susz2.doc

(32 KB) Pobierz

Sucha w Suszu Szosa.

Do 3 razy sztuka, czy może do 5 ? Może do pięciu razy aby 5 godzin połamać ?
Porównując do przygotowań na start w 2011 roku, ilość treningów wzrosła około 40 %, głównie pływackich i rowerowych. Bieganie ograniczała ciągnąca się od 1,5 roku rehabilitacja pękniętego dysku w odcinku piersiowym, dysk trzeba było rozciągać i ściskać, więc pływanie rozciągało a bieganie kompresowało. Jak to mniej więcej wyglądało ?

Pływanie.

Dużo techniki, dużo interwałów np. 15x100m mocno w interwale 1:30 wysiłek, i 1:30 odpoczynek, czy jakieś drabinki 100-200-400-800-400-200-100, a wreszcie od kwietnia już pianka i woda otwarta, kilometraż miesięczny od 15 do 22 km, 3 lata temu nie dowierzałem innym triathlonistom i byłem przekonany że mi to nie grozi. Potem mi odwaliło z tym pływaniem, i więcej i szybciej, i nawet na którymś kacu z kolei ( na kacu wymyślam kolejne imprezy) wydumałem że ze znajomymi zrobimy kolejną imprezę i tak powstał zalewcup.pl puchar w pływaniu w wodach otwartych który doczekał się w tym roku już 2 edycji oraz prawie 100 startujących w każdym etapie – w tym roku jeszcze 2 starty.
Rower.

Założenie pojechać szybciej niż rok temu, czyli szybciej niż średnia 33km/h przez 90 km. W peletonie na kole idealnie wykonalne, ktoś daje zmianę , ty dajesz zmianę, odpoczywasz, ale tutaj nie, tutaj jedziesz sam, no drafting, wiatr w ryj, z boku, podjazd, bruk...sam.

Trening rowerowy pochłania najwięcej  czasu, jednostka treningowa trwa nawet 3-4 godz. Praca i rodzina też pochłania. Trenażer, tak miałem trenażer, dość krótko go miałem. Wracałem z pracy o 23 i wsiadałem na trenażer, to ile tak pokręcę, 60 min do północy, ale za to jak, przy prędkości 30km/h jakby odgłos suszarki, przy 33- odkurzacz, przy 35 budziły się panele a szklanki stukały jak na tacy w „nic śmiesznego” ale nic to, dopełnieniem był komentarz sąsiada z dołu „dlaczego pan w dużym pokoju po 23 robi pranie, ta pralka mnie w nocy budzi” … Był jeszcze jeden aspekt bezpieczeństwa, Marek ma 2 lata i lubi wszystko sprawdzać, nie chciałem żeby sprawdził co jest po drugiej stronie koła przy 33km/h.  Zatem rower fitness, tak, ciężki, nieprofesjonalny z kanapą pod zadem, nieaero sylwetką ale za to cichyyyyy, tak cichy że da się oglądać i słyszeć TV, i nawet z programami treningowymi. Katowałem go od listopada do marca. Nie licząc kilometrażu a czas. Taki 60 min trening męczy psyche, nie mogłem jechać treningów jednostajnych, już 10 min jednostajnego kręcenia nuuuda. Interwały to było to, czasem aż do wyprucia totalnego.  Jak nie po 23 po pracy to rano dziecka pilnując trenowałem. Marek po obiedzie zwykle spał 60-90 min i to był mój czas. Usypiając go już miałem na sobie ciuchy treningowe, gdy zasypiał wskakiwałem na rowerek i jechałem dotąd aż się obudzi, dane mi było nieraz pojechać i 120 min ;)

Na szosę wyszedłem w kwietniu, miesiąc trwało przekładanie formy „z domu na ulicę” w maju i czerwcu śmigałem głównie sam treningi na średnią, bicie życiówek z endomondo to była frajda, pierwszy mocny trening to 20 km ze średnią 37, potem najdalej w godzinę , najszybsze 50km itp. Tani rower z tanimi kołami jednak nie chce szybko jechać, jakiż był mój szok po założeniu kół czasowych, przy takim samym tętnie średnia wzrosła o 3km/h, szok. Koła były tylko do sprawdzenia, potem okazało się że dane mi w nich wystartować w Suszu. Rower także na Susz dostałem konkretny, kolega udostępnił treka madone 4,7. Przenoszenie wszystkich ustawień z mojego trwało 2 godziny, niestety nie da się pojechać 90 km w pozycji leżącej, bez odpowiednich ustawień, jak coś będzie nie tak wszystko przełoży się potem na bieg. Fitting można zrobić w profesjonalnym studiu za 400-800 zł , ja do swego ustawienia dochodziłem 2 lata i mam już  „zdjęte” najważniejsze pomiary i jest to wiedza bezcenna ;)

Bieg.

Spece od rehabilitacji zabronili biegać dużo i po twardym, jak zimą nie biegać dużo i jak po miękkim ? Miękko przy -30 st ? Substytut biegania łatałem jazdami na stojąco czy bieganiem w basenie, wiosną gdy lody puściły można było ruszyć w las. Nie było lekko, treningów było dużo, bo dyscypliny aż 3, nadrabiałem bieganie. Mając 15 dni wolnych a 15 pracujących , planowałem że w wolne będę robił najmniej dwie dyscypliny, w pracujące przynajmniej jedną. W okresie najmocniejszych treningów udawało się robić nawet 3 treningi do około 4 godz. w sumie. Tłumaczyłem że przecież ta forma zostanie do biegania radioorientacji, czy jakiegoś startu w AR. Najgorsze były zakładki, rower – bieg. Np 60 km roweru mocno i potem 10 km biegu mocno. Na 2 miesiące przed startem przynajmniej jedna zakładka w tygodniu.

 

Dieta – nie było żadnej diety, na treningach czasem żele, czasem batony, a to woda a to iso, wspomagałem się BCAA w okresie najmocniejszych dni. Alkoholu też mocno nie odmawiałem ;)

 

 

Susz.

Stojąc w tłumie na starcie przypomniałem sobie strat na Rajdzie 360 w Zamościu tam -30 a tutaj +30, „oba dobre”  będzie umieralnia.

 

Obok mnie na starcie same sławy, Gaweł Boguta ( przygotowany do dzisiejszych temperatur po maratonie piasków); Arek Recław (znany minimalista – pasjavspraca.com , który w triathlonach minimalnie ze mną wygrywa, a ja mu dupę piorę na rajdach); widziałem też Piotra Dymusa, ale nie dał się przekonać do startu i stwierdził że bezie cykał foty. Innych sław nie spotkałem.

 

550 osób, start z wody.

No co będzie, washing machine, a to w twarz, a to w żebro, a to za rękę, ale znam to z zalewcup.pl nie raz już krwią plułem po wyjściu z wody. Plan ? Tak przyp.....przez 400m i aby uciec uderzaczom. Start. Inni też tak pomyśleli, tak szybko myśleli że nie widziałem przez kilka dobrych minut pierwszej boi na którą płyniemy. Po kilku minutach znalazłem swoje miejsce, znalazłem swój rytm, ale jak to zwykle bywa ktoś na ciebie wpływa, bo nie zawsze ci co pływają szybciej pływają też prosto, oni z rytmu wybijają. Próbowałem pływać w nogach tych szybszych, jednak szybsi byli na tyle że mi  uciekali, nic to, trzeba robić swoje. Sporo płynąłem widząc po prawej kolegę z Leniwców ( Paweł Zapałowski ) „nie zdziw się jak z wody wyjdę przed tobą” się dziad podszkolił w przegarnianiu wody dzięki treningom z WTT i TRIenergy. Uciekłem mu na nawrocie i już nie widziałem (wyszedłem kilkanaście sekund przed nim :)) Grzało, woda 23 st, pianka i słońce, grzało, i coś ściskać zaczęło, tylko czy to była kolka czy wysysanie glikogenu ? Nie wiem. Ściskało. Z wody wybiegłem po 33 min, więc poprawa o 2 min z z 2011r. Super, ale ch... z tym skoro przy zdejmowaniu pianki puścił szew od chipa, co załapałem dopiero po 2 próbie przyrzepienia, owinąłem i wcisnąłem pod skarpetę (tak musiałem włożyć skarpetki) ...teraz myślę sobie, tyle tego pływania, treningów, i co wyjście ze strefy z rowerem w takim samym czasie......

Rower

Piękną mam maszynę to sama pojedzie, i bidon aero, i kask pseudoczasowy, i kola rakietowe, i forma wyjeżdżona. Kto w Suszu był ten podłoże zna. Jest pętla 30 km, są podjazdy-zjazdy, jest 3 km brukopodobne, jest popękana nawierzchnia, jest i kawałek szybki, i są super kibice. Coraz lepiej z tymi kibicami, przy barze na zakręcie świetnie dopingują panowie z browarami, ale skąd mają wielki bęben ;) Jadę , i ciężko mi wjechać na średnią 33, uff to jednak było pod wiatr, więc z wiatrem docieram nawet do średniej 35 po pierwszej pętli. Jadę na tętno, przyjąłem że średnie tętno z rowera nie może być wyższe niż 160. Ale na tej trasie tętno skacze , prędkość skacze , bidony tez skaczą. Pochłaniam iso, pochłaniam wodę, pochłaniam żele, a i jeszcze baton, został mi baton z vitargo, który pochłaniam jakoś pod koniec roweru. Dobrze że na rowerze nie czuć tego skwaru, to są plusy roweru szosowego w porównaniu z mtb, na szosie zawsze jest chłodno. Pić trzeba, a na strefie bufetu wolontariusze podają bidony, podają gorsze bidony niż ostatnio, mniejsza pojemność, wypełnione do połowy, zawór nieprzepustowy, na ostatnią pętlę dostaję zatem jakieś 200ml wody. Na oparach kończę rower z czasem 2:38, więc poprawa o 12 min i średnia 34.2 km/h jest czad, po pływaniu i rowerze mam sumę, 3:17, do złamania 5 godz wystarczy pobiec półmaraton w godzinę i 40 min, co to dla mnie przecież robiłem mocne zakładki , przecież 60 km szybkiego roweru i po nim 10km biegu po 4:15/km to była bułeczka z troszkę twardszym masełkiem. I też na tętno, tym razem pierwsze 10 km do 160ud/min, lece...

1 km – 4:22, 2 km 4:30 no cudnie jest po prostu. Gwiazda grzeje, po drugiej stronie jeziora grzeje jakby mocnej, kibiców mniej, nawadniam się, ale coś jest nie tak....coś mi siedzi w środku, wypełniam się pijąc jak na pamiętnym zniesławionym rajdzie Nawigator w którym to startując z Mackiem Surowcem, w podobnych temperaturach skończyłem padając na łące przy pasącym się koniu. Podobne uczucie, tam też się wypełniałem, jakby coś zatkało trawienie, jakiś taki korek, który blokuje resztę ale tam chlustałem górą na prawo i lewo, a tu się nawet nie zanosi. Piję i się wypełniam, nie piję to się odwadniam,jak Syzyf. A ten korek ani drgnie. Prędkość spada, spada dramatycznie bo do 5:33/km nosz qr...mać, pierwsze kółko kończę z samopoczuciem gorszym niż górski etap na Adventuretrophy po którym zeszliśmy z trasy. Ale tam była noc był chłodek, nie było korka, jak biec, jak pić , jak żyć ??? Druga pętla, a ja nie przyspieszam, z nieba lampa, z przeciwka mijam Gawła, no cholera ten to wygląda jakby mu to przyjemność sprawiało, na niego nie świeci słońce ? Zerkam na tętno....156 noo nieeee próbuje przyspieszyć i mnie zgina wpół, pięknie – przebiegnę na niższym tętnie niż pojechałem. Zaczynam myśleć ze 1:40 nie jest takie realne jak było w założeniach, po 11km zaczynam myśleć czy nie wleźć gdzieś w krzaki i wpakować paluchy w krtań wymuszenia wyrzygu celem. Ale nie schodzę, próbuje pić, jak pić jak nie ma już miejsca na płyny ( to złudne odczucie, jak fatamorgana) i jeszcze na nawrocie w miejscu największej „lampy” woda do polewania, w gąbkach jest ciepła, do picia zresztą też. Wkurw, na kostkę, na brzuch, na cały świat, koniec łamania 5 godzin, łamanie psychy następuje, i kilometr w 6:08, dobitna dobitka, to jest „ściana” myślę ? Jaka ściana, ściany nie ma, bo walczę aby nie przejść do marszu, ale robię coś na kształt biegu, bo bieg to według mnie nie jest prędkość 5:30/km, ściana to to nie jest, ale solidnie szoruję gębą po gzymsie tej ściany.....3 okrążenie, i tu się dzieją jakieś dziwne akcje, np. papież umiera na ławce (Adamczyk), odwodnił się chłop i udaru dostał, następny dobry...Pitbull (Dorociński)  – próbuję przybić z nim 5, przybija i przez zęby cedzi „kur...ja tu umieram” - „pokaż kogoś kto nie umiera ?” ale już nie odpowiada.... Lece na oparach już prawie tej „ściany dotykam” słaniam się na nogach zginam wpół, pękło właśnie 5 godzin a ja nadal w trasie....Haa będzie nawet gorzej niż w zeszłym roku, gorzej niż gdy trenowałem 40 % mniej , hahhaha ale mnie to bawi w tym momencie, a tu jeszcze 3 km. Próbuję się poderwać i zaczynam szarpać, ale organizm nie chce słuchać, tętno nie rośnie, biegam taką sinusoidą prawie do końca. Na samym dobiegu dostałem leniwą flagę i nawet wykrzesałem się na lotny finisz. Cieszyłem się, cieszyłem że to już koniec, bo nie z pięknego wyniku. 5:07:28, gorzej niż w zeszłym roku. To jak ? Więcej treningów a gorszy wynik, jak to, whyyyyy?  Usiadłem, wypiłem piwo, nie smakowało wyśmienicie, cześć nawet wylałem na głowę, podobno wyglądałem jakbym nie kontaktował. Po godzinie doszedłem do siebie. Masaż bolał. Jednak się upodliłem, jednak lekko nie było, jednak w czerwcu było chłodniej, jednak nadal mam chęć połamać te 5 godz. W środę już byłem na treningu, na łączonym ;) Przecież przed nami jeszcze triathlon.siedlce.pl a tam już nie może być gorzej, a może może....

Zgłoś jeśli naruszono regulamin