10_Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic.pdf

(1611 KB) Pobierz
122516738 UNPDF
Cykl PAN SAMOCHODZIK (TOM 10)
Księgozbiór DiGG
f
2009
122516738.001.png 122516738.002.png 122516738.003.png
N a kilka dni przed zakończeniem roku szkolnego przyszedł do mnie
Baśka. Rozłożyliśmy na stole mapę Bieszczad i przez długie godziny wę-
drowaliśmy po niej końcem długopisu.
Baśka, który kończył właśnie drugą licealną, niedawno został zastępo-
wym w jednej z warszawskich drużyn harcerskich. Nauczyciel geografii w
jego klasie, zapalony turysta, zaproponował mu kilkudniową pieszą wę-
drówkę po kraju, w regionie, jaki chłopiec wybierze. Baśka postanowił za-
brać na wycieczkę także swój zastęp, otrzymał na to zgodę macierzystej
drużyny i chorągwi, a potem zwrócił się do mnie z pytaniem, dokąd po-
winni się udać. Bez namysłu oświadczyłem: w Bieszczady.
Miałem w tym swój ukryty cel. Z Baśką - a domyślacie się chyba, że był
to chłopiec, ale o delikatnej urodzie dziewczynki, stąd i jego dziewczęce
imię, jakie w charakterze przydomka dali mu koledzy - przeżyłem kilka
przygód. Na Jezioraku walczyliśmy z bandą Czarnego Franka, we From-
borku rozwikłaliśmy zagadkę pułkownika Koeniga. Miałem do chłopca
ogromne zaufanie i mogłem mu powierzyć pewną misję, nie kolidującą z
jego wakacjami.
Wędrowaliśmy więc po Bieszczadach naszymi długopisami. Baśka pro-
wadził go po górskich pasmach, zaczynając od Chryszczatej i Wołosania,
poprzez Habkowce, Jasło, Rabią Skałę, Czerteż, Krzemieniec i Wielką
Rawkę.
Był to szlak przez niemal bezludne okolice, wspaniałe lasy, dzikie
ustronia pełne zwierza i górskich strumyków o przeczystej wodzie.
Szlak dla wytrwałych i silnych, bo trzeba przecież przez te górskie
ostępy nieść na plecach namioty, śpiwory, kuchnię polową i żywność.
- A z Ustrzyk Górnych, panie Tomaszu - kontynuował Baśka swój
trudny marsz - zrobimy jeszcze wycieczkę na Szeroki Wierch, Tarnicę, Ha-
licz i przez Krzemień wrócimy na Bukowe Berdo.
Lecz mój długopis sunął dolinami.
- Radzę wam najpierw zwiedzić Lesko i okolice - mówiłem. - Potem Ho-
czew, Uherce, Ustianową, Ustrzyki Dolne, Hoszów, Czarną i Lutowiska.
Następnie wrócić do Ustrzyk Dolnych i pomaszerować na Liskowate i wy-
żej, aż na Kuźminę i Tarnawę Wołoską, skąd przez Słonne Góry można
dojść do Sanoka, gdzie jest piękne regionalne muzeum.
Baśka zrobił zdumioną minę.
- I to ma być wycieczka w Bieszczady? Pan chce, żebyśmy zamiast po
górach, szli przez wioski i doliny, przez zamieszkałe okolice? Myśleliśmy
o trudnej i niebezpiecznej wyprawie.
Skinąłem głową i uśmiechnąłem się.
- Zapewne tam, na szczytach Chryszczatej czy Wielkiej Rawki, na Hali-
czu i Wielkiej Semenowej, można zobaczyć wiele pięknych widoków. Ale
kto wie, czy ciekawsze przeżycia nie czekają na was w dolinach, w biesz-
czadzkich wioskach?
Baśka popatrzył na mnie uważnie.
- Zdaje mi się, że rozumiem. Przecież pan w tym roku już dwukrotnie
był w Bieszczadach. Po co? Niechże pan nareszcie powie, co panu leży na
sercu.
Pochyliłem się nad mapą. Obok zaznaczonej kółkiem małej miejscowo-
ści koło Zagórza zrobiłem długopisem delikatny krzyżyk.
- Wkrótce będę tam po raz trzeci. Zostawisz dla mnie wiadomość o sobie
u Jana Sekundusa koło Zagórza. Bardzo bym chciał, aby w liście do mnie
znalazła się pewna informacja...
I wtajemniczyłem Baśkę w sprawę, która od dwóch miesięcy trzymała
mnie w ciągłym niepokoju i napięciu.
122516738.004.png
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ZŁY HUMOR MARCZAKA
GANG PRZEMYTNIKÓW
MOJA WIELKA PORAŻKA
KTO KUPUJE IKONY
DZIWNA
HISTORIA PIESKA
SPOTKANIE Z BESTIĄ
KŁOPOTY Z
PROTAZYM
GDY BESTIA KOCHA SAMOCHODY
SPOSÓB
NA PROTA
D yrektor Marczak wrócił z Wiednia w bardzo złym nastroju. Na jego
oczach, na aukcji w słynnym salonie Paula Schuberta znowu sprzedano
dwie stare ikony, co do których Marczak żywił głębokie przekonanie, że
zostały przez kogoś przemycone z Polski. Na pytanie dyrektora, skąd po-
chodzą owe ikony, Paul Schubert wyjaśnił mu chłodno, że tego typu infor-
macji może udzielić tylko policji wiedeńskiej. A jej trzeba przedstawić do-
wody, że dzieło sztuki, które znalazło się na aukcji, zostało komuś skra-
dzione, co - jak zaznaczył pan Schubert - jeszcze nigdy się nie zdarzyło.
Marczak nie mógł przedstawić podobnych dowodów, nie było bowiem sy-
gnałów, aby obrabowano z ikon jakiegoś zbieracza lub muzeum w Polsce.
Istniały natomiast informacje, że od pewnego czasu, a ściślej od pół roku
ktoś wykupywał ikony w polskich sklepach z dziełami sztuki. Potem te
same ikony sprzedawano na aukcjach w salonie Paula Schuberta. Innymi
słowy - przemycano je za granicę.
Doszła do naszych uszu wiadomość, że ktoś krąży po wsiach połu-
dniowo-wschodniego skrawka Rzeszowszczyzny i od tamtejszych miesz-
kańców skupuje stare ikony, co w samej rzeczy nie jest czynnością zabro-
nioną prawem, ale w zestawieniu z informacjami o wzroście podaży ikon
na aukcjach zagranicznych wydawało się podejrzane.
W Polsce wolno każdemu sprzedawać, kupować i posiadać dzieła sztuki.
Nie wolno ich tylko bez zezwolenia wywozić za granicę. A zezwolenie
takie niełatwo jest uzyskać - wojna i okupacja zubożyła Polskę o wiele cen-
nych obiektów. Dalsze jej zubożenie poprzez wywóz zabytków byłoby naj-
większą szkodą dla interesu narodowego. Stąd też, jeśli jakieś stare dzieło
sztuki zawędruje z Polski do innego kraju, można być niemal pewnym, że
stało się to nielegalnie.
Od roku jednak w salonie Schuberta, słynnego handlarza dziełami sztuki,
pojawiły się stare ikony, pochodzące z województwa rzeszowskiego. Stare
ikony stały się ostatnio bardzo modne i uzyskiwano za nie wysokie ceny.
W Departamencie Muzeów i Ochrony Zabytków nabieraliśmy przekonania,
że w Polsce zaczął działać gang zajmujący się przemycaniem i sprzedażą
ikon. Powiadomiliśmy o tym Komendę Główną MO i Główny Urząd
Celny, lecz - jak na razie - bez rezultatu. Gang działał w dalszym ciągu w
pełnej konspiracji i ze skutkiem, o czym przekonał się dyrektor Marczak
podczas swego pobytu w Wiedniu.
Nic dziwnego, że powrócił do Polski w bardzo złym nastroju. I na-
tychmiast wezwał mnie do swego gabinetu.
- Jakie są rezultaty śledztwa w sprawie skupowania i przemycania ikon?
- zapytał mnie po krótkich słowach powitania.
- Żadne - odparłem, szczerze przyznając się do porażki.
Nie, to nie była porażka, raczej zupełna klęska. Pracowałem w Departa-
mencie Muzeów i Ochrony Zabytków Ministerstwa Kultury i Sztuki jako
referent do specjalnych poruczeń, czyli coś w rodzaju detektywa. Do moich
zadań należało przyglądanie się działalności różnego rodzaju handlarzy
antyków, bacznie, aby jakiś cenny zabytek kultury nie został wywieziony
za granicę. Zajmowałem się także wykrywaniem zaginionych podczas
wojny zbiorów muzealnych i zabytkowych przedmiotów. Mogłem pochlu-
bić się odnalezieniem cennych kolekcji dzieł sztuki, uznanych za bezpow-
rotnie zaginione, rozwikłałem kilka zagadek historycznych, które doprowa-
dziły mnie do odkrycia skarbów kultury narodowej. Ale teraz, od dwóch
miesięcy, kręciłem się jak wiewiórka w kole, daremnie usiłując wpaść na
trop gangu przemytników. Ta sprawa dręczyła mnie w dzień i w nocy. Zro-
biłem setki kilometrów usiłując wpaść na trop tajemniczego gangu. I
wszystko na próżno.
- Nie osiągnął pan żadnych rezultatów? - zdumiał się dyrektor Marczak.
- Cóż to się stało, panie Tomaszu?
- Niestety, muszę przyznać się do klęski - bezradnie wzruszyłem ramio-
nami. - Ta sprawa przerasta moje możliwości...
Dyrektor Marczak aż poczerwieniał z oburzenia.
- A więc sądzi pan, że powinniśmy z niej zrezygnować? Przecież nie
każę panu aresztować przemytników, bo od tego jest milicja. Ale pozostaje
w naszych możliwościach dowiedzieć się, kto w sklepach Desy i u chłopów
w Rzeszowskiem wykupuje stare ikony. A już milicja po nitce trafi do
kłębka i gang znajdzie się za kratkami.
Westchnąłem ciężko.
- Jak panu wiadomo, dyrektorze, nabywcy dzieł sztuki w sklepach Desy
nie muszą się legitymować. A mimo dwukrotnego pobytu na Rzeszowsz-
czyźnie, niestety, nie udało mi się trafić na ślad osobnika, który w tamtej-
szych wsiach kupował stare ikony. W każdym bądź razie musi to być
człowiek znający miejscowe stosunki i doskonale zorientowany, kto po-
siada jakąś starą ikonę. Ludzie, którzy je sprzedali, nie rozpowiadali o tym
na prawo i lewo. Mimo tego zdołałem dotrzeć do dwóch takich, którzy
stwierdzili, że nabywcą był jakiś młodzieniec na motocyklu. Niestety, nie
udało mi się go odnaleźć.
- Już dwukrotnie jeździł pan w Rzeszowskie, pojedzie pan trzeci raz. I to
jeszcze dzisiaj. Musimy odnaleźć tego młodzieńca i przerwać działalność
przemytników!
- Tak jest, panie dyrektorze - z roztargnieniem podrapałem się po głowie.
- Tylko... że dziś muszę załatwić sprawę psa...
- Psa? Pan chyba żartuje? Należy natychmiast podjąć akcję przeciw
przemytnikom.
- Wysłałem listy w tej sprawie do znajomych rzeczoznawców w stoli-
cach krajów demokracji ludowej - oświadczyłem. - Być może i oni zetknęli
się z działalnością gangu i przekażą nam jakieś informacje o nich. A co do
Zgłoś jeśli naruszono regulamin