Charles Dickens — Osaczony
1
Większość z nas bywa w życiu świadkami jakichś romantycznych wydarzeń. Na moim stanowisku głównego dyrektora Zakładu Ubezpieczeń na Życie widziałem w ciągu ostatnich trzydziestu lat więcej chyba takich wypadków niż inni, choć na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać, iż nie powinienem mieć po temu odpowiednich sposobności.
Odkąd wycofałem się z interesów i żyję wedle własnego uznania, mam możność, czego mi uprzednio brakowało, zastanawiać się do woli nad tym, co w życiu widziałem. Moje przeżycia, rozpatrywane w ten sposób, mają bardziej szczególną postać niż wówczas, kiedy się rozgrywały! Wróciłem już z Przedstawienia i mogę odtworzyć sceny Dramatu, po którym zapadła kurtyna, bez teatralnego blasku świateł, oszołomienia i zamętu.
Pozwólcie, niechże przywołam z pamięci jedną z tych romantycznych historii rzeczywistego świata.
Nie ma nic bardziej mówiącego niż fizjonomia traktowana w połączeniu ze sposobem bycia. Niełatwa i może dość wyszukana jest sztuka odczytywania tej księgi, w której Najwyższa Mądrość kazała każdej istocie ludzkiej przedstawić swoją kartę z wypisanym na niej własnym charakterem. Może wymagać pewnych przyrodzonych talentów, a musi wymagać jak wszystko pewnej cierpliwości i wysiłku. W moim przekonaniu jest pięćset razy bardziej prawdopodobne niż nieprawdopodobne, że człowiek nie poświęci temu przedmiotowi ani cierpliwości, ani wysiłków, że ogromna ilość ludzi przyjmuje kilka pospolitych, typowych wyrazów twarzy za pełną ich listę, i ani szuka wiele mówiących subtelności, ani je zna — że ty, na przykład, poświęcasz bardzo dużo czasu i uwagi czytaniu nut, greki, łaciny, francuskiego, włoskiego, hebrajskiego, jeśli ochota, a brak ci odpowiednich umiejętności, by czytać w twarzy nauczyciela czy nauczycielki, którzy nachylają się nad twoim ramieniem i uczą cię. Może na dnie tego kryje się odrobina próżności; wydaje ci się, że nie potrzeba ci studiów, byś potrafił wyczytać prawdę z ludzkiej twarzy, jest to twoja umiejętność przyrodzona, dosyć o tym wiesz i z pewnością nie dasz się oszukać.
Jeśli o mnie idzie, muszę wyznać, że bywałem oszukiwany i to nie raz. Dawałem się oszukiwać znajomym i, rzecz jasna, dawałem się oszukać przyjaciołom; o wiele częściej przyjaciołom niż komukolwiek innemu. Jakże się stało, że pozwalałem wprowadzić się w błąd? Czyżbym całkiem opacznie odczytał ich fizjonomie?
Nie. Wierzcie mi, moje pierwsze wrażenia, oparte wyłącznie na obserwacji twarzy i sposobu bycia, były niezmiennie prawdziwe. Błąd, jaki popełniałem, polegał na tym, że pozwalałem tym ludziom zbliżyć się do mnie i zacząć się tłumaczyć.
2
Ściana, która dzieliła mój gabinet w City od naszej kancelarii ogólnej, zrobiona była z grubej tafli szklanej. Mogłem przez nią widzieć, co się dzieje w kancelarii, nic przy tym nie słysząc. Kazałem ją osadzić w miejsce ściany, która tam tkwiła od lat — odkąd dom został zbudowany. Nieważne, czy to zrobiłem po to, by odbierać pierwsze wrażenia o obcych interesantach, którzy do nas przychodzili, wyłącznie na podstawie ich twarzy, nie słysząc, co mówią — czy też nie. Wystarczy wspomnieć, że w tym właśnie celu wykorzystywałem owo szklane przepierzenie i że Zakład Ubezpieczeń na Życie wystawiony jest zawsze na praktyki najbardziej przebiegłych i okrutnych przedstawicieli rasy ludzkiej.
Przez to właśnie szklane przepierzenie zobaczyłem po raz pierwszy człowieka, którego historię chcę tutaj opowiedzieć.
Wszedł nie zauważony przeze mnie, złożył kapelusz i parasol na szerokim kontuarze i pochylił się przezeń, by wziąć jakieś papiery od jednego z kancelistów. Mógł mieć około czterdziestu lat, odziany w nienaganną czerń — nosił bowiem żałobę — a dłoń, którą wyciągnął uprzejmym gestem, obciągnięta była doskonale dopasowaną czarną rękawiczką z koźlęcej skórki. Ciemne włosy, starannie wyszczotkowane i wypomadowane, miał rozdzielone dokładnie pośrodku głowy: pokazywał kanceliście ten rozdziałek, jakby mu mówił: “Musisz mnie, przyjacielu, brać za takiego, jakim ci się pokazuję, jeśli łaska. Proszę prosto tędy, po ścieżce, nie deptać trawnika, nie zbaczać".
Od chwili kiedy go takim ujrzałem, powziąłem do niego ogromną odrazę.
Prosił o jakieś druki, a kancelista wręczał mu je i wyjaśniał. Nieznajomy miał na twarzy miły, uprzejmy uśmieszek, a oczy jego z żywym wyrazem patrzyły w oczy rozmówcy.
Słyszałem niesłychane ilości bzdur na temat tego, że zły człowiek nie patrzy nikomu w oczy. Nie wierzcie temu pospolitemu przekonaniu. Nieuczciwość będzie zawsze patrzała uczciwością, jeśli tylko może przez to coś zyskać.
Zobaczyłem, że kątem oka zauważył, iż patrzę na niego. Natychmiast obrócił przedziałek ku szklanej tafli, jakby mówił do mnie ze słodkim uśmiechem: “Tędy, prosto, jeśli łaska. Nie po trawie".
W chwilę później nałożył kapelusz, wziął parasol i wyszedł.
Przywołałem skinieniem kancelistę do mego gabinetu i spytałem:
— Któż to był taki?
Trzymał w ręku bilet wizytowy przybyłego.
— Pan Juliusz Slinkton z Middle Tempie.
— Prawnik?
— Sądzę, że nie, proszę pana.
— Wziąłbym go za pastora, ale byłoby to zaznaczone na bilecie.
— Sądząc z powierzchowności — powiedział kancelista — może się kształci na duchownego.
Powinienem był wspomnieć, że przybyły nosił wykwintny biały fular i wykwintną koszulę.
— Czego on chciał, panie Adams?
— Prosił tylko o formularz podaniowy, proszę pana, i formularz na referencje.
— Miał jakieś rekomendacje? Wspominał coś?
— Tak, mówił, że rekomendował go pański przyjaciel. Zobaczył pana, ale powiedział, że nie miał przyjemności poznać pana osobiście i nie będzie pana kłopotał.
— Znał moje nazwisko?
— O tak, proszę pana. Powiedział: “Widzę, że jest pan Sampson".
— Wyraża się w sposób wytworny, jak się zdaje?
— Wyjątkowo, proszę pana.
— Ma ujmujące maniery.
— Niezwykle ujmujące, proszę pana.
— Ha — powiedziałem. — Dziękuję tymczasem, panie Adams.
W dwa tygodnie później poszedłem na obiad do mego przyjaciela, kupca, człowieka o wyrobionym smaku, kolekcjonującego książki i obrazy, a pierwszą osobą, jaką zobaczyłem wśród zebranego towarzystwa, był pan Juliusz Slinkton. Stał przed kominkiem, z tymi dobrymi dużymi oczyma i szczerym wyrazem twarzy, ale i teraz sprawiał w moim przekonaniu wrażenie człowieka żądającego, by każdy podchodził do niego przygotowaną drogą, którą wskazywał, i żadną inną.
Zauważyłem, że prosi mojego przyjaciela, by go przedstawił panu Sampsonowi, co mój przyjaciel uczynił. Pan Slinkton był zachwycony tym spotkaniem. Nieprzesadnie, nie okazywał nadmiernej radości, był zachwycony jak doskonale wychowany człowiek, w sposób nie mający żadnego znaczenia.
— Sądziłem, że panowie już się poznali — rzekł gospodarz.
— Nie — odparł pan Slinkton. — Zaglądałem, z pańskiego poręczenia, do Zakładu pana Sampsona, ale doprawdy, nie uważałem się za upoważnionego do kłopotania pana Sampsona osobiście w sprawie błahej, którą mógł załatwić każdy kancelista.
Powiedziałem, że z przyjemnością poświęciłbym mu swój czas, jako człowiekowi rekomendowanemu przez naszego przyjaciela.
— Jestem tego pewien — oświadczył — i wielce zobowiązany. Być może innym razem okażę mniejszą delikatność. Ale tylko wówczas, kiedy przyjdę z prawdziwym interesem, wiem bowiem, drogi panie, jak cenny jest czas ludzi interesu i jak wielu jest na świecie takich, którzy się z tym nie liczą.
Pokwitowałem jego uprzejmość lekkim ukłonem.
— Myślał pan — powiedziałem — o ubezpieczeniu się na życie?
— Och, nie, doprawdy! Obawiam się, że nie jestem tak przezorny, za jakiego mnie pan w swojej łaskawości uważa. Zbierałem tylko informacje dla mego przyjaciela. Ale wie pan, jacy są przyjaciele w takich sprawach. Może z tego nic nie wyniknąć, Z najwyższą niechęcią kłopoczę ludzi interesu pytaniami w imieniu przyjaciół, wiedząc, że jest jedna szansa na tysiąc, iż przyjaciel wedle tych rad postąpi. Ludzie są tak zmienni, tak samolubni, tak bezwzględni. Czy takimi właśnie znajduje ich pan na co dzień w swojej pracy?
Chciałem właśnie udzielić obwarowanej zastrzeżeniami odpowiedzi, ale on obrócił na mnie swój gładki biały przedziałek, jakby mówił: “Prosto tą ścieżką, jeśli łaska", więc odpowiedziałem:
— Tak.
— Słyszałem, drogi panie — podjął po chwili, ponieważ nasz przyjaciel miał nowego kucharza i nie podawano obiadu tak punktualnie jak zwykle — że profesja pana poniosła wielką stratę.
— Pieniężną? — spytałem.
Roześmiał się, słysząc, jak łatwo kojarzę pojęcie straty z pieniędzmi i odparł:
— Nie, stratę talentu i energii.
Nie zrozumiałem z początku jego aluzji i zastanawiałem się przez chwilę.
— Czy doprawdy moja profesja poniosła taką stratę? — spytałem. — Nic mi o tym nie wiadomo.
— Niech mnie pan zrozumie właściwie. Nie wyobrażam sobie przecież, żeby pan mógł się wycofać z interesów. Ale pan Meltham...
— Och, oczywiście — powiedziałem. — Tak, pan Meltham, młody ekspert ubezpieczeniowy z firmy “Odpowiedzialność".
— Właśnie — ciągnął kojącym tonem.
— Wielka strata. Był to w jednej osobie specjalista najbardziej rzetelny, najbardziej oryginalny i energiczny, jakiego znałem w zawodzie agenta ubezpieczeń.
Mówiłem z ogromnym przekonaniem, miałem bowiem wielki szacunek i podziw dla Melthama, zaś mój rozmówca sprawiał nieokreślone wrażenie, jakby chciał szydzić z niego. Przywołał moją czujność, pokazując znowu tę wypielęgnowaną ścieżkę na głowie z piekielnym: “Nie po trawie, jeśli łaska! Ścieżka!"
— Znał go pan, panie Slinfeton?
— Tylko z opowiadań. Być może, gdyby pozostał w towarzystwie, szukałbym z nim znajomości lub przyjaźni, choć mogłoby mi się nigdy nie poszczęścić, jestem bowiem człowiekiem o wiele pośledniejszej miary. Miał, sądzę, niewiele ponad trzydziestkę?
— Nie miał jeszcze trzydziestu lat.
— Ach — westchnął tym samym co poprzednio, kojącym tonem. — Jakie kruche z nas istoty! Żeby się w tym wieku załamać i okazać niezdolnym do interesów!... Czy znane są jakieś przyczyny tego smutnego wypadku?
“Hm — pomyślałem spoglądając na niego. — Nie będę szedł ścieżką i mimo wszystko wyjdę na trawę". — A o jakich przyczynach pan słyszał? — zapytałem wprost.
— Fałszywych zapewne. Wie pan, panie Sampson, czym jest pogłoska. Nigdy nie powtarzam tego, co słyszę: to jedyny sposób na przycięcie pazurów i ogolenie głowy Pogłosce. Ale jeśli pan pyta o przyczyny, o jakich słyszałem w związku z odejściem pana Melthama, to co innego. W tym wypadku nie daję karmy czczym plotkom. Mówiono mi, panie Sampson, że pan Meltham wyrzekł się swego zawodu i nadziei na przyszłość, ponieważ — praktycznie biorąc — ma złamane serce. Zawiedziona miłość, jak mówiono, choć wydaje się to mało prawdopodobne w przypadku człowieka tak wybitnego i pociągającego.
— Te cechy nie stanowią ochrony przed śmiercią — powiedziałem.
— Och, ona nie żyje? Proszę mi wybaczyć. Nie słyszałem o tym. W takim wypadku, doprawdy, sprawa jest bardzo, bardzo smutna. Biedny pan Meltham. Umarła? Ach, mój Boże! Pożałowania godne! Pożałowania godne!
Wciąż miałem wrażenie, że jego współczucie nie jest szczere, i wciąż podejrzewałem, że czai się pod tym wszystkim jakieś niewytłumaczone szyderstwo. Kiedy rozdzielaliśmy się, podobnie jak inne grupki rozmawiających, po oznajmieniu, że obiad podany, zwrócił się do mnie:
— Jest pan zapewne zdumiony, panie Sampson, widząc, jak bardzo się przejąłem losem człowieka, którego w ogóle nie znałem. Nie jest mi to tak obojętne, jak by się mogło zdawać. Sam, i to niedawno, przeżyłem ból po wielkiej stracie. Odeszła na zawsze jedna z moich dwóch czarujących siostrzenic, które były mi stałymi towarzyszkami. Umarła młodo — miała zaledwie dwadzieścia trzy lata, a i pozostała jej siostra jest wątłego zdrowia. Świat to grób!
Powiedział to z głębokim przejęciem, a ja odczułem wyrzuty sumienia za moje chłodne obejście. Chłód i nieufność zrodziły się we mnie, wiem dobrze, pod wpływem przykrych doświadczeń, nie były moimi cechami przyrodzonymi, często też myślałem, jak wiele straciłem w życiu, tracąc ufność, a jak niewiele zdobyłem, zyskując zimną przezorność. Ponieważ takie rozważania weszły u mnie w przyzwyczajenie, martwiłem się tą rozmową bardziej, niżbym się martwił o wiele poważniejszymi sprawami. Słuchałem, jak mówił przy obiedzie, i zauważyłem, jak chętnie odpowiadali mu inni, z jakim subtelnym wyczuciem dostosowywał przedmiot rozmowy do wiedzy i obyczajów swoich rozmówców. Podobnie jak w rozmowie ze mną podjął bez trudu temat, który w jego przekonaniu mogłem najlepiej rozumieć i najbardziej się nim interesować, tak w rozmowie z innymi stosował tę samą zasadę. Towarzystwo było bardzo zróżnicowane, ale on, o ile mogłem zauważyć, wobec nikogo nie popełnił błędu. Wiedział na tyle dużo o poczynaniach każdego z zebranych, by mu sprawić przyjemność nawiązaniem do nich, a jednocześnie na tyle mało, by skromnie prosić o informacje, kiedy rozszerzano temat.
Kiedy tak mówił — ale nie jak gaduła, bo wszyscy zmuszali go do tego mówienia — zacząłem się wprost złościć na siebie. Rozebrałem w wyobraźni całą jego twarz na części, jak zegarek, i dokładnie przejrzałem. Nie mogłem nic zarzucić żadnemu szczegółowi. Jeszcze mniej mogłem im zarzucić, kiedy zostały złożone razem. Czyż nie jest więc rzeczą potworną — pytałem samego siebie — że pozwalam sobie na podejrzliwość, a nawet odrazę do człowieka tylko dlatego, że przypadkiem robi przedziałek dokładnie na środku głowy?
Powinienem się tu zatrzymać, by zauważyć, że to pytanie nie świadczy o moim rozsądku. Obserwator ludzi, który zauważa u siebie silną awersję do czegoś w obcym człowieku, co się wydaje błahostką, powinien przywiązywać do tego dużą wagę. Może w tym tkwić klucz do całej tajemnicy. Kilka włosków potrafi wskazać drogę do kryjówki lwa. Malutkim kluczykiem można otworzyć ciężkie drzwi.
Po chwili podjąłem z nim rozmowę i szło nam nadzwyczaj składnie. W salonie zapytałem naszego gospodarza, od jak dawna zna pana Slinktona. Odpowiedział, że od kilku miesięcy: spotkał go w domu pewnego znakomitego malarza, który zawarł z nim bliską znajomość we Włoszech, gdzie pan Slinkton podróżował ze swymi siostrzenicami ze względu na ich zdrowie. Ponieważ śmierć jednej z nich złamała jego plany życiowe, zabrał się teraz do studiów z zamiarem powrócenia na uniwersytet, uzyskania stopnia i przyjęcia święceń, aby formalnościom stało się zadość. Mogłem tylko przekonywać samego siebie, że wszystko to wyjaśnia jego zainteresowanie biednym Melthamem i że byłem niemal brutalny w swojej podejrzliwości, co do tak oczywistej sprawy.
3
W dwa dni później siedziałem za swoim szklanym przepierzeniem, kiedy wszedł, jak poprzednio, do kancelarii ogólnej. W chwili kiedy go ponownie zobaczyłem nie słysząc jednocześnie, znienawidziłem tego człowieka bardziej niż kiedykolwiek.
Sposobność obserwacji nadarzała się mi tylko przez krótką chwilę, bowiem natychmiast, kiedy na niego spojrzałem, pomachał mi swoją doskonale dopasowaną czarną rękawiczką i wszedł do mego gabinetu.
— Dzień dobry, panie Sampson! Pozwoliłem sobie, jak pan widzi, skorzystać z uprzejmego zezwolenia i niepokoić pana. Nie dotrzymałem słowa, ponieważ mojego przyjścia nie usprawiedliwia interes. Przyszedłem tutaj w sprawie — że nadużyję tego słowa — niezwykle błahej natury.
Zapytałem, w czym mógłbym mu pomóc.
— Dziękuje, nie. Zaszedłem tylko tu, do kancelarii, by się dowiedzieć, czy mój opieszały przyjaciel postąpił do tego stopnia niezgodnie ze swoim charakterem, by dać dowód praktyczności i rozsądku. Ale, rzecz jasna, nic nie zrobił. Wręczyłem mu własnoręcznie pańskie formularze, on wykazywał wiele entuzjazmu, ale oczywiście nic nie zrobił. Powiedziałbym, że oprócz powszechnej niechęci ludzi do robienia tego, co winno być zrobione, istnieje jeszcze jakaś szczególna niechęć do ubezpieczania się na własne życie. Trochę to przypomina pisanie testamentu. Ludzie są ogromnie przesądni i biorą za pewnik, że wkrótce umrą.
“Tędy, jeśli łaska, prosto ścieżką, panie Sampson. Ani na prawo, ani na lewo" — wydawało mi się, że niemal słyszę, jak te słowa wypływają z jego ust, kiedy tak siedział, uśmiechając się do mnie z tym nieznośnym przedziałkiem dokładnie naprzeciw mego nosa.
— Niektórzy ludzie tak myślą — przyznałem — ale nie sądzę, by to było bardzo powszechne przekonanie.
— No cóż — powiedział wzruszywszy z uśmiechem ramionami — pragnąłbym, aby jakiś dobry anioł wpłynął odpowiednio na mego przyjaciela. Przyrzekłem nieopatrznie jego matce i siostrze w Norfolk, że go dopilnuję, a on mi obiecał załatwienie sprawy ubezpieczenia. Sądzę jednak, że nigdy do tego nie dojdzie.
Przez chwilę jeszcze rozmawiał ze mną na jakieś obojętne tematy i wyszedł.
Następnego ranka, zaledwie otworzyłem szuflady mego biurka, pojawił się znowu. Zauważyłem, że podszedł wprost do drzwi w szklanym przepierzeniu i ani na chwilę nie zatrzymał się przed moim gabinetem.
— Czy może mi pan poświęcić dwie minutki?
— Oczywiście.
— Bardzo jestem zobowiązany — tu położył na stole kapelusz i parasol. — Przyszedłem wcześnie, aby panu nie przerywać. Prawdę mówiąc, zostałem zaskoczony tą prośbą o referencje do wniosku, jaki złożył mój przyjaciel.
— Czyżby złożył wniosek? — zapytałem.
— Taak — odpowiedział patrząc na mnie z zastanowieniem. Potem, jakby go uderzyła nagle jakaś myśl. — Albo może tak mi tylko powiedział. Być może, to nowy sposób uchylania się od załatwienia sprawy. Na Boga, nie przyszło mi to do głowy.
W kantorze pan Adams otwierał właśnie ranną pocztę.
— Jak się nazywa pański przyjaciel? — zapytałem.
— Beckwith.
Wyjrzałem przez drzwi i poprosiłem pana Adamsa, by sprawdził, czy jest wniosek z tym nazwiskiem, a jeśli tak, żeby go przyniósł. Wyłożył go już właśnie na kontuarze. Odszukał teraz bez trudu i przyniósł. Alfred Beckwith. Wniosek o wystawienie przez nas polisy ubezpieczeniowej na dwa tysiące funtów. Data wczorajsza.
— Z Middle Tempie, jak widzę.
— Tak. Mieszka na tym samym piętrze co ja, drzwi w drzwi. Ale nigdy nie sądziłem, że wymieni mnie jako osobę polecającą.
— Wydaje się to dosyć oczywiste.
— Rzecz jasna, ale jakoś nigdy o tym nie myślałem. Popatrzmy. — Wyjął z kieszeni drukowany formularz. — Jak mam odpowiedzieć na te wszystkie pytania?
— Zgodnie z prawdą, rzecz jasna — odparłem.
— Oczywista, oczywista — podniósł na mnie z uśmiechem wzrok sponad papieru. — Chodziło mi o to, że tyle ich jest. Ale słusznie jest pan drobiazgowy. Jest rzeczą zrozumiałą, że to wymaga szczególnej dokładności. Czy pozwoli pan, że skorzystam z jego pióra i atramentu?
— I z biurka?
Kręcił się dotąd między kapeluszem i parasolem, szukając miejsca do pisania. Zasiadł teraz w moim krześle, przy mojej podkładce do pisania i kałamarzu, a długa ścieżka na głowie widniała przede mną w doskonałej perspektywie, kiedy stałem odwrócony plecami do ognia.
Nim odpowiedział na każde pytanie, czytał je na głos i omawiał. Jak długo zna pana Alfreda Beckwitha? Musiał obliczyć lata na palcach. Jakie są jego przyzwyczajenia? Z tym żadnych trudności — w najwyższym stopniu umiarkowane, może trochę zbyt dużo chodzi. Wszystkie odpowiedzi były zadowalające. Kiedy je zanotował, przejrzał formularz jeszcze raz i w końcu podpisał ładnym charakterem pisma. Miał nadzieję, że jeśli o niego idzie, wszystko już skończone. Odpowiedziałem, że mało jest prawdopodobne, by go jeszcze czymś kłopotano. Czy ma tutaj zostawić dokumenty? Jeśli łaska. Bardzo zobowiązany. Do widzenia.
Miałem przed nim jeszcze jedne odwiedziny — nie w biurze, ale u mnie w domu. Ów gość przyszedł do mojej sypialni jeszcze przed świtem, a nie widział go nikt inny z wyjątkiem mojego wiernego, zaufanego sługi.
Drugi formularz na referencje (bowiem zawsze wymagamy referencji dwóch osób) został wysłany do Norfolk, skąd we właściwym czasie wrócił pocztą. Odpowiedzi w nim były również pod każdym względem zadowalające. Wszystkie nasze wymagania zostały spełnione; przyjęliśmy wniosek i premia za jeden rok została wpłacona.
4
Przez sześć czy siedem miesięcy nie oglądałem pana Slinktona. Złożył mi raz wizytę w domu, ale mnie nie zastał. Zaprosił mnie raz również na obiad do Tempie, ale byłem akurat zajęty. Polisa ubezpieczeniowa jego przyjaciela została wystawiona w marcu. W końcu września lub początku października pojechałem do Scarborough, by odetchnąć trochę morskim powietrzem, i tam właśnie spotkałem pana Slinktona na plaży. Wieczór był gorący; pan Slinkton szedł ku mnie z kapeluszem w ręku. I znowu ścieżka, do korzystania z której czułem tak silną awersję, ukazała się idealnie gładka, tuż przed moim nosem.
Nie był sam; na ramieniu jego wspierała się młoda dama.
Nosiła żałobę, przyglądałem się jej z dużym zainteresowaniem. Robiła wrażenie osoby niezmiernie delikatnej, a twarz miała uderzająco bladą i smutną, była jednak bardzo ładna. Przedstawił ją jako swoją siostrzenicę, pannę Niner.
— Czyżby pan spacerował, panie Sampson? Czy to możliwe, że pan próżnuje?
Było to możliwe i spacerowałem istotnie.
— Czy moglibyśmy przejść się razem?
— Z przyjemnością.
Młoda dama znalazła się między nami i szliśmy tak po chłodnym morskim piasku w kierunku Filey.
— O, tu są ślady kół — powiedział pan Slinkton. — Przyjrzawszy się bliżej widzę, że to koła ręcznego wózka. Margaret, kochanie, to bez wątpienia twój cień.
— Cień panny Niner? — zapytałem spoglądając na piasek.
— Och, nie ten cień — roześmiał się pan Slinkton. — Margaret, kochanie, opowiedz panu Sampsonowi.
— W istocie — zwróciła się do mnie młoda dama — niewiele jest do opowiadania, prócz tego, że gdziekolwiek się udam, zawsze widuję tego samego starszego pana, kalekę. Wspomniałam o tym memu wujowi, a on nazwał owego dżentelmena moim cieniem.
— Czy ten pan mieszka w Scarborough?
— Nie, przyjechał tylko.
— A pani mieszka w Scarborough?
— Nie, przyjechałam tu tylko. Wujek umieścił mnie u pewnej rodziny ze względu na moje zdrowie.
— A cień pani? — zapytałem z uśmiechem.
Sabaidee