Robur Zdobywca.doc

(803 KB) Pobierz

 

   JULIUSZ VERNE

   ROBUR ZDOBYWCA

  

  

 

   Rozdział pierwszy

  

   w którym nie tylko uczeni są bezradni.

  

  

   Pif!... Paf!...

   Dwa strzały z pistoletu rozległy się niemal równocześnie. Jedna z kul trafiła w kręgosłup krowę, która pasąc się w odległości pięćdziesięciu kroków od owego miejsca, nic nie znaczyła w tej sprawie.

   Żaden z przeciwników nie został raniony.

   Kim byli ci dwaj dżentelmeni? Nie wiemy, chociaż z pewnością byłaby to okazja do przekazania potomności ich nazwisk. Wiadomo jedynie, że starszy był Anglikiem, a młodszy Amerykaninem. Co się tyczy miejsca, gdzie niegroźny przeżuwacz skubnął swój ostatni pęk trawy - nic łatwiejszego: działo się to na prawym brzegu Niagary, niedaleko od wiszącego mostu, który łączy brzeg amerykański z kanadyjskim, trzy mile poniżej wodospadu.

   Anglik podszedł do Amerykanina:  

   - Nadal utrzymuję, że słyszeliśmy "Rule Britannia"! - powiedział.

   - Nie! To była "Yankee Doodle"! - odparł Amerykanin.

   Sprzeczka miała się zacząć na nowo, gdy jeden z sekundantów (bez wątpienia w interesie pasącego się bydła) wtrącił pojednawczo:

   - Załóżmy, że to były "Rule Doodle" i "Yankee Britannia" i chodźmy na obiad!

   Kompromis między amerykańską i angielską pieśnią patriotyczną został przyjęty ku zadowoleniu obu stron. Amerykanin i Anglik wrócili na lewy brzeg Niagary, gdzie zasiedli do stołu w hotelu na Goat-Island - terytorium neutralnym między dwiema częściami wodospadu. Ponieważ przed nimi stoi tradycyjne danie - gotowane jajka i szynka oraz zimny rostbef z ostrymi piklami, a do tego strumienie herbaty mogące przyprawić o zazdrość słynne katarakty, nie przeszkadzajmy im dłużej. Jest zresztą mało prawdopodobne, żeby była o nich jeszcze mowa w tej opowieści.

   Który z nich miał rację? Trudno byłoby rozstrzygnąć. W każdym razie ich pojedynek obrazuje gorączkę umysłów mieszkańców nowego i starego kontynentu. Powodem tego wzburzenia było niewytłumaczalne zjawisko, które od paru tygodni mąciło wszystkim w głowach.

   - Os sublime dedit coelumque tueri* [Przyp.: Os sublime dedit...(łac.) - Twarz uduchowioną ku niebu skierował] - powiedział Owidiusz, oddając tym samym najwyższą cześć istocie ludzkiej. Rzeczywiście, nigdy od czasu pojawienia się człowieka nie poświęcano tyle czasu na obserwację nieba.

   Otóż poprzedniej nocy do mieszkańców części Kanady położonej między jeziorami Ontario i Erie dobiegły z przestworzy metaliczne dźwięki trąbki. Jedni usłyszeli "Yankee Doodle", inni "Rule Britannia". To właśnie było źródłem sprzeczki Anglosasów, zakończonej wspólnym obiadem na Goat-Island. Możliwe zresztą, że nie była to żadna z tych pieśni. Wszyscy natomiast zgadzali się co do tego, że dźwięki wydawały się dobiegać z nieba.

   Czy należało wierzyć w niebiańską trąbę, w którą dął jakiś anioł albo archanioł?... Czy nie byli to raczej weseli aeronauci w balonie grający na donośnym instrumencie, z którego Feme* [Przyp.: Feme - w mitologii greckiej, usposobienie wieści, plotki. Wyobrażano ją m.in. w postaci kobiety ze skrzydłami, z trąbką w ustach.] uczyniła tak hałaśliwy użytek?

   Nie! Nie było balonu ani aeronautów. Niezwykłe zjawisko, którego natury ani pochodzenia nie można było zbadać, zaszło w górnych warstwach atmosfery. Jednego dnia pojawiło się nad Ameryką, czterdzieści osiem godzin później dostrzeżono je w Europie, tydzień potem w Azji, nad Królestwem Spokoju* [Przyp.: Królestwo Spokoju - jedna z używanych w XIX w. w Europie nazw Chin]. Znakiem jego przejścia była trąbka, i jeżeli nie wzywała na Sąd Ostateczny, czymże ona w końcu była?

   Stanowiło to przyczynę niepokoju, jaki zapanował na całej kuli ziemskiej, w monarchiach i republikach, a niepokój ów należało uśmierzyć. Gdybyś usłyszał, Czytelniku, w swoim domu jakieś dziwne i niewytłumaczalne hałasy, czyż nie szukałbyś natychmiastowego wyjaśnienia ich przyczyny? A gdyby twoje poszukiwania do niczego nie doprowadziły, czyż nie opuściłbyś domu, aby zamieszkać gdzie indziej? Z pewnością tak! Ale w tym wypadku domem był glob ziemski. Nie było sposobu przeprowadzenia się na Księżyc, Marsa, Wenus, Jowisza czy jakąkolwiek inną planetę Układu Słonecznego. Należało więc odkryć, co się działo - nie w próżni, lecz w atmosferze. Bo przecież jeżeli nie ma powietrza, nie ma też hałasu, a ponieważ hałas jednak był - osławiona trąbka - znaczyło to, że zjawisko zachodziło w powietrzu, którego gęstość maleje wraz ze wzrostem wysokości, a szerokość otaczającej Ziemię warstwy nie przekracza ośmiu kilometrów* [Przyp.: Informację tę Autor podaje na podstawie stanu wiedzy w końcu XIX wieku. Dzisiaj wiemy, że grubość najbliższej Ziemi powłoki gazowej, troposfery wynosi od 8 kilometrów (nad obszarem podbiegunowym) do 18 kilometrów (nad równikiem)].

   Prasa oczywiście zajęła się tą sprawą. Gazety omówiły ją pod każdym względem, rozjaśniły lub zaciemniły, podały fakty prawdziwe albo fałszywe, zatrwożyły bądź uspokoiły czytelników - wszystko to w celu zwiększenia nakładu, na koniec zainteresowały wystraszone nieco szerokie kręgi publiczności. Polityka zeszła nagle na dalszy plan, przez co bieg wydarzeń wcale nie uległ zmianie. Ale czym w końcu było tajemnicze zjawisko?

   Zapytano o to obserwatoria z całego świata. Po co są obserwatoria, skoro nie dawały odpowiedzi? Od czego są astronomowie, którzy gwiazdy oddalone o tysiące miliardów mil rozdzielają na dwie lub nawet trzy, a nie potrafią rozpoznać natury zjawiska kosmicznego, jakie zaszło w odległości zaledwie kilku kilometrów?

   Toteż w czasie pięknych letnich nocy wszystkie teleskopy, lunety, lornety, binokle, monokle, okulary wycelowane były w niebo, oczy wszystkich uzbroiły się w instrumenty różnego zasięgu i wielkości. A ile tego było, nie sposób zliczyć. W każdym razie przynajmniej setki tysięcy. Dziesięć, dwadzieścia razy więcej, niż można gołym okiem dostrzec gwiazd na nieboskłonie. Nigdy zaćmienie, obserwowane jednocześnie we wszystkich punktach globu, nie zostało aż tak uczczone.

   Obserwatoria nie dały wyczerpującej odpowiedzi. Każde wyraziło swoją opinię, lecz były one różne. Z tego powodu wybuchła wojna w świecie naukowym, rozpoczęta w końcu kwietnia i przeciągająca się do początku maja.

   Obserwatorium paryskie okazało się bardzo powściągliwe. Nie wypowiedział się żaden jego oddział. Dział astronomii matematycznej nie raczył przeprowadzić obserwacji. W dziale astrometrii niczego nie odkryto. W dziale astrofizyki niczego nie dostrzeżono. Dział obliczeń niczego nie dojrzał. Geodeci niczego nie zauważyli. Meteorologowie niczego nie przewidzieli. Oświadczenie było przynajmniej szczere. Taką samą szczerością odznaczyło się obserwatorium w Montsouris oraz stacja magnetyczna położona w parku Saint-Maur. Podobnie uszanowało prawdę Biuro Długości Geograficznych. Widocznie cnotą najwyżej cenioną przez Francuzów jest szczerość.

   Prowincja była bardziej zdecydowana. W nocy z 6 na 7 maja na niebie pojawił się prawdopodobnie błysk pochodzenia elektrycznego i trwał nie dłużej niż dwadzieścia sekund. Na szczycie Pic du Midi w Pirenejach światłość tę ujrzano między dziewiątą a dziesiątą wieczorem, natomiast w obserwatorium meteorologicznym w Puy-de-Dóme w Owernii - między pierwszą a drugą nad ranem; na szczycie Ventoux w Prowansji - między drugą a trzecią, w Nicei między trzecią a czwartą; wreszcie w alpejskim masywie Semnoz w okolicach Annecy, jeziora Bourget i Jeziora Genewskiego w chwili, gdy zorza rozjaśniała niebo.

   Nie można było oczywiście całkowicie odrzucić tych informacji. Niewątpliwie błysk zauważono kolejno w różnych stacjach w przeciągu kilku godzin. Tak więc albo został on wywołany przez kilka źródeł znajdujących się w atmosferze ziemskiej, albo, jeżeli pochodził z jednego tylko źródła, musiało ono poruszać się z prędkością dochodzącą do dwustu kilometrów na godzinę.

   A czy zauważono kiedykolwiek w dzień coś nienormalnego w powietrzu?

   Nigdy.

   Czy przynajmniej słychać było dźwięki trąbki dochodzące z przestworzy?

   Najcichsze nawet jej wezwanie nie rozległo się w okresie od wschodu do zachodu słońca.

   W Zjednoczonym Królestwie panowało niezdecydowanie. Wprawdzie w Greenwich i w Oxfordzie utrzymywano, iż "nic się nie zdarzyło", ale mimo to ośrodki te nie potrafiły dojść do porozumienia.

   - Złudzenie wzrokowe! - powiadano w jednym.

   - Złudzenie słuchowe! - odpowiadano z drugiego.

   I o to właśnie toczył się spór. W każdym razie chodziło o złudzenie.

   Dyskusja w obserwatorium berlińskim i wiedeńskim groziła wywołaniem konfliktów międzynarodowych. Ale Rosja, w osobie dyrektora obserwatorium w Pułkowie, udowodniła im, że obydwie strony miały rację. Wszystko zależało od punktu widzenia, jaki przyjmowano w celu określenia natury zjawiska, które będąc niemożliwe teoretycznie, w praktyce okazało się możliwe.

   W Szwajcarii, w obserwatorium w Sautis położonym w kantonie Appenzel, a także w Rigi, w Gabris, na placówkach na szczytach Saint-Gothard, Saint-Bernard, Julier, Simplon, w Zurychu, na Somblick w Alpach tyrolskich, dano przykład zachowania krańcowej rezerwy w odniesieniu do faktu, którego nikt nigdy nie mógł potwierdzić - co jest zresztą bardzo rozsądnym posunięciem.

   Ale we Włoszech, w stacjach meteorologicznych Wezuwiusza, Etny (zainstalowanej w dawnej Casa degli Inglesi), na Monte Cavo, obserwatorzy bez wahania dopuścili materialność zjawiska zważywszy, że mogli je obejrzeć w dzień pod postacią małego obłoczka pary, a nocą - uciekającej gwiazdy. Lecz jego natura pozostawała nieznana.

   Prawdę mówiąc, tajemnica ta zaczynała męczyć uczonych. Natomiast nadal pasjonowała, a nawet przerażała maluczkich i nieoświeconych, którzy dzięki jednemu z najmądrzejszych praw natury stanowili, stanowią i będą stanowić znaczną większość na świecie. Astronomowie i meteorolodzy przestaliby się więc tym zajmować, gdyby nie to, co zaszło i zostało dostrzeżone w dwóch obserwatoriach: w Kantokeino, w okręgu Finnmark w Norwegii, nocą z 26 na 27 i w Isfjorden na Spitsbergenie z 28 na 29. Norwegowie i Szwedzi zgodzili się co do tego, że pośród zorzy polarnej pojawił się rodzaj olbrzymiego ptaka, potwora powietrznego. O ile ustalenie jego budowy okazało się niemożliwe, o tyle pewne było, że wyrzucał z siebie cząsteczki, które wybuchały jak bomby.

   W Europie łaskawie nie podano w wątpliwość obserwacji w Finnmark i na Spitsbergenie. Ale najbardziej niezwykłe w tym wszystkim okazało się to, że Szwedzi i Norwegowie wreszcie zajęli takie samo stanowisko.

   Śmiano się z rzekomego odkrycia we wszystkich obserwatoriach Ameryki Południowej, w Brazylii, Peru i w La Plata, a także w australijskich - w Sydney, Adelaide i w Melbourne. A śmiech australijski jest najbardziej zaraźliwy.

   Krótko mówiąc, szef jednej tylko stacji meteorologicznej wypowiedział się zdecydowanie w tej kwestii mimo wszystkich szyderstw, jakie zaproponowane przezeń rozwiązanie mogło wywołać. Był to Chińczyk, dyrektor obserwatorium w Zi-Ka-Wey, wzniesionego pośrodku rozległej równiny niecałe czterdzieści kilometrów od morza, z szerokim horyzontem skąpanym w czystym powietrzu.

   - Możliwe - powiedział - że przedmiot, o który chodzi, jest po prostu statkiem powietrznym, latającą maszyną!

   Cóż za żarty!

   Tymczasem, o ile spory były ożywione na starym kontynencie, łatwo można sobie wyobrazić, jakie musiały być w tej części nowego, gdzie leżą Stany Zjednoczone.

   Wiadomo, że Jankes nie lubi krętych ścieżek. Idzie prostą drogą, na ogół tą, która prowadzi do celu. Podobnie amerykańskie obserwatoria federalne bez wahania wypowiedziały swoje opinie. Jeżeli obserwatorzy nie rzucali w siebie teleskopami, to tylko dlatego, że należałoby je wymieniać w momencie, gdy były najbardziej potrzebne.

   W tej tak spornej kwestii nastąpiło starcie obserwatoriów w Waszyngtonie, w Dystrykcie Columbia, i w Cambridge, w stanie Duna* [przyp.: Dlaczego autor posłużył się fikcyjną nazwą stanu? Tego już się nie dowiemy. Stan Duna nie istnieje i nigdy nie istniała, a Cambridge leży w stanie Massachusetts.], oraz obserwatoriów przy Darmouth-College w stanie Connecticut i w Aun-Arbor w stanie Michigan. Temat ich dysputy nie dotyczył natury ujrzanego ciała, lecz podania dokładnej godziny obserwacji. Wszyscy bowiem twierdzili, że dostrzegli ciało tej samej nocy, o tej samej godzinie, w tej samej minucie, a nawet sekundzie, mimo że trajektoria tajemniczego pojazdu przechodziła niezbyt wysoko nad horyzontem. A przecież odległość dzieląca Connecticut i Michigan, Duna i Columbię jest wystarczająco duża, aby te podwójne obserwacje, dokonane w tym samym momencie, można było uznać za niemożliwe.

   Obserwatoria: Dudley w stanie Nowy Jork i Akademii Wojskowej w West-Point zadały kłam twierdzeniom kolegów po fachu publikując notę, w której podawały dane dotyczące wznoszenia prostego i odchylenia wspomnianego ciała.

   Później stwierdzono jednak, że obserwatorzy ci pomylili się co do ciała - był to meteor, który przeciął środkowe warstwy atmosfery. Nie mógł on więc być przedmiotem, wokół którego toczył się spór. Zresztą, czy było możliwe, żeby grał na trąbce?

   Jeśli chodzi o trąbkę, na próżno usiłowano umieścić jej donośną fanfarę w rzędzie złudzeń słuchowych. W tym wypadku słuch nie mylił się bardziej niż wzrok. Na pewno widziano, na pewno słyszano. Nocą z 12 na 13 maja - a była to noc bardzo ciemna - obserwatorom z Yale-College w Szkole Wyższej w Sheffield udało się zapisać kilka taktów frazy muzycznej w tonacji D-dur, w rytmie na cztery, która nuta w nutę dawała melodię refrenu "Pieśni Wymarszu"* [przyp.: "Pieśń Wymarszu" skomponowana została z okazji piątej rocznicy zburzenia Bastylii. Przez długi czas była jedną z najpopularniejszych francuskich pieśni patriotycznych.]

   - Ach, tak - stwierdzili dowcipnisie. - Francuska orkiestra gra wśród chmur!

   Ale żartować nie znaczy odpowiedzieć. Tę myśl wyraziło obserwatorium bostońskie założone przez Atlantycką Spółkę Wyrobów Żelaznych, którego opinie w dziedzinie astronomii i meteorologii zaczynały być obowiązujące w świecie naukowym.

   Wtedy też wmieszało się w sprawę obserwatorium w Cincinnati, powstałe w 1870 roku na szczycie Lookout dzięki hojności niejakiego pana Kilgoor. Zdobyło ono sobie sławę dokonaniem mikrometrycznych pomiarów podwójnych gwiazd. Jego dyrektor w najlepszej wierze oświadczył, że coś z pewnością się dzieje, jakieś ruchome ciało pojawiało się w krótkich odstępach czasu w różnych warstwach atmosfery, ale że jednoznaczne wypowiedzenie się na temat jego pochodzenia, rozmiarów, prędkości, trajektorii jest niemożliwe.

   Wtedy to właśnie "New York Herald" , dziennik cieszący się wielką popularnością, otrzymał od anonimowego czytelnika list następującej treści:

   "Nie zapomnieliśmy współzawodnictwa, które kilka lat temu postawiło w szranki dwóch spadkobierców beguny* [przyp.: Beguna - odpowiednik księżnej w Indiach] Radżinahry: francuskiego lekarza Sarrasina z Franceville i niemieckiego inżyniera Schultzego ze Stahlstadt, miast położonych w południowej części Oregonu w Stanach Zjednoczonych.

   Równie dobrze pamiętamy, że w celu zniszczenia Franceville Herr Schultze wystrzelił straszliwy pocisk, który miał spaść na miasto i zniszczyć je jednym uderzeniem.

   Nie poszedł także w zapomnienie fakt, iż pocisk ten, którego prędkość początkową przy wylocie z lufy działa-olbrzyma źle obliczono, został uniesiony z szybkością szesnastokrotnie większą niż normalne pociski - a mianowicie sześćset kilometrów na godzinę - że nigdy nie spadł na ziemię, i że, stawszy się meteorem, krąży i wiecznie będzie krążył wokół naszego globu.

   Dlaczego nie miałby być ciałem, o którym mowa, a którego istnienia nie można zaprzeczyć?

   Dobrze to wymyślił czytelnik dziennika "New York Herald". A trąbka?... W pocisku Herr Schultzego nie było trąbki!

   Tak więc wszystkie te wyjaśnienia niczego nie wyjaśniały - wszyscy obserwatorzy źle obserwowali.

   Pozostawała jeszcze hipoteza zaproponowana przez dyrektora z Zi-Ka-Wey. Ale zdanie jakiegoś tam Chińczyka!...

    Nie należy sądzić, że u obywateli Starego i Nowego Świata nastąpił przesyt. Dyskusje trwały w najlepsze, bez szans na zgodę oponentów. Nastąpiła jednak krótka przerwa. Upłynęło bowiem kilka dni bez pojawienia się tajemniczego przedmiotu, meteoru czy też czegoś innego, z przestworzy nie dobiegał głos trąbki. Czyżby więc ciało to upadło w jakimś miejscu na Ziemi, gdzie trudno byłoby odnaleźć jego ślad - na przykład utonęło w morzu? Czy spoczywało w głębinach Atlantyku, Pacyfiku lub Oceanu Indyjskiego? Jakie stanowisko zająć w związku z jego zniknięciem?

   Wtedy właśnie, między 2 a 9 czerwca, miała miejsce cała seria wydarzeń, których wytłumaczenie samym tylko istnieniem zjawiska kosmicznego było niemożliwe.

   W ciągu tego tygodnia mieszkańcy Hamburga na szczycie, wieży Świętego Michała, Turczyni na najwyższym minarecie meczetu Hagia Sophia, mieszkańcy Rouen na czubku metalowej iglicy swojej katedry, a mieszkańcy Strasburga na czubku katedry strasburskiej, Amerykanie na głowie Statuy Wolności przy wejściu do portu nowojorskiego i na wierzchołku pomnika Waszyngtona w Bostonie, Chińczycy na szczycie świątyni, w Kantonie, Indusi na szesnastym piętrze piramidy świątyni w Tańdżurze, mieszkańcy Stolicy Apostolskiej na krzyżu wieńczącym kościół Świętego Piotra w Rzymie, Anglicy na krzyżu Kościoła Świętego Pawła w Londynie, Egipcjanie na szczycie Wielkiej Piramidy w Gizeh, Paryżanie na piorunochronie wysokiej na trzysta metrów Wieży Eiffia, mogli zobaczyć flagę powiewającą na każdym z tych trudno dostępnych miejsc.

   Flaga ta była z czarnej etaminy usianej gwiazdami otaczającymi złote słońce.

   

  

 

   Rozdział drugi

  

   w którym członkowie Weldon-Institute prowadzą spór nie mogąc dojść do porozumienia.

  

  

   - A kto pierwszy powie, że jest inaczej...

   - Coś podobnego! Oczywiście, że powie, gdy tylko będzie powód!

   - I to pomimo pańskich pogróżek!...

   - Niech pan zważa na słowa, panie Fyn!

   - Panu, Uncle Prudent, również to radzę!

   - Twierdzę, że śmigło nie może być z tyłu!

   - My również!... My również!... - zgodnym chórem przytaknęło pięćdziesiąt głosów.

   - Nie!... Powinno być z przodu! - zawołał Phil Evans.

   - Z przodu! - potwierdziło pięćdziesiąt innych głosów z nie mniejszą stanowczością.

   - Nigdy się nie pogodzimy!

   - Nigdy!... Nigdy!...

   - Więc po co się sprzeczać?

   - To nie jest sprzeczka!... To dyskusja!

   Słysząc cięte odpowiedzi, przekonywania, okrzyki protestu, które od dobrego kwadransa wypełniały salę posiedzeń, nikt by nie uwierzył, że toczy się tam dyskusja.

   Sala ta była największym pomieszczeniem w Weldon-Institute - klubie każdemu znanym, którego siedziba mieściła się przy ulicy Walnut w Filadelfii, w amerykańskim stanie Pensylwania.

   W przeddzień, w związku z wyborem latarnika zapalającego latarnie gazowe, w mieście odbyły się publiczne manifestacje, hałaśliwe wiece, bójki. Związane z tym podniecenie jeszcze nie opadło i możliwe, że stanowiło ono przyczynę rozgorączkowania, jakie okazywali członkowie klubu. Tymczasem nie było to nic innego jak zebranie ,,baloniarzy" dyskutujących nad pasjonującym, nawet w tym czasie, zagadnieniem sterowania balonami.

   Działo się to w mieście, którego szybki rozwój przewyższył nawet rozwój Nowego Jorku, Chicago, Cincinnati czy San Francisco, w mieście, które nie jest przecież portem ani ośrodkiem górnictwa czy też wydobycia ropy naftowej, nie jest tez centrum przemysłowym ani węzłową stacją kolejową; w mieście większym niż Berlin, Manchester, Edynburg, Liverpool, Wiedeń, Petersburg, Dublin; w mieście, które posiada park mogący pomieścić siedem londyńskich parków; w mieście, które liczy obecnie blisko milion dwieście tysięcy mieszkańców i jest czwartym miastem świata po Londynie, Paryżu i Nowym Jorku* [przyp.: Dane z końca XIX wieku].

   Filadelfia to miasto nieskazitelne niemal jak marmur, z majestatycznymi domami i budowlami użyteczności publicznej, które nie mają sobie równych. Najbardziej poważaną szkołą średnią Nowego Świata jest gimnazjum Girarda w Filadelfii. Najszerszym na świecie żelaznym mostem jest most przerzucony przez rzekę Schuylkill w Filadelfii. Najpiękniejszą świątynią wolnomularską jest Świątynia Masońska w Filadelfii. W Filadelfii wreszcie jest największy klub zwolenników lotów powietrznych. I gdybyś zechciał, Czytelniku, zajrzeć doń owego wieczoru 12 czerwca, możliwe, że sprawiłoby Ci to przyjemność.

   W wielkiej sali kręciło się, miotało, gestykulowało, mówiło, dyskutowało, kłóciło - każdy w kapeluszu na głowie - około stu baloniarzy pod szanownym przewodnictwem prezesa w asyście sekretarza i skarbnika. Nie byli to inżynierowie z zawodu. Po prostu amatorzy wszystkiego, co dotyczyło aerostatyki, ale amatorzy żarliwi, a zwłaszcza wrogo usposobieni wobec tych, którzy chcą przeciwstawić aerostatom maszyny "cięższe od powietrza", maszyny latające, statki powietrzne lub coś innego. Możliwe, że ci dzielni ludnie wynajdą kiedyś sposób sterowania balonami. Na razie prezes miał pewne trudności w pokierowaniu nimi.

   Prezes ów, dobrze znany w Filadelfii, był to słynny Uncle Prudent - rozważny tylko z nazwiska* [przyp.: Prudent (ang.) - rozważny; uncle - wuj.] Co się tyczy przydomka Uncle, w Ameryce nie dziwi on nikogo, tam bowiem można być wujem nie mając siostrzeńców. Amerykanie mówią na kogoś wuj tak samo, jak gdzie indziej mówi się ojciec, zwracając się do człowieka, który nigdy z ojcostwem nie miał nic wspólnego.

   Uncle Prudent był znakomitą osobistością i na przekór swojemu nazwisku słynął z brawury. Co więcej, nawet w Stanach Zjednoczonych był bogaczem. Jakże miał nim zresztą nie być, skoro posiadał znaczną część akcji Niagara Falls? W owym czasie w Buffalo inżynierowie założyli spółkę mającą na celu wykorzystanie wodospadu. Doskonały interes. Z Niagary spływa siedem tysięcy pięćset metrów sześciennych wody na sekundę, co równe jest siedmiu milionom koni mechanicznych. Ta olbrzymia moc, rozsyłana do wszystkich fabryk w promieniu pięciuset kilometrów, pozwalała rocznie zaoszczędzić miliard pięćset milionów franków, z czego część wpływała do kasy Spółki, a większość tej sumy inkasował Uncle Prudent. Zresztą, jako kawaler, żył skromnie, zadowalając się jednym tylko sługą o imieniu Frycollin, który wcale nie był godzien tego, aby służyć u tak odważnego pana. Bywa i tak.

   Rozumie się samo przez się, ze Uncle Prudent, będąc bogatym, miał przyjaciół; ale ponieważ był prezesem klubu, miał również wrogów - między innymi wszystkich tych, którzy mu zazdrościli jego pozycji. Spośród najbardziej zaciekłych wymienić należy sekretarza klubu Weldon-Institute.

   Byt nim Phil Evans, równie majętny dzięki temu, iż kierował Walton Watch Company - dużą fabryką zegarków, która dziennie produkuje pięćset czasomierzy w niczym nie ustępujących szwajcarskim. Phil Evans mógłby więc uchodzić za jednego z najszczęśliwszych ludzi w Stanach Zjednoczonych, a nawet na świecie, gdyby nie funkcja Uncle Prudenta.

   Jak i on miał czterdzieści pięć lat, żelazne zdrowie, niezaprzeczalną odwagę i nie zależało mu na zamianie niewątpliwych plusów kawalerstwa na wątpliwe zalety stanu małżeńskiego. Byli ludźmi stworzonymi, by się nawzajem rozumieć, lecz nie rozumieli się, i obaj, należy podkreślić, odznaczali się niezwykłą energią - u Prudenta była ona wybuchowa, u Phila Evansa opanowana.

   A dlaczego Phil Evans nie został wybrany prezesem klubu? Głosy były dokładnie podzielone między niego i Uncle Prudenta. Dwadzieścia razy głosowano i dwadzieścia razy żaden nie uzyskał większości. Kłopotliwa sytuacja mogła trwać dłużej niż życie obu kandydatów.

   Jeden z członków klubu zaproponował wtedy sposób rozstrzygnięcia głosowania. Był to Jem Sip, skarbnik Weldon-Institute. Jem Sip był wegetarianinem z przekonania - inaczej mówiąc ascetą kuchni, a więc człowiekiem odrzucającym wszelkie produkty pochodzenia zwierzęcego, wszystkie napoje uzyskiwane drogą fermentacji, pół braminem, pół muzułmaninem, konkurentem Niewmanów, Pitmanów, Wardów, Dawie'ych, którzy okryli chwałą sektę tych nieszkodliwych szaleńców.

   Jema Sipa poparł w tym wypadku inny członek klubu, William T. Forbes, dyrektor dużej fabryki, gdzie do wyrobu glukozy zastosowano obróbkę starych tkanin kwasem siarkowym, co pozwala uzyskiwać cukier z niepotrzebnych szmat. Był to poważny człowiek, ojciec dwóch uroczych starych panien, Doroty, zwanej Doli, i Marty, zwanej Mat, które nadawały ton najlepszym sferom towarzyskim Filadelfii.

   Na wniosek Jema Sipa, poparty przez Williama T. Forbesa i kilku innych, zdecydowano się wybrać prezesa klubu metodą "punktu środkowego".

   Prawdę mówiąc, ten sposób wyborów mógłby być stosowany zawsze wtedy, kiedy chodzi o wyodrębnienie osoby najbardziej godnej, i wielu Amerykanów wielkiego ducha przemyśliwało już o wykorzystaniu go przy wyborach prezydenta Stanów Zjednoczonych.

   Na dwóch białych planszach wykreślono czarne linie. Proste były jednakowej długości, ponieważ wymierzono je z taką dokładnością, jak gdyby chodziło o podstawę pierwszego trójkąta przy wyznaczaniu sieci triangulacyjnej. Tego samego dnia obaj kandydaci, uzbrojeni w cienkie igły, pomaszerowali w kierunku plansz wystawionych pośrodku sali posiedzeń. Ten z przeciwników, który umieści swoją igłę najbliżej matematycznego środka prostej, zostanie ogłoszony prezesem klubu Weldon-Institute.

   Nie trzeba chyba dodawać, że igła miała być wbita za pierwszym razem, bez wymierzania, bez prób, wyłącznie za pomocą pewnego wzroku. Wystarczyło mieć miarę w oku, jak to się mówi.

   Uncle Prudent i Phil Evans równocześnie wbili igły w plansze. Następnie dokonano obliczeń w celu stwierdzenia, który z rywali wycelował bliżej środka.

   O cudzie! Igły wbito z taką precyzją, że pomiary nie wykazały zauważalnej różnicy. Jeśli nawet nie był to dokładnie środek matematyczny prostej, odchylenie od niego było tak nieznaczne, że wydawało się identyczne.

   Wśród zgromadzonych dało się odczuć zakłopotanie.

   Na szczęście jeden z członków, Truk Milnor, nastawał, aby ponownie dokonano obliczeń, używając do nich miary z podziałką wyznaczoną przez mikrometr pana Perreaux, dzięki której można mierzyć z dokładnością do jednej tysiąc pięćsetnej milimetra. Wykreślona odpryskiem diamentu podziałką pozwoliła na odczytanie pod mikroskopem wyników pomiarów. A oto rezultaty:

   Uncle Prudentowi brakło mniej niż sześć tysiąc pięćsetnych milimetra, by trafić w środek matematyczny prostej, Evansowi - niecałe dziewięć tysiąc pięćsetnych.

   W taki oto sposób Phil Evans został tylko sekretarzem Weldon-Institute, podczas gdy Uncle Prudenta ogłoszono prezesem klubu.

   Odchylenie o trzy tysiąc pięćsetne milimetra wystarczyło, by Phil Evans znienawidził Uncle Prudenta nienawiścią, która, jakkolwiek utajona, nie była przez to mniej zaciekła.

   W tym czasie, dzięki próbom podjętym w ostatniej ćwierci XIX wieku, dokonał się pewien postęp w dziedzinie sterowców. Należy wziąć pod uwagę wyniki, jakie osiągnięto dzięki temu, że na gondolach aerostatów o wydłużonej formie zastosowano śmigła pchające: Henry Giffard dokonał tego w 1852 roku, Dupuy de Lóme w 1872, bracia Tissandier w 1883, kapitanowie Krebs i Renard w 1884, Ale o ile maszynami tymi - które, poruszając się w środowisku cięższym niż one same, manewrowały pod wpływem nacisku śmigła, latały ukośnie do kierunku wiatru, pokonywały nawet przeciwną bryzę, aby wrócić do punktu wyjścia - dało się rzeczywiście "manewrować", o tyle możliwe to było wyłącznie w nadzwyczaj sprzyjających warunkach. W przestronnych halach zamkniętych ze wszystkich stron - wyśmienicie! W spokojnym powietrzu - bardzo dobrze! Przy lekkim wietrze osiągającym prędkość pięciu do sześciu metrów na sekundę - nieźle! Ale praktycznie niczego nie osiągnięto. Przy wietrze o prędkości ośmiu metrów na sekundę maszyny te stałyby niemal w miejscu; przy silnym - dziesięć metrów na sekundę - leciałyby do tyłu; w czasie burzy - dwadzieścia pięć do trzydziestu metrów na sekundę - zostałyby porwane jak piórko; w huraganie - czterdzieści pięć metrów na sekundę - naraziłyby się na rozbicie; a gdyby trafiły na jeden z cyklonów, w których prędkość wiatru przekracza sto metrów na sekundę, nie odnaleziono by ani jednego ich kawałka.

   W sumie, nawet po słynnych doświadczeniach kapitanów Krebsa i Renarda, kiedy szybkość sterowców nieco się zwiększyła, stanowiło to dokładnie tyle, ile trzeba, aby utrzymać kurs przy słabym wietrze. Tak więc, jak dotąd, praktyczne wykorzystanie tego środka lokomocji powietrznej było niemożliwe.

   Tak czy owak, nieporównywalnie większy postęp dał się zauważyć w zakresie konstrukcji silników niż w kwestii znalezienia właściwych sposobów kierowania sterowcami, czyli nadawania im ich własnej prędkości. Powoli zastąpiono tłokowe silniki parowe Henry ego Giffarda i siłę mięśni ludzkich silnikami elektrycznymi. Ogniwa bichromatu potasu braci Tissandier, tworzące barierę o zwiększonym napięciu, dały prędkość czterech metrów na sekundę. Maszyny elektryczne kapitanów Krebsa i Renarda, które dysponowały mocą dwunastu koni, rozwinęły przeciętną prędkość sześciu i pół metra.

   Wtedy też, w poszukiwaniu silnika, inżynierowie i elektrycy usiłowali jak najbardziej przybliżyć się do upragnionego celu, który można by nazwać "koniem mechanicznym w kopercie zegarka". Krebs i Renard nie ujawnili budowy swego ogniwa, a mimo to jego siła została przewyższona, aeronauci zaś mogli stosować silniki, których ciężar malał wraz ze wzrostem mocy.

   Było więc czym zachęcić zwolenników baloniarstwa wierzących w użyteczność sterowców. A jednak iluż światłych ludzi nie zgadzało się z możliwością praktycznego ich zastosowania! Istotnie, jeżeli powietrze stanowi punkt oparcia dla aerostatu, należy on do tego środowiska i jest w nim całkowicie zanurzony. W tych warunkach, niezależnie od mocy zespołu napędowego, jakże jego masa, narażona na działanie tylu prądów powietrznych, mogłaby stawić czoła średnim nawet wiatrom?

   Był to wciąż problem. Żywiono jednak nadzieję, że zostanie on rozwiązany, jeżeli użyje się maszyn o dużych wymiarach.

   Tak się złożyło, że w poszukiwaniu silnika lekkiego i o dużej mocy Amerykanie najbardziej zbliżyli się do wymarzonego modelu. Zakupiono od jakiegoś nie znanego dotąd wynalazcy z Bostonu aparat elektryczny zbudowany na zasadzie nowego ogniwa, którego skład został na razie zachowany w tajemnicy. Obliczenia i diagramy wykonane z największą dokładnością dowodziły, że silnik ten, uruchamiając śmigło odpowiedniej wielkości, pozwoliłby osiągnąć prędkość rzędu osiemnastu do dwudziestu metrów na sekundę.

   Byłoby to cudowne!

   - I nie jest taki drogi! - dodał Uncle Prudent, wręczając wynalazcy, w zamian za zgodne z przepisami pokwitowanie, ostatni pakiet banknotów z sumy stu tysięcy dolarów, jaką zapłacono za jego odkrycie.

   Weldon-Institute natychmiast zabrał się do dzieła. Kiedy chodzi o doświadczenie, które może stać się użyteczne, amerykańskie kieszenie łatwo się otwierają. Środki napłynęły, nie było nawet potrzeby zawiązywania spółki akcyjnej. Trzysta tysięcy dolarów - co odpowiada sumie półtora miliona franków - wpłynęło do kasy klubu na pierwsze wezwanie. Pracami kierował najsławniejszy aeronauta Stanów Zjednoczonych, Harry W. Tinder, rozsławiony trzema lotami spośród tysiąca wykonanych: w czasie jednego wzniósł się na wysokość dwunastu tysięcy metrów, a więc wyżej niż Gay-Lussac, Coxwell, Sivel, Croce-Spinelli, Tissandier, Glaisher; w następnym przeleciał nad całą Ameryką, od Nowego Jorku do San Francisco, czym zdystansował o kilkaset mil trasy Nadara, Godarda i wielu innych, nie licząc Johna Wise, który przebył tysiąc sto pięćdziesiąt mil z Saint-Louis do hrabstwa Jefferson; trzeci lot zakończył się straszliwym upadkiem z wysokości tysiąca pięciuset stóp, przy czym aeronauta tylko skręcił sobie rękę w przegubie, podczas gdy Pilatre de Rozier, spadłszy mniej szczęśliwie z wysokości zaledwie siedmiuset stóp, zabił się na miejscu.

   W chwili rozpoczęcia tej opowieści prace w Weldon-Institute były już daleko posunięte. W warsztatach Turnera w Filadelfii wyrósł olbrzymi aerostat, którego wytrzymałość miała być sprawdzona za pomocą sprężonego pod dużym ciśnieniem powietrza. Zasługiwał on na miano balonu-kolosa.

   Jakąż, bowiem miał pojemność "Olbrzym" Nadara? Sześć tysięcy metrów sześciennych. Jaką pojemność miał balon Johna Wise? Dwadzieścia tysięcy metrów sześciennych. Jaka była pojemność balonu Giffarda, prezentowanego na wystawie światowej w 1878 roku? Dwadzieścia pięć tysięcy metrów sześciennych, a promień wynosił osiemnaście metrów. Wystarczy porównać te trzy aerostaty z powietrzną machiną wykonaną dla Weldon-Institute o pojemności czterdziestu tysięcy metrów sześciennych, aby zrozumieć, że Uncle Prudent i jego towarzysze mieli prawo do dumy.

   Jako że balon ten nie był przeznaczony do badania najwyższych warstw atmosfery, nie nazwano go imieniem "Excelsior"* [przyp.: "Excelsior" (łac.) - w górę, wyżej.], które cieszy się zbyt dużym uznaniem obywateli Ameryki. Nazywał się po prostu "Go ahead" - co znaczy: "Naprzód" - i pozostawało mu tylko uzasadnić to imię okazując posłuszeństwo sterowi.

   Maszyna elektryczna konstruowana według patentu zakupionego przez Weldon-Institute była na ukończeniu. Można było liczyć na to, że przed upływem sześciu tygodni "Go ahead" będzie gotów do lotu w przestworzach.

   Tymczasem, jak wiadomo, nie wszystkie jeszcze problemy techniczne zostały rozwiązane. Wiele posiedzeń poświęcono dyskusjom nie nad formą ani wymiarami śmigła, ale nad kwestią miejsca, gdzie powinno być umieszczone - na rufie sterowca, jak to uczynili bracia Tissandier, czy też na dziobie, jak to było w przypadku Krebsa i Renarda. Nie trzeba chyba dodawać, że w polemice tej doszło nawet do rękoczynów pomiędzy stronnikami każdej z możliwości. Grupa "Dziobistów" równa była grupie "Rufistów". Głos Uncle Prudenta byłby z pewnością rozstrzygający, ale on, widocznie zwolennik szkoły profesora Buridana* [przyp.: Jean Buridan - francuski filozof i retoryk. Zajmując się zagadnieniami ograniczenia wolności woli, ilustrował je przykładem z przysłowiowym osłem, który umieszczony między dwoma żłobami z sianem, zdechł z głodu nie mogąc zdecydować się na wybór.], wstrzymał się od wypowiedzenia swojego zdania. Z tego powodu niepodobieństwem stało się porozumienie, a co za tym idzie - instalacja śmigła była niemożliwa. Sytuacja taka mogła trwać długo, chyba że interweniowałby rząd. Wiadomo jednak, że rząd Stanów Zjednoczonych nie lubi wtrącać się do spraw prywatnych ani do tego, co go nie dotyczy. I słusznie.

   Tak się przedstawiała sytuacja i wszystko wskazywało na to, ze posiedzenie 12 czerwca nie skończy się lub raczej jego finał nastąpi wśród niesamowitego zamieszania: po wymianie obelg użyto pięści, po pięściach lasek, następnie przyszła kolej na rewolwery, gdy o godzinie ósmej trzydzieści siedem coś odwróciło uwagę zgromadzonych.

   Woźny Weldon-Institute, chłodno i spokojnie niczym policjant we wrzawie wiecu, zbliżył się do stołu prezesa. Podał mu jakąś kartę oczekując na rozkazy Uncle Prudenta. Rozległ się gwizdek parowozu, który służył prezesowi jako dzwonek, albowiem w tym tumulcie nie wystarczyłby nawet dzwon z Kremla!... Ale hałas nie zmalał. Wtedy prezes zdjął kapelusz, uzyskując za pomocą tego ostatecznego środka względną ciszę.

   - Mam dla panów wiadomość! - powiedział, zażywszy dużą porcję tabaki z tabakierki, z którą nigdy się nie rozstawał.

   - Niech pan mówi! Niech pan mówi! - rozległo się dziewięćdziesiąt dziewięć głosów, przypadkiem zgodnych.

   - Jakiś nieznajomy pragnie, drodzy koledzy, zostać wpuszczony na salę posiedzeń.

   - Za nic w świecie! - odpowiedzieli wszyscy zgodnym chórem.

   - Zdaje...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin