Erich Maria Remarque
Nim nadejdzie lato
Przełożył Ryszard Wojnakowski
Clerfayt zatrzymał wóz przy stacji benzynowej, sprzed której odgarnięto śnieg, i zatrąbił. Wrony krążące wokół słupów telefonicznych podnosiły głośny wrzask, a w małym warsztacie za stacją ktoś klepał młotkiem blachę. Odgłosy kucia umilkły i z budynku wyszedł szesnastoletni chłopak w czerwonym swetrze i okularach w drucianej oprawce.
– Do pełna – powiedział Clerfayt i wysiadł. – Co? Super?
– Tak. Można jeszcze gdzieś tutaj dostać coś do jedzenia? Chłopiec pokazał kciukiem na drugą stronę szosy.
– Naprzeciwko. Dziś na obiad specjalnością zakładu był półmisek berneński. Zdjąć łańcuchy?
– Dlaczego?
– Wyżej szosa jest oblodzona jeszcze bardziej niż tutaj.
– Do samej przełęczy?
– Przez przełęcz pan nie przejedzie. Od wczoraj znowu jest zamknięta. Takim niskim sportowym wozem nie ma pan najmniejszych szans.
– Nie? – powiedział Clerfayt. – Zaczynasz mnie intrygować. – Pan mnie też – odparł chłopiec.
Gospoda była niewietrzona, poczuł zapach starego piwa i długiej zimy. Clerfayt zamówił peklowany udziec wołowy, chleb, ser i karafkę mgle. Poprosił kelnerkę, żeby mu przyniosła jedzenie na taras. Na zewnątrz było niezbyt zimno. Rozległe niebo miało barwę gencjany.
– Wziąć szlauch i opryskać trochę wózek? – spytał przez drogę – chłopiec ze stacji benzynowej. – Cholernie by mu się to przydało.
– Nie trzeba. Przetrzyj tylko przednią szybę.
Samochód długo nie był myty i to było widać. Nawałnica za Aix zamieniła czerwony kurz nadbrzeżny z St. Raphael na pokrywie chłodnicy i błotnikach w batikową mozaikę; do tego doszły wapienne odpryski z kałuż na szosach środkowej Francji oraz błoto, którym ochlapywały karoserię tylne koła niezliczonych ciężarówek, kiedy je wyprzedzał. Po co właściwie przyjechałem tutaj? – rozmyślał Clerfayt. Na narty i tak jest już prawie za późno. Współczucie? Współczucie jest kiepskim towarzyszem podróży – i jeszcze gorszym jej celem. Dlaczego nie jadę do Monachium? Albo do Mediolanu`? Ale co bym robił w Monachium? Albo w Mediolanie? Albo gdziekolwiek indziej? Jestem zmęczony, pomyślał. Zmęczony siedzeniem w jednym miejscu i zmęczony pożegnaniami. A może jestem tylko zmęczony koniecznością podejmowania decyzji? Ale na co właściwie miałbym się decydować? Dopił wino i wrócił do gospody.
Dziewczyna za kontuarem myła kieliszki. Wypchany łeb kozicy spoglądał nieruchomo szklanymi oczami ponad jej głową i Clerfaytem na reklamę jakiegoś zuryskiego browaru na przeciwległej ścianie. Clerfayt wyciągnął z kieszeni płaską butelkę w skórzanym futerale.
– Czy może mi ją pani napełnić koniakiem? – Courvoisier, remy-martin, marten?
– Marten.
Dziewczyna zaczęła kieliszkiem odmierzać koniak. Do izby wkroczył kot i łasił się do nóg Clerfayta. Ten kazał sobie jeszcze podać dwie paczki papierosów i uregulował rachunek.
– Czy to kilometry? – spytał na zewnątrz chłopiec w czerwonym swetrze wskazując prędkościomierz.
– Nie, mile.
Chłopiec zagwizdał z uznaniem.
– Więc co pan robi tu, w Alpach? Dlaczego, mając taki wózek, nie jest pan na autostradzie?
Clerfayt spojrzał na niego. Połyskujące szkła okularów, zadarty nos, pryszcze, odstające uszy – istota, która zamieniła akurat melancholię dzieciństwa na wszelkie błędy półdorosłości.
– Nie zawsze robi się to, co jest słuszne, mój synu – powiedział. – Nawet kiedy się o tym wie. Na tym może czasami polegać urok życia. Kapujesz?
– Nie – odparł chłopiec i pociągnął nosem. – Ale telefony pomocy
drogowej znajdzie pan na całej długości przełęczy. Jeśli pan utknie, wystarczy zadzwonić. Ściągniemy pana. Tutaj jest nasz numer.
– Nie macie już bernardynów z buteleczkami gorzałki na szyi?
– Nie. Koniak jest za drogi, a psy zrobiły się zbyt cwane. Same wypijały alkohol. Do tego celu mamy teraz woły. Zdrowe woły do holowania pojazdów.
Chłopiec błyskając szkłami okularów wytrzymał spojrzenie Clerfayta, który rzekł w końcu:
– Ciebie tylko mi dzisiaj brakowało. Alpejski mądrala na wysokości tysiąca dwustu metrów! Może w dodatku nazywasz się Pestalozzi albo Lavater?
– Nie. Göring.
– Co?
– Göring. – Chłopiec pokazał uzębienie, w którym brakowało jednego siekacza. – Ale na imię mam Hubert.
– Jesteś spokrewniony z tym...
– Nie – przerwał mu Hubert. – My wywodzimy się z Göringów bazylejskich. Gdybym należał do tamtych, nie musiałbym tutaj tankować benzyny. Dostawalibyśmy grubą rentę.
Clerfayt milczał przez chwilę.
– Dziwny dzień – rzekł w końcu. – Kto by się tego spodziewał? Wszystkiego najlepszego, mój synu, w twoim dalszym życiu. Byłeś dla mnie niespodzianką.
– Pan dla mnie nie. Jest pan kierowcą wyścigowym, prawda? – Dlaczego tak sądzisz?
Hubert Göring wskazał niemal zupełnie zmyty numer pod warstwą błota na pokrywie chłodnicy.
– Na dodatek jesteś detektywem! – Clerfayt wsiadł do samochodu. – Może jednak czym prędzej powinno się ciebie wsadzić za kratki, żeby uchronić ludzkość przed nowym nieszczęściem. Kiedy zostaniesz premierem, będzie już za późno.
Włączył silnik.
– Zapomniał pan zapłacić – oświadczył Hubert. – Czterdzieści dwa franusie.
Clerfayt podał mu pieniądze.
– Powiadasz, Hubert, że franusie! – powtórzył. – To mnie na powrót uspokaja. W kraju, gdzie pieniądze mają pieszczotliwe imię, nigdy nie będzie dyktatury.
W godzinę później samochód utknął na dobre. Kilka nawisów śnieżnych na zboczu oberwało się i zasypało jezdnię. Clerfayt mógł nawrócić i zjechać z powrotem w dolinę, ale nie miał ochoty na tak prędkie ponowne spotkanie z rybimi oczyma Huberta Göringa. Poza tym nie lubił zawracać. Tak więc cierpliwie siedział dalej w swoim aucie, golił papierosy, pił koniak, nasłuchiwał krakania wron i czekał na Boga.
Bóg zjawił się po pewnym czasie w postaci małego pługu śnieżnego. Clerfayt podzielił się z kierowcą resztką koniaku. Następnie ten ruszył przodem i zaczął wzbijać swą maszyną w górę tumany śniegu i odrzucać je na bok. Wyglądało to tak, jakby przy przepiłowywaniu ogromnego powalonego drzewa powstawało promieniste koło wiórów, które w świecącym ukośnie słońcu mieniły się wszystkimi barwami tęczy.
Dwieście metrów dalej szosa znów była czysta. Pług śnieżny zjechał na buk i samochód Clerfayta prześlizgnął się obok niego. Kierowca pługu pomachał mu na pożegnanie. Podobnie jak Hubert nosił czerwony sweter i okulary. Dlatego Clerfayt, rozmawiając z nim wcześniej, trzymał się bezpiecznych tematów, jak śnieg i alkohol; dwóch Göringów w ciągu jednego dnia byłoby jednak trochę za wiele.
Hubert plótł bzdury; przełęcz nie była zamknięta. Samochód wspinał się teraz w szybkim tempie pod górę, i nagle Clerfayt ujrzał daleko przed sobą dolinę, siną i łagodną o wczesnym zmierzchu, a w niej wioskę z rozsypanymi niczym klocki domami o białych dachach, krzywą wieżą kościelną, lodowiskami, kilkoma hotelami i pierwszymi światłami w oknach. Następnie zjechał powoli zakrętami w dół. Gdzieś w dolinie, w jednym z sanatoriów, powinien mieszkać Hollmann, jego zmiennik, który przed rokiem zachorował. Lekarz stwierdził gruźlicę, lecz Hollmann śmiał się z tej diagnozy – czegoś takiego w epoce antybiotyków i penicyliny po prostu już nie było, a jeśli jeszcze było, to człowiek dostawał garść tabletek, parę zastrzyków i znów był zdrowy. Ale owe cudowne środki okazywały się niezupełnie takie wspaniałe i niezawodne, jak je wychwalano, zwłaszcza w przypadku ludzi, którzy dorastali w latach wojny i byli niedożywieni. Podczas Wyścigu Tysiąca Mil we Włoszech Hollmann tuż przed Rzymem dostał krwotoku i Clerfayt musiał go wysadzić w punkcie kontroli czasu. Lekarz obstawał przy tym, żeby wysłać go na parę miesięcy w góry. Hollmann się wściekał, ale w końcu ustąpił; tyle że z kilku miesięcy zrobił się tymczasem rok.
Nagle silnik zaczął się dławić. Świece, pomyślał Clerfayt, znowu świece! Tak się właśnie działo, kiedy podczas jazdy człowiek nie myślał o jeździe! Ostatni odcinek pochyłości przejechał z wyłączonym silnikiem, dopóki wóz nie zatrzymał się na równej drodze, i dopiero wtedy otworzył pokrywę silnika.
Chodziło, jak zawsze, o zaolejone świece drugiego i czwartego cylindra. Wykręcił je, przeczyścił, po czym wsadził na dawne miejsce i włączył rozrusznik. Teraz silnik funkcjonował, i Clerfayt nacisnął parę razy ręką pedał gazu, żeby usunąć z cylindrów zbędny olej. Kiedy się wyprostował, ujrzał, że niespodziewany ryk silnika spłoszył konie przy saniach nadjeżdżających z drugiej strony. Konie stanęły dęba i szarpiąc saniami rwały w poprzek drogi w stronę auta. Wybiegł im naprzeciw, chwycił lewego konia za uzdę i przez chwilę pozwolił się wlec.
Po kilku skokach zwierzęta zatrzymały się. Dygotały na całym ciele, a łby otaczała chmura parującego oddechu. Ich wystraszony, błędny wzrok sprawiał wrażenie, jakby oczy należały do jakichś prehistorycznych stworzeń. Clerfayt ostrożnie puścił rzemienie. Konie stały dalej, parskając i pobrzękując dzwonkami. Spostrzegł, że nie są to zwykłe szkapy używane do ciągnięcia sań.
W saniach podniósł się wysoki mężczyzna w czarnej futrzanej czapce bez daszka i zaczął uspokajać zwierzęta. Obok niego siedziała młoda kobieta, która trzymała się kurczowo oparcia siedzenia. Miała opaloną twarz i bardzo jasne oczy.
– Bardzo mi przykro, że państwa przestraszyłem – powiedział Clerfayt. – Nie pomyślałem o tym, że konie tutaj nie są przyzwyczajone do aut.
Mężczyzna jeszcze przez chwilę zajmował się końmi, po czym puścił cugle i obrócił się do niego bokiem.
– Nie są przyzwyczajone do aut, które robią taki hałas – oświadczył opryskliwie. – W każdym razie sanie potrafiłbym sam zatrzymać. Mimo to dziękuję, że chciał nas pan ratować.
Clerfayt podniósł wzrok. Ujrzał butną twarz, w której tlił się jeszcze ślad drwiny, jakby tamten uprzejmie naigrawał się z niego, że niepotrzebnie chciał bawić się w bohatera. Już dawno nikt mu tak nie podpadł od pierwszego wejrzenia.
– Nie zamierzałem ratować pana – odparł sucho – tylko własny samochód przed płozami pańskich sań.
– Mam nadzieję, że przy tej okazji nie ubrudził się pan bez potrzeby.
Mężczyzna zajął się na powrót końmi. Clerfayt przyjrzał się kobiecie. Pewnie dlatego, pomyślał. Sam chce pozostać bohaterem.
– Nie, nie ubrudziłem się – odrzekł powoli. – Do tego trzeba jednak czegoś więcej.
Sanatorium Bella Vista położone było na wzniesieniu powyżej wioski. Clerfayt zaparkował samochód na płaskim placu obok wejścia, gdzie stało już kilka sań. Wyłączył silnik i przykrył kocem maskę, żeby za bardzo nie ostygł.
...
Sabaidee