Wybór_+_Wilcza_Moc.pdf
(
1123 KB
)
Pobierz
Zuzanna Kwiatkowska
Zuzanna Kwiatkowska
Wybr
*
Wilcza Moc
1
2
PROLOG
Patrzyłam w jego błękitne oczy i modliłam się, by ich nie zamknął. Czoło miał wilgotne od
potu, przez co poprzyklejały się do niego pojedyncze pasma włosów. Jego skóra stała się
bledsza niż zwykle. Nie przypuszczałam, że jest to możliwe.
- Zostań ze mną – szepnęłam. – Daj mi chwilę do namysłu.
Grałam na zwłokę. Przecież wiedziałam, że jeśli ktoś się nim zaraz nie zajmie – umrze. Jego
oczy zaszły mgłą, a powieki zaczęły opadać.
- Nie rób mi tego – powiedziałam głośniej niż poprzednio, klepiąc go po zimnym policzku. –
Błagam...
Czułam jak krew z uciskanej przeze mnie rany wypływa coraz szybciej.
- Nie zasypiaj... Otwórz oczy... Nie zostawiaj mnie! – krzyknęłam przez łzy, po czym
zwróciłam się do osoby przyglądającej się wszystkiemu z boku – Proszę, zrób to!
ROZDZIAý 1
Pierwsze promienie słońca wdarły się do pokoju poprzez szparę w zasłonie. Po dwóch
godzinach oczekiwań na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Przeciągnęłam się na dużym,
miękkim łóżku i wstałam. Pod bosymi stopami poczułam włochaty dywan. Odsłoniłam okno
by wyjrzeć na zewnątrz. Niebo, które jeszcze jakiś czas temu było czarne, zmieniało właśnie
barwę na ciemnoniebieską, a z niej na błękitną. Wiedziałam jednak, że za niecałe dwie
godziny pojawią się chmury, które zasłonią słońce i najprawdopodobniej zacznie padać
deszcz. Dlatego też uznałam, że warto wykorzystać tymczasową ładną pogodę i pobiegać, tak
jak robiłam to przy każdej nadarzającej się okazji.
Udałam się do łazienki, by wykonać wszystkie poranne czynności, po czym przebrałam się w
stary, podniszczony dres i wyszłam na dwór. Od razu poczułam podmuch chłodnego
powietrza, ale nie zniechęciło mnie to. Rozejrzałam się wkoło na las otaczający mój dom,
zastanawiając się w którą stronę pobiec. Jedną z zalet mojego miejsca zamieszkania była
właśnie okolica. Uwielbiałam zieleń drzew, świeży zapach jaki roztaczały oraz ciszę
przerywaną jedynie śpiewem ptaków, stukotem deszczu odbijającego się o szyby i dach oraz
szum lasu. Budynek sam w sobie nie był nie wiadomo jak piękny. Czerwone dachówki
zaczęły już odpadać, okna trudno się domykały, a z drzwi w kilku miejscach odeszła farba.
Jedną ze ścian całkowicie obrósł pnący bluszcz, a deski na werandzie zaczęły mocno
trzeszczeć. Jednakże kochałam to miejsce, bo wiązało się z nim wiele wspomnień, a na
dodatek mieszkałam tutaj z rodzicami, a wcześniej należało ono do dziadków. Teraz zostałam
w domu sama, lecz sentyment pozostał.
Otrząsnęłam się z zamyślenia i ruszyłam przed siebie wydeptaną ścieżką. Najpierw spokojnie
szłam, powoli przyspieszając, zmieniając chód w trucht, a następnie w bieg. Po chwili
zrezygnowałam z wyznaczonej trasy i skręciłam w las. Uwielbiałam tak spędzony czas, dzięki
któremu mogłam oderwać się od codzienności i przyziemnych spraw. Kochałam czuć powiew
wiatru, kamienie i szyszki pod stopami oraz lekkie smaganie gałęzi i liści. Biegłam coraz
szybciej, co jakiś czas zmieniając kierunek. Nie bałam się tego, że mogę się zgubić, gdyż
znałam ten las jak własną kieszeń. Gdy byłam mała ciągle bawiłam się tutaj z tatą –
zbieraliśmy grzyby, obserwowaliśmy zwierzęta i spacerowaliśmy. Dzięki niemu ujawnił się u
mnie doskonały zmysł orientacji. Po chwili jednak doszłam do wniosku, że czas zawrócić, bo
3
po powrocie czekało na mnie jeszcze parę rzeczy do zrobienia, a następnie musiałam pójść do
szkoły. Po kolei mijałam znajome drzewa i krzewy, aż dotarłam do celu.
Spojrzałam w niebo, które jak przewidywałam zdążyło się już zachmurzyć. Wtedy na twarzy
poczułam pierwsze krople orzeźwiającego deszczu. Szybkim krokiem weszłam do domu,
wdrapałam się po schodach na piętro i wskoczyłam pod prysznic. Musiałam się odświeżyć po
bieganiu. Nie czułam się zmęczona, wręcz przeciwnie – rozpierała mnie energia.
Zakręciłam kurki, owinęłam się jasnym, miękkim w dotyku ręcznikiem i stanęłam przed
lustrem by rozczesać poplątane włosy. W odbiciu zobaczyłam szczupłą dziewczynę średniego
wzrostu o białej jak śnieg skórze. Jej zielone oczy patrzyły na mnie łagodnie, a kąciki
jasnoczerwonych ust unosiły się lekko do góry. Brązowe, proste, gęste włosy opadały
swobodnie na ramiona okalając delikatną szyję. Nie było w niej nic ciekawego, wyglądała jak
tysiące innych dziewczyn na świecie. Określało ją jedno proste słowo – przeciętna.
Podsuszyłam włosy i poszłam do pokoju. Otworzyłam komodę z ubraniami i rozpoczęłam
codzienny dylemat dotyczący tego, co założyć. Jednak tym razem postanowiłam szybko o
tym zadecydować, więc chwyciłam bieliznę, czarne jeansy i koszulkę tego samego koloru z
krótkim rękawem. Sięgnęłam po ukochany, stary, ciemnozielony plecak i wrzuciłam do niego
potrzebne książki, zeszyty oraz przybory.
Zeszłam do kuchni, gdzie wypiłam kubek zielonej herbaty i pochłonęłam dwie kanapki z
pomidorem, ogórkiem i solą. Pozmywałam naczynia i zerknęłam na zegarek. Była już
siódma. Zarzuciłam na siebie przeciwdeszczową kurtkę z kapturem i założyłam ocieplane,
wiązane buty, Wyszłam na dwór, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Rozpadało się na dobre. Chwyciłam kierownicę roweru stojącego na werandzie,
sprowadziłam go po schodkach, po czym usadowiłam się na niewygodnym siodełku i
ruszyłam do szkoły. Tym razem trzymałam się asfaltowej drogi, która prowadziła do jednej z
bardziej ruchliwych ulic Cliffton. Wielka Brytania znana była z częstych opadów, lecz to
miasteczko biło wszelkie możliwe rekordy w ich ilości. Większość mieszkańców narzekała na
nieciekawą pogodę, ale nie ja, gdyż przez osiemnaście lat zdążyłam się do niej przyzwyczaić.
Mało kiedy było mi zimno czy nieprzyjemnie z powodu zacinającego deszczu czy
uciążliwego wiatru.
Właśnie wjechałam na ulicę uczęszczaną przez samochody. Na szczęście burmistrz
zainwestował w drogę rowerową, dzięki czemu można czuć się spokojnie i bezpiecznie
podczas jazdy.
Po kilkunastu minutach dojechałam do centrum Cliffton, w którym znajdowało się jedynie
kilka podstawowych sklepów oraz instytucji, takich jak choćby szpital, komisariat, remiza
straży pożarnej, bank i szkoła. Nie było tutaj żadnych atrakcji jak kino czy teatr. Młodzież
podczas weekendu często wybierała się do oddalonego o około 50 kilometrów Londynu. Tam
można było znaleźć dosłownie wszystko.
Skręciłam na szkolny parking, który powoli zapełniał się autami uczniów i pracowników.
Zatrzymałam rower przy wejściu, zostawiając go w odpowiednim miejscu. Budynek tej
placówki został odremontowany rok temu, dzięki czemu jej ponure, odpychające, szare ściany
zmieniły kolor na pogodną zieleń połączoną z białymi akcentami. Okna wymieniono na nowe
– plastikowe oraz dobudowano salę gimnastyczną i stołówkę.
Przekraczając próg szkoły zawsze odczuwałam lekki dyskomfort dotyczący otaczających
mnie tam ludzi. Większość z nich zachowywała się jak cofnięta w rozwoju albo uważała się
za niewiadomo kogo. Nie umiałam znaleźć z nimi wspólnego języka, więc w miarę
możliwości starałam się ich unikać. Oczywiście udało mi się poznać kilka osób, z którymi
można było normalnie egzystować. Do tego grona zaliczała się choćby Miranda, która
czekała przy mojej szafce.
- Cześć Sara! – powiedziała, uśmiechając się promiennie. – Jak minął weekend?
4
- Hej! No wiesz... Tak jak zawsze, bez żadnych rewelacji czy nowości – odparłam. – A co u
ciebie?
Właśnie w tym momencie się wyłączyłam, wiedząc iż Miranda rozgada się tak, że skończy
najwcześniej za jakieś dziesięć minut. Zdjęłam obciekającą wodą kurtkę i powiesiłam ją na
wieszaku w szafce. Przeczesałam palcami końcówki włosów, gdyż skleiły się od wilgoci.
Słowa koleżanki wpadały mi jednym uchem, a wypadały drugim. Pomimo tego zrozumiałam,
że ostatnie dni spędziła z rodzicami nad jeziorem i poznała jakiegoś przystojnego chłopaka.
Była tym bardzo podekscytowana, więc postanowiłam okazać jej trochę uwagi utrzymując z
nią kontakt wzrokowy i przytakując co jakiś czas.
Mirandę uznawano za bardzo ładną osobę. Jej skóra miała morelowy odcień, kręcone włosy
koloru ciemnego blondu niezwykle lśniły, a duże, niebieskie oczy iskrzyły się radośnie. Była
trochę wyższa ode mnie, co zawdzięczała butom na korku, które miała w zwyczaju nosić.
Chłopcy ustawiali się do niej w kolejce, podczas gdy na mnie mało kto zwracał uwagę.
- No to chyba tyle – zakończyła dziewczyna.
- Cieszę się, że miło spędziłaś weekend – odrzekłam, ruszając z nią w stronę sali od geografii,
gdzie miały się odbyć pierwsze w tym dniu zajęcia.
- Wiesz, że kilka dni temu do Cliffton przeprowadziła się nowa rodzina? – spytała Miranda. –
Mama mi mówiła, że to małżeństwo z dorastającym synem. Podobno w najbliższym czasie
zacznie uczęszczać do naszej szkoły. Ciekawe, do której klasy. Wątpię, by do tej co my.
Raczej nie pokusi się na matematyczno-geograficzno-biologiczny profil – w tym momencie
zaśmiała się pod nosem. – Chyba, że okaże się jakimś desperatem lub wariatem. Tak
właściwie to równie dobrze może być młodszy lub starszy od nas.
- Skąd się przeprowadzili? – zapytałam dla podtrzymania rozmowy. – Z Londynu?
- Nie! Podobno wcześniej mieszkali w Nowym Orleanie. Ciekawe czemu wybrali taką dziurę
jak Cliffton. Nawet nie wiesz, ile bym dała, by się stąd wynieść i zamieszkać w jakimś
ciepłym i słonecznym miejscu.
Moja koleżanka na każdym kroku podkreślała jak jej tutaj źle. Denerwowała ją pogoda,
okolica oraz brak rozrywki. Marzyła o tym, by się wyprowadzić i miała zamiar po ukończeniu
szkoły urzeczywistnić to pragnienie. Mnie nigdy nie ciągnęło do zmiany miejsca
zamieszkania. Kochałam Cliffton i nie chciałam go opuszczać.
- Widocznie mieli jakiś znaczący powód, że się tutaj przenieśli. Wiedzą co robią –
powiedziałam, wchodząc do klasy i zajmując miejsce na jej tyłach.
Miranda usiadła obok mnie i zaczęła zawzięcie poprawiać makijaż.
- Co robisz? – zaśmiałam się. – Przecież niedawno się malowałaś.
- Ale zaraz przyjdzie Hugh i muszę wyglądać wystrzałowo.
Rzeczywiście po paru minutach do sali wkroczył wspomniany chłopak. Uważany za jednego
z najprzystojniejszych uczniów w szkole, kapitan drużyny siatkarskiej, przewodniczący
samorządu i obiekt westchnień większości dziewczyn. Próbowałam się do tego nie
przyznawać ani tego nie okazywać, lecz mi samej również się podobał.
Hugh Mason był wysokim, dobrze zbudowanym blondynem o błękitnych oczach i lekkim,
jasnym zaroście. Zawsze miał na sobie markowe ciuchy, a rodzice na osiemnaste urodziny
zasponsorowali mu nowiusieńkie, czerwone, lśniące Ferrari.
Chłopak usiadł w ławce przed nami, odwrócił się w naszą stronę i z uśmiechem powiedział:
- Cześć dziewczyny! Co słychać?
- Hej! Wiesz jak to u mnie. Ciągle się coś dzieje. Nie ma chwili wytchnienia. – Moja
koleżanka ciągnęła swoją wypowiedź na jednym wydechu. – Ale przecież znasz mnie
doskonale, więc nie muszę ci chyba nawet o tym mówić.
- Mhmm... A co u ciebie Saro? Jak sobie radzisz?
5
Plik z chomika:
susan89
Inne pliki z tego folderu:
Wybór_+_Wilcza_Moc.pdf
(1123 KB)
Inne foldery tego chomika:
Alfunia
Dla Perkonioroba, Suleny, Trusi i Shanti xD
losamiiya
Prywatne
seska
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin