Norton Andre - Świat Czarownic 21 - Pakt Sokolników.rtf

(559 KB) Pobierz
Pakt Sokolników

Andre Norton

P.M.Griffin

 

 

Pakt Sokolników

 

Tytuł oryginału Flight of Vengeance part 2

Przełożył Maciej Martyński


Rozdział pierwszy

 

Tarlach pochylił się nisko w siodle, aby zmniejszyć opór powietrza, i mocniej przycisnął do piersi nieruchome ciało być może już martwej kobiety.

Jechał tak od dwóch, a licząc i dzisiejszy — trzech dni. Nie robił żadnych popasów; zatrzymywał się tylko po to, by zmienić konia, gdy niosący go wierzchowiec nie był już w stanie dźwigać podwójnego ciężaru.

Zmęczenie i strach zaćmiewały mu umysł. Gdyby nie towarzysząca mu od początku świadomość, że będzie musiał zdać dokładne sprawozdanie z tego, co się stało, zapewne nie potrafiłby teraz powiedzieć, jak długo już trwa szaleńczy galop. Pędził, gnany strachem, mając wciąż przed oczyma ten sam straszny widok: od niegroźnego na pozór zbocza odrywa się nagle potężny głaz i spada wprost na Panią Morskiej Twierdzy…

Nie przygniótł, na szczęście, pani Uny całym swym ciężarem, tego bowiem nie przeżyłby żaden człowiek, ale uderzył ją, i było to potężne uderzenie. Żyła jeszcze, kiedy on i jego towarzysze do niej dotarli, lecz było rzeczą oczywistą, że doznała ciężkich wewnętrznych obrażeń i nie wystarczy tutaj ich doraźna pomoc.

Myśląc o tym znów poczuł ucisk w sercu. Czarownice!

Te po trzykroć przeklęte wiedźmy! To prawda — ocaliły Estcarp, ruszając z posad góry, lecz przy okazji brutalnie zakłóciły spokój wyżynnej krainy. Zniszczyły Gniazdo, przedmiot dumy Sokolników, którego utrata mogła oznaczać koniec ich wspólnoty. Teraz zaś znowu postawiły ich przyszłość pod znakiem zapytania, godząc w tę, którą wbrew zwyczajom swego ludu skrycie kochał; w kobietę, z którą zawarł sojusz w najpilniejszej potrzebie, pragnąc skorzystać z ostatniej, być może, szansy ocalenia swej rasy.

Opanował narastające wzburzenie — musiał to czynić wiele razy podczas tej koszmarnej jazdy.

Właśnie po to przybyli do Escarpu. Przemierzyli te zdradzieckie góry w poszukiwaniu wiedzy, jakichkolwiek informacji, które mogłyby przekonać najwyższych dowódców Sokolników, a także kobiety, których wciąż się obawiali i wystrzegali — o konieczności obrania takiej drogi postępowania, jaką proponował Tarlach. Lormt, skarbnica starożytnej wiedzy, znajdował się stosunkowo blisko miejsca wypadku. Bawiąc tam niegdyś, trzymał się z dala — zgodnie z tradycją Sokolników — od ludzi zamieszkujących twierdzę. Nie potrafiłby więc teraz powiedzieć, czy uzyska od nich potrzebną pomoc. Rozsądek mówił mu jednak, że tak duża społeczność nie mogłaby się obejść bez uzdrowiciela, zatem rozpoczął bieg, rzucając w ten sposób wyzwanie Ponuremu Komendantowi. Dopóki Una żyje, dopóki istnieje szansa jej uleczenia, on się nie załamie i nie zaprzestanie walki.

Z tym postanowieniem, dosiadł Radosnej, posadził panią Unę przed sobą i owinął wokół nadgarstka wodze jej ogiera; będzie go potrzebował, gdy Radosna się zmęczy.

Oczekiwał, że jego nieliczna eskorta podąży za nimi w wolniejszym tempie. Zdziwił się więc bardzo widząc porucznika Brennana również skaczącego na siodło i chwytającego cugle drugiego konia. Nie próbował go powstrzymać. W spustoszonych przez Czarownice górach miały się ponoć włóczyć groźne zwierzęta i jeszcze groźniejsi ludzie, a on sam, mając zajęte ręce, nie byłby w stanie odeprzeć niespodziewanej napaści. W wyścigu ze śmiercią uczestniczyły jeszcze trzy istoty — sokoły Syn Burzy i Promień Słońca oraz kocica Odważna, która dla Pani z Morskiej Twierdzy miała takie samo znaczenie, jak bojowe ptaki dla obu mężczyzn, o czym — prócz Uny — wiedział tylko Tarlach. Podczas gdy sokoły siedziały na specjalnych grzędach przytwierdzonych do siodeł, Odważna podróżowała w wyściełanym pudle o wysokich ściankach, umieszczonym za kulbaką Uny.

Nie starano się ich zatrzymać. Zbyt silna była więź łącząca te stworzenia z wybranymi ludźmi, by zgodziły się na rozstanie z przyczyny tak błahej, jak towarzyszące podróży trudy i niewygody. Zwłaszcza Odważna za nic nie pozostałaby w obawie, że już nigdy nie poczuje drogiej ręki gładzącej jej gęste złotobrązowe futro.

Dwaj mężczyźni rzadko odzywali się do siebie podczas długich godzin jazdy, zajęci ponaglaniem znużonych wierzchowców do jak najszybszego biegu po wyboistej, górskiej drodze.

Nagle Tarlach usłyszał wołanie Brennana. Wałach porucznika potknął się ze zmęczenia; nie mógł już dłużej nieść jeźdźca na swym grzbiecie. Kapitan ściągnął cugle. Radosna też zacznie wkrótce ciężko dyszeć, pomyślał. Należało po raz kolejny zmienić konie. Porucznik zsiadł pierwszy i pośpieszył, aby przejąć bezwładne ciało Kobiety z Dolin od swego dowódcy — w ten sposób chcieli jej oszczędzić szkodliwych wstrząsów. Tarlach podbiegł do luzaka, ale nim zdążył go dosiąść, świat zawirował mu w oczach. Zachwiał się i wsparł ciężko o bok Orlego Brata — gdyby nie ta podpora, nie zdołałby ustać na nogach. Zamknął oczy, starając się odzyskać kontrolę nad zmysłami, które odmówiły mu posłuszeństwa.

Pochwyciły go czyjeś silne dłonie.

 Chodź, Tarlachu. Możemy teraz odpocząć.

 Nie…

 Potrzebujemy tego wszyscy, a pani Una najbardziej. Uległ więc i pozwolił się położyć na ziemi. Zawrót głowy minął po kilku minutach; poczekał jeszcze parę sekund, aby uzyskać całkowitą pewność, że świat rzeczywiście się ustatkował i nie zamierza zacząć wirować na nowo, po czym usiadł. Jego towarzysz klęczał obok Uny. Tarlach zauważył, jak rąbkiem płaszcza wyciera różową pianę z jej warg.

 Co z nią? — zapytał. Brennan obrócił się ku niemu.

 Niewiele gorzej niż przedtem.

 Ale jednak gorzej, prawda?

Opuścił wzrok, kiedy tamten twierdząco kiwnął głową. Nie mógł nic dla niej uczynić… Brennan zostawił ranną i wyjąwszy z torby przy siodle manierkę z wodą, przyniósł ją swemu kapitanowi.

 Ona nie cierpi… Wypij to. Pragnienie jest jedną z przyczyn naszego wyczerpania.

Tarlach niemal do połowy opróżnił naczynie, nim odjął je od ust. Czując wilgoć w wyschniętym gardle i na spierzchniętych wargach, doznawał równocześnie rozkoszy i udręki. Zastanawiał się, jak to możliwe, że dotychczas nie zdawał sobie sprawy z dręczącego go pragnienia. Oddał naczynie i uśmiechnął się blado do swego towarzysza.

 Jestem kompletnie wyczerpany, ale po tobie wcale nie widać zmęczenia.

Nie było to tak całkiem zgodne z prawdą, bo twarz porucznika była blada i ściągnięta, lecz ramiona wciąż miał wyprostowane, a ruchy pewne.

 Mnie również podróż dała się we znaki, przyjacielu. Po prostu nie dźwigałem dotychczas żadnego ciężaru — odparł Brennan rzucając mu przenikliwe spojrzenie. — Pozwól, że teraz ja wezmę panią Unę. Ramiona musisz mieć już całkiem zdrętwiałe.

 Dam sobie radę — odpowiedział szorstko Tarlach i niemal natychmiast głos mu złagodniał. — Nie chciałem cię urazić, Brennanie, ale musisz pełnić rolę naszego strażnika. Ja nie sprostałbym teraz temu zadaniu, choć jako Sokolnik i oficer nie powinienem się do tego przyznawać.

 A więc niech tak będzie — zgodził się Brennan westchnąwszy w głębi serca.

Tarlach nie zwlekał dłużej. Dosiadł konia i wziął w ramiona Unę z Morskiej Twierdzy. Spojrzał na jej twarz. Była całkiem nieruchoma, jakby wysiłek włożony w czynność oddychania pochłonął całą wolę i energię dziewczyny.

 O pani moja, wytrzymaj jeszcze trochę — szepnął, choć wiedział, że Una nie może go usłyszeć. — Powinniśmy już być blisko, jeśli tylko w pośpiechu nie zboczyliśmy z drogi. Twoja udręka wkrótce się skończy.


Rozdział drugi

 

Po godzinie jazdy najemnicy trafili na wiodący w dół szlak, który urywał się nagle u stóp łagodnego wzniesienia. Pokonawszy je znaleźli się nagle w wąskiej dolinie i ujrzeli przed sobą dziwaczną fortecę, a raczej coś, co było nią niegdyś, jeszcze przed Wielkim Poruszeniem. Spośród czterech wież, które jej niegdyś strzegły, ocalały tylko dwie i część trzeciej. Czwarta zniknęła, podobnie jak oba odcinki muru łączące ją z sąsiednimi basztami. Jeden fragment wału po prostu się rozsypał, drugi runął wraz z wieżą, kiedy obsunęła się ziemia. U podnóża tak niegdyś solidnego, stromego nasypu znajdowało się niewielkie rumowisko; większość gruzu uprzątnięto i użyto zapewne do odbudowy innych gmachów.

Do głównej bramy w ocalałym murze prowadziła rzadko używana, lecz dobrze widoczna ścieżka i Tarlach skierował na nią swego zmęczonego konia. Ich zbliżanie się zostało najwyraźniej zauważone przez kogoś o wzroku na tyle bystrym, że zdołał dostrzec dodatkowy ciężar na kulbace pierwszego jeźdźca, gdyż w gromadce, która wysypała się przed bramę, by ich powitać, Tarlach zobaczył dwóch ludzi z noszami.

Podjechał do nich i gwałtownie ściągnął cugle.

 Czy jest tu jakiś uzdrowiciel? — zapytał szorstkim głosem. — Jeden z moich towarzyszy potrzebuje…

 Ja jestem uzdrowicielką — powiedziała szybko kobieta stojąca tuż przy noszach.

Ze zdziwieniem rozpoznał w niej tę, która podczas ostatniej jego tu bytności miała w swej pieczy interesujące go materiały.

 Pozwól mym pomocnikom zabrać chorego, Ptasi Wojowniku.

Dwóch młodych ludzi, odzianych jak rzemieślnicy lub robotnicy rolni, podeszło do Tarlacha, wyciągając ręce. Podał im nieprzytomną Unę. Kładąc ją na nosze, wykazali się wielką delikatnością, mimo swego prostackiego wyglądu.

Uzdrowicielka, pochodząca ze starożytnej, estcarpiańskiej rasy, uklękła obok noszy. Odkrywszy, że ma do czynienia z kobietą, aż drgnęła ze zdumienia — co Tarlach zauważył, mimo że opanowała się niemal natychmiast. Wrodzony takt nie pozwolił jej tego skomentować ani też w inny sposób zademonstrować zaskoczenia. A może po prostu nie miało to dla niej większego znaczenia w obliczu innych, pilniejszych spraw.

Odpowiadając na jej pytanie, Sokolnik szybko i zwięźle podał okoliczności wypadku i opisał najlepiej jak potrafił rozmiary obrażeń odniesionych przez panią Unę. Następnie wspomniał o szaleńczej jeździe do Lormtu, aby ta Mądra Kobieta, czy też Czarownica, a może jeszcze ktoś inny — to bez znaczenia — mogła ocenić możliwe skutki tej podróży.

Kapitan nie był świadomy spojrzeń, którymi obrzucali go słuchacze. Patrzył, jak mężczyźni niosący nosze znikają za bramą twierdzy. W głębi serca czuł, że zapewne nie zobaczy już Uny z Morskiej Twierdzy, a przynajmniej nie zobaczy jej żywej. Głowa opadła mu na piersi. Był zmęczony i zrozpaczony. To już koniec. Uczynił wszystko co w jego mocy — los Uny spoczął w innych rękach, w rękach tych dziwnych uczonych, nie mówiąc już o Wielkich, którzy rządzą życiem i śmiercią.

Otrząsnął się jednak z przygnębienia. Nie wolno mu było skapitulować, jeszcze nie teraz. Podniósł głowę i zsiadł z konia. Ruchy miał tak powolne, że zdawało się, iż płynie pokonując opór wody. Tak jakby ciało zbuntowało się i przestało słuchać poleceń.

Stanął przed otaczającymi go ludźmi i po raz pierwszy przyjrzał im się uważnie. Natychmiast spostrzegł dobrze mu znaną wysoką postać. Mężczyzna ów miał siwe włosy, lecz w wyrazie jego oczu nie było nic, co świadczyłoby o starczym zniedołężnieniu lub znużeniu życiem. Stał wyprostowany jak struna, w postawie świadczącej o stanowczości i dumie z własnych osiągnięć. Poza tym nie różnił się od wielu innych ludzi w podeszłym wieku, wątłych, lecz zdrowych na ciele i umyśle. Skórę miał niezbyt pomarszczoną, lecz bardzo cienką, niemal przezroczystą, o bladawym odcieniu; jego rękę wyciągniętą w powitalnym geście pokrywała sieć błękitnych żyłek. Miła, niegdyś zapewne przystojna twarz miała wyraz czujny i uprzejmy zarazem. Szary strój nie różnił się zbytnio od używanych do pracy w polu czy warsztacie, chociaż Ouen był głową społeczności Lormtu. Trudno tu było o coś lepszego i nikt spośród obecnych nie mógł się pochwalić bogatszym odzieniem.

Obok starca stał drugi, młodszy mężczyzna, również znany Sokolnikowi. On także był wysoki, chudy i pochodził ze Starej Rasy. Nosił taki sam, tylko brązowy, strój roboczy jak jego towarzysz, lecz wyglądał na żołnierza, człowieka znającego dobrze wojenne rzemiosło i srodze przez wojnę doświadczonego. Jego lewa stopa była całkiem sztywna, a sposób, w jaki trzymał laskę, na której się wspierał, świadczył o wieloletnim przyzwyczajeniu.

Pozostali tworzyli dość dziwne zgromadzenie i w niczym nie przypominali mieszkańców większości miast i zamków. Przeważnie byli to mężczyźni, na ogół starzy, choć nie brakowało młodszych, których obecność oznaczała, że gród nie chyli się jeszcze ku upadkowi.

Siwowłosy mężczyzna pochwycił spojrzenie Sokolnika i postąpił krok naprzód.

 Lormt wita cię po raz wtóry, Ptasi Wojowniku. — powiedział niezwykle łagodnym głosem. — Ciebie i twych towarzyszy.

Tarlach nie zdziwił się wcale, że go rozpoznano. Wysokie hełmy osłaniające górną część twarzy utrudniały ludziom spoza klanu odróżnienie jednego Sokolnika od drugiego, lecz kto choć raz ujrzał wierzchowca z Morskiej Twierdzy, na którym jeździł kapitan, nie mógł go już pomylić z żadnym innym. Dzięki Radosnej mieszkańcy Lormtu poznali swego gościa, który badał ich archiwa, a potem nagle wyjechał rzucając na odchodnym, że wkrótce powróci z towarzyszem.

Serce mu się ścisnęło. Powędrował wówczas na wybrzeże, na spotkanie z okrętem Uny, tak jak ustalili, nim opuścił High Hallack. Una nie chciała porzucać swej Doliny w tej wypełnionej rozmaitymi zajęciami porze roku. Postanowili więc, że on pojedzie przodem i zdobędzie w Lormcie tyle informacji, ile się da, ona zaś dołączy do niego jesienią, gdy już wypełni większość obowiązków. Chciała pomóc mu w poszukiwaniach i naradzić się w sprawie wydobytych z otchłani zapomnienia dokumentów, nim oboje przedstawią je Sokolnikom. Tymczasem spotkała ją zguba, a on, który przysiągł jej bronić — sam się do tego przyczynił.

 Dziękuję ci, panie Ouenie, za tak życzliwe powitanie — odparł starając się mówić spokojnie i pewnie. — Przybyliśmy tu, gdyż, jak widziałeś, potrzebujemy pomocy, a także po to, bym mógł dalej szperać wśród waszych kronik. Jeśli pozwolisz, mój towarzysz i jeszcze ośmiu jeźdźców, którzy niebawem dojadą, pozostaną tu przez pewien czas, aby wypocząć i odpaść konie przed podróżą do naszego obozu w Es. Oczywiście, zapłacimy za gościnę.

 Nie jestem żadnym panem, Ptasi Wojowniku, wiesz o tym doskonale — odparł tamten surowo. — Nazywaj mnie po prostu Ouenem. Co do zapłaty… Nie prowadzimy tu oberży, choć potrzeba zmusza nas do przyjmowania dobrowolnych darów, za które jesteśmy bardzo wdzięczni. — Uśmiechnął się i nagle jego sztywność zniknęła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. — Przyjemnie nam będzie gościć ciebie i twoją drużynę — skinął głową w stronę otwartej bramy. — Wejdźcie do środka. Wasze zwierzęta potrzebują opieki, a i wam przydałby się odpoczynek. Twoja izba jest wciąż wolna; przygotowaliśmy też drugą dla twego towarzysza.

Tarlach pochylił głowę w oficjalnym ukłonie.

 Raz jeszcze dziękuję — powiedział, po czym wygłosił zwyczajową formułkę: — Niech będzie pozdrowiony ten dom i jego mieszkańcy. Niech szczęście sprzyja im i wszystkim ich przedsięwzięciom od wschodu do zachodu słońca.

Przeprowadziwszy obu Sokolników przez bramę i rozległy dziedziniec, Ouen i Duratan zawiedli ich do długiego, przypominającego koszary budynku, który ciągnął się wzdłuż ocalałego muru. Wspięli się na pierwsze piętro, w czym nie przeszkodził im ani podeszły wiek jednego, ani kalectwo drugiego z gospodarzy.

 Większość starszych uczonych mieszka na dole, gdyż te schody mogłyby się dla nich okazać przeszkodą nie do pokonania — oznajmił Ouen — lecz nasi goście i ci z nas, którzy mają tutaj kwatery, twierdzą, że odosobnienie sprzyja wypoczynkowi. Dlatego właśnie na tym piętrze mieści się infirmeria.

 Odpowiada nam to — odrzekł kapitan w swoim i porucznika imieniu, gdyż taki był zwyczaj wśród Sokolników przy kontaktach z przedstawicielami innych plemion. — Moi ludzie pragnęliby pozostać na uboczu, o ile to możliwe.

Stary uczony poprowadził ich słabo oświetlonym korytarzem, który wydawał się nie mieć końca. W pewnym momencie stanął przed ciężkimi, dębowymi drzwiami i rozwarł je. Oczom przybyszów ukazała się mała sypialnia z prostokątnym stołem i kilkoma prostymi krzesłami; było tam także trochę sprzętów, dzięki którym komnata mogła służyć jako pracownia. Miłe ciepło rozchodziło się od ognia trzaskającego wesoło na kominku.

 Czy dalej ci to odpowiada, Ptasi Wojowniku? — zagadnął Ouen.

 W zupełności.

Obrzuciwszy izbę błyskawicznym spojrzeniem, Tarlach znów skupił uwagę na swym gospodarzu.

 Mam nadzieję, że twoi domownicy wybaczą nam, jeśli nie przywitamy się z nimi jeszcze dziś wieczorem. Spędziliśmy w siodle tyle czasu…

 Bardziej by nas rozgniewało, gdybyście się czuli zobowiązani do przestrzegania form, dobrze przedtem nie wypocząwszy. Oczywiście przyniesiemy tu rzeczy twoje i twego towarzysza, lecz co do bagaży damy… — uczony zawiesił głos.

 Biorę za nie odpowiedzialność.

Coś małego i ciemnego weszło cicho do budynku w ślad za ludźmi i teraz otarło się o nogi Sokolnika. Tarlach pochylił się i wziął Odważną na ręce.

 Jej kot również zamieszka ze mną.

 Wszystkie wasze zwierzęta są mile widziane, te upierzone i te pokryte futrem.

Kapitan najemników pragnął tylko jednego — żeby wreszcie pozostawiono go w spokoju, ponieważ jednak przyjęto ich bardzo życzliwie i jak dotąd nie nękano pytaniami, wypadało opowiedzieć cokolwiek o sobie, a przynajmniej podać imię człowieka, któremu służyli. Nic ponadto nie musiał ujawniać — tłumaczył go obyczaj, zgodnie z którym postąpił również podczas poprzedniego pobytu w Lormcie. Sokolnicy nie wyjawiali swoich imion obcym ludziom, nie rozmawiali z nimi o własnych sprawach ani o sprawach tych, dla których walczyli.

 Ranna kobieta to Una, Pani Doliny Morskiej Twierdzy… z High Hallacku — dodał, gdyż niewielu mieszkańców Krainy Dolin znano w Estcarpie z imienia. Dobrze poinformowani byli jedynie Sulkarczycy i im podobni, zwłaszcza kupcy, a także czyste tarcze, czyli ludzie mający bezpośrednie związki z drugim kontynentem.

 Oddaliście swe miecze na jej usługi? — zapytał Duratan.

 Tak — rzekł krótko kapitan — ale mówiłem już, że mam tu własne zadanie do wykonania. Jak tylko wypocznę i uporam się z innymi obowiązkami, chciałbym na nowo podjąć badania, o ile macie jeszcze coś dla mnie.

 Jest wiele kronik, niektóre z nich dotyczą historii twej rasy. Są bardzo stare…

 Im starsze, tym większą mają dla mnie wartość.

 Większość już widziałeś — zastrzegł się Duratan. — Poza tym informacje w nich zawarte są bardzo fragmentaryczne. Twoi współplemieńcy niechętnie wypowiadali się na swój temat…

 Możesz swobodnie korzystać z naszych zbiorów — wtrącił pośpiesznie Ouen. — Sami staraliśmy się wyszukać dla ciebie coś nowego. Wielkie Poruszenie umożliwiło nam dostęp do ogromnej ilości nowych dzieł, a przecież dotychczas nie udało się zbadać nawet tego, co mieliśmy, zanim nastąpił ów kataklizm. Ponad połowa pism nie jest skatalogowana.

 Chciałbym zobaczyć wszystko, co zdołacie znaleźć.

 Dołożymy wszelkich starań, by cię zadowolić. Prawdę mówiąc, wyświadczyłeś nam przysługę swoją prośbą. Wielu jest tu takich, co uwielbiają tego rodzaju studia. Z chęcią podejmą wyzwanie.

Kapitan podziękował skinieniem głowy. Zawahał się przez moment. Jego wzrok mimowolnie pobiegł ku drzwiom i mrocznej sieni.

 Zawiadomicie mnie, kiedy uzdrowicielka ukończy badanie chorej?

 Oczywiście, jak tylko sami się czegoś dowiemy.

Po czym gospodarze wyszli zabierając ze sobą porucznika, któremu wskazali izbę po prawej stronie, nie różniącą się niczym od pokoju Tarlacha. Brennan podziękował im, lecz natychmiast wyszedł z powrotem na korytarz.

 Posiedzę jeszcze trochę z moim kapitanem. Czy moglibyśmy dostać wina i coś do jedzenia?

 Naturalnie, już się tym zajęto.

 

Tarlach posadził Odważną w nogach swego łoża.

Wygląda na zagubioną, pomyślał. Jak na dorosłą kotkę, była niezwykle mała, niewiele większa od pięcio–, sześciomiesięcznego kociaka. Składała się głównie z futra, bez niego nie ważyłaby nawet dwóch funtów. Teraz, kiedy tak leżała skulona i nieszczęśliwa, robiła wrażenie jeszcze mniejszej. Nie starała się wcale ukryć rozpaczy, wiedząc, że Sokolnik jest świadom więzi łączącej ją z Uną i że w jego obecności nie musi taić swych uczuć.

Usiadł obok, głaszcząc łagodnie złotobrązowe futro, lecz najwyraźniej nie było to dla niej żadną pociechą, cofnął więc rękę. W jaki sposób mógłby dodać komuś otuchy, skoro sam stracił już wszelką nadzieję?

Syn Burzy wydał z siebie gardłowy, zawodzący głos i sfrunął na łóżko tuż obok kotki. Zaczął muskać dziobem jej sierść, jak zwykły to czynić sokoły, gdy jeden z ich stada poniósł ciężką stratę i cierpiał.

Tarlach poczuł ucisk w gardle. Zdjął hełm, ostrożnie odłożył go na bok i ukrył twarz w dłoniach. Miał wrażenie, że jego skrzydlaty towarzysz wyraża w ten sposób żal z powodu śmierci Pani Morskiej Twierdzy…

Słysząc pukanie, wyprostował się i znów sięgnął po hełm. Nie chciał, żeby ktoś z mieszkańców Lormtu zobaczył jego odsłoniętą twarz, szczególnie teraz. Po chwili jednak odprężył się, gdyż Syn Burzy krzykiem obwieścił przybycie Brennana.

Korzystając z okazji, do komnaty wleciała za nim sokolica i ku zaskoczeniu obu mężczyzn przysiadła obok Odważnej, na wszelkie sposoby okazując współczucie. W odpowiedzi kotka wysunęła różowy język i zaczęła lizać pióra na szyi i piersi ptaka.

 Ona również rozumie, co będzie oznaczać dla nas śmierć Pani Twierdzy — zauważył porucznik. Nie mógł wyjść ze zdumienia, że jego bojowy ptak okazuje taką głębię uczuć. Nigdy nie widział sokolicy, która smuciłaby się w ten sposób po śmierci jakiegokolwiek człowieka, nawet wybranego towarzysza. Jednak w tej chwili co innego zaprzątało jego umysł. Podobnie jak Tarlach zdjął hełm i z westchnieniem ulgi położył go obok hełmu dowódcy. Przyjemnie było choć na chwilę uwolnić się od tego ciężaru.

 Mamy przed sobą parę godzin spokoju.

 Tak — odrzekł Tarlach siląc się na uśmiech. — Jeśli chodzi o mnie, nie omieszkam ich wykorzystać… Czy dostałeś dobrą kwaterę?

 Całkiem wygodną. Wygląda tak samo jak twoja. — Brennan spojrzał na łóżko. — A gdybyś tak położył się na chwilę? Prosiłem, żeby przyniesiono nam jedzenie, myślę jednak, że bardziej przydałby ci się sen.

 Nic z tego. Zbyt jestem zmęczony, żeby zasnąć. Przynajmniej tak mi się wydaje. — Tarlach zwrócił wzrok w stronę ognia. — Gdy pani Una umrze, nasze nadzieje spełzną na niczym. — Zacisnął wargi. — Miała rację, jak zwykle. Jeśli jej z nami nie będzie, jeśli ona sama nie wyrazi poparcia dla naszych planów, niewiele zdołamy zdziałać w wioskach.

 Może jednak kobiety wysłuchają nas — rzucił Brennan — bo jeśli nie, to zginą wraz z nami.

 Może i wysłuchają — odrzekł Tarlach z goryczą — lecz niełatwo im przyjdzie nam zaufać, bo niby dlaczego? Cóż my wiemy o sobie nawzajem? Tyle tylko, że cztery razy do roku — czasem nawet raz — przyjeżdżamy do wiosek wielką zgrają, aby płodzić potomstwo. Niczym zwierzęta pod nadzorem pastucha.

Porucznik się skrzywił.

 Tarlachu…

 Nie, pozwól mi dokończyć. Po prostu staram się postawić w ich sytuacji i spojrzeć na sprawę z ich punktu widzenia. W otoczonym górami Gnieździe mogliśmy trzymać kobiety pod ścisłym nadzorem, lecz nawet wówczas, jak sądzę, od czasu do czasu jedna czy dwie wymykały się do Estcarpu w poszukiwaniu innego, lepszego życia. Kiedy Wielkie Poruszenie zmusiło nas do zejścia w doliny, zmiany stały się nieuniknione. Obecnie wioski naszych niewiast niemal bezpośrednio graniczą z ziemiami Czarownic. Już teraz tracimy mnóstwo kobiet. W następnym pokoleniu, a na pewno w tym, które przyjdzie po nim, zbyt mało będzie zdolnych do rodzenia dzieci, by zapewnić nam przetrwanie. Z pewnością same o tym wiedzą najlepiej, ale ja na ich miejscu nie dałbym się z powrotem zwabić do następnej górskiej kryjówki. A nuż okazałaby się jeszcze gorszym więzieniem dla nich i ich potomstwa? Dlatego obecność pani Uny, to, że z nami współpracuje, jej świadectwo o tym, co staramy się zbudować — byłyby bardzo pomocne, choć nie wiadomo, czy wystarczające. Jej śmierć wytrąci nam broń z ręki. Brennan nachmurzył się.

 Nasze oddziały wciąż pilnują wszystkich wiosek i mogą zmusić…

 Nasz traktat z Morską Twierdzą wyklucza taką możliwość.

 Krucze Pole jest twoje.

 To duża Dolina, ale i tak zbyt mała jak na nasze potrzeby. Musimy mieć wolny dostęp do Doliny Morskiej Twierdzy, a odmówią nam tego, jeśli pogwałcimy umowę z panią Uną. — Tarlach przymrużył oczy. — Nawet gdybyśmy zlekceważyli nasze przysięgi, nie uda nam się zagarnąć ani jej Doliny, ani żadnej innej. High Hallack doskonale pamięta alizońską inwazję i jego panowie znów szybko się zjednoczą, by zdusić w zarodku każdą taką próbę. Nawet będąc u szczytu naszej potęgi, nie zdołalibyśmy mieczem wywalczyć sobie królestwa tam, gdzie poniosły klęskę uzbrojone przez Kołder Psy. Jeśli spróbujemy, sami wydamy na siebie wyrok. Któż bowiem po czymś takim zechciałby nas wynająć?

 Nigdy nie doradzałem zdrady…

 Nie — westchnął Tarlach. — Nie. To wina zmęczenia, jak sądzę. Widzę wszystko w najczarniejszych barwach.

 Masz rację. Musimy uzyskać zgodę kobiet, żeby nasz plan się powiódł. — Brennan zawahał się i dodał: — Nie zapominaj jednak, że potrzebna jest nam również...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin