HR.pdf
(
127 KB
)
Pobierz
106904020 UNPDF
Czy zmierzch praw człowieka?
Wiktor Osiatyński*
05-12-2003, ostatnia aktualizacja 05-12-2003 20:46
Wiktor Osiatyński w 55. rocznicę uchwalenia Powszechnej Deklaracji Praw
Człowieka zastanawia się, czy potrzebujemy dziś nowego języka i nowych
rozwiązań prawnych, by bronić ludzi, którzy pod rządami dyktatur nie znajdują
środków do obrony własnej godności.
Prawa człowieka coraz częściej są dziś kwestionowane - także przez ludzi, którzy
walce o nie poświęcili niegdyś wiele wysiłków, wyrzeczeń i cierpień. Znamiennym
tego przykładem jest artykuł Leszka Kołakowskiego "Po co nam prawa człowieka?"
("Gazeta" z 25-26 października br.). Kołakowski przytacza wiele przykładów
dowodzących, że owe prawa są często nieprecyzyjne, co sprzyja nadużywaniu ich w
celu wysuwania nadmiernych roszczeń. Pokazuje też ideologiczny charakter samej
koncepcji praw człowieka. Głosząc wyższość etyki obowiązku nad postawami
roszczeniowymi, filozof sugeruje, że lepiej niż pakty praw człowieka służyłaby nam
dzisiaj konwencja międzynarodowa, "która by określała, czego nie wolno czynić
władzy państwowej, konwencja ograniczeń, nie zaś uprawnień, a więc spis nie tego,
do czego ja mam prawo, ale raczej spis tych rzeczy, których żadne państwo nie ma
prawa czynić".
Postulat ten wydaje się trafny. Nie oznacza on jednak, że prawa człowieka były lub
są koncepcją błędną. Przy całej niedoskonałości niewiele idei odegrało równie
doniosłą rolę w dziejach ludzkości. Gdy prawa te formułowano, zasada suwerenności
władzy państwowej obowiązywała tak bezwarunkowo, że nikt nie ośmielił się marzyć
o uniwersalnym spisie ograniczeń władzy. To właśnie prawa człowieka powoli
podważały zasadę suwerenności, potępiając wykorzystywanie władzy do celów
zbrodniczych lub naruszających ludzką godność.
Bilans zysków i strat
W ostatnich latach obrońcy praw człowieka odnieśli wiele sukcesów. Dziś w świecie
jest więcej demokracji, łamanie praw i tortury stają się wyjątkiem, a nie regułą.
Interwencje w Kosowie, a później w Timorze Wschodnim zostały podjęte przede
wszystkim w obronie praw człowieka. Rozpatrując wniosek o ekstradycję gen.
Pinocheta, brytyjska Izba Lordów uznała, że mordowanie i torturowanie przeciwników
politycznych, a nawet samo tolerowanie takich praktyk nie jest objęte immunitetem
przysługującym głowie państwa. Kampania na rzecz ratyfikacji statutu
Międzynarodowego Trybunału Karnego zakończyła się sukcesem i dyktatorzy nie
mogą już czuć się bezkarni.
Ale też lista strat w bilansie praw człowieka w ostatnich latach się wydłużyła. Do
Komisji Praw Człowieka ONZ nie wybrano przedstawiciela Stanów Zjednoczonych, a
przewodnictwo tejże komisji powierzono Libii. Skłócona wspólnota międzynarodowa
nie potrafi wypracować skutecznych mechanizmów reagowania, zanim naruszenia
praw człowieka urosną do rozmiarów ludobójstwa. A nawet w przypadku ludobójstwa
często jest bezradna - choćby w Ruandzie, Kongu i wielu innych miejscach.
Stany Zjednoczone, które od połowy lat 70. przewodziły działaniom na rzecz
międzynarodowych praw człowieka, pod rządami prezydenta George'a W. Busha nie
tylko odrzuciły traktat w sprawie Międzynarodowego Trybunału Karnego, ale też
bezwzględnie naciskają na inne kraje, by zrobiły to samo. Powołując się na stan
wojny, Waszyngton ograniczył prawa więźniów przetrzymywanych w bazie
Guantanamo, a także prawa samych Amerykanów. Na dodatek większość obywateli
tego kraju podziela pogląd, że względy bezpieczeństwa powinny wziąć górę nad
ograniczeniami wynikającymi z praw człowieka.
Ostatnio prezydent Bush i jego otoczenie przywołują prawa człowieka, by uzasadnić
interwencję w Iraku. Argumentacja owa bardziej jednak szkodzi prawom człowieka,
niż im pomaga. Coraz częściej bowiem owe prawa kojarzone są z polityką Stanów
Zjednoczonych uzurpujących sobie prawo do jednostronnej interwencji zbrojnej
niezależnie od opinii wspólnoty międzynarodowej. Polacy będący zawsze
sympatykami, a ostatnio także sojusznikami USA rzadko zdają sobie sprawę, jak
silne są na świecie nastroje antyamerykańskie. Prowadzi to do odrzucania praw
człowieka traktowanych jako produkt amerykański, a od niedawna - jako oręż
imperialnej polityki Białego Domu.
Prawa człowieka padają też ofiarą narastającego w wielu demokracjach strachu
przed imigrantami i przestępczością. Cytowana przez Kołakowskiego rozprawa
Armanda Laferrere'a "La fin de la civilisation des droits" jest znamiennym przejawem
takich obaw.
Równie poważne wątpliwości budzi wtargnięcie filozofii praw człowieka w sferę
prywatną. Owe prawa obwinia się o rozmycie poczucia obowiązku, wzrost
roszczeniowości i spadek poczucia odpowiedzialności nie tylko za sprawy publiczne,
lecz również za własne czyny i decyzje, a nawet za własne życie.
Powszechne czy tylko zachodnie?
Najpoważniejsze jednak wyzwanie wiąże się z uniwersalizmem praw człowieka.
Coraz częściej rozlegają się zarzuty, że prawa człowieka zostały narzucone światu
przez Zachód wbrew tradycjom i wartościom innych kultur. Zarzut ten należy
potraktować poważnie, zwłaszcza w obliczu sporów między Zachodem a światem
islamu.
Warto zatem przypomnieć kilka zapomnianych prawd. Po II wojnie światowej wielkie
mocarstwa najchętniej zapomniałyby o prawach człowieka zadeklarowanych w
Karcie atlantyckiej [podpisanej w 1941 r. przez Wielką Brytanię i USA; do końca
wojny do Karty przystąpiło 47 krajów - red.]. Wszak w Stanach Zjednoczonych
istniała prawem usankcjonowana segregacja rasowa, Wielka Brytania posiadała
kolonie, w których biali byli panami, a Związek Radziecki ukrywał przed światem
Gułag. Tylko stanowczości przedstawiciela Chin zawdzięczamy, że mocarstwom nie
udało się schować swej obietnicy pod korcem. Prace nad Powszechną Deklaracją
Praw Człowieka kontynuowały więc Rada Gospodarczo-Społeczna ONZ oraz
UNESCO, co zresztą nie pozostało bez wpływu na treść owego dokumentu.
Przedstawiciele nielicznych wówczas niepodległych państw Trzeciego Świata
(zwłaszcza krajów Ameryki Łacińskiej), wspierani przez Eleonorę Roosevelt i
lewicowych intelektualistów europejskich, parli do uchwalenia Deklaracji, wierząc, że
bogaty i potężny Zachód dotrzyma obietnic - uzna prawa ludów skolonizowanych do
samostanowienia, a także podzieli się swymi zasobami, umożliwiając postęp (słowo
to było jeszcze w powszechnym użyciu) gospodarczy i socjalny w Trzecim Świecie. Z
tej perspektywy różnice kulturowe wydawały się nieistotne. Tym bardziej że treść
Deklaracji odzwierciedlała bardzo szeroki kompromis pomiędzy wartościami ważnymi
dla różnych kultur, a także dla prawicy i lewicy.
W grudniu 1948 r. przeciwko Deklaracji głosowały jedynie Republika Południowej
Afryki, która kilka miesięcy wcześniej prawnie usankcjonowała apartheid, oraz Arabia
Saudyjska. Ta druga zakwestionowała dwa punkty - art. 18 o prawie każdego do
swobodnego wyboru i zmiany religii oraz art. 16.2 określający małżeństwo jako
dobrowolną umowę zawartą między mężczyzną i kobietą. Oba artykuły miały być nie
do pogodzenia z zasadami islamu. Jednakże przedstawiciele innych państw
muzułmańskich nie mieli wówczas takich obaw.
Dziś mają. Stało się tak za sprawą ewolucji, jakiej uległy elity i ideologie w Trzecim
Świecie. Pół wieku temu elity ruchów narodowowyzwoleńczych można było określić
jako modernizacyjne. Były przeważnie świeckie, wykształcone na uniwersytetach
zachodnich, a później w państwach socjalistycznych. Za główny cel stawiały sobie
uzyskanie niepodległości i rozwój gospodarczy swoich krajów. Temu też służyły
dominujące ideologie - z braku rodzimego kapitalizmu i klas średnich stawiały na
jakąś formę etatyzmu, gdyż państwo postkolonialne zdawało się być jedynym
narzędziem modernizacji. Z czasem w niepodległych już krajach Trzeciego Świata
coraz większą rolę zaczęły odgrywać lokalne mutacje socjalizmu.
Wszystkie te ideologie w jakiś sposób akceptowały Deklarację Praw Człowieka.
Wszelako - gdy wskutek zacofania i braku zasobów wczesne eksperymenty
ustrojowe zaczęły się załamywać - do władzy dochodziły militarne lub paramilitarne
reżimy jednopartyjne. Co więcej, w połowie lat 70. sama idea modernizacji okazała
się złudzeniem. Ajatollah Chomeini był pierwszym przywódcą, który uznał, że
dążenia do postępu ekonomicznego i wolnego rynku trzeba zastąpić innymi
wartościami. Znalazł je w religii i tradycji, w posłuszeństwie nakazom Koranu i w
spełnianiu obowiązków raczej niż realizowaniu praw. Obowiązki, tradycje i wiara, a
nie prawa człowieka, miały zapewnić wiernym poczucie godności. Z czasem
podobne ideologie zaczęły odgrywać coraz większą rolę w krajach Południa, nie tylko
muzułmańskich.
Stanowi to wielkie wyzwanie dla zwolenników praw człowieka. Nie wystarczy już
przywoływanie konsensusu z lat 40., ten bowiem przestał obowiązywać. Być może
trzeba przedefiniować same prawa człowieka w taki sposób, by godziły one idee
modernizacyjne i autonomię jednostki z wartościami kulturowymi i religijnymi krajów
Południa. Zadanie to może okazać się bardzo trudne, tym bardziej że już dzisiaj
koncepcja praw człowieka jest zbyt szeroka.
Prawo do miski zupy
W tym miejscu pojawia się pytanie: co wchodzi w zakres praw człowieka? W
Deklaracji z 1948 r. zapisano też prawa socjalne i pracownicze, na które naciskały
państwa socjalistyczne, a także kraje Ameryki Łacińskiej, Afryki i Azji. Zachód
obstawał jednak przy oddzieleniu praw obywatelskich i politycznych od praw
socjalnych. W rezultacie pierwotną formułę paktu zastąpiono deklaracją pozbawioną
mocy wykonawczej. Owszem, prawa socjalne zostały uznane, ale jako postulat
pozbawiony środków egzekucji.
Przez następne 30 lat niewiele mówiono o prawach człowieka; zimna wojna
zepchnęła je niemal w niebyt. Powróciły dopiero w połowie lat 70., gdy USA i kraje
zachodnie uznały je za oręż w ideologicznej walce z blokiem radzieckim. Wszak
Europa nie miała już kolonii, w Ameryce przyznano Murzynom prawa obywatelskie, a
z ZSRR wciąż napływały doniesienia o Gułagu i łamaniu praw człowieka. Pierwszy
wykorzystał to prezydent Gerald Ford, później Jimmy Carter ze Zbigniewem
Brzezińskim uczynili z praw człowieka jeden z najważniejszych instrumentów
amerykańskiej polityki zagranicznej.
Jednocześnie formował się światowy ruch obrońców praw człowieka. Momentem
przełomowym był zamach stanu w Chile (wrzesień 1973 r.) - pierwszy pucz
dokonany w epoce telewizyjnej. Widzowie na całym świecie mogli zobaczyć stadiony,
na których więziono zwolenników obalonego prezydenta Allende; wszechobecni
kamerzyści pokazywali trupy i pokrwawione ofiary. Dwa lata później premier Indii
Indira Gandhi wprowadziła stan wyjątkowy, co spotkało się ze sprzeciwem nie tylko w
jej własnym kraju. Po przyjęciu Porozumień Helsińskich w 1975 r. powstał
moskiewski Komitet Helsiński, który ogłaszał informacje o represjach politycznych w
ZSRR. Podobne organizacje powstały w Polsce, w Czechosłowacji podjęła
działalność Karta 77. Usankcjonowaniem pozarządowego ruchu praw człowieka było
przyznanie w 1977 r. pokojowej Nagrody Nobla Amnesty International - niewielkiej
wówczas organizacji występującej w obronie więźniów politycznych na całym
świecie.
Cała ówczesna kampania koncentrowała się na wolnościach obywatelskich i
prawach politycznych. Tak więc w połowie lat 70. prawa człowieka zostały zawężone
- i politycy zachodni, i międzynarodowe organizacje pozarządowe (np. Human Rights
Watch) zajmowali się jedynie swobodami osobistymi i politycznymi, ignorując prawa
socjalne. Wszak to wolności obywatelskie były łamane w krajach socjalistycznych, co
więcej - przywódcy owych krajów utrzymywali, że ograniczenie praw politycznych jest
ceną za lepszą realizację praw socjalnych.
W tej sytuacji status praw socjalnych stał się głównym przedmiotem sporów -
najpierw między Wschodem a Zachodem, później między Północą a Południem.
Przeciwnicy Zachodu zarzucali mu zawłaszczenie i ograniczenie oryginalnej,
szerokiej koncepcji praw człowieka. Poszukując kompromisu, w połowie lat 70. na
międzynarodowej konferencji w Wiedniu uznano integralność i niepodzielność obu
rodzajów praw (politycznych i socjalnych) - była to wszelako pusta formuła. Język
praw człowieka zaczął się różnicować ideologicznie: większość Północy przemawiała
językiem praw osobistych i politycznych, język praw socjalnych dominował wśród
polityków Południa, ale przyjmowali go także ci politycy i działacze pozarządowi na
Północy (zwłaszcza w krajach byłego obozu socjalistycznego), którzy reprezentowali
uboższe warstwy społeczne. Jednocześnie prawa socjalne zostały poszerzone o
nowy wymiar - tzw. prawo do rozwoju, które stawało się podstawą roszczeń
wysuwanych przez rządy państw biednych wobec zamożnych.
Podwójne miary
Tu dochodzimy do kolejnego problemu - zasadniczo odmiennej roli praw człowieka w
porządku krajowym i międzynarodowym.
Wewnątrz każdego państwa prawa są zapisane w konstytucji i ustawach. W razie
naruszenia prawa mamy do czynienia z roszczeniem wysuwanym przez obywatela
wobec własnego państwa. Międzynarodowy ruch praw człowieka wspiera w takich
sytuacjach obywatela, naciskając niejako z zewnątrz na władze państwa, które łamią
prawo.
Na arenie międzynarodowej mamy natomiast do czynienia z zupełnie inną sytuacją.
Tu jednostka lub mniejszość, której prawa są łamane, schodzi na drugi plan.
Roszczenie wysuwa rząd jednego państwa przeciw rządowi drugiego państwa, a
jednostka (lub grupa), której prawa są łamane, jest jedynie przedmiotem - nie zaś
podmiotem - tego roszczenia.
W tej sytuacji trudno się dziwić, że międzynarodowe prawa człowieka stają się
instrumentem polityki zagranicznej i są podatne na międzynarodowe manipulacje.
Trudno się też dziwić podziałom na "naszych" i "obcych" dyktatorów - potępianiu
przeciwników za łamanie praw człowieka przy jednoczesnym przymykaniu oczu na
to, co robią sojusznicy.
Ta zimnowojenna logika odżyła na fali "wojny z terrorem". Dwubiegunowy podział
świata na "państwa osi zła" i "koalicję antyterrorystyczną" sprawia, że Stany
Zjednoczone udzielają poparcia brutalnym reżimom w Pakistanie, Kazachstanie,
Uzbekistanie i innych krajach, które udostępniły wojskom amerykańskim swe bazy.
Pozwala to dyktatorom z Azji Środkowej bezwzględnie tępić opozycję polityczną. Gdy
krytycy reżimów wspominają o prawach człowieka, w odpowiedzi słyszą argumenty o
konieczności walki z międzynarodowym terroryzmem.
Innym przykładem stosowania podwójnych standardów jest wspomniane już prawo
do rozwoju. Oto rządy państw Południa żądają od krajów Północy, by te pomagały im
w rozwoju. Niektóre kraje bogatsze z punktu odrzuciły owe roszczenia; inne posyłały
pomoc. Ta jednak często była wykorzystywana niewłaściwie, a jeszcze częściej
rozkradana przez dyktatorów i ich klientów. Gdy kraje udzielające pomocy chciały się
dowiedzieć, co się dzieje z pomocą, władcy krajów korzystających z subwencji
często odpowiadali, że to ich własna sprawa należąca do zakresu suwerennej
władzy.
Gdy zaś rządom krajów korzystających z pomocy zarzucano łamanie praw
człowieka, te często odwoływały się do haseł relatywizmu kulturowego, twierdząc, że
u nich są inne zwyczaje i ludziom wcale nie zależy na prawach człowieka.
Przeważnie zresztą mówili to dyktatorzy, a nie ofiary naruszeń praw. Taka postawa
wielu rządów dość skutecznie zniechęciła kraje udzielające pomocy do samej idei
"prawa do rozwoju".
Granice praw człowieka
Co z tym wszystkim zrobić? Jak uchronić prawa człowieka, a przynajmniej stojące u
ich źródeł wartości fundamentalne, w obliczu narastającej obojętności, zniechęcenia i
Plik z chomika:
rexxxl
Inne pliki z tego folderu:
kazusIIIPP.PDF
(106 KB)
Kazus III.doc
(30 KB)
pytania.doc
(78 KB)
Skarga.pdf
(438 KB)
Social.pdf
(136 KB)
Inne foldery tego chomika:
Dokumenty
Galeria
Prywatne
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin