Capuzzo Michael - Klub koneserow zbrodni.pdf

(1290 KB) Pobierz
767983957 UNPDF
MICHAEL CAPUZZO
Klub koneserów zbrodni
Prolog
Profiler i ksiądz
Hudson, stan Wisconsin, grudzień 2004 roku
Profiler* nie zamierzał podawać księdzu ręki. Nie mógł tego zrobić, jeżeli
chciał go dopaść. A w takich sytuacjach zawsze szedł na spotkanie, żeby
dopaść rozmówcę. Nic nie sprawiało mu większej satysfakcji — nawet po
przejściu na emeryturę.
Ksiądz wparował do pokoju, powiewając sutanną. Z uśmiechem na
ustach uścisnął dłonie kilku znajomym. Przed nim truchtał asystent, któ-
rego obecność, jak odnotował w myślach profiler, miała sprawić wraże-
nie, że ksiądz jest ważną postacią. Był to postawny mężczyzna, a czarny
ubiór nadawał mu władczy wygląd. Brodatą, młodzieńczą twarz rozja-
śniał serdeczny śródziemnomorski uśmiech. Trupioblady profiler wyglą-
dał przy nim jak cień człowieka. Po każdym papierosie — a palił trzy na
godzinę — zanosił się straszliwym kaszlem. Był również ateistą o dość
szyderczym i cynicznym stosunku do wiary. Ale to akurat nie miało w tej
chwili znaczenia.
Chłodny stosunek do księdza wynikał przede wszystkim z przekona-
nia, że postępowanie zgodne z ogólnie przyjętymi normami moralnymi
jest sprawą honoru, obowiązkiem każdego porządnego człowieka. Istniał
* Specjalista od tworzenia profili psychologicznych przestępców (wszystkie przypi-
sy pochodzą od tłumacza).
7
jeszcze bardziej przyziemny powód tego dystansu: profiler nie zamierzał
pozwolić psychopacie na przejęcie kontroli nad spotkaniem. Uważał, że
życie składa się z nieustannych wyborów: między dobrem i złem, domina-
cją i podporządkowaniem się, prawdą i fałszem — a on rozwiązań pośred-
nich nie uznawał. Nie tolerował ludzi, którzy przekraczali granice zwykłej
przyzwoitości. Przysporzyło mu to wielu wrogów, ale to akurat napawało
go dumą. „Człowiek nie powinien przepraszać za to, że ma rację", mówił.
Sługa boży wyciągnął do chudego mężczyznydużą, pulchną dłoń. Ko-
mendant policji i dwóch oficerów śledczych czekali z zainteresowaniem
na reakcję profilera. Ten zmarszczył z odrazą orli nos, zupełnie jakby ktoś
chciał mu wręczyć psią kupę. Szybko cofnął rękę i odwrócił się. Z zado-
woleniem dostrzegł na twarzy księdza przelotny niepokój, jednak niemal
natychmiast powróciła na nią maska opanowania, którą ten bezduszny
człowiek nosił niczym eleganckie ubranie.
Wszystko sprowadzało się do zdobycia przewagi nad przeciwnikiem.
Profiler pouczył wcześniej komendanta, w jaki sposób powinien go przed-
stawić księdzu. Nie miał wymienić nazwiska ani stopnia służbowego, tyl-
ko powiedzieć: „a to jest ekspert od morderstw z innego miasta". Dopiero
kiedy przedstawiono go w ten sposób, profiler uścisnął dłoń księdza z wik-
toriańską kurtuazją, jak na dżentelmena starej daty przystało. Następ-
nie usiadł w kącie, skrzyżował nogi, wykrzywił usta w lekkim uśmiechu
i w milczeniu przysłuchiwał się pytaniom, które śledczy zadawali księdzu.
Policja ani trochę nie zbliżyła się do rozwiązania zagadki od owego po-
południa, kiedy miastem — gdzie od stulecia nie zdarzyło się nic równie
makabrycznego — wstrząsnęła wieść o dokonanym w biały dzień mor-
derstwie, którego ofiarami padło dwóch szanowanych obywateli. Na liście
podejrzanych umieszczono jedenaście osób, ale przez następne dwa lata ni-
kogo nie aresztowano. Profiler zapoznał się z aktami śledztwa i po trzech
godzinach konsultacji z policjantami zawęził listę podejrzanych do jednej
osoby. „Mordercą jest ksiądz", oświadczył. „Zdaję sobie oczywiście sprawę,
że wolelibyście innego kandydata, nie zmienia to jednak faktu, że to on".
Zdjęcie chudego profilera wydrukowano na pierwszej stronie lokalnej ga-
zety. W artykule zacytowano jego wypowiedź, że „w zasadzie nie ma wąt-
pliwości" co do rychłego zakończenia śledztwa w sprawie tajemniczego
8
morderstwa. „Na miejscu sprawcy nie kupowałbym zielonych bananów",
zażartował.
Policjanci nie wiedzieli, czego się spodziewać, kiedy przystąpili do
prezentacji tej sprawy w filadelfijskim klubie towarzyskim skupiającym
najsłynniejszych żyjących detektywów. Nie czuli się pewnie w otoczeniu
francuskich flag, boazerii z orzechowca i żyrandoli. Ich wystąpieniu przy-
słuchiwali się między innymi: korpulentny, brodaty mężczyzna z wiel-
ką głową, sypiący żartami jak z rękawa, zwany Wielkim Inkwizytorem,
szczupły, przysadzisty, łysiejący rzeźbiarz z siwą bródką, który nosił się
wyłącznie na czarno i rozmawiał z umarłymi, oraz wymizerowany profi-
ler o twarzy Edgara Allana Poego. A także blisko setka wybitnych detek-
tywów, w tym agent FBI, który był pierwowzorem filmowego adwersarza
Hannibala Lectera, ludzie odpowiedzialni za śledztwa w sprawie zabój-
stwa Roberta Kennedy'ego i Martina Luthera Kinga oraz wielu innych.
Detektywi wykazali wstępne zainteresowanie sprawą i — być może —
stworzeniem zespołu, który miałby się jej dokładniej przyjrzeć. Koniec
końców z samolotu wysiadła tylko jedna osoba: wymizerowany profiler.
Obserwował teraz, jak ksiądz z godnością i spokojem odpowiada na
pytania policjantów. Kapłan siedział wyprostowany z łokciami opartymi
na stole i złączonymi na wysokości brody palcami. W pewnym momen-
cie policjanci zapytali o jego kontakty z chłopcami. Ksiądz odchylił się do
tyłu, jakby uraziła go sama sugestia, że mógłby dopuścić się tego rodzaju
czynów. Śledczy naciskali. Wypytywali o nazwiska, daty. W końcu przy-
znał, że uprawiał seks z nastolatkami, ale natychmiast zapewnił rozmów-
ców, że niewłaściwie interpretują całą sytuację. Nie napastował chłopców,
a jedynie zajmował się ich wychowaniem seksualnym.
Zapadła cisza. Policjant zerknął na siedzącego w kącie profilera i za-
pytał, czy ma jakieś pytania. Szczupły mężczyzna nachylił się, zdjął oku-
lary i wbił wzrok w księdza.
— Chciałbym przede wszystkim powiedzieć, że gdybym to ja prowa-
dził śledztwo, nie miałbyś na sobie tego kostiumu.
Słowo „kostium" wypowiedział takim tonem, jakby mówił o czymś
odrażającym.
9
— Jestem księdzem dwadzieścia cztery godziny na dobę — zaprote-
stował kapłan.
Profiler posłał mu lodowate spojrzenie i skrzywił się z jeszcze więk-
szym obrzydzeniem.
— W tej chwili nie reprezentujesz Kościoła rzymskokatolickiego. Jeżeli
cokolwiek sobą reprezentujesz, to wyłącznie upadek człowieka.
Ksiądz zbladł i zamilkł. Policjanci wrócili do pytań o chłopców. Męż-
czyzna obstawał przy edukacyjnej naturze kontaktów. Owszem, najpierw
podawał im alkohol, ponieważ wstydzili się nagości. Później ich pobu-
dzał — ale nie doprowadzał do orgazmu. Uczył ich odpowiedzialnego
korzystania z seksualności. Nie jest grzechem mieć wzwód, grzechem jest
posunąć się dalej.
— Bzdura! Jesteś zboczeńcem! — krzyknął chudy mężczyzna.
Policjanci nakazali księdzu zdjęcie sutanny. Pomysł ten podsunął im
wcześniej profiler: „postępując z tego rodzaju psychopatą, należy za wszel-
ką cenę wyprowadzić go z równowagi". I rzeczywiście — ksiądz, pozba-
wiony sutanny oraz znajdującego się pod nią podkoszulka, jakby zmalał.
Policjanci porównali tatuaż na jego ramieniu z tym, który opisał jeden ze
świadków. Były identyczne.
Kiedy ksiądz włożył z powrotem bieliznę, a następnie sutannę, pro-
filer podniósł się z krzesła. Podszedł do księdza, nie odrywając od nie-
go lodowatego, świdrującego spojrzenia. W końcu kapłan spuścił wzrok
i odwrócił głowę. Chwilę później serce drgnęło profilerowi z radości, choć
przez cały czas zachowywał kamienną twarz. Ksiądz płakał! „Łza niena-
wiści spływała mu powoli po policzku", opowiadał później. „Doprawdy
piękny widok".
Stali oddaleni od siebie o niecałe pół metra: przedstawiciel prawa
i przedstawiciel Boga. Kiedy łza zniknęła w gęstej brodzie, ksiądz prze-
tarł policzek dłonią, po czym podniósł pełen odrazy wzrok na profilera.
— Niech... to... diabli! — wysyczał.
Szczupły mężczyzna nie potrafił się dłużej powstrzymać i uśmiechnął
się szeroko. „Czy miałem satysfakcję, kiedy ten duchowny bluźnił? Oczy-
wiście. Wiedziałem, że przyskrzyniłem skurwiela".
10
Głos krwi
U zarania świata ludzkość utraciła całą nadzieję. Zawsze jednak mogła
oprzeć się na trójcy:
Wódz, Wojownik, Szaman.
Król, Rycerz, Mag.
Opowieści o takich postaciach pozwalają nam przetrwać. Powtarzamy je
sobie przy ogniskach, wplatamy w tkaniny i zaklinamy w muzykę. Wzbi-
jają się unoszone oddechem bogów i wirują w spirali DNA. Edward O.
Wilson, biolog z Uniwersytetu Harvarda, nazywa takie opowieści „gło-
sem gatunków", fundamentalnymi historiami kształtowanymi przez „re-
guły epigenetyczne natury ludzkiej (...), wrodzone prawidłowości rozwoju
umysłu"*.
Nie istnieje — poza Biblią — mocniej zakorzeniony w kulturze Za-
chodu tekst niż, spisana po raz pierwszy ponad osiem wieków temu, opo-
wieść o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu. Gdzieś między rokiem
1129 a 1151 benedyktyński mnich z Oksfordu na polecenie swojego bi-
skupa przetłumaczył na łacinę cykl starożytnych celtyckich przepowiedni
zatytułowanych ProphetiaeMerlini („Przepowiednie Merlina"). Kolejnym
jego dziełem była Historia Regum Britanniae („Historia królów Brytanii"),
której fragmenty zaczerpnął z najstarszych walijskich tekstów: Czerwo-
nej księgi z Hergest i Białej księgi z Rhydderch. Właśnie w nich pojawiają
się pierwsze historyczne wzmianki o królu Arturze i rycerzach Okrągłe-
Zgłoś jeśli naruszono regulamin