Uśmiech przymarzł nam do twarzy.pdf

(55 KB) Pobierz
Uśmiech przymarzł nam do twarzy
Usmiech przymarzł nam do twarzy
Autorstwa Suhaka
Gdyby ktoś sto pięćdziesiąt lat temu powiedział mi, że moje życie zmierza w stronę
piekła, nie zdziwiłbym się ani trochę. Od lat wierzyłem, że prędzej czy później moje dusza
skończy wśród innych potępionych, taka była kolej rzeczy. Jednak jakby ta sama osoba
poinformowała mnie, że owe piekło spotka mnie jeszcze za czasów mojej egzystencji…
Każdy związek kiedyś się kończy. Wszystkie pary w końcu się wypalają. Tak jak
nasza. Nie stało się to od razu; uczucie obumierało powoli, z czasem coraz boleśniej, a owa
agonia odbijała swe piętno nie tylko w nas. Cierpieli wszyscy: moja rodzina, jej rodzina,
jednakże największą poszkodowaną była Nessie. Katorgą musiało być obserwowanie, jak
wygasają ciepłe płomyczki w spojrzeniach, którymi obdarowywali się jej rodzice. Cały ogień,
który jeszcze do niedawna rozgrzewał moje zmarznięte ciało, sprawiał, że czułem się, jakby
nieistniejące serce biło na nowo, i pobudzał moją duszę do prawdziwego życia, dawno
zamienił się w popiół.
Wiele razy zastanawiało mnie, dlaczego tak się stało. Czy to moja wina? Czy byłem
zbyt chłodny lub zaborczy? Albo po prostu nudny? A może to w niej tkwi problem? Może to
ona odpychała mnie podświadomie przez tyle lat – ale dlaczego? Wiele pytań kołatało mi się
po głowie, błagając o odpowiedzi, chociażby i takie, które budzą jeszcze więcej wątpliwości.
Z dnia na dzień serce mojej duszy biło coraz wolniej, z każdym wschodem słońca traciłem
zapał do starań posklejania naszego związku na nowo, każdy zachód słońca tylko
przysparzał mi bólu i nasilała się myśl, że to po prostu koniec.
A zaczęło się w momencie przemiany. Nie od razu to wyczułem – ciało Belli, jej
ubrania i wszystko, z czym była fizycznie związana potrzebowały czasu, by pozbyć się
zapachu jej słodkiej krwi, woni jej włosów, skóry i potu. Musiało minąć kilkanaście lat, bym
zaczął zauważać, że nie ma już krwi, która by dla mnie śpiewała. Nie ma ciała, które by
kusiło, bym zanurzył w nim swoje kły. Nie czuję smaku jadu w ustach, gdy jest blisko.
Jedyne, co mi pozostało, to bezpieczniejsza namiętność i zwykła, ludzka miłość, której
istnienie także postawiłem pod znakiem zapytania. Drugim wnioskiem, do wyciągnięcia
którego potrzebowałem wielu, wielu lat, był fakt, że przestałem ją zachwycać. Moje
marmurowe ciało nie robi już na niej wrażenia, złote tęczówki nie przyprawiają o dreszcze –
ba, złote! Nawet te czarne! – idealne rysy twarzy to tylko przytłaczająca codzienność. W jej
oczach od dziesięcioleci nie widziałem podziwu lub zachwytu, a przynajmniej nie takiego,
jakim potrafiła mnie obdarować jeszcze za życia.
A skoro nie było la tua cantante ani przyprawiającej o ciarki perfekcji aparycji –
nasza miłość rozpadała się na kawałki.
Ten fakt uderzył we mnie po około pięćdziesięciu latach, kiedy już każda noc stała się
podobna do poprzedniej, a każdy dzień pełen tego, co już widzieliśmy, słyszeliśmy i
czuliśmy. Początkowo nie chciałem w to uwierzyć. Odpychałem od siebie myśl, że w naszym
uczuciu nie było nic poza pożądaniem połączonym z naiwną, młodzieńczą miłością; a to
przecież fundament o stabilności porównywalnej od piasku. Byłem uparty. Wciąż
wmawiając sobie, że wybudowaliśmy się na betonie, zalepiałem dziury gliną, co sprawiało,
że podczas gdy nasze serca obsuwały się powoli w przepaść, ja udawałem, że wszystko jest
w porządku. Mimo to prawda wciąż wracała jak bumerang, za każdym razem ze zdwojoną
siłą. Była niczym piosenka, której się bardzo nie lubi, a jednak wpada w ucho i nie chce z
niego wyfrunąć. Bella zachowywała się, jakby nic nie zauważała. Nie wiedziałem, czy to
dlatego, że tak faktycznie było, czy może nie chciała zmierzyć się z prawdą, tak jak ja. Bo też
nie poruszałem tematu. Bałem się jej zranić, bałem się, że wciąż mnie kochała tak, jak
kiedyś, nie chciałem więc zawieść jej uczuć.
Z czasem robiło się coraz chłodniej. Stawaliśmy się sobie obcy; gdy jej dotykałem,
czułem lodową powłokę na jej skórze, jednak czasami udawało mi się ją roztopić. Wtedy
jednak napotykałem kamienną skorupę, której nie udawało mi się pokonać. Była to
skamieniała glina, którą zalepiałem piasek. Uświadomiłem sobie, że już za późno. Chciałem
to ratować, dlatego się uśmiechałem. I ona także. Uśmiechaliśmy się wiele, a ja powoli
zaczynałem zauważać, że mięśnie na moich policzkach zamieniają się w skałę i odrobinę
pękają, gdy zmuszam je do jakichkolwiek grymasów. Liczyłem, że chociaż z mojej strony
skorupa za którymś razem odpadnie, jednak uzyskiwałem odwrotny skutek: uśmiech
zamrażał się na mojej twarzy, pozostając czasem znacznie dłużej, niż było tu wymagane. A
potem zamarzł całkowicie. Tak samo jak u Belli.
Wiedliśmy więc spokojny, zimny, uśmiechnięty żywot przez kolejne sto lat,
obserwując, jak nasz zamek z piasku rozpada się, podmywany przez fale, porywany przez
wiatr i deptany przez ludzi, i nie mogąc nic z tym zrobić.
– Carlisle, mam problem.
Carlisle zerknął na mnie uważnie zza lektury. Usiadłem ze zrezygnowaniem na
krześle po drugiej stronie jego biurka i spojrzałem mu w oczy.
– Wiem. Odkąd przyjechałeś, zachowujesz się co najmniej dziwnie. – Odłożył książkę.
– Chodzi o Bellę?
Kiwnąłem głową, odwracając wzrok za okno. Na dworze padał gęsty śnieg, zdobiąc
parapet dużymi płatkami o fikuśnych kształtach. Wszystko, co znajdowało się na horyzoncie,
pokryte było białym puchem; nie dało się wyróżnić dwóch pagórków od siebie, każde
drzewo wyglądało identycznie, wszystkie domy ginęły w bieli otoczenia. Odniosłem
wrażenie, że na całą planetę ktoś wylał hektolitry iskrzącego się, lekko puszystego mleka,
które przykryło nawet najmniejszy skrawek ziemi, dachu, kory czy ściany. Zmierzchało.
– Tak. A raczej o mnie i o Bellę – wymamrotałem, nie odwracając oczu od pejzażu
malującego się za oknem.
– Cieszę się, że nareszcie chcesz się zmierzyć z rzeczywistością, Edwardzie. Czekałem
na to bardzo długo.
Westchnąłem głęboko i przeczesałem palcami włosy. Zastanawiałem się, co
powiedzieć, by odpowiednio ująć w słowa swoje uczucia.
– Ja po prostu… jestem… zmęczony – zacząłem powoli. – Zmęczony tym wszystkim…
nieśmiertelnością… monotonią… Ja już…
– To ją przełam – zaproponował Carlisle z uśmiechem na ustach. – Nie sądziłem, że\
to kiedyś powiem, ale… zrób coś szalonego. Coś, co zaskoczy was oboje i sprawi, że
przypomnicie sobie o… sobie – zakończył dosyć kulawo. – Nie pozwól, byście przegrali.
– Nie rozumiem. – Zmarszczyłem brwi. – Znaczy wiem, o czym mówisz, ale… co
takiego powinienem zrobić?
– Nie wiem. – Doktor wzruszył ramionami. – Wymyśl coś. Wiem, że cię na to stać.
Od tamtego czasu słowa Carlisle’a bez przerwy chodziły mi po głowie. Wpadałem na
najróżniejsze pomysły, na adopcji dziecka poczynając, a kończąc na skoku na bungee,
jednakże za każdym razem, gdy zjawiała się odpowiednia okazja, brakło mi odwagi. Z
czasem zaczynałem się zastanowić, czy przypadkiem ja po prostu nie chcę nas ratować –
jednak tak jak to miałem w zwyczaju, odrzuciłem tę myśl od siebie i umieściłem ją w
najgłębszych zakamarkach umysłu.
– Nessie, otwórz! – krzyknąłem, usłyszawszy dzwonek do drzwi. Już wcześniej
wyczułem, że to Jacob. Moich uszu dobiegły jej szybkie kroki, skrzypienie otwieranych drzwi
i cichy pisk. Uśmiechnąłem się pod nosem na dźwięk ich wesołego przywitania, ignorując
ukłucie zazdrości. Głupio zazdrościć szczęścia własnej córce – przebiegło mi przez myśl.
Westchnąłem głęboko i już chciałem wyjrzeć przez okno, by poobserwować, jak spacerują,
gdy Jacob odezwał się nieco głośniej.
– Właściwie, to nie przyszedłem do ciebie. Bella? Jesteś?
Zmarszczyłem brwi i wyszedłem z pokoju. Mimo mijających lat, wciąż pozostawałem
nieufny w kontaktach mojej żony z tym wilkołakiem. Zszedłem po schodach i ujrzałem moją
córkę samą w przedpokoju ze zmarszczonymi brwiami.
– Gdzie Jacob? – zapytałem. Wzruszyła ramionami. – Poszedł?
– Jak tylko odpowiedziałam, że jest u dziadka – wymamrotała z niezadowoleniem. –
Nie wiem, co od niej chciał.
Schemat powtarzał się wielokrotnie. Bardzo często Jacob po prostu wychodził na
długie spacery z Bellą, moją córkę zostawiając samą. Z czasem zaczynałem nabierać
podejrzeń; moja żona zawsze wracała z tych spotkań weselsza, szczęśliwsza i jakaś taka…
spełniona. Nigdy nie znalazłem jednak w ich myślach żadnego podtekstu, niczego, co
powinno wzbudzić mój niepokój. Pomijając fakt, że ten mężczyzna po prostu sprawiał, że
była szczęśliwsza – czyli to, czego ja nie potrafiłem.
I znów odpychałem od siebie prawdę w imię świętego spokoju.
– Hej, braciszku – usłyszałem głos Alice. Odwróciłem się i ujrzałem moją przybraną
siostrę pośród drzew. – Powiedziano mi, że cię tu znajdę.
Kiwnąłem głową i poklepałem miejsce na trawie obok mnie. Zanim choćby zdążyłem
mrugnąć, drobna brunetka już siedziała po mojej lewej.
– Dlaczego jesteś smutny? – zapytała, wtulając się w moje ramię. Westchnąłem i
odwzajemniłem czuły gest.
– Ostatnio mam trochę problemów.
– Ja też – wyznała dziewczyna po chwili ciszy.
– A jakiej natury?
Zawahała się.
– Jasper – w końcu z siebie wydusiła. Pokiwałem głową ze zrozumieniem.
– Bella – wyznałem cicho. Zapadło milczenie. – Jak to się stało? Wydawaliście się być
bardzo szczęśliwi.
Alice zaśmiała się gorzko. Przez ostatnie kilkanaście lat zmieniła się nie do poznania
– spoważniała, stała się nieco spokojniejsza w ruchach oraz postępkach. Nie była już tą
kochaną siostrzyczką Alice, którą znałem przez dziesięciolecia; teraz stała się prawie obcą
mi kobietą. Przestaliśmy się kontaktować i jedyne, co sprawiało, że nasza więź jeszcze się
całkowicie nie rozerwała, to nazwisko i przyzwyczajenia. Tamtego dnia jednak zdarzyło się
coś niezwykłego: czułem się przy niej swobodnie i rozmawiałem wprost, tak jak za dawnych
czasów.
– Ty i Bella też sprawialiście pozory przez długi czas – zauważyła cierpko. – My
jesteśmy szczęśliwi, ale… No, bo jak mogłabym być nieszczęśliwa. Jasper zawsze wie, co
czuję, a ja wiem, co on zrobi. Nasza codzienność nie może być bardziej przewidywalna –
wymamrotała z goryczą. Pogłaskałem ją po głowie i przytuliłem mocniej. – Wiesz – zaczęła
powoli – czasami mam ochotę zrobić coś takiego… szalonego. Coś, czego nie powinnam. Ale
nawet nie mam okazji, a co dopiero mówić o odwadze!
– Skąd ja to znam… – wymamrotałem. Cisza ciążyła w powietrzu. Siedzieliśmy na
polanie, na tej samej polanie, na którą kilka tysięcy pocałunków temu zabrałem ciepłą,
miękką, pachnącą i kuszącą Bellę Swan, i wsłuchiwaliśmy się w głośne bicie serca lasu.
I pozwoliliśmy, aby i nasze serca – te, które biły w głębi naszych dusz – przyspieszyły
ponownie po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat.
Ledwo zostałem sam w swoim pokoju, napadły mnie wyrzuty sumienia. Niemalże
chodziłem po ścianach, przeklinając w duszy swój egoizm. Czułem, że gdybym był
człowiekiem, po policzkach już dawno ciekłyby mi słone łzy. Niestety, dawno temu spadło
na mnie przekleństwo nieśmiertelności i w tym samym momencie odebrano mi większość
ludzkich odruchów.
Bella wiedziała. Widziałem to w jej oczach za każdym razem, gdy mijałem ją na
korytarzu lub łapałem spojrzenie na sofie w salonie. Temperatura między nami spadła
niemalże do zera absolutnego – nie okazywaliśmy sobie żadnego uczucia, ani pozytywnego,
ani negatywnego, a to było wręcz nie do zniesienia.
Z każdym dniem poczucie winy rosło. Modliłem się do Boga, by pozwolił mi w
jakikolwiek sposób cofnąć czas lub chociaż dać odwagę, by ten jeden jedyny raz zmierzyć się
z prawdą – jednakże przez wiele, wiele miesięcy nie przynosiło to rezultatu.
Aż do pewnego dnia, w rocznicę naszego ślubu.
***
Bella nie płakała.
Oczywiście, nie było to ani trochę nadzwyczajne. Bella nie mogła płakać, tak jak
każdy inny wampir. Jednak nie zmieniało to faktu, że chciałem zobaczyć w jej oczach
jakąkolwiek skrajną reakcję. Tak bardzo pragnąłem, by poczuła się zszokowana, by sucho
zaszlochała, by na mnie krzyczała albo nawet uderzyła. Ale nie – ona tylko przyglądała mi
się z odrobiną smutku w oczach, nic więcej.
A potem się uśmiechnęła.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin