Barton Beverly - Grzech niewiedzy.rtf

(761 KB) Pobierz

Beverly Barton

Grzech niewiedzy

What she doesn’t know

tłumaczył Jan Hensel


Prolog

 

Bluszcz oplatał komin, lgnąc do starej zwietrzałej cegły. Walący się dom stał zaszyty w cedrowym gaju, jego zszarzałe od wiatru i deszczu drewno tylko częściowo pokrywały resztki białej farby. Większość chałup dzierżawców zburzono dawno temu wraz z chatami niewolników, które wzniesiono bliżej głównej rezydencji. Została tylko ta jedna ruina, prawie zupełnie zagarnięta przez przyrodę. Jolie podsłuchała rodzinne opowieści o tym, jak jej pradziadek Desmond ulokował tu w latach dwudziestych swoją kochankę i że niektórzy męscy członkowie rodu wykorzystywali to miejsce do potajemnych schadzek z kobietami lekkich obyczajów. Dawne erotyczne grzeszki niewiele ją obchodziły, interesował ją natomiast pewien współczesny chłopak. Maximillian Devereaux. Sandy powiedziała jej, że jej starsza siostra Felicia oddała mu swój wianek w tym właśnie domku. Jolie nie chciała w to uwierzyć, ale Sandy nigdy by jej nie okłamała. Były najlepszymi przyjaciółkami, od pieluch. A Jolie podkochiwała się w Maksie od prawie równie dawna. On oczywiście nie zwracał na nią uwagi. Była przekonana, że traktuje ją jak dziecko, co zresztą miało swoje dobre strony, zważywszy że nie powinna się z nim zadawać. Ale teraz miała czternaście lat. Była prawie kobietą – zaledwie o cztery lata młodszą od Maksa.

Nieodwzajemniona miłość potrafi zaboleć – zaboleć jak diabli.

Jolie nie powinna tu być. Szpiegowanie nie należało do jej zwyczajów. Ani kłamanie. Powiedziała mamie, że pójdzie prosto do domu Sandy, który znajdował się o kilometr od Belle Rose. Mama nie miała nic przeciwko ich przyjaźni. Rodzina Wellsów mieszkała w Sumarville w Missisipi od tak dawna jak Desmondowie. Przed wojną secesyjną przodkowie Jolie po kądzieli byli właścicielami plantacji, a potem zasilili szeregi „zubożałej arystokracji Południa”, jak mawiała ciocia Clarice. Minęły lata, zanim Jolie zrozumiała, co to znaczy. Rodzice jej matki mogli się pochwalić szlachetnym urodzeniem i drzewem genealogicznym sięgającym niemal do samego Adama, ale byli biedni jak mysz kościelna. Posiadali tylko ziemię i wielki murszejący dom.

Jednak jej matka wyszła dobrze za mąż. Przodkowie ojca dzierżawili przed laty część plantacji, lecz pradziad Royale rozkręcił własny interes i dzięki rozważnym inwestycjom jego syn i wnuk stali się zamożnymi ludźmi. Jolie rzadko myślała o swoim bogactwie, chociaż zdarzało jej się usłyszeć, jak inni mówią o niej „rozpieszczona smarkula” albo „zadzierająca nosa księżniczka”. Ale mama zwróciła jej uwagę, że niektórzy po prostu jej zazdroszczą – bogactwa i pochodzenia. A ciocia Clarice przypominała jej, że zawsze trzeba patrzeć, z czyich ust pochodzi obmowa. Desmondowie oraz – jak w jej przypadku – ich potomkowie nigdy nie przejmowali się tym, co wygadywało o nich pospólstwo.

Jolie nie potrafiła tak naprawdę wyjaśnić, co sprawiło, że wybrała tę zarośniętą ścieżkę przez las między posiadłościami Desmondów i Wellsów, a nie wysypaną żwirem drogę. Rozmarzyła się, choć mama uznawała to za głupią stratę czasu. Jednak ciocia Clarice powiedziała jej, żeby fantazjowała, ile tylko może, póki jest młoda. Jolie zastanawiała się, czy to znaczy, że gdy ludzie stają się dorośli, przestają marzyć.

Podkradając się do domku, zastanawiała się, co zobaczy, kiedy zajrzy przez brudną szybę do środka. Maksa z Felicią? Czy będą się kochać? Wiedziała, że gdyby przyłapała ich razem, pękłoby jej serce i wydrapałaby Felicii te jej wielkie brązowe oczy.

Nikt nie wiedział, co czuła do Maksa. Nawet Sandy. Nie podzieliła się swoją najgłębszą, najmroczniejszą tajemnicą absolutnie z nikim. Gdyby mama kiedykolwiek to odkryła...

– Ten chłopak jest taki sam jak jego matka – mawiała nieraz Audrey Royale. – A wszyscy wiemy, że Georgette Devereaux była nowoorleańską dziwką. Nigdy nie zrozumiem, jak udało jej się nakłonić do ślubu biednego starego Philipa i wmówić mu, że ten bękart jest jego synem.

Jolie nie obchodziło, czy Max rzeczywiście był bękartem, a jego matka prostytutką. Gdyby Max choć raz na nią spojrzał – naprawdę spojrzał – i zobaczył, kogo ma tuż pod bokiem, byłaby najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem. Gdyby Max pokochał ją tak, jak ona jego, sprzeciwiłaby się matce, żeby być z nim. Sprzeciwiłaby się całemu światu.

Podeszła do rozklekotanych schodków prowadzących na ganek i usłyszała śmiech. Dźwięczny kobiecy chichot mieszający się z głębszym męskim głosem. Zastygła w bezruchu. Więc jednak ktoś był w środku. Max  i Felicia? Znała Maksa od tylu lat, a nigdy nie słyszała, żeby się śmiał. Ale jeśli uprawiał seks, może bawił się tak dobrze, że zaczął się śmiać.

To co? Zajrzysz tam czy nie? – zapytała samą siebie. Masz dość odwagi, żeby przekonać się na własne oczy, co się tam dzieje?

Drobnymi, niezdecydowanymi kroczkami ruszyła w stronę skrzydła domu, z którego dobiegał śmiech. Gałązki i suche liście trzeszczały pod jej stopami, gubiąc się w głośniejszym chórze natury. W lesistej okolicy ćwierkały ptaki, biegały wiewiórki, pasikoniki skakały wśród źdźbeł trawy. Kiedy zbliżała się do okna po lewej stronie, bicie serca tętniło jej w głowie. Bała się tego, co zobaczy, lecz młodzieńcza ciekawość pchała ją do przodu i wreszcie stanęła przed oknem. Wspięła się na palce, przycisnęła nos do pękniętej szyby i zajrzała do środka. Zamrugała kilka razy, wytężając wzrok. Nie mogąc dostrzec niczego poza zarysami dwóch ciał wijących się na metalowym łóżku w głębi izby, uniosła dłonie, osłoniła oczy przed promieniami popołudniowego słońca i zajrzała ponownie.

Zaparło jej dech w piersiach. Szok, złość, zaskoczenie i rozczarowanie zlały się w jedno, bombardując jej młody umysł i serce, a mimo to nie potrafiła oderwać wzroku od obrzydliwej sceny. Ojciec, którego uwielbiała, ujeżdżał leżącą pod nim nagą czarnowłosą kobietę. Jego blade pośladki unosiły się i opadały rytmicznie, gdy gził się z tą okropną dziwką. Gorące łzy napłynęły Jolie do oczu. Jak tatuś mógł zdradzać mamę w ten sposób? I to z tą kobietą? Z Georgette Devereaux!

Z wysiłkiem odwróciła się od okna, od widoku, którego nie zapomni aż do śmierci, i szlochając głośno, popędziła przez las. Co robić? Nie może powiedzieć mamie. Ale musi się komuś zwierzyć. O Boże, czy Max wie? Czy zdaje sobie sprawę, kim jest jego matka? Nowoorleańską dziwką!

Z mętlikiem gorączkowych myśli w głowie biegła i biegła przed siebie, aż dotarła do wysypanej żwirem drogi. Zdyszana, bez tchu w obolałych płucach, przystanęła, żeby się zastanowić. Dokąd pójść? Do kogo się zwrócić? Do cioci Clarice. Ona będzie wiedziała, co trzeba zrobić z tatusiem i tą okropną kobietą. Ciocia Clarice rozumiała sprawy serca. Jolie słyszała o tym z niejednych ust. To dlatego że starsza siostra jej matki znalazła i utraciła miłość wiele lat temu i wciąż pozostała wierna pamięci zmarłego narzeczonego.

Kiedy doszła do kutej żelaznej bramy otwierającej się na podjazd do wzniesionej w 1846 roku rezydencji pośrodku plantacji, zgięła się wpół i wzięła głęboki oddech. Koniuszkami palców otarła łzy z policzków. Na wszelki wypadek, gdyby spotkała mamę lub ciocię Lisette, musiała sprawiać wrażenie całkowicie spokojnej, jak gdyby nic się nie stało. Ciocia  Clarice wróci do domu później; była sobota, a w soboty zamykała swój butik w mieście dopiero o szóstej.

Jolie postanowiła, że zaszyje się w swoim pokoju i nie będzie nikomu wchodzić w drogę. Mama i ciocia Lisette prawdopodobnie w ogóle jej nie zauważą. Przez cały tydzień darły koty; Jolie nie miała pojęcia o co, bo ilekroć widziały ją w pobliżu, natychmiast milkły. W domu nie będzie dziś nikogo innego, może z wyjątkiem Lemara Fuqui, ale on na pewno będzie zajęty trawnikiem. Tata pożyczył mu pieniądze na rozkręcenie własnej firmy ogrodniczej, a w zamian za to Lemar zobowiązał się przyjeżdżać do Belle Rose w każdą sobotę i dbać o park. Jedyną osobą ze służby mieszkającą na plantacji była siostra bliźniaczka Lemara, Yvonne, która prowadziła dom od tak dawna, jak Jolie sięgała pamięcią, podobnie jak jej matka Sadie przed nią. Ale Yvonne w soboty po południu zawsze wybierała się na zakupy do miasta.

A jak wytłumaczę mamie, że nie poszłam do Sandy? Sandy nie było w domu. Nie, to kłamstwo można zbyt łatwo sprawdzić. Powiem, że rozbolała mnie głowa, więc wróciłam zażyć aspirynę i położyć się na chwilę.

Podeszła do tylnej werandy i zobaczyła starą niebieską półciężarówkę Lemara zaparkowaną po północnej stronie rezydencji. Na pace stały nowe krzewy liliowe, którymi jej matka kazała zastąpić te zwiędłe w zeszłym roku. Jolie rozejrzała się dookoła za wysokim, szczupłym Murzynem, który zawsze witał ją uśmiechem i miętowym cukierkiem. Może zrobił sobie przerwę i, jak to miał w zwyczaju, pije w kuchni mrożoną herbatę. Lubiła Lemara. Był jednym z najsympatyczniejszych ludzi, jakich znała. Podobnie jak ciocia Clarice i Lisette traktowała jego i jego siostrę jak członków rodziny, choć mama uważała ich tylko za lojalnych służących.

Idąc w stronę tylnego wejścia, zauważyła na trawie i schodkach kilka ciemnych, częściowo zaschniętych czerwonych plamek. Dziwne. Może Lemar rozlał jakiś środek chemiczny, którego używał w ogrodzie. Weszła do domu. Minęła sień i ruszyła w głąb długiego korytarza. Nagle ogarnęło ją niepokojące uczucie. Coś było nie tak. Po chwili zdała sobie sprawę, że wokół panuje nienaturalna cisza. Ciocia Lisette zawsze puszczała jakąś muzykę, śpiewała albo nuciła. A gdy zostawała sama z mamą, często się kłóciły. Zwłaszcza ostatnio. Teraz nie było słychać ani muzyki, ani śpiewu, ani krzyków.

Mamusiu!

Cisza.

– Ciociu Lisette!

Cisza.

– Lemar, jesteś tu? Widziałam twój samochód za domem!

Cisza.

- Mamo, gdzie jesteś? – krzyknęła.

Coś było nie w porządku.

– Ciociu Lisette! Odezwij się, proszę!

Żadnej odpowiedzi. Boże! O Boże!

Jolie popędziła w głąb korytarza, wołając matkę. Pośpiesznym piruetem, wbiegła na szerokie kręte schody. Po paru krokach spojrzała w górę. Ciocia Lisette! Imię odbiło się echem w jej głowie.

Półnagie ciało Lisette Desmond leżało na półpiętrze; poła zwiewnego jedwabnego szlafroka rozsunęła się, ukazując krągłą białą pierś i smukłe blade udo. Jolie zmusiła się do ruchu. Wspięła się prędko po schodach, mimo że nogi ciążyły jej, jakby były z ołowiu. Zbliżywszy się do nieruchomego ciała, spojrzała na rozrzucone w nieładzie pukle platynowych blond włosów, poplamione czerwienią. Krew!

Ciocia nie żyła. Mimowolnym, automatycznym gestem Jolie uniosła dłoń i zakryła usta.

– Mamo! – krzyknęła. Cisza.

Pomyślała, że śpi i ma koszmarny sen. To się nie dzieje naprawdę. To niemożliwe. Ciocia Lisette żyje.

Odwróć się i wracaj na dół. Znajdź mamę. Ona powie, że wszystko jest w porządku. Gdy tylko zobaczysz jej twarz, przekonasz się, że jesteś bezpieczna. Obudzisz się z tego koszmarnego snu.

Niczym w transie Jolie odwróciła się od ponurego widoku i uciekła na dół. Biegała z pokoju do pokoju, szukając matki, wołając ją raz za razem. Nie znalazła nikogo.

Otworzyła drzwi jedynego niesprawdzonego pomieszczenia, niedawno odremontowanej przestronnej kuchni z oknami wychodzącymi na tylny ogród. Powiodła wzrokiem od ściany do ściany i spojrzała w dół. Na lśniącej drewnianej podłodze zauważyła stopy, a potem łydki. Ogarnął ją lodowaty strach. Weszła do środka i zbliżyła się powoli do okrągłego stołu. Leżąca pod nim w zupełnym bezruchu, z nienagannie uczesanymi złotymi włosami Audrey Desmond-Royale wpatrywała się martwymi oczyma w sufit. Pośrodku jej czoła czerwieniła się pojedyncza rana postrzałowa.

Jolie padła na kolana i chwyciła matkę za rękę. Była ciepła. Może nie umarła. Może jeszcze żyje!

Zadzwonić po karetkę! Szybko!

Kiedy wstała, usłyszała coś za plecami. Kroki? Właśnie odwracała twarz w kierunku intruza, gdy coś ostrego ukłuło ją w biodro. Mimo bólu padła na podłogę i odturlała się, próbując się schować. Parę sekund później poczuła kolejne ukłucie w barku, a potem przeszywający ból w plecach. Wiedziała, że to nie sen. Ktokolwiek zamordował mamą i ciocią Lisette, zamierzał zabić również ją. Na ułamek sekundy przed utratą przytomności zrozumiała, że została postrzelona. Trzykrotnie...


Rozdział 1

 

Max Devereaux rzucił marynarkę na krzesło i przeszedł przez sypialnię. Zatrzymał się na moment przed drzwiami do łazienki, pochylił i rozwiązał buty. Zdjął je, a potem pośpiesznie pozbył się skarpet. Zwykle nie rozrzucał ubrań po pokoju; zbierał je po sobie, mimo że miał służbę. Ale dziś nic go to nie obchodziło. Był potwornie zmęczony i pękała mu głowa. Przez ostatnie tygodnie – od zawału Louisa – sypiał po trzy, cztery godziny na dobę. Jego matka nie odstępowała męża na krok, więc musiał nie tylko zadbać o interesy Royale'ów i Devereaux, ale również dopilnować, by w rezydencji Belle Rose wszystko przebiegało bez zakłóceń. Teraz wyglądało na to, że wkrótce przejmie te obowiązki na stałe. Po południu lekarze oświadczyli, że szanse, by Louis przeżył kolejny dzień, są nikłe.

Max jedną ręką poluzował krawat, a drugą otworzył drzwi łazienki. Nie miał czasu do stracenia. Ogoli się, weźmie szybki prysznic, zmieni ubranie i czym prędzej wróci do Okręgowego Szpitala Ogólnego. Nie może dopuścić, by matka lub siostra były same w chwili śmierci Louisa. Zostawił je z ciocią Clarice, ale ona też była kłębkiem nerwów. I ten cholerny wazeliniarz Nowell Landers, który kręcił się koło niej od kilku miesięcy. Biedaczka nie zdawała sobie sprawy, że facet chce ją wykorzystać, i nie słuchała rad tych, którzy próbowali ją ostrzec. Wszyscy w Sumarville wiedzieli, że Clarice Desmond dostała lekkiego bzika, odkąd pewnego upalnego sobotniego popołudnia przed dwudziestoma laty wróciła ze swego sklepiku do domu i zobaczyła ciała sióstr, siostrzenicy i Lemara Fuqui w kałużach krwi. Tylko najgorszy, pozbawiony skrupułów męt mógłby wykorzystać dobrotliwą, słodką, niezrównoważoną Clarice. Ale, do diabła, nie miał czasu zająć się Nowellem Landersem – nie teraz, kiedy Louis umierał, a matka była bliska załamania.

Rozebrał się do slipek i odkręcił kran z gorącą wodą. Otwierając szafkę nad umywalką, zerknął na własne odbicie i zarechotał ponuro. Wyglądał kiepsko, przypominał raczej bezdomnego włóczęgę niż biznesmena. Ale czego miał się spodziewać? Całą noc przesiedział w szpitalu, rano, wciąż w tym samym pomiętym ubraniu, pojechał do biura, a po południu znów zjawił się na oddziale intensywnej terapii i siedział do wieczoru przy łóżku człowieka, którego kochał i podziwiał.

Rozprowadził po policzkach krem do golenia i szybkimi pociągnięciami jednorazowej maszynki pozbył się dwudniowego zarostu. Wciąż z maleńkimi wysepkami piany na twarzy odkręcił prysznic, zdjął czarne bokserki i wszedł pod letni natrysk. Kiedy się mył, poczuł, jak nabrzmiewa mu członek. Od tygodni był zbyt zajęty, żeby choćby raz zobaczyć się z Earthą, nie mówiąc już o pójściu z nią do łóżka.

Perspektywa śmierci bliskiej osoby miała na niego dziwny wpływ. Sprawiła, że pragnął się upewnić, iż życie toczy się dalej, potwierdzić swoją witalność we wszystkich obszarach ważnych dla mężczyzny.

Właśnie wychodził spod natrysku, gdy zadzwonił telefon. Nie zważając, że jest nagi, wypadł z łazienki i, zostawiając mokre ślady na podłodze sypialni, pobiegł do aparatu. Serce waliło mu jak młotem, kiedy podnosił słuchawkę; instynktownie czuł, że to będę złe wiadomości.

– Devereaux, słucham.

– Max.

Cholera jasna! Instynkt go nie zawiódł. Słyszał ledwo powstrzymywany płacz w głosie młodszej siostry.

– Mallory, kochanie, czy wszystko...

– Tatuś nie żyje, Max – wykrztusiła przez łzy Mallory Royale.

– Już jadę, kochanie. Bądź silna... ze względu na mamę. Dobrze? Możesz to dla mnie zrobić?

– Uhm... tak... m... mogę.

– Powiedz mamie, że wszystkim się zajmę, jak tylko dojadę na miejsce.

– Max?

– Tak?

– Ciocia Clarice powiedziała, że powinieneś zadzwonić do Jolie.

– Dobrze. Przekaż jej, że tym też się zajmę. Ale później.

Łagodnym ruchem odłożył słuchawkę, wziął głęboki oddech i z wysiłkiem przełknął ślinę. Kiedyś, wiele lat temu nienawidził Louisa Royale'a, lecz z biegiem czasu jego uczucia względem mężczyzny, którego obwiniał o śmierć ojca, uległy diametralnej zmianie.

Philip Devereaux był dobrym człowiekiem. Uczynił z Georgette Clifton uczciwą kobietę i przyjął dziecko, którego się spodziewała, jako swoje. Max nie wiedział, czy Philip był jego biologicznym ojcem, ale nie miało to już dla niego znaczenia. Mógł zrobić badania genetyczne, lecz nikt w hrabstwie i tak by nie uwierzył, że jest prawowitym Devereaux, o ile nie wydrukowałby wyników na pierwszej stronie „Sumarville Cronicle”. Między nim a Philipem, który jak jego ojciec był piegowatym rudzielcem, trudno było się dopatrzyć jakichkolwiek podobieństw. Max tłumaczył sobie, że synowie bywają podobni do matek. W jego przypadku tak właśnie było.

Udawał, że nie obchodzi go, że snobistyczni członkowie miejscowej elity patrzą na niego z góry. A gdy został spadkobiercą Louisa Royale'a i jego prawą ręką, pojawiły się pogłoski, iż to właśnie on – Maximillian Devereaux, diabelskie nasienie – zabił siostry Desmond i Lemara Fuquę. Chłopak chciał zrobić miejsce dla swojej matki jako drugiej żony Royale'a, mówiono.

Śmierć żony Maksa, zamordowanej niespełna trzy lata po ich ślubie, tylko podsyciła stare plotki. Nikt, rzecz jasna, nie przejmował się faktem, iż nie znaleziono żadnych dowodów przeciw niemu. Ludzie po prostu uwielbiali przedstawiać go jako łotra.

Susząc ręcznikiem włosy i wciągając pośpiesznie dżinsy i bawełniany T-shirt, myślał o sprawach, które będzie musiał załatwić. Pogrzeb będzie ważnym wydarzeniem w stanie Missisipi. Na pewno zjawi się gubernator, stary przyjaciel Louisa. Podczas studiów należeli do tego samego bractwa.

Dom Pogrzebowy Trendalla zadba o szczegóły. W Sumarville działały tylko dwa domy pogrzebowe: Trendalla dla białych i Jardiena dla czarnych. Bo w Missisipi, nawet w XXI wieku pochówek wciąż podlegał segregacji rasowej.

Max włożył portfel do tylnej kieszeni, przypiął do paska telefon komórkowy i zbiegł po schodach do holu. Złapał z antycznej, bogato rzeźbionej komody kluczyki do samochodu i dopadł frontowych drzwi. Wklepując kod systemu alarmowego, zastanawiał się, czy wpaść po drodze do domku Yvonne i zawiadomić ją o śmierci Louisa. Nie, po prostu zadzwoni do niej i powie, żeby przyszła do rezydencji i przygotowała wszystko na powrót rodziny. Yvonne była związana z Belle Rose od urodzenia. Wychowała się na plantacji wraz z bratem i siostrami Desmond, a jej matka służyła tu jako gospodyni.

Niespełna pięć minut po telefonie siostry Max gnał w swoim porsche w kierunku miasta. Miał nadzieję, że Mallory poradzi sobie ze wszystkim do jego przyjazdu. Skończyła wprawdzie osiemnaście lat, ale była niedojrzała jak na swój wiek. Mama i Louis za bardzo ją rozpieszczali. Max podejrzewał, że ojczym rozpuszczał młodszą córkę tak bezwstydnie, bo jego starsza kompletnie się od niego odcięła.

Mknąc po drogach hrabstwa Desmond, układał sobie w głowie listę spraw do załatwienia. Z niechęcią pomyślał o rozmowie z Jolie Royale, którą będzie musiał powiadomić o śmierci ojca. Gdy zamordowano jej matkę, Jolie miała czternaście lat. Louis wywiózł córkę z Belle Rose i od tej pory Max nie zamienił z nią słowa. Odrzucała wszystkie zaproszenia ojca i ciotki Clarice, twierdząc, że jej noga nie postanie w Belle Rose, dopóki mieszka tam „ta kobieta”. Ta kobieta, czyli Georgette Clifton-Devereaux-Royale.

*

Yvonne wyjęła z pieca świeży bochenek kukurydzianego chleba i przełożyła go z formy na talerz. Od powrotu do Sumarville po ośmioletnim pobycie w Memphis Theron co czwartek przyjeżdżał do niej na kolację. Yvonne chciała, żeby wprowadził się na stałe, ale syn wyśmiał ten pomysł.

– Mam trzydzieści osiem lat, mamo, i jestem samodzielny, odkąd wyjechałem do college'u – powiedział. – Poza tym wiesz, że nigdy nie zamieszkałbym na starej plantacji. Belle Rose może być domem dla ciebie, ale nie dla mnie.

Nie miała synowi za złe tego, jak zapatrywał się na fakt, że mieszka w domku użyczonym jej przez Louisa Royale'a – tym samym, który zajmowała jej matka przez wszystkie te lata, gdy pełniła obowiązki gospodyni w rezydencji Desmondów. Theron należał do nowego pokolenia czarnych. Był nowoczesnym Afroamerykaninem; nienawidził wszystkiego, co wiązało się z dawnym życiem, wszystkiego, co w jakikolwiek sposób sugerowało podległość wobec białych. Istniały jednak rzeczy, których Theron nie wiedział i których nie potrafiłby w ogóle pojąć. Desmondowie byli jej rodziną. Dopóki żyje Clarice, Yvonne nigdy jej nie opuści. Jak mogłaby wytłumaczyć synowi głęboką więź emocjonalną łączącą ją z Clarice? Czy zaakceptowałby jej oddanie dla białej kobiety, nawet gdyby wyznała mu szczerą prawdę?

– Kolacja wygląda wspaniale – powiedział Theron i odsunął dla matki krzesło. – Jesteś najlepszą kucharką w całym hrabstwie.

Yvonne uśmiechnęła się skromnie, siadając, i podniosła białą lnianą serwetkę leżącą na śnieżnym obrusie. Zawsze uwielbiała ładne rzeczy: eleganckie nakrycia, porcelanę, kryształy. Chociaż jej dom wydawał się skromny w porównaniu z wieloma innymi, była z niego dumna. Siostry Desmond nauczyły ją, jak powinna zachowywać się dama.

– Bycie prawdziwą damą nie ma nic wspólnego z kolorem skóry – powiedziała jej kiedyś Clarice.

Gdy jedli chleb, smażone ziemniaki i kurczaka z ochrą, Theron rozprawiał o planach kandydowania na urząd prokuratora okręgu Desmond, a kiedyś może nawet na gubernatora. Yvonne z entuzjazmem reagowała na wszystkie jego pomysły. Była dumna z jedynego syna, który od dziecka wykazywał bystrość przerastającą jej najśmielsze oczekiwania. Gdyby jej maż żył, też byłby dumny. Ale Ossie umarł, kiedy Theron miał zaledwie dziesięć lat. Yvonne wciąż za nim tęskniła, lecz mężczyznę, którego pokochała, widziała w jego synu. Wysokim, barczystym i przystojnym, o promiennym uśmiechu, który rozgrzewał jej serce.

Oszczędzała i przyjmowała pomoc finansową Clarice, by wysłać Therona na studia, a on sam starał się nie mniej, ucząc się i jednocześnie pracując na pełny etat. Wyrzeczenia nie poszły na marne. Theron skończył studia z wyróżnieniem i wkrótce po otrzymaniu dyplomu magistra prawa został zatrudniony przez prestiżową kancelarię w Atlancie. Przepracowawszy tam kilka lat, przyjął jeszcze lepszą posadę w Memphis, więc zaskoczyło ją, kiedy przed trzema miesiącami wrócił do Sumarville i otworzył samodzielną praktykę.

– Zdaję sobie sprawę, że muszę tu pomieszkać przez rok albo dłużej, zanim przystąpię do realizacji swoich planów. – Theron podniósł dzbanek z mrożoną herbatą i napełnił sobie szklankę. – Ale mam zgodę, żeby kandydować, gdy tylko uznam to za stosowne. A kiedy już wyrobię sobie markę i ludziska się na mnie poznają, same głosy Afroamerykanów wystarczą, żeby mnie wybrano.

– Masz wspaniałe ambicje, synu. – Yvonne położyła mu dłoń na ramieniu. – Ale jeśli odgrzebiesz tę okropną sprawę morderstwa sióstr Desmond, niczego nie zyskasz. Zrazisz tylko do siebie wielu białych.

Mięśnie na ramieniu Therona naprężyły się. Nerwowym gestem cofnął rękę.

– Do licha, mamo! Kiedy wreszcie zrozumiesz, że nie obchodzi mnie, co pomyśli banda białych snobów z okolicy. Jeżeli zdołam udowodnić, że wujek Lemar nie zamordował Audrey Royale i Lisette Desmond, aby potem popełnić samobójstwo, wszyscy nasi – uderzył się pięścią w pierś – i porządni, nieuprzedzeni biali zaczną mnie szanować za to, że rozwiązałem sprawę morderstwa sprzed dwudziestu lat.

Od kiedy powiedział jej, że zamierza uczynić wszystko, co w jego mocy, żeby wznowić śledztwo i oczyścić dobre imię wuja, Yvonne modliła się, aby zmienił zdanie. Jeśli doprowadzi do ponownego otwarcia sprawy, w całym hrabstwie rozpęta się piekło – i to zarówno wśród czarnych, jak i wśród białych. Nigdy nie zapomni, jak napięte były stosunki rasowe dwadzieścia lat temu, kiedy lokalna policja orzekła że Lemar Fuqua zamordował Audrey i Lisette, a potem się zastrzelił.

Wszyscy, którzy znali Lemara mówili, że nie był zdolny do zabójstwa, a ona zgadzała się z nimi całym sercem. Jej brat był dobrym, łagodnym człowiekiem. I uwielbiał siostry Desmond. Bawili się jako dzieci, dorastając razem w Belle Rose. Kiedy Lemara uznano za mordercę, ze wszystkich sił starała się przekonać władze, że to pomyłka i że trzeba szukać sprawcy gdzie indziej. Jednak obrzydliwa plotka, która rozeszła się po miasteczku niczym pożar, utwierdziła wszystkich w przekonaniu o winie Lemara. Ludzie mówili, że kochał się w Lisette i wpadł w szał, gdy zaręczyła się z Parrym Cliftonem. Samo wspomnienie międzyrasowego romansu wystarczyło, by podsycić lęk, gniew, podejrzliwość i nienawiść, które od dawna istniały między białymi i czarnymi.

– Wiem, że nie chcesz przyjąć do wiadomości tego, co mam do powiedzenia, ale jestem twoją matką i powinieneś mnie chociaż wysłuchać – zauważyła Yvonne.

– Znam już wszystkie argumenty przeciwko ponownemu otwarciu sprawy. Rozumiem twoje obawy, ale uwierz mi: wiem, jak o siebie zadbać. – Wziął matkę za rękę i czule uścisnął jej dłoń. – Zdaję sobie sprawę, że w okolicy wciąż żyją ludzie popierający Ku-Klux-Klan, ale czasy, gdy mogli zamordować bezkarnie Murzyna, dawno minęły.

– Nie Ku-Klux-Klan mnie martwi. – Yvonne zajrzała głęboko w jasnobrązowe oczy syna, takie same jak jej własne. – Wiemy, że Lemar nie był mordercą, a to znaczy, że rzeczywisty sprawca wciąż może żyć w Sumarville. I poczuje się zagrożony twoją inicjatywą. Jeśli uzna, że istnieje niebezpieczeństwo, że odkryjesz prawdę, zrobi wszystko, by cię powstrzymać.

– I dobrze. – Theron uderzył pięścią w stół, aż zadzwoniły talerze. – Jeśli śledztwo w sprawie morderstwa sióstr Desmond wykurzy zabójcę z ukrycia, tym lepiej dla mnie.

– Ale dlaczego teraz, synu? – nie ustępowała Yvonne. – Minęło dwadzieścia lat, a...

– Wiesz, że od lat chciałem udowodnić niewinność wujka Lemara. Musiałem tylko poczekać na odpowiedni moment, by mieć pewność, że lokalne władze nie będą w stanie mnie powstrzymać. Teraz jestem bogatym, szanowanym prawnikiem o szerokich kontaktach politycznych. Odpowiedni moment właśnie nadszedł. Dlatego wróciłem do domu. Czas przystąpić do działania.

*

Jolie Royale zamknęła drzwi swojego mieszkania. Torebkę i klucze rzuciła na stolik w holu i chwiejnym krokiem weszła do salonu. Zrzuciła czerwone pantofle na ośmiocentymetrowym obcasie i boso podreptała przez beżowy dywan. Randka z Gene'em Naughtonem, maklerem giełdowym z Atlanty, z którym spotykała się od ponad miesiąca, zakończyła się nieprzyjemnym zgrzytem. Gene dał do zrozumienia, że ich związek powinien wejść w następną fazę, co dla niego oznaczało seks. Ona uważała go raczej za przyjaciela niż kochanka. Choć był atrakcyjny jak na czterdziestopięciolatka, nie wzbudzał w niej niepohamowanego pożądania. Może ...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin