Lek.rtf

(62 KB) Pobierz

Autor: dracofiend

Tytuł oryginału: The Cure; link na profilu.

Beta: Morwena :*

Pairing: HP/SS

Tłumaczenie za zgodą autorki.

 

Popełniłam je kilka miesięcy temu, w przerwach między tłumaczeniem czegoś dłuższego. To dość lekka miniaturka, taka na poprawę humoru.

 

 

Lek

xxxxx

 

- Pro-profesor? Co pan tu robi? - zapytał Harry, zaskoczony, gdy mężczyzna z hukiem otworzył drzwi i wmaszerował do pomieszczenia, jak gdyby była to jego własna sala lekcyjna, a nie odizolowany i chroniony oddział szpitalny. Snape nie odpowiedział. Podszedł szybko do pustego stołu na drugim końcu dużego pokoju, odstawił walizkę, którą niósł, i zabrał się do pracy.

 

Godzinę później podszedł do Harry'ego, który wpatrywał się w niego jak oniemiały.

 

- Wypij to - powiedział Snape, odzywając się do chłopca po raz pierwszy od swojego przyjścia.

 

Harry mierzył wzrokiem szklankę ciemnoczerwonego płynu, marszcząc brwi.

 

- Co to jest?

 

- Twoja jedyna nadzieja na powrót do zdrowia. Pij.

 

Harry nie sięgnął po szklankę.

 

- Kto pozwolił panu tu przyjść?

 

Brwi Snape'a uniosły się wysoko, rozciągając pełne pogardy szparki jego oczu.

 

- Ee, to znaczy, czy pan również nie powinien zdrowieć? - poprawił się pośpiesznie Harry, widząc jad w oczach Snape'a. - Słyszałem, że pan...

 

- Proszę pić, panie Potter.

 

Harry wpatrywał się niepewnie w eliksir.

 

- Twoje podejrzenia są satysfakcjonujące w świetle beznadziejnej naiwności, jaką wykazywałeś w przeszłości. Jednak, jak pamiętasz, pozbyłeś się Czarnego Pana i wojna dobiegła końca. Nie jestem w Azkabanie i nie próbuję cię otruć. A teraz pij, zanim ucieknę się do bardziej inwazyjnych metod leczenia - warknął Snape.

 

Harry wziął szklankę i przełknął łyczek, krzywiąc się przez zapach i lekko dławiąc przez smak.

 

- Wszystko, Potter.

 

Harry przechylił szklankę, po czym oddał Mistrzowi Eliksirów już pustą, ze ściankami wciąż pokrytymi gęstą czerwienią. Wystawił język z obrzydzeniem.

 

- Uch. Co to jest?

 

Ale Snape już przeszedł na drugą stronę pokoju i zmniejszał swoje przybory, wkładając je z powrotem do walizki. Zapiął jej zamki i skierował się do drzwi.

 

- Profesorze?

 

- Zanotuj efekty działania eliksiru. Chcę szczegółów, a nie bezużytecznych fantazji rodem z twoich szkolnych wypracowań. I przygotuj dla mnie dziennik – powiedział szorstko Snape, powiewając przy wyjściu szatami.

 

Harry gapił się za nim, wciąż zdziwiony całym tym zdarzeniem. Cudownie. Snape zadał mi pracę domową. Uzdrowiciele mówili, że mam szczęście, że w ogóle żyję, zrzędził do siebie Harry, zastanawiając się, dlaczego Snape się pojawił, skoro on również miał szczęście, że w ogóle przeżył. Wyglądał bardziej blado niż zwykle, dumał Harry. Myślałem, że to niemożliwe. Potem wszedł uzdrowiciel z notesem w ręku.

 

xxx

 

- … a gdy budzę się rano, mam dość rozmazany wzrok - dokończył Harry.

 

Snape uderzył lekko twardą okładką dziennika w dłoń i wykrzywił usta, spoglądając na Harry'ego, który siedział na łóżku.

 

- Myślisz, że ten eliksir miał pomóc na zniekształcone siatkówki? Nałóż okulary - po co je masz, dla ozdoby? - powiedział zjadliwie.

 

Harry się skrzywił.

 

- Po założeniu okularów. Profesorze. Wszystko jest bardzo zamazane - odpowiedział, mrużąc oczy. - Poza tym chciał pan wiedzieć. Po co pan pyta? Zapisałem wszystko w dzienniku, tak jak pan kazał. Nie przeczytał go pan?

 

Snape wykrzywił się do niego onieśmielająco - jak prawdziwy weteran krzywienia się.

 

- Uważaj ze swoją bezczelnością, Potter. Jedno spojrzenie na twoje trollowe bazgroły było wystarczające. Jeżeli w nadchodzących dniach nie chcesz wypluć swoich organów wewnętrznych, postaraj się pisać czytelnie. Nie zamierzam stać się tak ślepy jak ty.

 

Harry wpatrywał się buntowniczo w podciągnięte do pasa prześcieradło i wymamrotał coś, co brzmiało podejrzanie uwłaczająco.

 

- Słucham, panie Potter?

 

- Powiedziałem: „Postaram się, proszę pana" - odpowiedział Harry przez zaciśnięte zęby, unosząc brodę, by spojrzeć prosto w oczy pogardzie swojego byłego profesora.

 

- Czyżby? - Snape rozciągnął usta w fałszywym uśmiechu. - A więc. Efekty uboczne, których dotąd doświadczyłeś, obejmują pocenie się w nocy, ataki dreszczy, bóle głowy, problemy z oddawaniem moczu i jeszcze gorszy wzrok zaraz po przebudzeniu. Nic więcej.

 

Harry pokiwał głową, a Snape pomaszerował do swojego stołu, szeleszcząc szatami.

 

- Bardzo dobrze. Wprowadzę kilka poprawek. - Fiolki i słoiki brzęknęły, gdy zaczął rozkładać je na stole. - Jednakże jest mało prawdopodobne, że wszystkie efekty uboczne osłabną po drugiej dawce. Eksperymentalne eliksiry są delikatne i nieprzewidywalne, o czym z pewnością nie wiesz.

 

- Jejku, dzięki, że mnie pan poinformował - sarkastycznie burknął pod nosem Harry.

 

- I tak nie chciałbym za bardzo zniszczyć twojego mglistego pojęcia o moim charakterze - kontynuował Snape aksamitnym głosem, rozpalając ogień pod kociołkiem. - W końcu jestem „pieprzonym draniem", jak to elokwentnie ująłeś. Dalsze walki w łazience spotęgują twoje docenienie tej niepodważalnej prawdy.

 

Cisza. Potem Harry wyjąkał:

 

- Nie, nie chodziło mi o to… Wiem, że nie jest pan...

 

- Cicho - wycedził Snape, odkorkowując ciemnozieloną fiolkę. - Chyba nie chciałbyś, żebym dodał nieodpowiednią ilość ciemiernika, prawda? Ach, ale skoro nie masz pojęcia o jego efektach, to pytanie nie ma sensu. Lepiej pozwól mi wykonywać moją pracę, Potter - ratowanie ci życia.

 

Harry otworzył usta, by zaprotestować, bo, do cholery, naprawdę nie chciał obrazić faceta - to wszystko przez zbyt mocno zakorzeniony odruch - ale zanim zdołał wydusić z siebie jakikolwiek dźwięk, Snape przerwał jego rozmyślania.

 

- Nie udawaj przede mną - powiedział kwaśno. - Miałeś na myśli to, co powiedziałeś. Ja również. Cisza.

 

Harry zamknął usta i milczał. Przepraszam, pomyślał naprawdę mocno, mając nadzieję, że Snape go usłyszy. Dzięki, że mi pan pomaga.

 

Ramiona Snape'a pozostały spięte przez resztę czasu, a eliksir smakował niewyobrażalnie gorzej niż poprzedni.

 

xxx

 

- Ten nie powinien wywoływać żadnego drżenia - powiedział Snape, podając Harry'emu kubek purpurowego płynu. Chłopak wziął go i wypił, marszcząc nos i zaciskając powieki. Po kilku tygodniach paskudny smak wcale się nie poprawiał.

 

- Dzięki, profesorze - wydusił z siebie, gdy przełknął eliksir. Snape zabrał od niego pusty kubek i patrzył, jak Harry jak zwykle czyści językiem podniebienie, próbując pozbyć się smaku mikstury. - Chyba nie ma sposobu na to, żeby...

 

- Nie, Potter. Jak już wyjaśniałem - przerwał Snape, bardziej zirytowany niż wściekły. - Dodanie zewnętrznych składników zniszczyłoby elementy potrzebne do działania eliksiru. Jeżeli nalegasz na przesłodzone lekarstwa, nigdy nie opuścisz tego oddziału.

 

Harry wzruszył ramionami.

 

- Myślałem, że warto zapytać, skoro najwyraźniej jest pan geniuszem eliksirów czy coś.

 

Snape rzucił mu ostre spojrzenie.

 

- Uzdrowiciel Watson mi powiedział - odpowiedział Harry, szczerząc zęby. - Nazwał pana Merlinem wśród Mistrzów Eliksirów. Nie miałem pojęcia. To znaczy, wiedziałem, że jest pan dobry, no bo ten pański stary podręcznik do eliksirów i tak dalej… Ale nie wiedziałem, że jest pan aż tak dobry. Dlaczego zdecydował się pan uczyć... - Uśmiech Harry'ego zbladł, gdy chłopiec natychmiast zrozumiał odpowiedź. - Och. No tak.

 

- Tak - powiedział Snape sucho, odwracając się i przechodząc przez pokój. - Niestety, nawet Merlin we własnej osobie nie potrafiłby wymyślić lekarstwa na twoją najpoważniejszą dolegliwość. - Zaczął pakować swoje rzeczy.

 

- Profesorze - powiedział Harry po chwili; słowo było prawie niesłyszalne przy dźwiękach sprzątania. - Dlaczego pan to robi?

 

Snape przewrócił oczami, nie przestając składać swojego sprzętu laboratoryjnego.

 

- Ten eliksir musi być skonsumowany natychmiast po przyrządzeniu i wymaga delikatności nie posiadanej przez żadnego z szanownych pracowników szpitala.

 

- Nie, miałem na myśli, dlaczego pan robi to dla mnie?

 

- Twój stan zdrowia nie jest wymówką do zadawania bezmyślnych pytań.

 

Harry milczał przez chwilę.

 

- Wiem, że musiał pan mnie chronić, zanim pozbyliśmy się Voldemorta. Z powodu przepowiedni i Dumb... i wszystkiego. Ale teraz już go nie ma. To znaczy, Voldemorta.

 

Snape zatrzasnął walizkę bez słowa.

 

- Czy to profesor McGonagall zmusza pana...

 

- Nikt mnie do niczego nie zmusza - warknął Snape. Już nie, pomyślał gniewnie. Zdążył dojść do drzwi, kiedy Harry odezwał się ponownie.

 

- Po prostu myślałem...

 

Snape spojrzał swoimi iskrzącymi się oczami na okrągłe okulary Harry'ego.

 

Harry przygryzł wargę.

 

- Dziękuję, proszę pana. Nie tylko za eliksir. Za... za to wszystko w szkole. Kilka lat temu powiedzieli mi o tym, co zrobił pan dla Dumb... dla Zakonu. Miałem zamiar panu podziękować i przeprosić za to, że byłem taki niegrzeczny w stosunku do pana, za myślenie o panu okropnych rzeczy, za wszystko w szkole. Ja nie... Teraz myślę inaczej, już od dawna tak jest. - Harry potarł kark, skrępowany, ale zmusił się, by patrzeć Snape'owi w oczy. Chciał mieć pewność, że Snape wiedział, że mówi poważnie. - I nie chciałem być niegrzeczny, zadając te pytania, proszę pana.

 

Snape, zaskoczony potulnym wyrazem twarzy Harry'ego, jakiego jeszcze nigdy nie widział, uśmiechał się drwiąco.

 

- Więc ich nie zadawaj.

 

Otworzył drzwi gwałtownie i wybiegł z pokoju, zanim jego zaskoczenie mogło wymknąć się spod kontroli.

 

Harry oparł się na poduszkach, wciąż widząc spojrzenie czarnych oczu Snape'a.

 

xxx

 

- Czy nigdy nie nudzi się panu czerń?

 

Nadgarstek Snape'a zamarł na ułamek sekundy, po czym kontynuował wykonywanie swojego ruchu.

 

- A te białe kołnierzyki? - ciągnął Harry. - Wyglądają na naprawdę niewygodne, jakby wbijały się panu w szyję.

 

Snape zacisnął usta.

 

- Co to za głupoty? – Z wprawą nalał szklankę eliksiru.

 

- Wie pan, większość ludzi nosi coś innego każdego dnia - całkowicie swobodnie rozwinął swoją wypowiedź Harry. Obelgi Snape'a już nie robiły na nim wrażenia. Dużego. - Nie w szpitalu, oczywiście, bo mają uniformy, ale nauczyciele nie muszą ich nosić. Poza tym jest lato. Nie ma pan dosyć noszenia w kółko tych samych rzeczy?

 

Snape wytarł brzeg szklanki ścierką, po czym odwrócił się i przyniósł eliksir Harry'emu.

 

- Wbrew temu, co pan myśli, panie Potter, posiadam więcej niż jeden komplet szat.

 

Harry uśmiechnął się półgębkiem.

 

- Jasne, rozumiem. Więc ma pan szaty z trzydziestoma ośmioma guzikami, kolejne mają pięćdziesiąt siedem guzików, jeszcze inne sześćdziesiąt pięć i tak dalej, i tak dalej, ale wszystkie wyglądają identycznie, prawda? To znaczy, nie patrzy pan czasem w lustro i nie myśli: Jejku, przydałaby mi się zmiana. Może morski. A może leśna zieleń, to takie ślizgońskie, prawda? Poczucie przynależności do domu i tak dalej?

 

Snape doszedł do łóżka Harry'ego i wyciągnął sztywno rękę, w której trzymał szklankę z eliksirem. Nagle poczuł się bardzo świadom swoich trzydziestu ośmiu guzików oraz faktu, że zna ich liczbę tylko dlatego, że podał mu ją Potter. Potter... liczył jego guziki? Bardzo niepokojące.

 

- Panie Potter, jestem głową, a nie maskotką domu. Rozumiem, że ta różnica może być dla twojego małego i zaćmionego móżdżku tak samo niejasna jak wszystko inne, ale już nie rozumiem, dlaczego interesuje cię mój wygląd.

 

Harry wzruszył ramionami.

 

- Byłem po prostu ciekaw, to wszystko. To coś, nad czym mogę się zastanawiać. Nie ma tu dużo do roboty, wie pan. - Wziął eliksir i uniósł go do ust.

 

- Rozumiem - odpowiedział Snape, jak zawsze ironicznie. - I z nudów zachowujesz resztki zdrowia psychicznego, licząc różne rzeczy. – Jak na przykład guziki moich szat. - Godne podziwu.

 

Harry zmierzył Snape'a od stóp do głów, gdy otworzył usta, by wypić miksturę. Jego zielone oczy rozszerzyły się, po czym zmrużyły, gdy gęsty, czerwony płyn zniknął. Snape patrzył z satysfakcją, jak podróżuje w dół przełyku Harry'ego.

 

- Ble! - Harry wypchnął kilka razy język przez ciasno zaciśnięte usta i zmarszczył nos. - To jest naprawdę wstrętne, profesorze.

 

Snape patrzył wilkiem na język Harry'ego, wciąż poruszający się słabo między jego ustami.

 

- Jak choroba, której teraz doświadczasz.

 

- Tak, chyba tak - wymamrotał Harry ponuro. Westchnął ciężko. - Wariuję tutaj. Gdybym przebywał na oddziale dla długoterminowych, mógłbym przynajmniej... nie wiem, korzystać z biblioteki czy coś. Grać w quidditcha stołowego.

 

Twarz Snape'a wykrzywił jeden z jego grymasów-uśmiechów. Zabrał Harry'emu szklankę, nie dotykając chłopca i wrócił do stołu. - No, no, no, Potter. Rozważasz bibliotekę jako potencjalne źródło rozrywki? Może jeszcze nie jest za późno, by cię uratować.

 

- Ha. Ha. Ha. - Odpowiedź Harry'ego była przesiąknięta sarkazmem. - Umiem czytać, wie pan. Dla zabawy. Nie ostatnio, bo byłem troszkę zajęty pokonywaniem chorych psychicznie czarodziejów i byciem poddawanym najróżniejszym paskudnym eliksirom i zaklęciom leczniczym. Ale wcześniej czytałem dobre książki dla przyjemności .

 

- Niby jakie? - odpowiedział drwiąco Snape, który był odwrócony do Harry'ego plecami, kiedy zbierał butelki. – „Quidditch przez wieki"?

 

Harry'emu opadła szczęka. Potem zebrał się w sobie.

 

- Tak - powiedział złośliwie. Jednak nie zebrał się wystarczająco. Głowił się nad odpowiedzią. - I „W powietrzu z Armatami". Ta też jest bardzo dobra.

 

- Mmm - wymruczał Snape, przełykając… chichot? rubaszny śmiech? który groził ucieczką. Zmniejszył kociołek. - Najwyraźniej twoja reputacja Nieodpowiedzialnego Bohatera przyćmiła twój status członka literackiej inteligencji. Nie martw się, nie zdradzę tego „Prorokowi Codziennemu".

 

Usta Harry'ego drżały.

 

- To dwie książki, których pan nigdy nie przeczytał - wypalił, wiedząc, że brzmi całkowicie dziecinnie. To nie zdawało się być złą rzeczą.

 

Snape włożył malutki kociołek do swojej torby.

 

- Jesteś tego pewien? - Blefował. Oczywiście, że nie czytał tych bredni. - Moje lektury nie ograniczają się do zakurzonych tomów o eliksirach i bzdur produkowanych przez uczniów, panie Potter. - Obrócił się z walizką w ręku i pomaszerował w kierunku drzwi, zerkając z ukosa na chłopaka.

 

Oczy Harry'ego rozszerzyły się za jego szkłami.

 

- Pan... Nie, nabiera mnie pan. - Zrelaksował się, uśmiechając się ostrożnie.

 

- Czyżby? - Severus zatrzymał się z ręką na klamce, by spojrzeć na chłopca.

 

Harry gapił się na Mistrza Eliksirów z niedowierzaniem, po czym uśmiechnął się, błyskając zębami.

 

- No dobra, kto wymyślił znicza?

 

Severus nawet nie uniósł brwi.

 

- Bowman Wright.

 

Harry wzdrygnął się, zszokowany. Severus pozwolił, by kącik jego ust zadrżał. Zaraz potem wyszedł za drzwi, śmiejąc się z głupoty chłopaka. Skonfiskował tak dużo tych cholernych kart z czekoladowych żab, że mógłby narysować zadowoloną z siebie, przekarmioną gębę Bowmana Wrighta choćby we śnie.

 

xxx

 

- Dzięki za książki, profesorze - powiedział Harry, gdy Snape dodawał do eliksiru szczyptę czegoś w płatkach.

 

Minęły dwa miesiące jego przymusowego pobytu w Świętym Mungu i Harry nie mógł uwierzyć, że odwiedziny Severusa Snape'a trzy razy w tygodniu były najbardziej ekscytującą częścią jego życia. Wizyty Rona, Hermiony i innych przyjaciół były dobrą zabawą; rozmowy z Remusem, panem i panią Weasley oraz niektórymi członkami Zakonu były przyjacielskie; ale godziny spędzone ze Snape'em, mieszającym coś po drugiej stronie pokoju, były krzepiące. W jakiś dziwny sposób. Coś w obecności Snape'a, w jego czarnych szatach promieniowało otuchą, możliwościami i... wytrzymałością.

 

Harry prawie uwierzył, że wyobraził sobie złe intencje tłustowłosego, patrzącego wilkiem nauczyciela, którego ledwie pamiętał. Zamiast niego był teraz... Cóż, wciąż tłustowłosy, patrzący wilkiem nauczyciel. Ale miał tłuste włosy od oparów eliksirów, które robił dla Harry'ego, a nie dlatego, że się nie mył. I tylko wyglądał, jakby przez cały czas patrzył wilkiem - naprawdę, tak po prostu wyglądały mięśnie jego twarzy.

 

Nic dziwnego, że Dumbledore chciał mieć Snape'a po swojej stronie. Kiedy on coś sobie zaplanuje, naprawdę to robi. W dodatku szybko, pomyślał Harry, przeciągając się. Czuł się o wiele, wiele lepiej. Każdego dnia dyżurny uzdrowiciel mówił o niesamowitej poprawie jego zdrowia.

 

Jeżeli był to uzdrowiciel Watson, zaczynało się krótkie rozpływanie się nad Snape'em. „Na Merlina, Harry! Nie… Powiedziałbym, że on jest lepszy niż Merlin. Jest cholernym bogiem! Co on ci daje?". Uzdrowiciel wybałuszał oczy, badając Harry'ego. Harry tylko wzruszał ramionami - bez bólu - i odpowiadał z uśmiechem: „Nie mam pojęcia. Gdybym zapytał, powiedziałby, że jestem zbyt głupi, by to docenić."

 

Jednak Harry nie był zbyt głupi, by docenić materiały do czytania, które kilka tygodni temu zaczął mu przynosić jego były profesor. W tej chwili miał podręcznik do eliksirów, kilka książek o czarodziejskiej kulturze, historii i polityce oraz jedną o quidditchu.

 

- Rozumiem, że większości z nich nawet nie otworzyłeś? - zapytał Snape swoim zwyczajnym, nietolerancyjnym tonem, nie odwracając się od kociołka. – „Kłótnie o kafle" muszą leżeć na honorowym miejscu przy twoim łóżku. Bez wątpienia inne zostały bezceremonialnie wepchnięte do szuflady, by już nigdy nie ujrzeć światła dziennego.

 

Harry roześmiał się.

 

- Skąd pan wiedział?

 

- Ja wiem wszystko, panie Potter - nadeszła ironiczna odpowiedź.

 

Harry znowu się zaśmiał.

 

- Tak?

 

Przekrzywił głowę, obserwując idealny, równy ruch łokcia Snape'a, krążący wkoło... i wkoło... i wkoło. To było dziwnie hipnotyzujące.

 

- Naprawdę wie pan wszystko? - zapytał, spoglądając na szpiczasty kawałek czerni. Jego głos nagle stał się niski, prawie że... prawie… sugestywny.

 

Łokieć zatrzymał się w połowie kółka. Wydatny nos pokazał się od profilu, gdy Snape obrócił głowę, równając ją z ramieniem.

 

- Radzę powstrzymać się od nierozsądnych sugestii na temat mojej ignorancji, dopóki twoje leczenie nie dobiegnie końca - powiedział; każda sylaba była wolno wyrzeźbiona, delikatnie mrożąca.

 

Harry zamrugał, wyrwany z transu.

 

- Tak, proszę pana - odpowiedział automatycznie. - Ee, nie, proszę pana. Nie sugerowałem... Jest pan jednych z najmądrzejszych ludzi, jakich znam - wypalił, znów stając się niezręcznym, dziewiętnastoletnim rekonwalescentem. - Ja tylko... żartowałem, profesorze. Fajnie jest pana... Nieważne - dokończył zawstydzony. To nie było dobre. Nie wiem, co się stało, ale to nie było dobre, pomyślał, opadając na poduszki.

 

Snape wciąż stał profilem, zmrożony.

 

- Nie jestem tu dla twojej rozrywki, Potter - oświadczył lodowato, formując każde słowo z tą samą zabójczą precyzją. Ponownie zaczął wolne mieszanie.

 

- Nie, profesorze. Przepraszam.

 

Snape nie powiedział nic więcej przez resztę godziny. Odwrócił wzrok od giętkiego języka Harry'ego, gdy chłopiec połykał eliksir i wyszedł, nie odpowiedziawszy na jego potulne pytanie, czy następnym razem mógłby przynieść nowe książki.

 

xxx

 

Minęły kolejne dwa miesiące i incydent został zapomniany, przynajmniej w dzień. Harry mógł teraz spacerować po swoim skrzydle w Świętym Mungu, ale nie mógł wychodzić na zewnątrz.

 

- Tylko na dziesięć minut, profesorze! Może pan kazać im wypuścić mnie na dziesięć minut - błagał Harry, leżąc na łóżku.

 

Snape wycisnął fioletowe krople do kociołka.

 

- Nie mam takiej władzy. Nie jesteś pod moją opieką, a ja nie jestem uzdrowicielem.

 

- Ale to pan mnie uzdrowił! Czuję się fantastycznie!

 

- Twoja ocena jest nieistotna, a zresztą i tak nieścisła. Z pewnością cię nie uzdrowiłem. W oczach Świętego Munga wciąż jesteś rekonwalescentem, a ja odpowiadam tylko za jeden eliksir w twojej rozległej terapii.

 

Harry parsknął.

 

- Co za brednie! Wszyscy uzdrowiciele wiedzą, że to pański eliksir mnie leczy, a nie żadne inne gówna! Każdego dnia mamy mały Maraton Wielbienia Severusa Snape'a! Skoro tylko pana eliksir daje radę wszystkim dziwnym mrocznym zaklęciom, które na mnie rzucono, czy to nie pan powinien decydować o tym, kiedy będę gotowy do wyjścia na zewnątrz?

 

Severus pytająco uniósł brew i odwrócił się, by popatrzeć na Harry'ego z dezaprobatą. Na usta Harry'ego, skąd „Severus Snape" wyśliznął się z niepokojącą nonszalancją. Potrzebował rozproszenia.

 

- A dlaczego właściwie ja nie zasłużyłem na zaproszenie na te „maratony", o których wspomniałeś z takim entuzjazmem? - zapytał Snape, ściskając usta w wąską linijkę, która aż krzyczała sceptycyzmem.

 

Błagalna, nadąsana mina Harry'ego zmieniła się w szeroki uśmiech z dołeczkami.

 

- Ach. No cóż. Trochę trudno jest wielbić w obecności - Harry podkreślił ostatnie słowa głosem i gestem - wielbionego mężczyzny we własnej osobie. Wie pan. Trzęsą się ręce i kolana, nie możesz mówić, bo jesteś tak zachwycony, więc tylko się gapisz - Harry zademonstrował to, fantazyjnie wybałuszając oczy i przesadnie otwierając usta - i co się wtedy dzieje?

 

Harry opuścił ręce i twarz z wybałuszonymi oczami.

 

- On nazywa cię skończonym debilem.

 

Severus zaśmiał się mocno, dwoma, krótkimi wybuchami, zanim zdusił je do parsknięcia. Nie mógł się powstrzymać, nie z Harrym, który siedział tu, szczerząc szelmowsko zęby, ze zdrowo zaróżowionymi policzkami i błyskiem w oczach... Severus uspokoił się.

 

- Zdaje się, że wyżej wymieniony czarodziej nie zasługuje na tę rzekomą uwagę - powiedział gładko, powracając do kociołka, by przelać eliksir do szklanki.

 

- Nieprawda. - Harry potrząsnął głową, wciąż się uśmiechając. - To jeden z powodów, dla którego go wielbimy, te wredne rzeczy, które mówi, nawet, gdy nie stara się być wredny. Choć, jak tak o tym myślę, zazwyczaj się stara - dodał niewinnie, gdy Severus zbliżył się do łóżka.

 

Severus musiał zmienić brew. Lewą łapał skurcz.

 

- „Wielbimy", panie Potter? Czy dobrze rozumiem? Bierze pan udział w tych absurdalnych czynnościach? - Severus wyciągnął szklankę, utrzymując krytyczny ton, by ukryć niewytłumaczalne pragnienie usłyszenia odpowiedzi.

 

Harry wziął szklankę, przypadkowo muskając palce Snape'a.

 

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin