Anne & Serge Golon - 06. Angelika i jej miłosc.pdf

(1766 KB) Pobierz
5823904 UNPDF
Anne i Serge Golon
i jej miłość
5823904.001.png
PODRÓŻ
ROZDZIAŁ I
Angelika ocknęła się z uczuciem, że ktoś obserwuje ją
z ukrycia. Drgnęła i rozejrzała się wokół, szukając tego,
który przyniósł ją do kajuty na rufie umeblowanej z orien­
talnym przepychem. Była przekonana, że powinien tu być.
Znajdowała się w tym samym salonie, gdzie zeszłej nocy
przyjął ją Rescator. Wydarzenia rozegrały się z ogromną
szybkością. Ich dramatyczny przebieg kontrastował z obec­
nym spokojem. Zastanawiała się, czy przepych, jaki ją
otaczał, nie jest wytworem wyobraźni. A jednak nie był to
sen; stwierdziła to, obserwując Honoratkę, która otworzy­
wszy oczka przeciągała się jak mały kot.
W ciemności lśniły złocenia mebli i bibelotów, ale z tru­
dem rozróżniała ich kształty. Czuła woń perfum używanych
przez Rescatora; zapach ten niepokoił ją i wzruszał. Per­
fumowanie się należało do zwyczajów typowych dla miesz­
kańców rejonu Morza Śródziemnego. Rescator zachował
ten zwyczaj, tak jak picie kawy czy wyściełanie pomieszczeń
dywanami i sof jedwabnymi poduszkami. Powiew zimnego
wiatru wniósł do wnętrza krople mżawki. Angeliką wstrząs­
nął dreszcz. Zauważyła, że jej gorset jest rozchylony i od­
słania nagą pierś. Zatrwożyła się: czyja ręka go rozpięła?
Kto pochylał się nad nią, gdy leżała nieprzytomna? Czyje
spojrzenie badało, być może z obawą, jej twarz bladą,
pozbawioną życia, i powieki zamknięte z wyczerpania?
7
Zrozumiała, że gorset rozpięto, by ułatwić jej oddycha­
nie, gdy zmęczona zasnęła. Ten gest, który mógł być jedynie
przejawem troskliwości, zdradzał obecność mężczyzny
przywykłego do towarzystwa kobiet i traktującego je
z uprzejmą bezceremonialnością. Na tę myśl Angelika za­
czerwieniła się i w popłochu doprowadziła ubranie do
porządku. Dlaczego zabrał ją do siebie, a nie pozostawił
z jej towarzyszami? Czy uważał ją za swą niewolnicę, bran­
kę podporządkowaną własnym kaprysom?
- Jest tu kto? - zapytała głośno. - Czy jesteś tu, panie?
Odpowiedział jej głuchy pomruk morza i odgłos fal
bijących o burtę. Honoratka, już całkiem rozbudzona, usia­
dła ziewając. Angelika pochyliła się nad nią i mocno przy­
tuliła. Chciała ochronić ją przed niebezpieczeństwem, które
mogło zagrozić istnieniu tej kruchej istoty.
- Chodź, moja malutka - wyszeptała. - Niczego się nie
obawiaj. Jesteśmy na pełnym morzu!
Podeszła do przeszklonych drzwi i ze zdziwieniem stwier­
dziła, że otwierają się bez trudu. Nie jest więc uwięziona...
Na zewnątrz było jeszcze jasno. Widziała marynarzy
krzątających się na mostku. Zapalano pierwsze latarnie.
Statek piracki kołysał się samotny na falach oceanu. Spo­
kojny, jak gdyby kilka godzin wcześniej nie poniósł wielu
strat. Doceniamy życie, gdy śmierć zagląda nam w oczy...
Postawny Mauretańczyk, który poprzedniej nocy poda­
wał kawę, podniósł się i zbliżył do Angeliki. Ubrany był
w marokański strój z kapturem z białej wełny i uzbrojony
w krótki muszkiet z uchwytem rzeźbionym w srebrze. Taką
broń nosili strażnicy Mulaja Ismaila.
- Gdzie są moi towarzysze? - zapytała.
- Chodź - odpowiedział. - Pan kazał cię tam zaprowa­
dzić, natychmiast gdy się obudzisz.
Podobnie jak inne statki frachtowe czy handlowe
„Gouldsboro" nie był przystosowany do przewozu pasa­
żerów. Przestrzeń na rufie ledwie wystarczała dla załogi.
8
Obcych umieszczono pod pokładem, obok zamaskowanych
dział stanowiących uzbrojenie statku.
Po kilku szczeblach krótkiej drabinki Angelika zeszła na
dół i znalazła się wśród przyjaciół. Niektórzy próbowali już
nadać pomieszczeniu wygląd zamieszkanej kajuty. Liche
bagaże rozwiesili na lufach ogromnych armat z brązu. Na
mostek kapitański padało jeszcze światło dnia. Tu, niżej,
słabe, różowawe światło sączące się przez luki strzelnicy
w burcie nie rozpraszało ciemności. Angelikę otoczyło gro­
no dzieci i przyjaciół.
- Pani Angelika! - wołano z radością. - Sądziliśmy, że
pani umarła... utopiła się...
Ale zaraz zaczęły się narzekania i skargi:
- Nie ma tu światła... Zamknięto nas jak więźniów...
Dzieci chcą pić...
W półmroku Angelika rozpoznawała ich tylko po gło­
sach. Potok żalów przerwała Abigael:
- Musimy zająć się panem Berne'em - oznajmiła. - Jest
ciężko rannv.
- Gdzie on jest? - zapytała Angelika. Wyrzucała sobie,
że o nim zapomniała.
Poprowadzono ją w kąt, gdzie pod otwartym lukiem leżał
kupiec.
- Myśleliśmy, że świeże powietrze dobrze mu zrobi, ale
nie przyszedł do siebie.
Angelika uklękła przy rannym. Dzięki różowej poświacie
zachodzącego słońca mogła mu się przyjrzeć. Przeraziła ją
bladość i wyraz cierpienia na twarzy nieprzytomnego czło­
wieka. Oddychał płytko i z trudem.
„Został trafiony, bo chciał mnie osłonić" - pomyślała.
Było coś wzruszającego w tym, że znany kupiec z La
Rochelle leżał tu, ranny i odarty z godności. Miał sylwetkę
robotnika portowego: muskularne ramiona i masywny,
owłosiony tors. Teraz jednak, pogrążony we śnie i osłabio­
ny cierpieniem, wydawał się bezbronny.
Byli bezsilni. Mogli jedynie zdjąć z niego czarny surdut
9
Zgłoś jeśli naruszono regulamin