Prolog.docx

(298 KB) Pobierz

Prolog

Czuła wyraźnie, że cała drży. Była ubrana w granatowy nieprzemakalny G płaszcz, pożyczony od Annie. Jasne włosy o charakterystycznym pło¬wym odcieniu zwinęła w węzeł i skryła pod kapeluszem Annie. Na nogach miała za duże o numer granatowe pantofle Annie. Nie, nie zdoła ukryć się w tym przebraniu. Boyd ją złapie. Zatrzyma.

- Nie uda mi się - szepnęła.

Jednak otworzyła drzwi apartamentu i przeszła pomiędzy Steve' em a Ri¬ckiem, swymi potężnymi ochroniarzami. Wystarczyło, żeby jeden z nich po¬łożył ciężką rękę na jej ramieniu i ...

Pochyliwszy lekko głowę, kiwnęła nią w kierunku dwóch mężczyzn o ka¬miennych twarzach i jakimś cudem dotarła do drzwi windy. Drżącymi palca¬mi nacisnęła przycisk, raz, drugi i trzeci, a potem zmówiła w duchu modli¬twę, błagaj ąc, by Rick i Steve nie dojrzeli ostrzegawczego blasku, który musiał otaczać jej postać niczym mrugający neon: "Zatrzymać ją! Ona ucieka!"

Usłyszała nadjeżdżającą windę i cichy stuk, z jakim zatrzymała się na piętrze; obejrzała się ukradkiem. Nie do wiary - Rick i Steve stali ze znudzo¬nymi minami. Kamuflaż okazał się skuteczny!

Drzwi windy otworzyły się potykając się weszła do środka. Wcisnęła guzik parteru, po czym wbiła oczy w podłogę, jakby chciała przynaglić drzwi, żeby się zamknęły, i to natychmiast. Jeszcze chwila i zasunęły się bezgłośnie, a winda zaczęła zjeżdżać w dół, mijając kolejne piętra hotelu "Ritz-Carlton". Jane odpiꬳa górny guzik płaszcza i zacisnęła palce wokół złotego wisiorka. Od dziewięciu lat był to jej talizman i jeśli istotnie przynosił szczęście, powinien to zrobić teraz.

Westchnęła i podniosła wzrok, dostrzegając odbicie własnej postaci w mosiężnym obramowaniu tablicy z przyciskami. Chyba zwariowała. Prze¬cież to się nigdy nie uda.

Winda zatrzymała się miękko, drzwi otworzyły i Jane zobaczyła Boyda, który się do niej uśmiechał.

Gwałtownym gestem zasłoniła ręką usta, żeby zdusić okrzyk rozpaczy, i w tym samym momencie zdała sobie sprawę, że stojący przed nią mężczy¬zna to nie Boyd. Był o wiele wyższy. Wzięła głęboki oddech i wyszła nie¬pewnym krokiem, zatrzymując się w podłużnym holu hotelowym. Nieznajo¬my zajął jej miejsce w windzie. Rozejrzała się niespokojnie wokół, jakby w obawie, że Boyd wyskoczy nagle z ja.kiegoś kąta. Dwa żyrandole oblewa¬ły ciepłym blaskiem oprawione w ramy stare gobeliny i obrazy. Nikt na nią nie czyhał. Ruszyła po marmurowej posadzce w kierunku wyjścia, starając się nie patrzeć w stronę nocnego recepcjonisty.

- Dobry wieczór, panno Maguire - powiedział wysoki, przystojny por¬tier, otwierając przed nią oszklone drzwi prowadzące na ulicę.

Opanuj się, nakazała sobie. Jesteś już prawie na wolności. Kiwnęła głową portierowi.              

- Dobry wieczór - odpowiedziała, naśladując śpiewny irlandzki akcent Annie.

- Czy przywołać pani taksówkę?

- Tak, bardzo proszę.

Od dziewięciu lat nie była nigdzie sama, a i teraz nie zamierzała chodzić samotnie po Manhattanie, zwłaszcza w nocy. Nie była na to dość szalona czy dość dzielna.

O tej porze na ulicach kręciło się niewiele taksówek, ale portier "Ritza" miał specjalne możliwości. Nie minęło dwadzieścia sekund i żółta taksówka zatrzymała się przy krawężniku. Jane wlepiła w nią oczy, drżąc z podniece¬nia. Uda się. Naprawdę tego dokona! Portier otworzył drzwiczki samocho¬du, a ona zajęła miejsce z tyłu.

- Pani sobie życzy? - spytał taksówkarz z akcentem rodowitego nowojorczyka urodzonego w Bronksie.               .

- Jane!

Z hotelowego holu wypadł Boyd. Obok niego biegli Rick i Steve.

- Niech pan zamknie drzwi! - krzyknęła do taksówkarza, zaciskając rękę na klamce od swojej strony.

Wściekła twarz Boyda przylgnęła do okna taksówki. Klął, próbując na¬cisnąć klamkę. Zaraz otworzy drzwi taksówki i wywlecze ją na ulicę. Oczy¬wiście on wygra.

- Niech pan jedzie! - wrzasnęła do kierowcy. - Dostanie pan dodatko¬wą pięćdziesiątkę!

Taksówka ruszyła z piskiem opon i popędziła wzdłuż pustej o tej późnej godzinie ulicy.

 

Rozdział pierwszy

Duncan Lang wysiadł z żółtej taksówki, która zatrzymała się właśnie przed  ocienionym tradycyjną granatową markizą wejściem do hotelu "Ritz¬-Carl ton". Portier w tradycyjnym granatowym uniformie otworzył przed nim oszklone drzwi.

- Miło znów pana u nas widzieć, panie Lang.

- Dzięki, Charlie - odparł Duncan, uśmiechając się przyjaźnie do portiera. - To się nazywa pamięć!

- Był pan zawsze bardzo hojny.

Duncan zaśmiał się.

- Ech, beztroskie dni młodości. Niestety, teraz zaliczam się do grona ciężko pracujących sztywniaków, Charlie.

- Współczuję panu serdecznie, panie Lang.

Prawdę powiedziawszy, Duncan sam sobie współczuł... aż do dzisiejsze¬go ranka, kiedy to odebrał telefon od rozgorączkowanego Boyda Monroe.

Wszedł do niewielkiego, podłużnego holu "Ritza", chłonąc z przyjemno¬ściąjego intymną atmosferę. Nie ma to jak spokojna i dyskretna elegancja.

Małą, wyłożoną drewnem windą pojechał na dwudzieste trzecie pię¬tro. Myślał o dniu, kiedy znalazł się w "Ritzu" po raz pierwszy. Było to podczas letnich wakacji. Miał dziewiętnaście lat i jechał tą samą windą do apartamentu hotelu na nocną schadzkę z rozkoszną i doświadczoną hrabi¬ną Pichaud. Spotkali się wcześniej na jednym z nudnych przyjęć wydawa¬nych przez jego matkę i... przypadli sobie do gustu. Ostatnio był w "Ritzu" przed dwoma laty; spędził tu wówczas cudowny weekend z równie roz¬koszną Charmaine Relker.

Winda zatrzymała się na dwudziestym trzecim piętrze. Duncan porzucił myśli o pełnej fantazji pannie Relker. Miał właśnie rozpocząć pierwszą waż¬ną sprawę w swojej tak zwanej karietze. Nie zamierzał jej sknocić, nie mógł więc sobie pozwolić na wracanie pamięcią do własnej lubieżnej przeszłości.

I' Musiał skoncentrować całą uwagę na kliencie.

Podszedł do białych drzwi apartamentu, zapukał trzykrotnie i czekał. Po zaledwie paru sekundach drzwi zostały otwarte gwałtownym szarpnięciem przez człowieka o groźnym spojrzeniu. Mierzył nie więcej niż metr siedem¬dziesiąt, miał lekką nadwagę i bardzo krótko obcięte brązowe włosy przy¬prószone siwizną. Ubrany był w kowbojskie buty, beżowe spodnie, zieloną koszulę i brązową marynarkę o sportowym kroju. Większość ludzi minęłaby go na ulicy, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi.

Jednakże życie na pasie szybkiego ruchu nauczyło Duncana tego i owego.

Dżentelmen, którego miał przed sobą, przypominał mu spotkanego niegdyś niemieckiego hrabiego: tamten władczy cudak zażyczył sobie wówczas do obiadu wino o dokładnie ustalonej temperaturze i zaczął krzyczeć na kelnera, ponieważ szparagi nie zostały ułożone w odpowiedni sposób na talerzu.

- Kim pan jest, u diabła? - warknął klient.

- Duncan Lang z Colangco International, panie Monroe. Mam nadzieję, że nie musiał pan zbyt długo czekać.

- Duncan ... ? - niemal wybuchnął Boyd Monroe. - Wcale pana nie chcę. Potrzebuję Brandona Langa. Spodziewałem się Brandona Langa!

- Przykro mi, ale mój brat pracuje nad inną sprawą i właśnie wyjechał z miasta. Zapewniam pana, że ja również ...

Oblicze pana Monroe przybrało niezbyt twarzową barwę żywej czerwieni.

- Słyszałem, że Brandon Lang jest najlepszy, i życzę sobie jego, a nie kogoś innego!

Duncan słyszał ten refren wiele razy.

- Trudno, nie może pan go mieć - stwierdził. - Brandon jest związany umowąz innym klientem. Jeśli byłby pan skłonny poczekać, żeby skorzystać z jego usług, Brandon powinien wrócić do Nowego Jorku w przyszłym tygo¬dniu. Do widzenia panu.

- Nie, czekaj pan! - wrzasnął Monroe, chwytając go za ramię żelaznym uściskiem.

Duncan ukrył uśmiech. Lata doświadczeń w zdobywaniu względów kapryśnych kochanek raz jeszcze okazały się bardzo użyteczne.

- Tak? - powiedział.

Boyd Monroe utkwił w nim wzrok.

- Chyba będę musiał zadowolić się panem.

- Dziękuję - odparł Duncan, wchodząc do salonu i rozglądając się wokół.

Apartament wyglądał inaczej niż przed dwoma laty. Salon był teraz fiole¬towo-różowy z białymi wykończeniami, a przed marmurowym kominkiem ustawiono pozłacane stylowe meble. Tylko fantastyczny widok na Central Park się nie zmienił. Duncan zerknął przez okno na wstęgę bujnej zieleni przecinającą serce miasta. Szczerze mówiąc, nie miał okazji podziwiać widoku z okien pod¬czas ostatni~j wizyty. Panna Relker zajmowała go bez reszty.

- Niech pan siada i zabierajmy się do roboty - zarządził Boyd Monroe. ¬Upłynęło prawie dziewięć godzin od zniknięcia Jane. Bóg jeden wie, co jej się mogło przydarzyć.

Siadając na kanapie, Duncan zerknął na swojego klienta. Boyd Monroe przypominał przerośniętego buldoga. Wyglądało na to, że praca z nim nie będzie przyjemna.

Jednak była to praca, i do tego bardzo ważna. Księżniczka Pop nie zni¬kała codziennie. Duncan wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza mały notat¬nik i pióro Mont Blanc, które dostał od matki na gwiazdkę, skrzyżował nogi i zrobił minę profesjonalisty.

- Powiedział mi pan przez telefon, że panna Miller odjechała sprzed hotelu taksówką wczoraj po północy.

- Zgadza się - burknął Monroe, siadając na krześle naprzeciwko Duncana.

- Zapisał pan numer taksówki?

-Nie.

- Może zrobili to jej ochroniarze?

- Też nie.

- Czy mógłbym zamienić z nimi parę słów?

- Wyrzuciłem ich.

- To oczywiste - mruknął pod nosem Duncan; ochroniarze mieli szczęście, że nie zostali żywcem obdarci ze skóry. - Wspomniał pan przez telefon, że panna Miller przebrała się, aby przejść koło ochrony?

- To właściwie nie było przebranie. Włożyła po prostu płaszcz nieprze¬makalny i kapelusz pokojówki. Aha, miała też na sobie jej pantofle.

- Ajej pokojówką jest ... ?

- Annie Maguire. Nic panu nie da wypytywanie Annie. Leżała w łóżku z grypą, kiedy lane uciekła."

- Może rozmawiała z panną Miller przed położeniem się do łóżka albo coś słyszała. Chciałbym ...

- Nie - oznajmił kategorycznie Monroe.

- To już drugi raz - szepnął do siebie Duncan. - Bardzo by mi pomogło, gdyby opowiedział mi pan o wydarzeniach wczorajszego wieczora.

Boyd rozsiadł się wygodniej w fotelu, wyciągając przed siebie nogi w dro¬gich kowbojskich butach, i zmarszczył gniewnie brwi. Widok nie był przy¬Jemny.

- Jane miała wczoraj w Madison Square Garden koncert kończący dłu¬gie światowe tournee.

- Czy zdarzyło się coś, co mogło ją zdenerwować?

-Nie.

Duncan słyszał to słowo zbyt wiele razy, żeby nie rozpoznać tych przypadków, kiedy coś się za nim kryło.

- A po koncercie?

- Wróciliśmy limuzyną tutaj.

- Nie było przyjęcia z okazji końca tournee? Nie rozdawała autografów fanom?

- Nie pozwalam Jane na bratanie się z motłochem i nie dopuszczam do rozdawania autografów. Rzuciliby się na nią i zgnietli.

- Rozumiem - mruknął Duncan. - Czy podczas powrotnej jazdy limu¬zyną panna Miller powiedziała coś, co wskazywałoby na zamiar opuszczenia hotelu?

- Nie. Odbyliśmy taką samą rozmowę, co zawsze.

-To znaczy?

- Za każdym razem, kiedy przyjeżdżamy do Nowego Jorku, Jane chce obejrzeć wystawy na Madison Avenue.

- A pan powiedział "nie"?

- Jasne, że powiedziałem "nie"! - warknął Monroe. - Rozpoznaliby ją w ciągu sekundy. Poza tym nie było dość czasu. Mieliśmy lecieć dzisiaj do Los Angeles o pierwszej po południu. Przecież ona ma się stawić jutro w studiu nagrań.

- Napięty program - zauważył Duncan.

- Do końca roku obowiązuje ją kontrakt z Sony, a jest im winna jeszcze jeden album.

- Aha. Czy prócz tego poruszaliście jakieś inne tematy? Monroe wzruszył ramionami.

- Jane ostatnio zupełnie sfiksowała na punkcie zmiany swojego stylu i ro¬dzaju muzyki. Rozumie pan, kiedy ją odkryłem, miała siedemnaście lat i zamie¬rzała zostać jakąś zwariowaną wokalistką rockandrollową. Prędko jej wybiłem z głowy ten idiotyzm, ale co jakiś czas mrzonki na temat rock and rolla znowu jej wracają. Próbowała nawet wykręcić się od podpisania nowego kontraktu z Sony, bo ubzdurała sobie, że potrafi się przebić jako piosenkarka rockowa, co najlepiej świadczy o tym, że jest całkowicie oderwana od rzeczywistości.

Przypomniawszy sobie melodyjne, bezbarwne piosenki Jane Miller, które parę razy słyszał w radiu, Duncan skłonny był się z tym zgodzić. Dziewczy¬na wyraźnie nie miała dobrego rozeznania we własnych muzycznych możli¬wościach.

- No dobrze, ale co się wydarzyło wczorajszego wieczoru po powrocie panny Miller do tego apartamentu?

- Nic nadzwyczajnego. Czekała na nią Annie, która przygotowała ką¬piel i kolację.

- Czy panna Miller wydawała się w jakimkolwiek sensie niezadowolo¬na lub nieszczęśliwa? A może zachowywała się inaczej niż zwykle?

I- Nie, tylko zaczęła się idiotycznie spierać na temat kolacji.

- Kolacji?

- Miała zamiar posłać Annie po cheeseburgera, frytki i shake'a.

- A pan powiedział "nie"? - domyślił się Duncan, który potrafił już przewidzieć reakcje menedżera Jane Miller.

- Jasne, że powiedziałem "nie"! Nie pozwalam jej jeść tłustej wołowi¬ny. To jest po prostu zabójcze - i dla cery, i dla trawienia. Poza tym niepo¬trzebny jej nadmiar kalorii, których pełno we frytkach i w shake'u.

- Nie wiedziałem, że panna Miller ma problemy z figurą.

- Nie ma, ale nie zamierzam dopuścić do sytuacji, kiedy będzie je miała.

Poleciłem Annie, żeby zamówiła sałatkę z homarów.

- A panna Miller się sprzeciwiła?

Boyd Monroe westchnął ciężko.

- Lang, niech pan zrozumie, że Jane Miller to rozpieszczone i rozkapry¬szone dziecko. Dostaje napadu złości za każdym razem, kiedy nie da jej się tego, co by chciała mieć. Moją sprawąjest dopilnować, żeby nie dostała cze¬goś, co może się okazać dla niej szkodliwe. W tych warunkach konflikt jest nieunikniony.

- Rozumiem. Czy jeszcze coś się wydarzyło? Monroe naburmuszył się, zniecierpliwiony.

- Annie zamówiła kolację i poszła się położyć. Mówiłem już, że była zagrypiona. Przypomniałem Jane o dzisiejszym locie, powiedziałem, żeby sobie pospała rano, ile będzie chciała, życzyłem jej dobrej nocy i wyszedłem na korytarz, po czym wróciłem do własnego apartamentu.

- Z jakiego powodu nabrał pan podejrzeń, że panna Miller planuje ucieczkę?

- Z żadnego - odparł Monroe z niechęcią. - Po jakichś dziesięciu mi¬nutach uświadomiłem sobie, że zapomniałem jej powiedzieć o konferencji prasowej, która miała się odbyć bezpośrednio po naszym wylądowaniu w Los Angeles. No więc poszedłem z powrotem do jej apartamentu. Chwi¬lę to trwało, ale w końcu Annie otworzyła drzwi. Zorientowaliśmy się, że Jane zniknęła, więc zgarnąłem tych dwóch kretynów ochroniarzy i zjecha¬liśmy do holu, żeby ją złapać. Akurat wsiadała do taksówki. Krzyczałem do niej, ale odjechała.

- I to był ostatni raz, kiedy pan widział pannę Miller?

- Zgadza się.

- Czy zostawiła jakiś list?

Monroe wyciągnął z kieszeni mocno pognieciony arkusz firmowego papieru listowego "Ritza" i podał go Duncanowi, który z niejakim trudem po¬wściągnął uśmiech. Zorientowawszy się, że ptaszek uciekł z klatki, rozeźlo¬ny menedżer Jane Miller musiał zmiąć kartkę z wiadomością i cisnąć nią z ca¬łej siły o ścianę. Niewykluczone, że podeptał ją również, i to kilkakrotnie.

Duncan zdziwił się, gdy zobaczył, że pismo Księżniczki Pop jest ścisłe i zamaszyste, wręcz kanciaste, pozbawione jakichkolwiek ozdobników czy zawijasów. Treść też była lapidarna i rzeczowa.

 

Drogi Boydzie,

Uprzedziłam Cię, ie potrzebuję wakacji, i właśnie je sobie robię. W cią¬gu najbliższych dwóch tygodni mam zamiar pojeździć trochę po kraju. Po¬tem ruszam do Los Angeles i zrobię ten album. Nie martw się o mnie.

Harley

 

- Harley? - spytał Duncan, oddając list Boydowi.

- Dziewczyna nazywa się Harley lane Miller. Kiedy zostałem jej menedżerem, powiedziałem, że ma zapomnieć o pierwszym imieniu. Nie pasowa¬ło do wizerunku, jaki miała stworzyć na użytek publiczności, którą chciałem zapewnić Jane.

-Aha.

Harley lane Miller nazywała siebie samą Harley; jej menedżer używał imienia lane. Interesujące. Duncan wpatrywał się przez chwilę w swoje ro¬bione na zamówienie buty.

- Czy/panna Miller ma jakichkolwiek przyjaciół, do których mogłaby pójść lub którzy byliby skłonni jej pomóc?

- Nie. lej praca jest tak absorbująca, że nie ma czasu na utrzymywanie kontaktów towarzyskich.

~ A co z rodziną?

- Ma tylko matkę, która mieszka w Oklahomie. Telefonowałem do niej. Barbara nie miała żadnych wiadomości od córki, odkąd lane uciekła.

- O ile dobrze zrozumiałem, panna Miller ma dwadzieścia sześć lat i za¬kończyła właśnie trwające trzy miesiące międzynarodowe tournee. Wydaje się naturalne, że chciała się odprężyć i złapać oddech przed powrotem do studia i nagrywaniem nowego albumu.

- Mamy w planach wakacje na Wyspach Karaibskich za trzy miesiące ¬oznajmił Monroe. - Ona o tym wie.

Mamy? Duncan przyjrzał się dyskretnie swojemu klientowi. Czyżby Boyd Monroe i lane Miller stanowili parę? Nie widział żadnej wzmianki na ten temat w żadnym brukowcu, a te nie pominęłyby I)awet najmniej wiarygodnej plotki. Zauważył, że Monroe siedzi w fotelu w sztywnej pozycji rodzica-tyrana. Nie, z tego co słyszał, a także zaobserwował, Monroe był raczej dominującym, nie znoszącym sprzeciwu ojcem, a panna Miller buntującym się dzieckiem. Monroe nie wykorzystywał seksu, żeby ją przy sobie zatrzymać. Postawił na układ oparty na władzy rodzicielskiej, który do tej pory funkcjonował zgodnie z założeniami.

- Musi pan zrozumieć jedno, Lang - kontynuował tymczasem Monroe ¬Jane Miller ma dwadzieścia sześć lat, ale to nie zmienia faktu, że wciąż jest równie niewinna i naiwna, jak w dniu narodzin. Nie ma najmniejszego poję¬cia, jak sobie radzić w prawdziwym życiu, więc każda minuta ucieczki grozi jej niebezpieczeństwem. Właśnie dlatego musi pan ją znaleźć, i to natych¬miast, Lang. Daję panu czterdzieści osiem godzin, a potem wzywam policję.

- Nie sądzę, abym miał z tym jakiekolwiek trudności - powiedział spo¬kojnie Duncan, podnosząc się z kanapy. - Możliwości Colangco Internatio¬nal przyprawiłyby o rumieniec wstydu Jamesa Bonda. Na początek będzie mi potrzebna aktualna fotografia panny Miller. Najlepsze byłoby zdjęcie re¬klamowe. Zawsze znajdzie się paru odludków, którzy nie wiedzą, jak ona wygląda.

- Chociaż billboardy na Times Square są oblepione wizerunkiem jej twarzy? - zapytał z niedowierzaniem Monroe.

- Zdjęcie by mi się przydało.

Pomrukując pod nosem, Monroe wyciągnął ze swojej teczki lśniącą fo¬tografię o wymiarach dwadzieścia na dwadzieścia pięć centymetrów. Dun¬can wziął zdjęcie i przyglądał mu się przez chwilę. Słynne błękitne oczy Jane Miller wpatrzone były prosto w niego. Jasne włosy swobodnie opadały poni¬żej ramion. Wyglądała dokładnie tak, jak to określił jej niesympatyczny me¬nedżer: była słodka i niewinna. Monroe z pewnością miał rację. Taka dziew¬czyna nie poradzi sobie sama. Trzeba ją znaleźć jak najszybciej.

- Potrzebuje pan jeszcze czegoś? - zapytał Monroe takim tonem, jakby chciał już zamknąć drzwi za Duncanem.

- Chciałbym rozejrzeć się przez chwilę po apartamencie, jeśli pan po¬zwoli.

-- Niczego pan tu nie znajdzie.

To musi być wygodne, pomyślał Duncan, żyć w świecie, w którym wszystko jest takie pewne.

- Zabiorę panu dosłownie parę sekund - zapewnił, wstając.

W salonie i jadalni nie było śladu osobistych rzeczy. Drzwi prowadzące do pokoju Annie Maguire pozostawały zamknięte. Bardziej interesująca oka¬zała się sypialnia Księżniczki Pop. W odległym kącie pokoju spoczywała na fotelu gitara klasyczna. Najednym ze stolików nocnych ułożone były pisma, bieżące numery sześciu różnych magazynów informacyjnych. Na drugim le¬żały cztery książki, wszystkie z najnowszej listy bestsellerów naukowych i po¬pularnonaukowych.

- Zdaje się, że panna Miller jest zapamiętałą czytelniczką - skomento¬wał Duncan.

- Kładę na to duży nacisk - rzekł Monroe, który zatrzymał się w drzwiach. - Musi umieć wypowiadać się inteligentnie i ze znawstwem na wszelkich ważnych imprezach towarzyskich, na których jest obecna.

- Ale mówił pan, o ile dobrze pamiętam, że ona nie prowadzi życia to¬warzyskiego.

- Bo nie prowadzi. Te przyjęcia to część jej pracy.

- Nie wątpię - mruknął Duncan do siebie.

Pomyślał, że Księżniczka Pop żyła w złotej klatce. Przejrzał zawartość szuflad w komodzie. Prosta bielizna, majtki i staniki, nic choć odrobinę pro¬wokacyjnego. Monroe nie dopuściłby, żeby jakikolwiek zmysłowy akcent zmącił słodki wizerunek panny Miller.

- Czy czegokolwiek tu brakuje?

- Annie twierdzi, że nie.

- A co z pieniędzmi? Czy panna Miller ma dostęp do gotówki albo do kart kredytowych?

- Niczego przy sobie nie ma. Ja zajmuję się jej kontami bankowymi i kartami kredytowymi.

Duncan wątpił, czy Boyd Monroe pozwolił swojej podopiecznej dotknąć choć raz karty kredytowej wystawionej na jej nazwisko.

- A paszport panny Miller?

- Mam go w sejfie, w moim pokoju.

- Prawo jazdy?

- Nie ma prawa jazdy.

Duncan odwrócił się od drzwi łazienki.

- Więc nie umie prowadzić? - zapytał.

- Umie. Ale jej na to nie pozwalam. Musi mieć oficjalnego kierowcę ze względu na ewentualne próby porwania jej samej albo samochodu.

- To zupełnie zrozumiałe - mruknął Duncan.

I nie mniej chore, pomyślał. Wszedł do wykładanej marmurem łazienki.

Na półce dostrzegł szampon i odżywkę do włosów, rozmaite balsamy i pły¬ny, buteleczki z preparatami do makijażu. Interesujące. Więc nie zabrała ze sobą kosmetyków niezbędnych do robienia makijażu. Wzięła natomiast szczo¬teczkę do zębów. A także szczotkę do włosów i grzebień. Tylko niezbędne przedmioty.

- Dobrze, to mi powinno wystarczyć - oznajmił Duncan, opuszczając łazienkę i wchodząc na powrót do sypialni. - Rozumiem, że odwołał pan lot i pozostanie pan tymczasem w"Ritzu". Będę się z panem kontaktował co najmniej raz dziennie, żeby dać znać, jak posuwa się sprawa. Nie przewiduję żadnych problemów.

- Niech pan ją znajdzie - powiedział Monroe, gdy wracali do salonu¬i to jak najszybciej.

- Ma pan to jak w banku - przyrzekł Duncan gładko. - Proszę tylko podpisać tę umowę i zaraz ruszam do pracy.

Wręczył Monroe'owi standardowy dwustronicowy kontrakt. Menedżer dokładnie przeczytał każdą linijkę dokumentu, wyjął z kieszeni marynarki złote pióro i złożył podpis na kropkowanej linii. W uszach Duncana zabrzmia-, ło chóralne "Alleluja". To była jeszcze ważniejsza sprawa niż ta, nad którą pracował jego brat. Ojciec będzie wniebowzięty ze względu na międzynaro¬dową reklamę, matka rozanielona z racji powiązań z wyższymi szczeblami branży muzycznej. Duncan nigdy w życiu nie miał pewniejszej wygranej. Trafiła mu się w końcu szansa udowodnienia, że potrafi odnieść sukces, sto¬sując się grzecznie do regulaminu Colangco. Jego mętne dotychczas widoki na przyszłość zaczęły się rozjaśniać.

Włożył kontrakt do kieszeni, powiedział klientowi do widzenia i wyszedł z apartamentu, Stojąc w holu i czekając na windę, odetchnął z ulgą. Rozsta¬nie się z Boydem Monroe było prawdziwą przyjemnością. Życzył Harley Jane Miller, żeby cieszyła się, póki może, wolnością. Niestety, koniec tej swobody był już bardzo bliski.

Wskoczył do taksówki, która zawiozła go do trzydziestodwupiętrowego Sentinel Building, wzniesionego przed drugą wojną światową na rogu Piątej Alei i Pięćdziesiątej Piątej ulicy. Duncan nie miał nic przeciwko ruchowi i ćwiczeniom fizycznym. Był wręcz entuzjastą ćwiczeń, ale w odpowiedniej porze i miejscu, a to nie obejmowało godzin jego pracy. Wysiadłszy z tak¬sówki, przeszedł pod słynnym portalem Sentinel ze złotych liści i znalazł się w równie ozdobnym holu. Uwielbiał ten gmach. Co dzień rano błogosławił swojego dawno już zmarłego dziadka, który dzięki fortunie zbitej na prze¬mycie alkoholu mógł zbudować Sentinel. Ten budynek, w przeciwieństwie do domu rodziców, zawsze kojarzył się Duncanowi z domem rodzinnym.

Wjechał windą na trzydzieste pierwsze piętro i przeszedł'przez szklane drzwi Colangco. Stąpając bezgłośnie po wysłanym grubym dywanem kory¬tarzu i ledwie zauważając, że tego poniedziałkowego ranka zajęta jest zaled¬wie trzecia część biur i stanowisk pracy, układał w myślach listę podstawo¬wych czynności śledczych. Colangco było spółką międzynarodową, dostępną dla klientów dwadzieścia cztery godziny na dobę, we wszystkie dni tygo¬dnia. Brat Duncana, Brandon, pracował akurat nad intratnym zleceniem na Florydzie. Ojciec wyjechał do Denver również w interesach. Właśnie dlate¬go odnalezienie Księżniczki Pop przypadło w udziale Duncanowi.

Wszedł do swojego biura. Niewielki pokój, gdzie wprowadzano klien¬tów, był pusty. Asystentka Duncana, Emma Teng, nie zajmowała swego zwy¬kłego miejsca za biurkiem.

- Em - zawołał do niej.

- Jestem tutaj - usłyszał w odpowiedzi. Głos dobiegał z narożnego gabinetu Duncana.

. Było to przestronne słoneczne pomieszczenie. Na prawo od wejścia stała zielona skórzana kanapa i fotele do kompletu, środek zajmował okrągły szkla¬ny stół konferencyjny z również zielonymi krzesłami, a po lewej stronie znaj¬dowały się biurko z tekowego drewna, krzesła dla gości oraz stolik z bardzo drogim sprzętem komputerowym. Emma Teng, ubrana w jasnoniebieski ko¬stium, siedziała na jego fotelu i stukała zawzięcie w klawiaturę komputera.

- Em, zostaw te gry i zabieramy się do pracy.

- Do licha, a właśnie zaczynało być ciekawie - odparła Emma z szerokim uśmiechem, odkręcając się na fotelu, tak by znaleźć się twarzą do sze¬fa. - Wyglądasz na szczęśliwego człowieka.

- Jestem w siódmym niebie - rzekł Duncan, opierając się o biurko.¬Pierwszy raz dostałem szansę udowodnienia rodzinie raz na zawsze, że cał¬kowicie mylą się co do mnie.

- Więc to jakieś sensowna sprawa? - spytała Emma.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin