Cook David - Patronat.doc

(139 KB) Pobierz
David Cook

David Cook

 

PATRONAT

 

 

— Mistrzu Koja, czyżbyś zapomniał? Dziś wieczorem książę Piniago wydaje wieczerze. Przyjdziesz, nieprawdaż?

Piskliwie skrzypienie mego pióra urywa się, gdy cień sekretarza pada na rozłożony pergamin, nad którym pracuję. Światło jest bezcenne w tej ciasnej klitce wieży, którą przydzielili mi kapłani, a teraz mój szeroki w barach pomocnik, również wyznaczony przez tych samych kleryków Deniera, ustawił się dokładnie na wprost jedynego okna.

Unosząc wzrok mrugam, podczas gdy jego sylwetka jest skąpana we wpadających przez okno promieniach słońca. Drażni mnie jego obecność, gdyż przerywa mą samotność, ale nie mogę zignorować jego pytania. Poza tym mój sekretarz jest dobrym kapłanem, toteż biorę się w karby, odsuwam od siebie stos pergaminów i pogrążam w zadumie.

— Jestem niezdecydowany, Pierworodny Foxe. — Nie jestem w stanie wymienić jego prawdziwego imienia, obcego mi, acz w tym mieście dość popularnego, toteż z racji urodzenia nazywam go Pierworodnym. — Słyszałem od ciebie plotki o jego wieczerzach, smakowitych potrawach, jakie serwuje — najprzedniejszych w całym Procampurze. A jeżeli będzie ich zbyt wiele, jak na mój skromny żołądek? Poza tym nie znam waszych zachodnich dworskich manier i mógłbym go obrazić. Wszak jestem tylko prostym lamą.

Foxe nie daje za wygraną — zbiera pergaminy i basem, stosownym do jego postawnej sylwetki, stwierdza:

— Prostym lamą, dobre sobie — mamrocze pod nosem, sądząc zapewne po raz kolejny, że z moją ogorzałą twarzą i ogoloną głową muszę być stary, a tym samym również przygłuchy. — Jesteś słynnym historykiem. Byłeś gościem króla Cormyru i napisałeś dla niego historię wojen tuigańskich.

— Z jednej z półek zastawionych książkami wyjmuje plik bibuły i przecina szpagat.

— To nie była historia, Pierworodny Foxe, tylko kilka niekompletnych notatek na temat tuigańskich zwyczajów; nic, w porównaniu z kompletnym studium Goodmana Reaversona na temat wojen. — Przypominam sobie cierpliwe tłumaczenie i pomoc przy sporządzaniu tych zapisków, jakiej udzielił mi bard Reaverson. Z uwagi na czas, jaki mi poświęcił, było to tyleż jego dzieło, co moje.

— Książę ma pieniądze i jest miłośnikiem sztuk — przypomina mi Foxe, przyglądając mi się z irytacją. Wciska mój manuskrypt w ręce czekającego skryby. Chłopak kiwa głową i wolno zaczyna schodzić po schodach; najwyraźniej nie chce stracić nawet jednego naszego słowa. Macham ręką, nakazując mu odejść. Nie ulega wątpliwości, że dziś już nic więcej nie napiszę.

— Książę ma wszystkie maniery cudzoziemca. — Moja obelga, najgorsza, jaką można obdarzyć urodzonego na wschodzie, bynajmniej nie zrobiła na Foxe'm najmniejszego wrażenia.

— Nie jest to zbyt miły człek — wyjaśniam — a ze mnie jest kiepski ambasador, Foxe. Powiem coś nie tak i rozgniewam go. Musi być jakiś inny sposób na podniesienie funduszy na opłaty dla skrybów i introligatorów, jak również tańszy sposób kopiowania ksiąg. Może mag mógłby tworzyć duplikaty? — Prawie nie patrzę na mego sekretarza. Może jeśli nie będę na niego patrzył, zniknie tak, jak to powinno stać się ze wszystkim — zgodnie z tym, co twierdzi epistemolog, Brat Ulin — to czego nie postrzegamy, nie istnieje.

— Ha! Większość magów uważałaby tego typu czynność za poniżającą. Zbytnio kojarzy się z kupczeniem — prycha Foxe — ale przecież wiesz, mistrzu, że to nie jest konieczne. Możesz zostać tu z nami, w świątyni i pisać. Dopilnuję, aby najwyższy skryba wysłał kopie twojej historii Tuiganu do wszystkich świątyni Deniera w całym Heartlands.

Potrząsam głową. Dyskutowaliśmy już o tym wcześniej i zna niektóre z moich odczuć, ale zarówno Foxe, jak i ja jesteśmy zbyt uparci, aby ustąpić.

Problem wynika po części z mojej dumy, gdyż zbyt długo byłem gościem w tej świątyni Władcy Glifów, odkąd opuściłem dwór króla Azouna w Suzail.

Co ważniejsze, i o czym nie powiedziałem Foxe'mu to to, iż w każdej z tych świątyń kapłani ukryją moje księgi o historii Tuiganów głęboko w podziemnych sekretnych komnatach i już nikt nigdy ich nie ujrzy.

Nie jestem aż takim bohaterem, by stać mnie było na podobne puste gesty.

Zmęczony dysputą wyglądam przez maleńkie okienko wieży dając Foxe'mu znak, iż pragnę, by się oddalił. Z mojej komnaty, wysoko na szczycie wieży, mogę podziwiać rozległą panoramę Procampuru, poprzez okolone murami dzielnice, aż do brzegów morza przy drugim końcu miasta. Dym unosi się leniwie ponad kolorowymi dachami — całe dzielnice wyłożone są różnokolorowymi dachówkami, oznaczającymi poszczególne kwartały — niebieskie — marynarzy, morskozielone — kupieckie oraz żółte — tawern i innych podobnych placówek.

Wszystkie dachy pokryte są spłachetkami śniegu — brudnobiałymi i szarawymi, upstrzonymi drobinkami sadzy. Lubię tę osobliwość u mieszkańców Procampuru, odzwierciedlającą się w barwach dachów ich domostw i czuję się tu lepiej niż w Suzail, gdzie spędziłem moje pierwsze lata na Zachodzie.

W stolicy króla Azouna, zwycięzcy krucjaty przeciwko Tuiganom, zawsze miałem wrażenie, iż jestem zdobyczą wojenną, uczonym dziwadłem z podbitego dworu Yamuna Khahana  — niezależnie od tego, jak uprzejmie mnie traktowano i jak fascynujące wydawało mi się miasto. Kiedy kapłani Deniera złożyli mi propozycję podróży, przyjąłem ją z radością. Teraz, przyglądając się miastu, cieszę się, że tak postąpiłem.             

Procampur ze swoimi otoczonymi murem dzielnicami, dzielącymi miasto na kwartały — szlachty, kupców, kapłanów, przypomina mi typowe khazarskie miasto — moje rodzinne strony. Czuje się tam harmonię i porządek, którego tak brakuje w Suzail.

Być może — uświadamiam sobie nagle, pozostaję tutaj, gdyż w głębi serca pragnę powrócić do domu.

Głęboki głos Foxe'a dobiega od strony kamiennych schodów, gdzie bez wątpienia natyka się na wciąż stojącego tam chłopaka.

— Przygotuj na dzisiejszy wieczór pomarańczową mnisią szatę mistrza. Potem zajmij się dzisiejszymi stronicami. Masz je przepisać do rana.

— Kolejne stronice — jęczy chłopak z rezygnacją w głosie.

— Mistrz Koja nie czyni krucjaty Azouna dostatecznie heroiczną. Nie ma tam smoków ani niczego takiego.

— Idź  już  —  pada   nagle   burkliwa   odpowiedź   Foxe'a.

— Bierz się za kopiowanie.

Młodzieniec zdaje się go nie słyszeć. Cieszę się, że Foxe nie może widzieć mego uśmiechu.

— Gdyby to było, wiecie, jak „Pieśń Fioletowych Smoków", którą śpiewa ten bard, no, jak mu tam... ee... Talamic, pod „Pazurem Gryfa". To wspaniała opowieść o krucjacie, pełno w niej rycerzy i magii. Najbardziej podoba mi się ta część, gdzie bogowie objawiają się królowi Azounowi i błogosławią krucjatę. Mistrz Koja powinien o tym napisać.

— Idź! — warczy Foxe, tak gniewnie, jak tylko potrafi kapłan. Słychać szuranie stóp, gdy akolita wykonuje polecenie.

Na schodach zapada cisza, ja zaś ponownie usiłuję zabrać się do pracy — przesuwam nieznacznie pulpit, by lepiej padały nań promienie słońca. Nogi szurają o kamienną posadzkę, ale dźwięk ów tonie szybko, pochłonięty przez ustawione wzdłuż ścian spleśniałe od morskiej wilgoci woluminy.

Ponownie biorę do ręki pióro.

W okresie letnim popularnym sportem wśród Tuiganów było polowanie na śnieżne bestie z gór...

Przez nieuwagę robię kleksa i muszę odłożyć pióro, aby starannie zetrzeć plamę z karty. Cieszę się, że chropowaty pergamin wolno pochłania atrament, który wycieram skrzętnie kawałkiem papieru — prawdziwego papieru, jaki Foxe przyniósł mi do obejrzenia. Jest to tania ulotka z napisem wykonanym dużymi kanciastymi literami: Mistrz Drukarski Kleks i jego cudowna maszyna drukarska są do waszych usług! Dalsza część napisu jest zamazana atramentem. Usiłując odczytać kolejne słowa, brudzę sobie palce na czarno.

— Pierworodny Foxe!

W odpowiedzi na moje przepełnione ekscytacją wołanie słyszę gwałtowny tupot kroków na schodach.

— Co się stało, mistrzu Koja? — sapie mój pokraśniały na twarzy sekretarz, wspiąwszy się po kamiennych stopniach na szczyt wieży.

— Kim jest Mistrz Drukarski Kleks? — Nie mogąc po-wstrzymać swej ciekawości, wstaję od pulpitu i podchodzę do Foxe'a, który wchodzi, cały zdyszany i czerwony na twarzy, do mojej małej komnaty. Macham trzymaną w dłoni kartką tuż pod jego nosem.

— Nigdy dotąd nie widziałem tak czarnych i tak dokładnie nakreślonych liter.

Foxe wygląda na zdumionego, gdy bierze ode mnie ulotkę i unosi bliżej do twarzy, mrużąc oczy, by przeczytać jej treść, w słabym świetle.

— To jeden z tych tak zwanych drukarzy, panie.

— Drukarz... to coś w rodzaju skryby? Foxe wydyma  tłuste policzki,  usiłując wyjaśnić mi  nowe pojęcie.

— To taki skryba, panie, tyle że używa pewnego rodzaju maszyny do kopiowania stronic.

— Jak czarodziejski kopista siostry Deary?

Siostra pracowała w jednej z piwnic, usiłując stworzyć z gliny idealnego skrybę, stworzenie zwane golemem. Podczas jednej z prób, której byłem świadkiem, jej ogromny brutalny twór zniszczył pulpit do pisania, przebijając jego drewniany blat piórem. Stwór stoi teraz niemo na straży w holu głównym, pełniąc wobec niektórych gości rolę portiera.

— Niezupełnie, panie. — Foxe pozwala sobie na uśmiech — Odbija stronice, wykonując wiele kopii naraz.

— Bardzo chciałbym zobaczyć tę maszynę. Mógłbyś znaleźć to miejsce?

Foxe ponownie mrużąc oczy wpatruje się w kartkę.

— Jest tu napisane, że warsztat znajduje się w Alei Skrybów. To dosyć proste.

— Zatem, Foxe, proszę cię, byś zaprowadził mnie do Mistrza Kleksa. Jeżeli się pospieszymy, zdążymy jeszcze na wieczerzę. Musimy dowiedzieć się czegoś na temat tego druku i jego kosztów.

Foxe jest wyraźnie poruszony, gdy prześlizguję się obok niego i schodzę po schodach.

— Koszty druku? A po co? — woła Foxe, zbiegając w dół; jego wielki kałdun kołysze się z boku na bok. — Kościół ma już jeden egzemplarz twego dzieła, zszytego razem z traktatem historycznym Goodmana Reaversona, i z radością skopiujemy twe następne dzieło. Mistrzu Koja, po co tracić pieniądze na drukowanie ich w większej ilości?

Zatrzymuję się u podnóża schodów i wbrew niezłomnym zasadom uprzejmie kłaniam się memu sekretarzowi.

— Możesz to nazwać próżnością, ale byłoby dobrze, gdyby więcej ludzi poznało prawdę o wojnie. Nie uważasz?

— Mistrzu Koja, przecież bardzo niewiele dusz umie czytać.

— Być może moja pokorna praca będzie dla nich inspiracją do nauki. — Ruszam dalej, nie chcąc już dłużej zwlekać. — Poza tym może dzięki temu ominie mnie wieczerza u księcia Piniago.

Foxe pospiesznie rusza w ślad za mną, gdyż zna mnie aż nazbyt dobrze.

— Pozwól przynajmniej, że wezmę mój płaszcz — mówi z rezygnacją.

Idziemy do Mistrza Kleksa; jest zimno, ale nie sucho jak w mojej górskiej ojczyźnie, wieje wilgotna, mroźna bryza od zatoki. Przywykłem już do tego chłodu. Droga, którą podążamy, znana jako Wielka Droga, jest cicha, ale to tylko pobudził we mnie niepokój. Powiększające się cienie, gdyż słońce chyli się już ku spienionym wodom Wewnętrznego Morza, jedynie pogłębiają wrażenie pustki i osamotnienia. Nigdy nie przepadałem za samotnością — pomimo, a może raczej z powodu bezbarwności i posępności mego rodzinnego Khazari.

Odczuwam ulgę, gdy opuszczamy główną aleję i Foxe przepuszcza mnie przez bramę Dzielnicy Kupców, gdzie wąskie uliczki po obu stronach zastawione są zielonodachymi kramami i sklepikami. W powietrzu unosi się woń typowa dla wszystkich miast, od Khazari po Cormyr. Procampur cuchnie dymem palonych bierwion, ściekami, zgniłymi rybami i maślanym ciastem. Dziwnym trafem to ostatnie przywodzi mi na myśl dni, gdy popijałem herbatę z dodatkiem masła, przy ognisku opalanym wielbłądzim nawozem, w namiocie mego pana, Yamuna, na otwartym stepie.

— Pospiesz się, mistrzu. Przeziębimy się. — Foxe owinął sobie twarz grubym szalem tak, że ledwie widzę jego małe oczy. — Dziś jest okropnie zimno.

Prawie wybucham śmiechem, choć byłoby to nieuprzejmością, gdyż idę obok niego z gołą głową, odziany w cienkie, wiosenne szaty.

— Pierworodny Foxe, gdybyśmy byli w mojej ojczyźnie w Khazari, wtedy rzeczywiście byłoby zimno. O tej porze roku szlaki na Czerwoną Górę, gdzie byłem lamą, były praktycznie całkiem zasypane. To tylko łagodna bryza, niczym wiosenny wietrzyk na stepie.

— Tęsknisz za ojczystymi stronami?

— Co?

— Powiedziałeś, że opuściłeś je przed dziesięcioma laty — najpierw przebywałeś u Tuiganów, a potem tu, na Zachodzie. Nie tęsknisz za ojczyzną?

Myślę o Khazari, strzelistych górach pokrytych lodowcami i odizolowanych klasztorach dla tych, którzy poszukują oświecenia. Widziałem, jak Yamun Khahan podbija mą ojczyznę; towarzyszyłem mu wówczas trwając wiernie u jego boku. Teraz mój pan, Yamun, nie żyje, a jego imperium przestało istnieć. Wybacz mi, o Furo, ale bardziej niż Khazari brakuje mi właśnie Khahana.

— Wstyd przyznać, ale brakuje mi właściwego jadła, Pierworodny Foxe. Chyba nigdy nie przywyknę do waszych procampurskich potraw. Za dużo w nich smażonego mięsiwa i surowych jarzyn. Mam wielką ochotę na odrobinę kumysu, ryżu i herbaty.

— Błe, kumys — skwaśniałe kobyle mleko. Twój żołądek jest bardziej wytrzymały, niż ci się zdaje.

— Ach, Pierworodny Foxe, w Vanitsavie powiedziane jest, że wszystko musi być w równowadze. Kumys rozpala krew i oczyszcza ciało z chłodzących płynów. Te pieczenie, które tu jadacie, powodują zachwianie równowagi między silnymi i słabymi stronami wnętrza twego organizmu. — Patrzę znacząco na wydatny kałdun Foxe'a.

Foxe odpowiada mi podobnym spojrzeniem.

— Posiadam dostatecznie dobrą równowagę, mistrzu Koja. Jakby nie było, każdego dnia noszę twoje księgi w górę i w dół po schodach wieży. Uważaj, błoto.

Omijamy kałuże na nie wybrukowanych ulicach Procampuru — woda jest jeszcze świeża po wczorajszym zimowym deszczu. Gdy zostawiamy za sobą błotnistą drogę, do naszych uszu dochodzi nagle łoskot pracujących maszyn. Dobiega ze starego warsztatu z łukowato sklepionym wejściem, znajdującego się w sąsiedniej alejce.

— Oj, uważaj, niezguło, na ten kubeł, więcej mam z ciebie kłopotów niż pożytku, niedojdo jeden, półgłówku zatracony! Poczekaj no, i tak niewiele zarabiasz, ale jak tak dalej pójdzie, w ogóle nie dostaniesz ani grosza. Co ty na to?

Mistrz Kleks jest w środku.

Warsztat jest ni mniej, ni więcej tylko przybudówką przy-legającą do ściany stajni. Papierowy szyld, postrzępiony i za-wilgotniały, wisi przypięty przy drzwiach. Czarny atrament spływa z liter na kartce aż na chropowate sosnowe deski. Niezbyt to zachęcające, ale przez szczeliny między deskami dochodzi przejmujący łoskot i zgrzyt metalu, który kończy się mocno wytłumionym łupnięciem. Zupełnie jakby w po-mieszczeniu krzątała się gromadka gości w zardzewiałych zbrojach.

Wyraz zakłopotania w oczach Foxe'a mówi mi, że on również jest zaskoczony.

Trwający wewnątrz metaliczny hałas utrzymuje stałe tempo.

Jego źródłem jest niska, kanciasta masa metalu i drewna stojąca pośrodku szopy, otoczona kubłami i różnokolorowymi belami papieru ze szmat.

Opodal władczy krasnolud stoi na skrzyni i łaje swego ucznia, ogra. Potężne, włochate plecy ucznia pochylają się i napinają w rytm pracującej maszyny, gdy pociąga grubymi, mocarnymi łapskami za długą dźwignię, wprawiającą w ruch koła zębate urządzenia. Stalowe ramiona unoszą się i opadają, metalowe szpony zgarniają kolejny arkusz papieru z pliku i wsuwają go w paszczę maszyny.

— Nie pchaj tak mocno, ty półgłówku! Dobrze, przerwij teraz i dolej oliwy do trybów! Ja... — Krasnolud dostrzega nas kątem oka.

— Panowie, jestem zaszczycony, że zechcieliście odwiedzić mój maleńki warsztat — woła schodząc ze swego podwyższenia. — Jam jest Kleks, Mistrz Drukarski. Aguul, wyłącz machinę, żeby wielmożni panowie mogli cokolwiek usłyszeć.

Obawiam się, że patrzę nań nieco nachalnie — nigdy nie miałem wiele do czynienia z krasnoludami, stworzenia-mi z Zachodu. Mistrz drukarski ani trochę nie przypomina brutalnych i bezwzględnych władców żelaza, którzy dowodzili krasnoludami w armii króla Azouna. Imię doskonale do niego pasuje, gdyż Kleks zdaje się być jedną, wysoką na metr dwadzieścia plamą atramentu. Jego skórzany fartuch i nakrochmalona lniana koszula są pokryte czarnymi smugami. Sądzę, że jego broda jest siwa, choć teraz, wciśnięta — gwoli bezpieczeństwa, za szeroki pas, wydaje się raczej szara. Jedynie czubek jego łysej głowy jest nieskalany i lśniący.

— Przywiozłem ją z samej Głębiny — mówi z dumą krasnolud, kiedy w końcu metaliczny zgrzyt maszynerii cichnie zupełnie. Aguul oddala się leniwym krokiem, ledwo przeciskając się przez wąskie wejście do szopy.

— Z głębiny?

— Z Głębiny Krasnoludów, ojczyzny mojej rasy. A więc, czymże mogę wam służyć, mości panowie?

Foxe zabiera głos w mym imieniu, wsuwając swe korpulentne ciało między nas.

— Mistrzu Kleksie, moim mistrzem jest Koja z Khazari, lama z Czerwonej Góry, emisariusz Tuiganu i wielki historyk Yamuna Khahana, byłego cesarza stepów. Przybywa tu, by omówić warunki druku.

Nie lubię całego tego tytułowania, ale Foxe wyjaśnił mi wcześniej, że należy wywrzeć na krasnoludzie właściwe wrażenie. Uważałem, że to nic nie da i okazało się, że miałem rację. Kleks przyjmuje słowa mego sekretarza z absolutną obojętnością.

— Druku — czego?

Pozwalam Foxe'mu prowadzić negocjacje.

— Mój mistrz kończy właśnie „Obserwacje na temat historii Tuiganu; życie Yamuna Khahana, od dnia jego narodzin do śmierci w Krainach Zachodu, / zapisków sporządzonych dla króla Azouna z Cormyru".

— Tytuł ciut przydługi.

— Możemy skrócić nazwę — wystarczy Historia Tuiganu — stwierdza, moim zdaniem zbyt gorliwie, Foxe.

Mistrz Kleks przygryza paznokcie, aż w końcu oczyszcza róg zawalonego szpargałami stołu, który pełni rolę jego biura.

— Zatem, ile ma być kopii? Jaki gatunek papieru? Jakieś ilu-minowania? Ilustracje? Oprawa zwykła czy luksusowa, powiedz-my, ze skóry smoka albo wyverna? Jesteście świątobliwymi ludźmi — nie chcecie umieścić w księdze żadnych magicznych wersetów? — pyta Mistrz Kleks, a w jego głosie pojawia się nagle nuta podejrzliwości.

— Na początku będzie sutra, inwokacja do łaskawości Furo — mówię.

— Magiczna? — Twarz krasnoluda wykrzywia dziwny grymas.

— Nie, tylko werset z Vanitsavy.

— Ach tak, no to dobrze — mówi krasnolud, ponownie się uśmiechając. — Widzicie, wielmożny panie, po prostu nie można drukować magicznych symboli. Papier nie przyjmuje.

Reszta szczegółów nie należy do mnie, toteż siadam w rogu pozwalając, by Foxe przejął rolę negocjatora. Każdy punkt wydaje mi się dłużyć w nieskończoność — nie pozostaje mi nic innego, jak pogrążyć się w medytacji, ale nie jestem w stanie oczyścić swego umysłu. W pustkę wdzierają się wspomnienia — topiącego się śniegu na połaci trawiastego stepu, cierpkiego smaku kumysu w namiocie Yamuna, wiatru omiatającego granitowe turnie Khazari.

Nawet niepowodzenie pogrążenia się w medytacji przywołuje kolejne wspomnienia moich nauczycieli z Czerwonej Góry. Ostatnimi czasy coraz częściej rozmyślam o miejscach z mojej przeszłości, jakby teraźniejszość była pustą, wymagającą wypełnienia muszlą.

Wreszcie Foxe kończy negocjacje. Na jego twarzy maluje się wyraz goryczy i widzę, że nie poszło mu najlepiej. Krasnolud postępuje krok naprzód — nie uśmiecha się już, jest śmiertelnie poważny.

— Cóż, wielmożny panie, wasz sługa określił cenę na nie więcej niż dziesięć tysięcy złotych lwów albo — przeliczmy — osiem w monecie procampańskiej, która to cena obejmuje koszta przygotowania płyt i wszystkiego, czego potrzeba do wydrukowania jednej księgi. Potem, powiedzmy, po pięćset złotych lwów za każdy egzemplarz. Czy te warunki są dla was do przyjęcia, wielmożny panie?

Dziesięć tysięcy sztuk złota to więcej niż mam, więcej niż wartość wszystkich darów Yamuna, które nadal posiadam. Bezradne spojrzenie Foxe'a mówi mi, że ceny nie da się obniżyć. Patrzę na ściany obwieszone cienkimi arkuszami papieru, pokrytymi rzędami rozmazanych, czarnych, drukowanych liter.

Papier jest szorstki i postrzępiony, ilustracje toporne, arkusze, na jakie patrzę, są niczym w porównaniu ze starannymi iluminowaniami wykonywanymi w świątyni czy cynobrowymi zwojami, które otrzymałem od Shou Lunga, koszta są zbyt duże, jak na tak marną jakość.

— Mistrzu Kleksie — odpowiadam z ukłonem, w nadziei, że wyjdę z tego z twarzą — rozważę twoje warunki. Chodź, Pierworodny Foxe, musimy już iść.

Wychodzę pospiesznie z warsztatu, zanim krasnolud zdąży zaprotestować. Cała ta przygoda wprawia mnie w zakłopotanie, czuję się źle, że Kleks wie, iż nie mogę mu zapłacić, ba, że w ogóle brałem coś takiego pod uwagę.

Foxe biegnie za mną.

— Mówiłem ci, że to nie było potrzebne, mistrzu — mówi.

— Maszyna tego krasnoluda to jedynie zabawka, dobra do drukowania ulotek. Poza tym Kleks nie spuści ze swojej ceny ani miedziaka. Zrozum proszę, mistrzu Koja, że zrobiłem dla ciebie wszystko, co w mojej mocy.

— Nie wątpię w to — odpowiadam, by go ułagodzić. — Zmarnowałem twój czas przez swoją niemądrą ideę. Nie mam wyboru...

— Pójdziesz dziś wieczorem na wieczerzę do księcia Piniago? Wszystko będzie przygotowane. Nie martw się, mistrzu.

Czuję wstręt, że muszę zwrócić się z moją prośbą do księcia, ale wstyd mi polegać dłużej na hojności kapłanów. Czy to duma przeze mnie przemawia? Kiedy tylko wieczerza dobiegnie końca, muszę poświęcić więcej czasu medytacjom i odzyskać utracony kontakt z centrum mojej jaźni.

Teraz jednak czekają mnie ważne obowiązki. Odkąd opuściłem mój klasztor, u boku Yamuna byłem obserwatorem wojen i zdrad. Obecnie, jak wszystko na to wskazuje, zmuszony jestem marnować swą wiedzę dla arystokratów. Skoro tak się sprawy mają, jest to oczywistym dowodem} iż w moim poprzednim życiu musiałem solidnie zboczyć ze Ścieżki Oświecenia.

— Dobrze więc, pójdę. Miejmy nadzieję, że twój akolita zrobił wszystko, co mu kazałeś. — Obserwując Foxe'a dostrzegam, że na dźwięk moich słów mięśnie jego szczęk rozluźniają się. Jest zadowolony, że w końcu się zdecydowałem.

Wahanie spowalnia me kroki, punktualność ponagla, aż w końcu przybywam do pałacu księcia Piniago — ani nie za późno, ani nie za wcześnie. Posesja znajduje się na tyłach Dzielnicy Szlachty, gdzie srebrzyste dachy tego kwartału skrzą się w nie migoczącym świetle magicznych lamp ulicznych. Gdy wędruję wybrukowanymi alejkami, trąby mgielne posępnie ostrzegają o nadchodzącej na miasto mgle — ostateczna zachęta, by się pospieszyć, nim nadejdzie front wilgotnego chłodu.

Pałac księcia otoczony jest murami, wysokimi i pokrytymi rzeźbami przedstawiającymi groteskowe postaci o twarzach wykrzywionych złowieszczymi grymasami. Pomiędzy posągami sterczą ostre szpikulce, które najwyraźniej mają powstrzymać zewnętrzny świat — włącznie ze mną — przed dostaniem się do środka.

Gdy zbliżam się do bramy dziedzińca, tragarze palankinu obcesowo każą mi usunąć się z drogi. Z mijanych okien zamkniętych pudełek patrzą na mnie z niedowierzaniem uperfumowane, upudrowane twarze. Nikt ważny nie przemierza uliczek Procampuru, a tym bardziej w pojedynkę. Nie uważam tej przechadzki za nieprzyjemną, nawet pomimo iż noc jest chłodna i wilgotna. Nocne powietrze orzeźwia mnie. Poza tym palankin byłby źle widzianym ustępstwem na rzecz próżności — muszę być wobec siebie bardziej wymagający.

Podobnie jak goście, strażnicy przy bramie dziedzińca przyglądają mi się. Foxe miał rację co do mego doboru odzienia. W pomarańczowych szatach lamy i z wygoloną głową nie wyglądam jak jeden z typowych gości księcia. Mimo to noszę wyblakłą bawełnianą szatę ze względu na związek z przeszłością.

Wewnątrz pałacu upudrowany sługa w lśniącej liberii prowadzi mnie przez wyłożone kobiercami zewnętrzne komnaty, gdzie w salach rozbrzmiewa magiczna muzyka, zaś temat muzyczny i tempo zmieniają się, by nadać specyficzny ton każdemu z pomieszczeń. Goście zajęli już miejsca w sali bankietowej, tłocząc się przy stole zastawionym talerzami z jadłem i oświetlonym dziesiątkami cienkich, migoczących świec. Moje krzesło, oddalone o dwa miejsca od księcia, jest jedynym nie zajętym spośród dwudziestu dwóch, jakie naliczyłem przy długim stole. Liczę z przyzwyczajenia — należy znać liczby, powody »i przyczyny.

— Pozdrowienia dla naszego cudzoziemskiego gościa — wita mnie od stołu książę Piniago. Podnosi się ciężko, jest wysoki, potężnie zbudowany, a jego gęsta czarna broda lśni od wina. Wymachując kielichem tak, że rozlewa wino na ramię siedzącej obok niego pulchnej kurtyzany, stwierdza:

— To nader rzadka okazja dla wszystkich, gdyż udało mi się wyciągnąć tego znakomitego anachoretę z jego leża.

Uderza kielichem w stół rozlewając wino na biały obrus. Ozdobione wykwintnymi koafiurami głowy przy stole odwracają się, by spojrzeć najpierw na niego, potem na mnie. Inni goście nie ukrywają swego zdania na temat mojej pokornej osoby.

Książę mówi dalej, ale nie potrafię określić czy jest podchmielony, czy z natury tak grubiański.

— Szanowni lordowie, dostojne panie, mości panowie, przed-stawiam wam szczególnego gościa na dzisiejszej wieczerzy... ee... uhm...

— Lamę, Wasza Lordowska Mość.

— Lamę Koja. Z całą pewnością zna wiele ciekawych i zajmujących historii na temat Tuiganów, tych dzikusów, którym zdawało się, że mogą podbić Zachód. Lama Koja, widzicie, był skrybą wodza barbarzyńców, Yamuna.

A zatem mam być wydarzeniem dzisiejszego wieczora.

— Tak, to prawda, byłem głównym historykiem na dworze Yamuna Khahana — usiłuję łagodnie poprawić jego określenie mojego stanowiska. Na próżno.

— Usiądź przy naszym stole. Niechaj dziś nikt nie mówi, żeś nie podjadł do syta. — Książę opada ciężko na przypominający tron fotel.

Gdy tylko zajmuję swoje miejsce, podają wieczerzę. Pieczenie, sosy i ciasta z całą pewnością utwierdzają reputację księcia jako smakosza, ale ja ledwie ich kosztuję, bardziej przyzwyczajony do prostego chleba i jarzyn. Obok mnie, chudy starzec z siwą, rzadką brodą nakłada na swój talerz kopę jadła. Zauważywszy moje spojrzenie uśmiecha się z przesadną łaskawością i wrzuca na mój talerz drgający, krwisty kawałek wołowiny.

— Czy zwyczajem waszego ludu jest nie jeść i nie pić? — rzuca bełkotliwie książę, zauważywszy mą powściągliwość.

— A może należycie do ras, które, jak powiadają, żywią się powietrzem?

— Jest niewątpliwie dostatecznie chudy, Jozul — chichocze siedząca obok niego małżonka.

— Wybaczcie mi, Wasza Lordowska Mość. Zapewniam was, że wymagam jadła i napitku jak wszyscy śmiertelnicy. Tyle tylko że od przybycia do P...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin