Abul – Ala - Maari
Abul – Ala – Maari,
Znakomity piewca Bagdadu,
Mieszkał przez lat dziesiątki
We wspaniałym mieście kalifów,
Żyjąc w dostatkach i sławie;
Z wielmożami siadał do uczty,
Z mędrcami dysputy prowadził,
Kochał przyjaciół, doświadczył przyjaźni,
Bywał w krajach przeróżnych narodów,
Widział ludy przedziwne, poznawał ich prawa,
Aż jego duch wnikliwy zgłębił nareszcie człowieka
I znienawidził go do głębi.
A ponieważ nie miał ni żony, ni dzieci,
Więc cały swój majątek rozdał ubogim,
Zebrał swoje wielbłądy w małą karawanę,
W zapasy ją opatrzył,
I nocą, gdy Bagdad nad brzegami Tygrysu
Porośniętymi cyprysami we śnie się pogrążył,
W tajemnicy opuścił swe miasto.
Sura I
I karawana poety Alego, szemrząc jak ruczaj i czule
i smętnie,
Kroczyła wolno wśród nocy głębokiej, a jej dzwoneczki
świergotały tęsknie.
Miarowym krokiem brnęła karawana, tworząc wśród
skrętów drugą karawanę,
A tony dzwonków ciche, słodkodźwięczne, rosiły pola
milczeniem zasłane.
W miękkich łożnicach Bagdad zanurzony, spał
spowinięty przebarwnymi snami,
A w gulistanach słowik płakał czule, sącząc gazale
miłosnymi łzami.
Z ust wodotrysków śmiech się słyszeć dawał, miły,
przyjazny, czysty, diamentowy.
A rozświetlone kalifów pałace zapach pieszczoty słały
perfumowy,
Gwiazd brylantowych długie karawany po nieboskłonie
błądziły noc całą;
Bezbrzeżne niebo bez przerwy tętniło planet płonących
muzyką wspaniałą.
Baśnie tysięcznej i tej jednej nocy chłód opowiadał
w kwiecia aromacie;
Palmy, cyprysy przeciągle szumiały i w śnie omdlałe
gięły się przy trakcie.
A karawana wśród wężowych skrętów szła głośno
dzwoniąc, nie patrząc za siebie,
Drogę nieznaną miał przed sobą Maari, która go zwała
kusząco do siebie.
« Idź, wciąż podążaj, karawano moja, kroczże do końca
dzionków moich białych » -
Tak raz za razem mówił w głębi duszy, Abul – Maari,
poeta wspaniały.
«Idźże w bezludne pustynne krainy, w owe dziewicze
dale szmaragdowe,
Zdążaj ku słońcu i spal moje serce w jego żarze, który
piecze mą głowę.
O przebaczenie już was nie poproszę, rodzica grobie,
matczyna kołysko,
Bo od prawieków duch mój walczy z wami; strzechę
mych ojców wspominam – to wszystko.
Niegdyś kochałem swych przyjaciół wielu, ludzi
przeróżnych: dalekich i bliskich,
Lecz teraz miłość w żmiję się zmieniła i nienawiścią
dyszy do nich wszystkich.
Dziś nienawidzę dawnych mych miłości, tego, co brudzi
ludzkiej duszy słońce.
W duszy człowieczej, gnuśnej i próżniaczej,
narachowałem skaz czarnych tysiące.
Ale najbardziej w świecie nienawidzę tej skazy –
- monstrum, a jest nią kłamliwość,
Co jak niebiańskich świętych aureola lica ozdabia,
kryjąc ich prawdziwość.
Języku ludzki, co w woniach niebiańskich pod
przewspaniałą i piękną oponą
Ukrywasz piekło zwykłej ludzkiej duszy, czyś widział
kiedyś czystej prawdy łono?
Krocz, moja dumna, dzielna karawano, zmierzaj odważnie
w upalne przestrzenie,
A kiedy wkroczysz w rude jak miedź skały, między
bestiami znajdziesz odpocznienie.
Postawię namiot mój na norach żmiich, pośród
skorpionów wściekle rozedrganych;
O wiele bardziej będę tam bezpieczny, niż pośród ludzi
złych i zakłamanych.
Tam będę czuł się bezpieczniej i pewniej, niźli na piersi
przyjaciela mego Który kłamstwami podłymi osłania rozpacz bezdenną, co
wpija się w niego.
Przez wszystkie czasy, póki słońce będzie palić Synaju
wierzchołki szroniaste,
Zaś żółte zaspy piasków rozżarzonych będą się pienić jak
fale przepastne
Ja nie zapragnę widzieć innych ludzi i nie zasiądę z nimi
do wieczerzy;
Mnie już wystarczy hieny powitanie, dzikim zwierzętom
rozdam chleb mój świeży!
I niech mnie nawet zwierz rozedrze dziki, niech wiatr
szalony głowę mi oderwie,
Lecz po kres życia, karawano moja, nie zwalniaj kroku,
dąż przed siebie pewnie ».
Po raz ostatni zasmucony Maari spojrzał na Bagdad
snem zauroczony,
Potem z odrazą głowę swą odwrócił i do wielbłąda
przytknął ją zmęczony.
Przypadł miłośnie i gorące wargi czule całują zwierza
oczy czyste.
Na rzęsach jego dwie błyszczące krople zwisły, a teraz
toczą się przejrzyste.
Lekko falując przez pola uśpione płynnie kroczyła
karawana zwarta,
Szła wciąż przed siebie, prosto w dale dzikie. Już ją
pochłania pustynia rozwarta.
Sura II
I znów się wije mała karawana między rzędami palm
stojących dumnie,
Wznosi sznur kurzu, kurzu karawanę, która rozpędza
wiatr pędzący szumnie.
« Idź karawano, zostawiamy wszystko, co z utęsknieniem
na powrót nasz czeka »
Tak w sercu swoim mówił zasmucony, Abul – Maari,
wspaniały poeta.
« Porzućmy przepiękną kobietę, miłość – truciznę,
okowy poddaństwa?
Idź, nie przystawaj, bowiem zostawiamy tylko łańcuchy,
iluzje i kłamstwa.
Kim jest kobieta?... To pająk – krwiopijca zawsze
kłamliwy, zawsze bez godności,
Co chleb twój zjada, lecz całując ciebie – w objęciach
twoich z innym gachem gości.
Już lepiej z czółnem w morskie spaść odmęty, niźli
uwierzyć w zaklęcia kobiece.
Jest to wietrznica i piekło wspaniałe, a przez jej usta
Iblis zawsze rzecze.
A ty marzyłeś o gwieździe dalekiej, o lilii białej z anioła
skrzydłami,
Która być miała lekiem na twe rany, marzeniem złotym
pomiędzy kłamstwami.
Pragnąłeś pieśni czystego strumyka, co cię pociągnie
między brzegi jasne.
Pragnąłeś róży wiecznej, nieśmiertelnej, chciałeś łkać
słodko w jej piersi przepastne.
Miłość kobiety poi twoją duszę napojem słonym, byś
pragnął od nowa.
Wśród deszczów słodkich dotykasz jej ciała, lecz nie
napoi cię kobieta owa.
O, żeńskie ciało giętkie i lubieżne, grzeszne szatańskich
wybryków naczynie!
Ty dla rozpusty chutliwej cielesnej zamieniasz słońce
w ciemności pustynie.
Ach, nienawidzę okrutnej miłości, co wiecznie rani, nóż
znienacka wbija!
Jest niewolnikiem lub tyranem srogim, kto jej
przesłodkie trucizny wypija.
Miłości, ciężki natury wyroku, ty wiarołomny duchu
nieodstępny,
Wściekły, zbieszony piekielny chaosie, krwi chorób
pełna i koszmarze mętny.
Która zrodziła zbrodnie nieustanne, gardzę kobietą –
burzą namiętności,
Tym pełnym wody stawem, co zalewa świat cały
szlamem zła i okropności.
Gardzę miłością i gardzę kobietą! Jej pocałunki to kłam
i udręki.
Gardzę jej łożem, co wsysa jak moczar oraz przeklinam
jej rodowe męki.
Jakże odwieczne i okrutne męki, z których się rodzi
zgraja podłych ludzi,
A ci – gdy wzrosną – drą siebie na strzępy, a ich
plwocina gwiazd oblicza brudzi!
Trzykroć przeklęty, kto ojcem się staje, kto z
najstarszego, kto z niebytu błota
Wzywa do życia cząsteczkę mizerną, aby ją wtrącić
w gehennę żywota!
Mój ojciec zgrzeszył był kiedyś przede mną, lecz ja
nikomu nie winienem w niczym.
Niech mi te słowa wyryją na grobie, jeżeli znajdę
miejsce pod księżycem.
Jak długo fala morska walić będzie o szmaragdowe
wybrzeża Hedżasu,
Tak długo z dala będę od kobiety i nie zapragnę
słodkiego z nią wczasu.
Prędzej przypadnę do krzewów ciernistych i ucałuję ich
kolce trujące,
Lub głowę skłonię na przeczyste skały i załkam cicho
w ich piersi gorące »
A karawana wśród cichego szmeru, wijąc się, brnęła, nie
zważała na nic,
Do wytęsknionych dali błękitnawych dążyła cicho, do
dalekich granic.
Zdawać się mogło, że płacze dzwoneczek; kropla po
kropli dźwięczne łezki ronił.
Opłakiwała karawana słodko, co Maari kochał i od
czego stronił.
Pieśni przesłodkie i ogromnie czułe, flety zefirów
pieściwie nuciły,
O ranach serca, bezbrzeżnej tęsknocie, o jakże lubych
marzeniach, jak miłych.
Abul – Maari wśród ponurych myśli, a jego rozpacz to
rozpacz bez końca,
Jak jego droga, wijąca się droga, droga bezkresna przez
królestwo Słońca.
W jedno stopiony z nieskończoną drogą, męczył się
skrycie Maari dni i noce,
Wzrok swój kierował ku gwiazdom nieznanym, a w duszy
jego myśl gorzka migoce.
I nie spoglądał na przebytą drogę, i nie żałował tego co
zostawiał,
Nie witał wcale karawan mijanych, na pozdrowienia ich
nie odpowiadał.
Sura III
Szła karawana, płynął Abul – Maari, piaski szemrały
cicho jak strumyki,
Szły w dal wielbłądy, kroczyły wytrwale, wokół
błyskały księżyca promyki.
Księżyc jak piersi niebiańskiej hurysy, księżyc, tętniący
i w blasku skąpany,
Chował wstydliwie twarz swoją w obłoki, to znów
oświetlał drogę karawany.
W sen już zapadły kwiatów aromaty, a ich kielichy
w diamenty brzemienne.
...
anty-edyp