55 - Pan Samochodzik i relikwia krzyzowca - Sebastian Miernicki.rtf

(626 KB) Pobierz

 

 

 

 

Sebastian Miernicki

 

 

 

PAN SAMOCHODZIK

i…

RELIKWIA KRZYŻOWCA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

OFICYNA WYDAWNICZA WARMIA

WSTĘP

 

 

Po zachodzie słońca piasek pustyni oddawał ciepło. Na pustkowiu, pod osłoną lichych skał stał maleńki namiot. Palił się przed nim ogień. Wokół, w cieniu leżeli arabscy najemnicy. Samotny rycerz siedział zamyślony, zapatrzony w płomienie. Pogardliwy uśmiech pojawił się na jego twarzy, gdy ujrzał, że najemnicy na dźwięk kopyt końskich podnieśli głowy, ale zaraz je strwożeni opuścili.

- Witaj! - rzekł przybysz, jeździec ubrany na czarno.

Zsiadł z konia przy samym ognisku. Szepnął coś do konia, a zwierzę cofnęło się o kilka kroków i czujnie rozglądało się na boki.

- Witaj! - odparł rycerz.

- Przysłał mnie Starzec z Gór.

- Mnie król Amalryk.

- Mamy to, na czym wam najbardziej zależy.

- Co chcecie w zamian?

- Nasz wódz proponuje sojusz przeciw Saracenom i przyjęcie przez nas chrztu.

- Nie wierzę.

Oczy czarnego jeźdźca pozostały nieprzeniknione.

- Chcesz to zobaczyć? - zapytał przybysz.

- Tak.

- Jedź za mną. Eskortę zostaw tu. Moi ludzie przypilnują, by nie stała im się krzywda.

Rycerz kopnął w jeden z najbliższych tłumoków.

- Przyprowadź konia - rozkazał. - I nie zapomnij o wodzie!

Najemnik skulony ze strachu rzucił się wykonać polecenie. Człowiek z gór patrzył po obozowisku i rycerz przysiągłby, że oczy tamtego mrużą się od uśmiechu.

Po chwili rycerz dosiadł konia. Jechał za czarnym jeźdźcem. Kilkadziesiąt sążni od obozowiska ujrzał zaczajoną w ciemnościach grupkę ubranych na czarno postaci. Był pewien, że ci izmailici, zwani też haszyszystami lub assasynami, w kilka chwil rozszarpaliby jego krwiożerczych najemników.

Przed świtem dotarli do podnóża gór, gdzie rycerzowi założono opaskę na oczy. Jechał głębokimi kanionami, aż dotarł do dziwnej fortecy w górach. Jego opiekun dał mu jeść i pić, owoce i zapas wody.

- Zaraz spotkasz naszego mistrza - oznajmił assasyn.

Rycerz poprawił swój płaszcz, pas i miecz, usiadł na ławie i czekał. Przez okno widział górzysty krajobraz Libanu, zielone gaje i daleką pustynię, a za nią siwobiałą smugę nieba nad morzem.

Nagle drzwi otworzyły się i do pomieszczenia gościa sekty wszedł Starzec z Gór, okryty czarną szatą z dużym kapturem. Z rękawów wystawały kościste dłonie, a na piersi srebrzyła się broda.

- Witaj! - rzekł starzec.

- Witam cię, panie! - rycerz pokłonił się.

- Podobno nam nie wierzysz?

- Taką mam misję, panie, by wszystko sprawdzić i rzetelnie zdać relację memu panu.

- Wiesz, że moglibyśmy twojego pana wysłać daleko stąd, a nawet jego samego tu przywieźć, by mu wszystko przed śmiercią na własne oczy pokazać?

- Czy nie nazbyt wiele buty przemawia przez ciebie, panie. Twoi ludzie natchnieni jakąś dziwną siłą są zaiste groźnymi wojownikami, ale to ludzie cienia, nocy, nie jestem pewien, czy daliby radę w walce w polu. Ty zaś proponujesz nam sojusz przeciw Saracenom. Dziesiątków tysięcy ludzi w zbrojach nie zabiją zatrute sztylety.

- Naszą siłą jest strach.

- Dlatego Frankowie i muzułmanie lękają się was, ale nie my, templariusze.

Starzec zdjął kaptur przed zakonnikiem. Ukazał straszną, pokiereszowaną walkami i chorobami twarz, zamglone, bladobłękitne oczy.

- Król wysłał tu templariusza? - zdziwił się.

- Tak, tylko nam mógł zaufać.

- Jesteście trochę podobni do nas. Zabiję wam mistrza, a wy wybierzecie innego. Wy i my jesteśmy jak mrówki. Muzułmanie i Frankowie są jak stado owiec, bezbronne bez dobrego pasterza.

- Pokaż dowód, panie - poprosił templariusz.

Starzec odsłonił płaszcz i pokazał zawieszoną na szyi sakwę. Wyjął z niej kawałek starego drewna, z wbitym gwoździem, śladem krwi.

- Nie jestem pewien, czy jesteś godzien trzymać to w dłoniach - rzekł templariusz. Czuł, że to jest to, czego szukali - największa relikwia. - Skąd to macie? - zapytał.

- Znalezione w pieczarze, w starej pustelni, razem z rozpadającymi się zwojami. Był tam też starzec, który twierdził, że przeżył dwieście lat. Gdy zabraliśmy mu to, zmarł.

Templariusz pokiwał głową.

- Wyślij, panie, swych emisariuszy do króla - powiedział. - Przekażę mu, że macie tę rzecz najcenniejszą.

Starzec uśmiechnął się, założył kaptur, zawiązał płaszcz i wyszedł. Do wieczora templariusz i assasyn czekali na wyjazd. Znowu była opaska, jazda w ciemnościach i powrót do biwaku pod skałą.

Templariusz obudził najemników i jeszcze tego dnia stawili się w komandorii. Potem zakonnik wyjechał na dwór króla, by czekać na przyjazd posłów.

Król Amalryk natychmiast przystał na propozycje posłów Starca z Gór, przekazał listy i dary dla ich szejka, prosząc o jak najszybsze odesłanie rzeczy najświętszej.

Templariusz w umówionym miejscu spotkał się ze specjalnie na tę okazję najętymi Genueńczykami. Wyruszyli w pościg za assasynami. Tym razem templariusz pod tunikę założył gęstą kolczugę. Genueńczycy mieli łuki i strzały zatrute specyfikami zakupionymi na targu.

Czekali do świtu przy obozowisku assasynów i gdy ci szykowali się do postoju, zaatakowali ich. Najpierw pięćdziesięciu Włochów ostrzelało obóz pięcioma salwami. Potem rzucili się z mieczami i toporami na sekciarzy. Kilkunastu ludzi z gór broniło się dzielnie. Przeżył tylko tuzin najemników. Strzały nie czyniły szkody skrytobójcom. Templariusz osobiście odciął głowę temu, który zaprowadził go do Starca z Gór. Potem napastnicy zabrali skarby, listy i umknęli.

Rozwścieczony król oblegał twierdzę templariuszy żądając wydania zakonnika-bandyty, który doprowadził do zerwania układów. Nagła śmierć króla przerwała burzę gradową zbierającą się nad zakonem.

Wielki mistrz serdecznie przywitał swego zakonnika.

- Masz to? - zapytał.

- Starzec z Gór dał mi to osobiście, nim się rozstaliśmy - oznajmił templariusz.

- Wyśmienicie, teraz ty będziesz stróżem naszej relikwii, Strażnikiem Krwi Chrystusa.


ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

WEZWANIE DO KOMENDY GŁÓWNEJ POLICJI • TAJEMNICZY WŁAMYWACZ • KIM JEST ĆMA? • WYJAZD DO STOP-SAMULEWA • KLUCZ DO KOŚCIOŁA • POKÓJ W HOTELU RANCHO • CZY KAŻDY DZIWAK TO CYRKOWIEC? • ZAGADKI OŁTARZA ŚWIĘTEGO JODOKA • ZAMASKOWANY

KRZYŻOWIEC

 

 

Tegoroczna wiosna rozpoczęła się ciepłymi dniami, a mieszkańcy Warszawy chłonęli te pierwsze promienie ciepła wymykające się spod stalowych chmur. Z chodników zniknęły resztki lodu, brudnobiałe bryły zamarzniętego piasku - wspomnienia po akcji zima. Szedłem do naszego ministerstwa wprost z antykwariatu, w którym szukałem książek ze wspomnieniami uciekinierów z terenów byłych Prus Wschodnich, słowem przygotowywałem się do kolejnej akcji w terenie, gdy spod kurtki dobiegło mnie dyskretne pikanie dzwonka mojego telefonu komórkowego.

- Paweł? - usłyszałem głos zwierzchnika.

- Tak.

- Masz być za pół godziny w Komendzie Głównej Policji - w głosie szefa wyczułem napięcie.

- Tak jest - odpowiedziałem.

Czekając na tramwaj, wspominałem te pierwsze dni pracy, gdy trafiłem do samodzielnego referatu Tomasza N.N., zwanego Panem Samochodzikiem, za sprawą dziwnego wehikułu, którego był właścicielem. Jako absolwent historii sztuki, były żołnierz wojsk powietrzno-desantowych bytem uznany przez pana Tomasza za idealnego kandydata na jego następcę w walce ze złodziejami i przemytnikami dzieł sztuki. Oczywiście, okazało się, że do rozwiązywania zagadek historycznych nie wystarczy siła mięśni, chwyty ze wschodnich sztuk walki, gadżety zainstalowane w naszym samochodzie. Wiele się zmieniło przez ten czas, gdy pracowałem jako podwładny pana Tomasza w Ministerstwie Kultury i Sztuki. Wehikuł stracony w wypadku został zastąpiony przez Rosynanta, a tego, zużytego wieloma przygodami, nowy mechaniczny potwór. Nie tak szybko przyjdzie mi zastąpić pana Tomasza, bo raz, że szef na szczęście doskonale się trzymał, dwa - wiele musiałem się od niego nauczyć. Również tego, jak zaskakiwać podwładnych.

W Komendzie Głównej pomocnik dyżurnego w biurze przepustek zaprowadził mnie do podziemi, długim, pogrążonym w mroku korytarzem do sali przedzielonej weneckim lustrem. Czekał tam na mnie pan Tomasz. Mój przełożony, mimo wieku wyglądał bardzo dobrze. Ostatni pobyt w sanatorium dobrze mu zrobił. Obok niego stał gruby policjant, z wąsami i szpakowatymi, zaczesanymi do tyłu włosami.

- Misikiewicz - przedstawił się podając mi rękę na powitanie.

Jego wzrok był skupiony na obrazie za lustrem. I ja tam zerknąłem. Na podłodze pokrytej linoleum stało pięć słoików.

- Próbki zapachów zebranych na miejscu przestępstw - wyjaśnił Misikiewicz. - Możecie zaczynać - powiedział do mikrofonu.

Do pomieszczenia za szybą wprowadzono psa, wilczura. Jego przewodnik wydał mu dyspozycje i zwierzę zaczęło węszyć. Zatrzymywało się przy próbkach numer dwa i cztery. Wreszcie niezdecydowany pies usiadł pośrodku, wywiesił jęzor i czekał na dyspozycje. Wprowadzono drugiego psa. Jego poszukiwania dały ten sam efekt.

- No właśnie - mruknął Misikiewicz. - Chodźmy na górę.

Labiryntem korytarzy i schodów dotarliśmy wreszcie do małego pokoju w najgłębiej oddalonym od ruchu ulicznego skrzydle. Pokój Misikiewicza był zastawiony półkami z segregatorami.

- To sprawy do rozwiązania, gdyby zabrakło nam pracy - zażartował pan Tomasz.

- No! - Misikiewicz z groźną miną pogroził nam palcem.

- Na razie uczciwie dzielimy się pracą - dodał szef uśmiechając się.

Obaj, szef i policjant roześmieli się. Ich znajomość musiała trwać od dawna, bo tylko między przyjaciółmi można pozwolić sobie na tego typu żarty.

Misikiewicz wskazał nam wolne krzesła.

- Od dwóch lat jesteśmy w kropce - opowiadał policjant parząc nam herbatę. - Dwa lata temu zarejestrowaliśmy serię włamań i kradzieży z kapliczek na Pomorzu Zachodnim. Ginęły cenne figury z XVII i XVIII wieku. Z naszego rozeznania wynika, że nie są to hity na aukcjach, ale kolekcjonerzy, poszukiwacze rarytasów płacą za nie przyzwoite pieniądze, nawet kilkanaście tysięcy dolarów. Mieliśmy pewne podejrzenia, nawet nasz główny podejrzany był w pobliżu tych kapliczek, ale świadkowie zdecydowanie twierdzili, że włamywacz wyglądał inaczej.

- Jak? - szybko zapytałem.

- Spokojnie - Misikiewicz podniósł dłoń. - Sprawa z powodu niewykrycia sprawcy na razie stała się półkownikiem. Zdjęliśmy ją z półki rok temu. Włamania powtórzyły się na terenie Podbeskidzia. Pies podjął trop, zaprowadził nas w pewne miejsce i zgubił ślad. Tam pobraliśmy próbki zapachów, ale nic poza reakcją psa tropiącego nie wskazywało na podejrzanego.

- Co to było za miejsce? - nie wytrzymałem.

- Cyrk - odpowiedział Misikiewicz. - Nazywa się Titanic.

- Cyrkowiec i włamywacz? - głośno zastanawiał się szef. - Jaka to wspaniała przykrywka! Włamywaczem może być dosłownie każdy pracownik, cyrk przenosi się z miejsca na miejsce...

- Włamanie w miejscu postoju cyrku od razu rzuca podejrzenia na przyjezdnych - zwrócił uwagę Misikiewicz. - Jest jednak jeszcze jeden problem - włamań dokonywano przed przedstawieniem. Pies tropiący stracił ślad w namiocie cyrkowym, w tłumie ludzi, na zapleczu kompletnie zgubił się wśród zapachów zwierząt.

- Skąd pochodzą próbki zapachów? - zapytałem.

- Z garderoby artystów i wozu z paszą.

- Czyli w grę może wchodzić któryś z cyrkowców występujących ze zwierzętami? - domyślał się pan Tomasz.

- Nie wyciągałbym pochopnych wniosków, nie chciałbym niczego sugerować tym bardziej, że mam do panów prośbę.

Przy ostatnich słowach policjant ściszył głos - odruchowo nachyliliśmy się do biurka.

- Wiemy, że włamywacz znowu uderzy - powiedział Misikiewicz.

- Prawo serii? - dopytywałem się.

- Popyt, konkretne zamówienie - odpowiedział szef. - Tym razem to ja uzyskałem cenne informacje z pewnego domu antykwarycznego w Berlinie. Miesiąc temu pojawił się tam człowiek pytający o figury z kapliczek. Według mojego informatora, był to kolekcjoner. Interesowały go konkretne zabytki.

- Co?! - nie wytrzymałem z ciekawości.

- Tym razem zaginione figury z ołtarza jednego z kościołów na Warmii. Kolekcjoner chciał zlecić poszukiwania ludziom z antykwariatu, dawał nawet konkretne wskazówki, ale zdecydowanie mu odmówiono. Tamten wychodząc mruknął: Pozostał mi tylko Ćma.

- Ćma to pseudonim człowieka, który w Europie Zachodniej sprzedawał kradzione dzieła sztuki - Misikiewicz uzupełnił słowa szefa.

- I tego Ćmy nie mamy w swoich kartotekach? - zdziwiłem się.

- Nic nie mam do waszych, ale nawet w moich nie ma takiego człowieka - powiedział policjant. - Otóż dwa dni temu cyrk Titanic zatrzymał się we wsi, w której stoi kościół, gdzie były figury interesujące kolekcjonera z Berlina.

- Panowie obserwują ten cyrk? - upewniłem się.

- Jasne, ale chłopaki w terenie działają rutynowo, wczoraj wieczorem cyrkowcy zaprosili ich na herbatę... - Misikiewicz bezradnie rozłożył ręce. - Jakby co, macie moje wsparcie ze stolicy, ale na miejscu musicie być szybsi od Ćmy.

- Musimy znaleźć lampę, która przyciągnie tego motylka... - mruknął zamyślony pan Tomasz.

 

***

Był początek kwietnia. Słońce zwabiło zielone pąki i młode źdźbła traw. Pierwsze ptaki zabawiały się wśród jeszcze rzadkich gałęzi krzewów, gdy jechaliśmy z Pawłem do niewielkiej wsi Sątopy-Samulewo. Założono ją w XIV wieku niedaleko Reszla. To w Sątopach znajdował się jeden z pałaców biskupów warmińskich, na pobliskich łąkach hodowano doskonałe konie kupowane przez konnicę Rzeczypospolitej. Pałac przez powojenne lata znalazł się we władaniu Państwowych Gospodarstw Rolnych, które zostawiły w nim lokatorów niezainteresowanych właściwym utrzymaniem tego, co do nich nie należało, więc pałac zniszczał prawie do szczętu.

Jedynym zabytkiem wsi był kościół parafialny zbudowany prawdopodobnie w drugiej połowie XIV wieku. Jego wieżę widzieliśmy z Pawłem z daleka jadąc od strony Lutr. Nagle zatrzymałem nasz nowy wehikuł sto metrów od tablicy z nazwą wsi.

- Co się stało? - zaniepokoił się Paweł.

- Będziemy uznani za cyrkowców - zauważyłem wskazując na nasz pojazd.

Byłem pewien, że jego nieco futurystyczny kształt dzięki wyklepanej karoserii po samochodzie rajdowym, długość 5 metrów, szeroki rozstaw kół, reflektory jak wielkie owadzie oczy, proste wnętrze ze skomplikowaną skrzynią biegów - to wszystko dla przeciętnego użytkownika marek samochodów niemieckich czy koreańskich stawiało nas w jednym rzędzie z ufoludkami lub właśnie cyrkowcami. Pod maską naszej maszyny krył się potężny silnik rajdowego aston martina. Do stu kilometrów przyspieszał w około osiem sekund, ale cóż z tego, że może nie tak szybko jak ulubione auta bandziorów, skoro nasz wehikuł gdy się rozpędził, dopiero łapał drugi oddech - silnik pracował lżej, a pod stopą na pedale gazu czuło się moc smoka. W tej maszynie nie istniały poślizgi, znoszenie boczne na zakręcie. Auto trzymało się drogi jakby jechało po szynach.

Paweł zrozumiał, o czym mówię. Z tylnego siedzenia zabrał mały plecak i wysiadł.

- Pilnować kościoła czy cyrku? - upewniał się.

- Pilnuj lampy, o którą Ćma ma sparzyć skrzydełka - powiedziałem.

Wykorzystując zjazd na polną drogę zawróciłem do O., do muzeum, by tam skonsultować się z miejscowymi kustoszami i z bliska obejrzeć wskazówkę.

 

***

Poprawiłem plecak, obejrzałem się za odjeżdżającym szefem i ruszyłem do wsi. Minąłem kilka gospodarstw ulokowanych wzdłuż drogi. W kilku zagrodach widziałem zadbane trawniki, kwietniki, wystawki starych maszyn rolniczych, zakonserwowanych i pomalowanych. Wkrótce dotarłem do krzyżówki. Wyblakła reklama zachęcała do wizyty w restauracji i hotelu Rancho. Na razie zrezygnowałem z wizyty w tym przybytku. Obok groty ze współczesną figurą Matki Boskiej wspiąłem się po schodach na wzgórze, na którym wznosił się gmach miejscowego kościoła. Wokół budowli znajdował się cmentarz, a teren świątyni był otoczony murem wysokim na półtora metra. Stanąłem przed wejściem. Obok drzwi zobaczyłem krzyż z postacią Jezusa Chrystusa. Przyjrzałem się jego piersi.

- To Rosjanie strzelali - usłyszałem za sobą dziewczęcy głosik.

Obejrzałem się. Przede mną stała para uczniów gimnazjum. Ona była blondynką, z dwoma warkoczami, z wielkimi okularami, niebieskimi oczami, noskiem jak kartofel - lekko zadartym. Była ubrana w niebieską sukienkę z białymi falbankami, a pod pachą trzymała skórzaną teczkę, która zawsze kojarzyła mi się z moim wujem kolejarzem. Chłopak miał jasne długie, proste włosy sięgające mu równą linię za ucho, co upodobniało go do Kopernika. Rysy twarzy miał podobne do towarzyszki, więc domyślałem się, że mam przed sobą rodzeństwo.

- To Niunia - chłopak przedstawił mi dziewczynkę - moja siostra, a ksywa pochodzi od zdrobnienia Elżunia, czyli Elżbieta. Ja mam na imię Rysiek.

Uścisnąłem podaną rękę.

- Pan jest z cyrku? - zapytała Niunia.

- Nie - odpowiedziałem z uśmiechem.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin