustloff później zaprzeczyła: To słownictwo było jej mężowi obce, jakkolwiek rozwiązanie kwestii żydowskiej uważał za sprawę nie cierpiącą zwłoki.

Wprowadziła gościa do gabinetu męża i poprosiła, żeby usiadł. Niczego nie podejrzewała. Często bez uprzedzenia przychodzili petenci, w tym ludzie podobnych przekonań, którzy znaleźli się w potrzebie.

Siedząc na fotelu w płaszczu, z kapeluszem na kolanach, student medycyny widział biurko, na nim zegar w lekko powyginanej drewnianej obudowie, nad nim zawieszony honorowy sztylet SA. Powyżej i po bokach sztyletu czarno - białą i kolorową ozdobę pokoju stanowiło kilka rozmieszczonych w luźnym porządku wizerunków führera i kanclerza Rzeszy. Nie dało się zauważyć żadnego portretu zamordowanego przed dwoma laty protektora, Gregora Strassera. Z boku model żaglowca, prawdopodobnie był to „Gorch Fock”.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin