Fiodor Dostojewski - Bracia Karamazow.rtf

(3028 KB) Pobierz

Fiodor Dostojewski

 

 

Bracia Karamazow

(Tłumaczył Aleksander Wat)


ANNIE GRIGORIEWNIE DOSTOJEWSKIEJ


Zaprawdę, zaprawdę mówię wam: Jeśli ziarno pszeniczne wpadłszy w ziemię nie obumrze, samo zostawa; lecz jeśli obumrze, wielki owoc przynosi.

Ewang. św. Jana, XII, 24

 

OD AUTORA

 

Przystępując do życiorysu mojego bohatera, Aleksego Fiodorowicza Karamazowa, odczuwam niejakie zakłopo­tanie. Bo i w rzeczy samej: chociaż Aleksego Fiodorowi­cza nazywam moim bohaterem, wiem przecież sam, że Aleksy Fiodorowicz nie jest wcale człowiekiem wybitnym, toteż przewiduję nieuniknione pytania w rodzaju: czymże wyróżnia się ów Aleksy Fiodorowicz, żeś go pan sobie pa­sował na bohatera? Co właściwie zdziałał? Kto o nim wie i co? Czemuż to ja, czytelnik, mam tracić czas na poznawa­nie faktów z jego życia?

Ostatnie pytanie jest najfatalniejsze, ponieważ mam na nie tylko jedną odpowiedź: „Może sami dowiecie się z po­wieści." No, a jeśli ludzie przeczytają powieść i nie zobaczą tego, nie zgodzą się z tym, że mój Aleksy Fiodorowicz jest godny uwagi? Mówię o tym, ponieważ z żalem przewiduję ten wypadek. Według mnie Aleksy Fiodorowicz zasługuje na uwagę, ale bardzo wątpię, czy potrafię tego dowieść czytelnikowi. Chodzi o to, że Aleksy Fiodorowicz jest co prawda działaczem, ale nieokreślonym i niewyklarowanym. Zresztą trudno w takich czasach jak nasze wymagać od ludzi jasności. Jedno chyba jest niewątpliwe: mój bo­hater jest człowiekiem dziwnym, a nawet dziwacznym. Dziwność zaś czyjaś i dziwaczność raczej przeszkadzają, niż pomagają w skupieniu na tym kimś uwagi, zwłaszcza gdy wszyscy dążą do łączenia szczegółów i starają się znaleźć bodaj jakikolwiek wspólny sens w powszechnym bezsen­sie. A dziwak to w większości wypadków szczegół, i ra­czej odosobniony. Prawda?

Otóż jeśli nie zgadzacie się z tą ostatnią tezą i odpowie­cie: „nieprawda" albo: „to nie zawsze prawda", wówczas nabiorę może większego przekonania o doniosłości mojego bohatera Aleksego Fiodorowicza. Bo nie tylko dziwak „nie zawsze" jest odosobnionym szczegółem, ale przeciwnie, nieraz ma w sobie rdzeń jakiejś całości, pozostałych zaś ludzi jego epoki — wszystkich innych — jakiś przygodny wiatr nie wiadomo dlaczego oderwał od niego na krótką chwilę...

Zresztą nie wdawałbym się w te bardzo nieciekawe i mętne wyjaśnienia, zacząłbym zwyczajnie i po prostu bez wstępu: spodoba się, to i tak przeczytają, lecz w tym bieda, że mam jeden życiorys, a powieści dwie. Zasadni­cza jest druga powieść — działalność mojego bohatera w naszych czasach, w obecnej, bieżącej chwili. Pierwsza zaś powieść dotyczy zdarzeń, które rozegrały się trzynaście lat temu, i właściwie nie jest nawet powieścią, lecz epizo­dem z wczesnej młodości mojego bohatera. Nie mogę jed­nak tej powieści pominąć, bez niej bowiem druga powieść byłaby w wielu miejscach niezrozumiała. Ale wskutek te­go pierwotne moje kłopoty jeszcze się zwiększają: jeżeli nawet ja sam, autor życiorysu, uważam, że tak skromny i nieznaczny bohater może nie zasługuje nawet na jedną powieść, czemu więc przynoszę dwie powieści? I jak so­bie wytłumaczyć takie zuchwalstwo z mojej strony?

Nie mogąc sobie poradzić z rozwiązaniem tych kwestii, zostawiam je bez odpowiedzi. Oczywiście wnikliwy czytel­nik już dawno się domyślił, że do tego właśnie od samego początku zmierzałem, i tylko dąsał się na mnie, że mar­notrawię słowa i drogi czas. Na ten zarzut odpowiem szcze­gółowo: marnotrawiłem słowa i drogi czas po pierwsze, przez grzeczność, a po drugie, z przebiegłości: ,,Bądź co bądź, jakoś tam z góry o czymś uprzedzałem." Co więcej, po namyśle zaczynam się nawet cieszyć, że moja powieść rozpadła się sama przez się na dwie powieści, złączone „za­sadą jedności"; poznawszy bowiem pierwszą, czytelnik sam będzie mógł ocenić, czy warto zasiadać do drugiej. Ma się rozumieć, czytelnik nie ma względem autora żadnych zobowiązań, może rzucić książkę nawet po dwóch stroni­cach i nigdy już jej nie otwierać. Ale istnieją przecież i ta­cy delikatni czytelnicy, którzy zechcą na pewno przeczytać ją do końca, aby ustrzec się omyłek przy wydawaniu bezstronnej oceny; do nich autor zalicza na przykład wszy­stkich rosyjskich krytyków. Względem tych właśnie czy­telników uspokoiłem swoje sumienie: pozwalam im bez uj­my dla ich dokładności i lojalności odrzucić tę książkę po przeczytaniu pierwszego epizodu. Otóż i cała przedmowa. Chętnie przyznaję, że jest zbędna, ale skoro ją napisałem, to niech już sobie zostanie. A teraz do rzeczy.


Część pierwsza


Księga pierwsza

DZIEJE PEWNEJ RODZINKI

 

 

I

FIODOR PAWŁOWICZ KARAMAZOW

 

Aleksy Fiodorowicz Karamazow był trzecim z kolei synem ziemianina z naszego powiatu, Fiodora Pawłowicza Karamazowa, którego tragiczny i niewyjaśniony zgon był w swo­im czasie, czyli dokładnie trzynaście lat temu, szeroko oma­wiany (i dziś jeszcze wspomina się u nas o tym); do tej sprawy wrócę jeszcze w stosownym miejscu, a teraz po­wiem o tym „ziemianinie" (jak go u nas nazywano, mimo że większą część życia spędził poza swym majątkiem) tyl­ko tyle, że był to dziwny typ, dosyć zresztą rozpowszech­niony, typ człowieka nie tylko wyuzdanego i nikczemne­go, ale w dodatku zbzikowanego. Należał jednak do tego rodzaju zbzikowanych półgłówków, którzy doskonale umie­ją obrabiać swoje interesiki majątkowe i nic ponadto ich nie zajmuje. Fiodor Pawłowicz zaczął na przykład od ni­czego, mająteczek miał maleńki, jadał po cudzych domach, kroił na rezydenta, a tymczasem zaraz po jego śmierci oka­zało się, że posiadał w gotówce około stu tysięcy rubli. Był przy tym w ciągu całego swego życia jednym z najbardziej postrzelonych wartogłowów w całym naszym powiecie. Po­wtarzam: to nie była bynajmniej głupota: większość tych półgłówków jest dość rozumna i chytra; to był brak roz­sądku, i to jakiś osobliwy, narodowy.

Fiodor Pawłowicz był dwukrotnie żonaty i miał trzech synów — najstarszego, Dymitra Fiodorowicza, z pierwszej żony, i dwóch młodszych, Iwana i Aleksego, z drugiej. Pierwsza małżonka Fiodora Pawłowicza pochodziła z dość znanego i bogatego szlacheckiego rodu Miusowów, również obywateli naszego powiatu. Nie będę się zbytnio rozwo­dził, jak to się stało, że posażna panna, w dodatku rozumna i dzielna, jak to często się u nas trafia w obecnym pokole­niu, ale co pojawiło się już w pokoleniu poprzednim, mo­gła wyjść za takiego „hetkę-pętelkę", jak wówczas po­wszechnie nazywano u nas Fiodora Pawłowicza. Znałem przecież taką pannę z wcześniejszego, „romantycznego" pokolenia, która przez kilka lat żywiła zagadkową miłość do pewnego pana i choć mogła go najspokojniej w świe­cie poślubić, ubrdała sobie przeróżne urojone przeszkody, aż wreszcie pewnej burzliwej nocy skoczyła do głębokiej i bystrej rzeki z wysokiego brzegu, przypominającego urwisko, i zginęła jedynie z własnego kaprysu, tylko po to, by stać się podobną do Szekspirowskiej Ofelii; można by nawet powiedzieć, że gdyby urwisko, które od dawna so­bie upatrzyła i polubiła, nie było tak malownicze albo gdyby zamiast urwiska był na tym miejscu płaski i pro­zaiczny brzeg, nie byłoby zapewne doszło do samobójstwa. Jest to fakt autentyczny, co więcej, tego rodzaju fakty nie były odosobnione w życiu dwóch czy trzech ostatnich po­koleń rosyjskiego społeczeństwa. Podobnie zamążpójście Adelaidy Iwanowny Miusow było niewątpliwie echem ob­cych wpływów i wynikiem rozdrażnienia zmąconej myśli. Może Adelaida Iwanowna chciała okazać samodzielność ko­biety, iść na przekór przesądom społecznym, stawić harde czoło tyranii bliskich i rodziny; i wówczas usłużna wy­obraźnia podsunęła jej — na chwilę bodaj — przekonanie, że Fiodor Pawłowicz mimo swej rangi pieczeniarza jest mo­że jednym z najśmielszych i najbardziej szyderczych du­chów owej przejściowej, zmierzającej ku wszelkim doskonałościom epoki; w istocie był to przecież tylko kiepski błazen, i nic ponadto. Pikanteria tego małżeństwa polegała w dodatku na tym, że Fiodor Pawłowicz wykradł ją z do­mu. Był wówczas jak nikt inny do tego rodzaju wybryków najzupełniej gotów, chociażby ze względu na swoją po­zycję społeczną; pragnął bowiem namiętnie za wszelką ce­nę zrobić karierę; przyczepić się do jakiejś dobrej rodziny i wziąć posag — to była wcale ponętna perspektywa. Co się zaś tyczy wzajemnej miłości, to, zdaje się, nie było jej wcale ani ze strony narzeczonej, ani z jego strony, mimo całą piękność Adelaidy Iwanowny. Kto wie, czy nie był to jedyny taki wypadek w życiu Fiodora Pawłowicza, czło­wieka przez całe swoje życie rozpustnego, gotowego na dany znak biec za każdą bez wyjątku spódnicą. I tylko ta jedna kobieta nie wywarła na jego zmysłach żadnego wrażenia.

Rychło po porwaniu Adelaida Iwanowna zmiarkowała, że ma dla męża jedynie uczucie pogardy, nic więcej. I oto skutki tego związku ujawniły się z niezwykłą szybkością. Chociaż rodzina dość prędko pogodziła się z faktem i wy­posażyła należycie zbiegłą córkę, pożycie obojga małżon­ków stało się niezwykle burzliwe i wyładowywało się w nieustannych kłótniach domowych. Powiadano, że młoda małżonka wykazała bez porównania więcej szlachetności i wyższości od swego męża, który, jak to obecnie wiado­mo, od razu wyłudził od niej całą gotowiznę — około dwu­dziestu pięciu tysięcy, które dostała w posagu; oczywiście wszystkie te tysiączki przepadły dla niej jak rzucone do wody. Wioskę zaś i wcale niezgorszy dom w mieście, rów­nież w posagu otrzymane, przez długi czas usiłował wszel­kimi sposobami przepisać na swoje imię, skłaniając żonę do sporządzenia odpowiedniego aktu, i Adelaida Iwanowna byłaby w końcu na to przystała, choćby z pogardy i odra­zy, jaką ją przejmowała ta bezwstydna żebranina i wymu­szenia, choćby ze zmęczenia, byleby go się prędzej pozbyć. Lecz na szczęście wdała się w to rodzina i poskromiła wy­drwigrosza. Wiadomo z całą pewnością, że nieraz docho­dziło do bijatyk, przy czym, jak głosi wieść, bił nie Fiodor Pawłowicz, lecz Adelaida Iwanowna, kobieta gorącego tem­peramentu, śmiała, zręczna, niecierpliwa, obdarzona nie­zwykłą siłą fizyczną. Koniec końców rzuciła męża i uciekła z jakimś ginącym z nędzy nauczycielem seminarzystą, zo­stawiwszy Fiodorowi Pawłowiczowi trzyletniego Mitię. Fio­dor Pawłowicz natychmiast założył w domu cały harem, urządzał desperackie pijatyki, w przerwach zaś rozjeżdżał po całej niemal guberni i płaczliwie skarżył się wszem wo­bec i każdemu z osobna na wiarołomną żonę, Adelaidę Iwanownę. Na dobitkę opowiadał takie szczegóły małżeńskiego pożycia, o jakich wstydliwość nie pozwala mówić. A co naj­ciekawsze, z przyjemnością, a nawet z pewną dumą odgry­wał śmieszną rolę skrzywdzonego męża i popisywał się nawet, opowiadając z przesadą o szczegółach swojej krzyw­dy. „Myślałby kto, żeś pan, Fiodorze Pawłowiczu, rangę otrzymał, takie z pana zadowolenie bije mimo całego frasunku'' — powiadali szydercy. Inni dodawali nawet, że Fiodor Pawłowicz chętnie się ukazuje w odnowio­nej postaci błazna i że specjalnie, gwoli większego efektu, udaje, że nie dostrzega śmieszności swego położenia. Kto go tam zresztą wie, może naprawdę była to szczera naiw­ność. Wreszcie udało mu się wytropić zbiegłą. Nieboraczka mieszkała w Petersburgu, dokąd zawędrowała ze swoim seminarzystą. Tam też z zapałem oddała się najskrajniejszej emancypacji. Fiodor Pawłowicz natychmiast zakrzątnął się niespokojnie i zaczął wybierać się do Petersburga. W ja­kim celu — sam tego oczywiście nie wiedział. I może na­prawdę byłby wtedy pojechał, lecz powziąwszy takie po­stanowienie, od razu uznał za stosowne dodać sobie ani­muszu huczną wypitką. W trakcie tego rodzina jego żony otrzymała z Petersburga wiadomość o jej śmierci. Adelaida Iwanowna umarła jakoś nagle, gdzieś na poddaszu: jedni twierdzili, że na tyfus, inni, że pono z głodu. Fiodor Pa­włowicz miał mocno w czubie, gdy dowiedział się o śmier­ci żony. Powiadają, że wybiegł na ulicę i krzyczał podno­sząc z radości ręce do góry: „Nareszcie wolny!", ale we­dług innej wersji, płakał jak małe dziecko, i to tak, aż li­tość brała mimo całej odrazy, jaką budził. Możliwe, że jedno i drugie jest prawdą, to znaczy: że cieszył się z wol­ności i że płakał po tej, która go uwolniła — wszystko na­raz. Na ogół przecież ludzie, nawet najbardziej niegodziwi, są naiwniejsi i lepsi, niżbyśmy w ogóle mogli przypuszczać. Zresztą i my również.

 

 

II

POZBYCIE SIĘ PIERWSZEGO SYNA

 

Oczywiście nietrudno sobie wyobrazić, jakim wychowa­wcą i ojcem mógł być taki człowiek. Jako ojciec, postąpił tak, jak można było przewidzieć, a więc całkowicie zanie­dbał dziecko, które miał z Adelaidą Iwanowną, bynajmniej nie ze złości do niego i nie dla pomsty znieważonych uczuć małżeńskich, lecz po prostu dlatego, że całkiem o nim zapomniał. Więc gdy Fiodor Pawłowicz zanudzał łzami i skargami wszystkich znajomych, a dom swój obrócił w ja­skinię rozpusty, syna, trzyletniego Mitię, wziął w opiekę wierny sługa tego domu, Grzegorz. Gdyby nie on, nie byłoby komu dziecku koszuliny zmienić. Na domiar złego tak się jakoś złożyło, że krewni dziecka ze strony matki też o nim z początku jakby zapomnieli. Dziad jego, to znaczy sam pan Miusow, ojciec Adelaidy Iwanowny, nie żył już podówczas; wdowa po nim, a babka Miti, prze­niosła się do Moskwy i tam rozchorowała się; siostry jej były wszystkie zamężne, wskutek czego wypadło Miti cały rok mieszkać u Grzegorza w czeladnej izbie. Zresztą gdyby nawet ojczulek przypomniał sobie o nim (nie mógł przecież, w rzeczy samej, nie wiedzieć o jego istnieniu), byłby go sam znowu odesłał do czeladnej, żeby dzieciak nie prze­szkadzał mu w hulankach. Tymczasem wrócił właśnie z Paryża kuzyn nieboszczki Adelaidy Iwanowny, Piotr Aleksandrowicz Miusow, który przez wiele lat mieszkał za granicą, człowiek wówczas bardzo jeszcze młody, wyróż­niający się spośród Miusowów, wykształcony, gładki, w całym tego słowa znaczeniu Europejczyk, który, zwiedziw­szy kawał świata, u schyłku życia miał się stać liberałem w stylu lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Piotr Aleksan­drowicz utrzymywał stosunki z wielu najbardziej liberal­nymi ludźmi swojej epoki, w Rosji i za granicą, znał osobiście i Proudhona, i Bakunina, i ze szczególną przy­jemnością w ostatnim okresie swoich podróży wspominał i opowiadał o trzech dniach paryskiej rewolucji lutowej 1848 roku, przy czym dawał do zrozumienia, że prawie brał sam w niej udział i walczył na barykadach. Było to jedno z najmilszych wspomnień jego młodości. Był nie­zależny, posiadał własny majątek ziemski, wedle dawnej rachuby coś około tysiąca dusz. Wspaniała jego posiadłość zaczynała się tuż prawie za rogatkami naszego miasta i przylegała do majątku naszego znakomitego monasteru, z którym Piotr Aleksandrowicz we wczesnej młodości pro­cesował się o jakieś prawo do rybołówstwa czy do wyrębu lasu, nie wiem dokładnie. Natychmiast po objęciu ojco­wizny wszczął nie kończący się proces, snadź poczytując walkę z „klerykałami" za święty obowiązek oświeconego obywatela. Dowiedziawszy się o całej historii Adelajdy Iwanowny, którą naturalnie pamiętał i na którą zwrócił swego czasu uwagę, i dowiedziawszy się o istnieniu Miti, postanowił się nim zająć mimo całego młodzieńczego oburzenia i pogardy dla Fiodora Pawłowicza. Wówczas to zawarł po raz pierwszy znajomość z Fiodorem Pawłowiczem, któremu oświadczył wprost, że chciałby się zająć wychowaniem dziecka. Później rozpowiadał często, jako charakterystyczny szczegół, że gdy zaczął mówić z Fiodo­rem Pawłowiczem, ów w pierwszej chwili jak gdyby nie rozumiał, o jakim to dziecku mowa, i nawet jak gdyby ze zdziwieniem dowiadywał się, że ma tu gdzieś w swym domu małego synka. Jeśli nawet uznać opowiadanie Piotra Aleksandrowicza za przesadne, to jednak przyznać trzeba, że chyba nie całkiem mijało się z prawdą. Fiodor Pawłowicz przez całe życie lubił udawać, lubił nieraz, całkiem zresztą niepotrzebnie, zagrać znienacka jakąś niespodzie­waną rolę, choćby z ujmą dla siebie, jak w danym wy­padku. Cechę tę, mówiąc nawiasem, posiada bardzo wiele osób, nawet bardzo mądrych, nie tylko Fiodor Pawłowicz. Piotr Aleksandrowicz zabrał się zatem z zapałem do rzeczy i nawet mianowano go (pospołu z Fiodorem Pawłowiczem) opiekunem dziecka, po matce bowiem został mająteczek, dom i posesja w mieście. Mitia istotnie zamieszkał u tego swojego wujaszka. Nie trwało to długo, gdyż Piotr Alek­sandrowicz, uporządkowawszy swoje sprawy majątkowe i zapewniwszy sobie regularne otrzymywanie dochodów, bezzwłocznie wyjechał znowu na dłuższy czas do Paryża, a że nie miał własnej rodziny, więc zlecił opiekę nad chło­pcem jednej ze swych ciotek, mieszkającej w Moskwie. Za­domowiwszy się w Paryżu, z kolei i on zapomniał o dziecku, zwłaszcza że tymczasem wybuchła owa rewolucja lutowa, która wycisnęła tak trwałe piętno na jego wyobraźni i o której nie mógł zapomnieć do końca życia. A tymczasem ciotka w Moskwie umarła i Mitia przeprowadził się do je­dnej z jej zamężnych córek. Zdaje się, że i później, po raz czwarty, zmienił gniazdo rodzinne. Nie będę się teraz nad tym rozwodził, tym bardziej że nieraz jeszcze wypadnie mi powrócić do tego pierworodnego syna Fiodora Pawło­wicza, ograniczę się teraz do najniezbędniejszych o nim wiadomości, bez których nie mógłbym zacząć powieści.

Po pierwsze, z trzech synów Fiodora Pawłowicza, Dy­mitr Fiodorowicz był jedynym, który wiedział, że posiada jakiś osobisty majątek i że z dojściem do pełnoletności stanie się niezależnym. Dzieciństwo jego i młodość były bezładne: nie wysiedział do końca w gimnazjum, wstąpił do jakiejś szkoły wojskowej, później znalazł się na Kau­kazie, dosłużył się awansu, pojedynkował się, stracił swój stopień, znowu się dosłużył, hulał wiele i strwonił stosun­kowo wiele pieniędzy. Od Fiodora Pawłowicza zaczął otrzy­mywać pewne kwoty dopiero po dojściu do pełnoletności, przedtem zaś zaciągał długi. Fiodora Pawłowicza, swego ojca, ujrzał i poznał po raz pierwszy już po dojściu do pełnoletności, kiedy przyjechał do naszego powiatu spec­jalnie w tym celu, aby się porozumieć z ojcem w sprawach majątkowych. Zdaje się, że rodzic nie bardzo mu i wów­czas przypadł do gustu; bawił u niego krótko i od razu wyjechał, gdy tylko otrzymał jakąś kwotę gotówką i gdy ułożył się względem otrzymywania na przyszłość docho­dów z majątku, co do którego (rzecz godna uwagi) docho­dowości, ani też wartości, żadnych informacji tym razem od Fiodora Pawłowicza nie mógł uzyskać. Fiodor Pawło­wicz zauważył wówczas od razu (i to należy zapamiętać), że Mitia ma o swojej schedzie wygórowane i fałszywe wy­obrażenie. Fiodorowi Pawłowiczowi było to bardzo na rękę, gdyż miał na względzie swoje szczególne rachuby. Stwierdził poza tym, że młodzieniec jest lekkomyślny, gwałtowny, niecierpliwy, pełen namiętności, hulaszczy, że łatwo go można zaspokoić, co prawda nie na długo, do­raźnymi małymi datkami. Wówczas zaczął to wykorzysty­wać, czyli zbywał syna, co pewien czas wysyłając mu drobne sumy, aż wreszcie, gdy po czterech latach Mitia, straciwszy cierpliwość, przyjechał do naszego miasteczka po raz drugi, żeby już ostatecznie rozliczyć się z ojcem, wówczas, ku jego najwyższemu zdumieniu, okazało się, że nie ma ani grosza, że nawet trudno się rozliczyć, że wybrał już gotówką całą wartość spuścizny po matce, że może nawet nieco przebrał; że wreszcie, skutkiem takich to a takich finansowych operacji, w których sam chciał w takim to a takim czasie uczestniczyć, nie ma żadnego prawa nic więcej żądać nad to, co był otrzymał, itd., itd. Dymitr był zaskoczony, posądzał ojca o kłamstwo i szacherkę i wpadł w stan ostatecznego rozdrażnienia, grani­czącego z szałem. Te właśnie okoliczności doprowadziły do katastrofy, której przebieg stanowi właśnie treść mojej pierwszej, wstępnej powieści, a raczej jej stronę zewnętrz­ną. Lecz zanim przejdę do owej powieści, muszę zaprezen­tować dwóch młodszych synów Fiodora Pawłowicza, braci Miti, oraz wyjaśnić, skąd się oni wzięli.

 

 

III

NASTĘPNE MAŁŻEŃSTWO I NASTĘPNE DZIECI

 

Fiodor Pawłowicz, pozbywszy się czteroletniego Miti, niebawem ożenił się po raz drugi. Drugie małżeństwo trwało lat osiem. Tę drugą żonę, również bardzo młodziu­tką, Zofię Iwanownę, sprowadził sobie z innej guberni, do której pojechał w sprawie pewnej drobnej dostawy, pod­jętej do spółki z jakimś Żydkiem. Fiodor Pawłowicz, jak­kolwiek hulał, pił i łajdaczył się, nigdy nie zapominał o lokacie swego kapitału i zawsze jakoś przysparzał sobie majątku, co prawda przeważnie za pomocą dosyć nikczem­nych kombinacji. Zofia Iwanowna należała do typu tak zwanych „sierotek", rodziców straciła w dzieciństwie; była córką ciemnego diakona, wychowywała się w bogatym domu swej opiekunki, wychowawczyni i dręczycielki za­razem, starej damy szlacheckiego rodu, wdowy po gene­rale Worochowie. Nie znam bliższych szczegółów, słysza­...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin