Rivers_Francine_-_Jak_swit_poranka.rtf

(1335 KB) Pobierz

Francine Rivers

 

 

 

Jak świt poranka

Cz. 3 trylogii “Znamię lwa”

 

 

 

 


Prolog

Rok 79 po Chrystusie

 

Strażnik najgłębszego lochu odsunął rygiel i ruszył przodem.

Stukot nabitych ćwiekami butów żołnierskich przypomniał Atretesowi czasy Kapui. Szedł za strażnikiem i pocił się, wdychając woń zimnego kamienia i ludzkiego strachu. Ktoś krzyknął spoza zamkniętych drzwi. Inni jęczeli ogarnięci rozpaczą. Nagle gdzieś z dalekiego krańca ociekających wilgocią podziemi doszedł ich uszu dźwięk - głos tak słodki, że Atretes poczuł, jak coś przyciąga go w tamtą stronę. Gdzieś w ciemnościach jakaś kobieta śpiewała.

Strażnik zwolnił i przechylił nieco głowę.

- Czy słyszałeś kiedykolwiek taki głos? - spytał. Śpiew umilkł i strażnik przyspieszył kroku. - Jest tu od kilku miesięcy, lecz to w niczym jej nie odmieniło. Nie to co innych. Szkoda, że jutro umrze wraz ze wszystkimi - rzekł, zatrzymując się przed ciężkimi drzwiami. Podniósł rygiel.

Oddychając ciężko ustami, Atretes stał na progu i przenosił wzrok z jednej twarzy na drugą. Jedna jedyna pochodnia migotała osadzona na bocznej ścianie, ale ludzie w głębi pozostawali w cieniu. Większość więźniów stanowiły kobiety i dzieci. Było też kilku ledwie, ale starych, brodatych mężczyzn. Atretes nie był wcale tym zaskoczony. Młodszych oszczędza się do walk.

Ktoś wypowiedział jego imię i zobaczył szczupłą kobietę w łachmanach wstającą spośród gromady brudnych więźniów.

Hadassa!

- To ta? - spytał strażnik.

- Tak.

- Śpiewaczka. Ty tam! Wyjdź!

Atretes patrzył, jak przepycha się przez tłum. Ludzie wyciągali ręce, żeby ją dotknąć. Ktoś ujął jej dłoń, a ona uśmiechnęła się i szepnęła jakieś słowo otuchy. Kiedy doszła do drzwi, spojrzała na niego świetlistymi oczami.

- Co tu robisz, Atretesie?

Nie chciał rozmawiać przy rzymskim strażniku, wziął ją więc za rękę i wyciągnął na korytarz. Strażnik zamknął drzwi i opuścił rygiel. Otworzył inne drzwi, po drugiej stronie korytarza, i zapalił pochodnię, sam zaś zajął stanowisko na końcu korytarza.

Wchodząc za Hadassą do pomieszczenia, Atretes słyszał stukot podbitych ćwiekami butów na kamiennej posadzce. Zacisnął dłonie. Ślubował sobie, że jego noga nie stanie już nigdy w takim miejscu, i oto jest tutaj z własnej woli.

Hadassa dostrzegła udrękę malującą się na jego twarzy.

- Na pewno nienawidzisz tego miejsca - szepnęła. - Co sprowadziło cię tutaj?

- Miałem sen i nie wiem, co on oznacza.

Wyczuła jego rozpacz i prosiła Boga, by dał jej odpowiedź, której Atretes potrzebuje.

- Usiądź i opowiedz. - Poczuła słabość spowodowaną kilkudniowym zamknięciem i brakiem pożywienia. - Ja mogę nie znać odpowiedzi, ale Bóg ją zna.

- Idę przez ciemność, przez ciemność tak gęstą, że czuję, jak napiera na moje ciało. Widzę tylko swoje dłonie. Idę długo, nie czując niczego, szukając, zda się, przez całą wieczność, aż widzę przed sobą rzeźbiarza. Pracuje nad posągiem, który przedstawia mnie. Jest podobny do tych, które sprzedają na kramach wokół cyrku, tyle że ten jest jak żywy. Rzeźbiarz bierze do ręki młotek i wiem, co zaraz zrobi. Krzyczę, by tego nie robił, lecz on uderza młotkiem i posąg rozpada się na milion odłamków.

Atretes wstał, drżąc na całym ciele.

- Czuję ból, ból, jakiego nigdy nie zaznałem. Nie mogę się poruszyć. Widzę wokół siebie las z ojczystego kraju i zapadam się w bagno. Wszyscy stoją wokół mnie: matka, żona, dawno zmarli przyjaciele. Krzyczę, lecz oni stoją nieruchomo, patrząc, jak bagno mnie wsysa. Błoto napiera na mnie jak przedtem ciemność. I nagle pojawia się mężczyzna, który wyciąga do mnie obie ręce. Jego dłonie krwawią.

Hadassa patrzyła, jak Atretes opiera się ze znużeniem o kamienną ścianę po drugiej stronie celi.

- Czy bierzesz go za rękę?

- Nie wiem - odparł ze smutkiem. - Nie mogę sobie przypomnieć.

- Budzisz się?

- Nie. - Wciągnął powoli powietrze w płuca, starając się zapanować nad swoim głosem. - Jeszcze nie. - Zamknął oczy i przełknął z wysiłkiem ślinę. - Słyszę płacz noworodka. Leży nagi na skałach nad morzem. Widzę, jak nadchodzi fala i wiem, że go zmyje. Chcę do niego dotrzeć, ale fala go zalewa. Wtedy się budzę.

Hadassa zamknęła oczy.

Atretes odchylił głowę do tyłu.

- Powiedz mi, co ten sen oznacza?

Hadassa modliła się, by Pan zesłał na nią mądrość. Długo siedziała z pochyloną głową. Po dłuższej chwili podniosła wzrok.

- Nie jestem jasnowidzącą - powiedziała. - Tylko Bóg może wyjaśniać sny. Wiem jednak, Atretesie, że pewne rzeczy są prawdziwe.

- Jakie rzeczy?

- Mężczyzną wyciągającym ręce jest Jezus. Powiedziałam ci, jak umarł, przybity do krzyża, i jak powstał z martwych. Wyciąga do ciebie obie ręce. Uchwyć je i trzymaj mocno. Twoje ocalenie jest bliskie. - Zawahała się. - A dziecko...

xx- Wiem wszystko. - Twarz Atretesa stężała. Z trudem panował nad miotającymi nim uczuciami. - To mój syn. Myślałem o tym, co powiedziałaś mi tamtej nocy na wzgórzach. Posłałem wiadomość, że chcę dostać dziecko, kiedy się narodzi.

Widząc zdumione spojrzenie Hadassy, Atretes zerwał się i zaczął niespokojnie krążyć po celi.

- Najpierw chciałem tylko zranić Julię, odebrać jej dziecko. Potem chciałem je naprawdę. Postanowiłem je wziąć i wrócić do Germanii. Czekałem i przysłano mi wiadomość. Dziecko przyszło na świat martwe.

Atretes wybuchnął urywanym, pełnym goryczy śmiechem.

- Lecz skłamała. Dziecko żyło. Kazała położyć je na skale, by umarło. - Mówił głosem zdławionym przez łzy, przeczesując włosy palcami. - Powiedziałem ci, że gdyby Julia położyła je u moich stóp, odwróciłbym się i odszedł. I ona tak właśnie uczyniła. Położyła dziecko na skale i odeszła. Nienawidziłem jej za to. Nienawidziłem samego siebie. Powiedziałaś: “Niech Bóg się nad tobą zmiłuje”. O tak, zmiłował się.

Hadassa wstała i podeszła do niego.

- Twój syn żyje.

Zesztywniał i spojrzał na nią, a ona położyła mu dłoń na ramieniu.

- Nie wiedziałam, Atretesie, że przysłałeś po niego. Gdybym wiedziała, przyniosłabym go tobie. Wybacz mi, proszę, ból, który ci zadałam.

Zwiesiła bezwładnie rękę. Atretes ujął jej dłoń.

- Powiedziałaś, że mój syn żyje. Gdzie jest?

Modliła się, by Bóg sprawił, że to, co powie, okaże się dobre.

- Zaniosłam twego syna do apostoła Jana i oddałam go w ręce Rispy, młodej wdowy, która utraciła swoje dziecko. Pokochała go, gdy tylko spojrzała w jego twarz.

Rozluźnił dłoń i opuścił rękę.

- Mój syn żyje - powtórzył ze zdumieniem, czując, jak opada z niego ciężar bólu i winy. Zamknął z ulgą oczy. - Mój syn żyje. - Oparty plecami o kamienną ścianę osuwał się powoli, gdyż zawiodły go nogi. - Mój syn żyje - znowu powtórzył zdławionym głosem.

- Bóg jest miłosierny - powiedziała, kładąc mu dłoń na głowie.

Ta leciutka pieszczota przypomniała Atretesowi matkę. Ujął dłoń Hadassy i przytulił ją do policzka. Podniósł wzrok i zobaczył siniaki na jej twarzy, zobaczył, jak chude jest jej ciało okryte podartą, brudną tuniką. Ocaliła jego syna. Czyż może teraz odejść i pozwolić, by umarła?

Wstał, zdecydowany przystąpić do działania.

- Idę do Sertesa.

- Nie.

- Tak - odparł z determinacją. Nigdy nie walczył z lwami i miał niewielką szansę, by przeżyć, ale musiał spróbować. - Wystarczy jedno słowo szepnięte właściwemu człowiekowi, a znajdę się na arenie jako twój obrońca.

- Ja mam już obrońcę, Atretesie. Bitwa dobiegła końca. I zawsze jest to koniec zwycięski. - Trzymała mocno jego dłoń w swoich dłoniach. - Czyż tego nie widzisz? Jeśli wrócisz teraz na arenę, umrzesz nie poznawszy Pana.

- Ale ciebie czeka śmierć. Jutro zostaniesz rzucona lwom.

- We wszystkim jest ręka Boga, Atretesie. Stanie się Jego wola.

- Umrzesz.

- Choćby mnie zabił Wszechmocny, ufam. - Uśmiechnęła się. - Cokolwiek się zdarzy, służy Jego dobrym celom i Jego chwale. Nie czuję strachu.

Patrząc na nią, Atretes łaknął do bólu wiary takiej jak jej wiara, wiary, która przyniosłaby mu ukojenie. Długo wpatrywał się w jej twarz, a potem skinął głową, walcząc z miotającymi nim uczuciami.

- Będzie, jak powiedziałaś.

- Będzie wedle woli Boga.

- Nigdy cię nie zapomnę.

- Ani ja ciebie. - Wyjaśniła mu, jak ma znaleźć apostoła Jana, a potem położyła dłoń na jego ramieniu i podniosła na niego spojrzenie pełnych pokoju oczu. - A teraz odejdź z tego miejsca śmierci i nie oglądaj się za siebie.

Wyszła na ciemny korytarz i zawołała strażnika.

Atretes stał z pochodnią w ręku, patrząc, jak strażnik przychodzi i otwiera rygiel. Hadassa obejrzała się na Atretesa. W jej oczach zobaczył miłość.

- Niechaj Bóg błogosławi ci. Niechaj cię zachowa. Niechaj jaśnieje nad tobą Jego twarz i będzie dla ciebie powabna. Niechaj Bóg obróci ku tobie swą twarz i ześle ci pokój - powiedziała z łagodnym uśmiechem.

Odwróciła się i weszła do celi. Przywitał ją cichy szmer głosów. Drzwi z głuchym odgłosem zatrzasnęły się za nią na zawsze.


Ziarno

Oto siewca wyszedł siać...


Rozdział I

 

 

Atretes padał z nóg, a w dodatku jego duma została zadraśnięta i cierpliwość całkowicie się wyczerpała. Miał już dosyć wszystkiego.

Gdy tylko dowiedział się od Hadassy, że jego syn żyje i że apostoł Jan wie, gdzie można go znaleźć, przystąpił do układania planu. Ponieważ pospólstwo nadal go uwielbiało, nie mógł pokazać się w mieście, kiedy mu się spodoba, ale musiał czekać, aż zapadnie mrok. I tego się trzymał. Odnalezienie domu apostoła nie było trudne - Hadassa podała dostatecznie jasne wskazówki - ale człowiek Boży nawet w środku nocy zaprzątnięty był swoimi sprawami: pocieszał chore dzieci, wysłuchiwał spowiedzi umierających.

Atretes czekał więc, by po kilku godzinach dowiedzieć się, że apostoł przysłał wiadomość, iż udaje się prosto nad rzekę, by odprawić o świcie nabożeństwo. Atretes był wściekły, ale poszedł tam i trafił na moment, kiedy tłum zgromadził się już, by wysłuchać Jana, który opowiadał o Jezusie Chrystusie, ich zmartwychwstałym Bogu. Cieśla z Galilei Bogiem? Atretes zamknął uszy na głoszone przez Jana słowo i zaszył się w spokojnym miejscu pod terebintem, zdecydowany wytrwać tam do końca zgromadzenia.

Jednak teraz nie mógł już dłużej czekać! Nastał świt, słońce wznosiło się coraz wyżej, a wyznawcy ciągle wyśpiewywali chwałę swojego niebieskiego Króla i opowiadali, jak wyzwolili się od choroby, rozpaczy, złych nawyków i nawet demonów! Niedobrze mu się robiło od słuchania tych historii. Niektórych zanurzano teraz w rzece. W ubraniu! Czy oni wszyscy oszaleli?

Atretes wstał, podszedł bliżej i szturchnął jakiegoś mężczyznę stojącego w ostatnich rzędach zgromadzenia.

- Jak długo trwają te spotkania?

- Póki przenika nas Duch Boży - odparł mężczyzna, obrzucając Atretesa szybkim spojrzeniem i natychmiast z powrotem podejmując śpiew.

Duch Boży? Co to niby ma znaczyć? Atretes nawykł do ściśle zaplanowanego rozkładu ćwiczeń i do dyscypliny, do konkretnych faktów. Odpowiedź tego człowieka była nie do pojęcia.

- Czy po raz pierwszy słuchasz?...

- Pierwszy i ostatni - uciął Atretes, któremu pilno było znaleźć się jak najdalej od tego miejsca.

Mężczyzna przyjrzał mu się uważniej i uśmiech na jego twarzy stężał. Otworzył szeroko oczy.

- Tyś jest Atretes!

Atretes poczuł, że mięśnie mu sztywnieją. Może uciec albo podjąć walkę. Zacisnął wargi i postanowił nie ustępować. Ucieczka byłaby czymś przeciwnym jego naturze; po długiej nocy czekania był gotów podjąć walkę.

“Jesteś głupcem!” - zganił sam siebie. Powinien był milczeć i czekać spokojnie w cieniu drzewa, nie zaś zwracać na siebie uwagę. Ale co się stało, to się nie odstanie.

Szukał dla siebie usprawiedliwień. Skąd mógł wiedzieć, że ludzie o nim nie zapomnieli? Minęło osiem miesięcy od chwili, kiedy opuścił arenę. Sądził, że nikt już o nim nie pamięta.

Najwyraźniej efezjanie mają dobrą pamięć.

Kiedy padło jego imię, inni obrócili głowy. Jakaś kobieta gwałtownie zaczerpnęła powietrza w płuca i odwróciła się, żeby wymienić jakieś uwagi ze stojącymi w pobliżu. Wiadomość o jego obecności przemknęła wśród zgromadzonych jak wiatr unoszący suche liście. Ludzie oglądali się, by zobaczyć, co jest powodem poruszenia, i zaraz go dostrzegali, gdyż przewyższał o głowę innych, a te jego przeklęte jasne włosy rzucały się w oczy jak latarnia morska.

Zaklął pod nosem.

- To Atretes! - mruknął któryś z mężczyzn.

Atretes poczuł, że włosy jeżą mu się na karku. Wiedział, że najmądrzej byłoby opuścić czym prędzej to miejsce, ale górę wziął upór, niepohamowana strona jego natury. Nie jest już niewolnikiem Rzymu, nie jest już gladiatorem walczącym na arenie. Może znowu rozporządzać swoim życiem. Jakaż różnica zachodzi między ścianami pełnej przepychu willi a murami szkoły gladiatorów? I tu, i tam był więźniem.

“Przyszedł mój czas!” - pomyślał z gniewem i poczuciem zawodu. Musi zdobyć potrzebne informacje i wynieść się stąd. Każdy, kto spróbuje stanąć mu na drodze, gorzko tego pożałuje.

Odepchnął mężczyznę, który nadal przyglądał się mu z szeroko otwartymi ustami, i zaczął przepychać się przez tłum.

Przez ludzkie morze przebiegł szmer.

- Rozstąpić się! To Atretes. Chce przepchnąć się do przodu! - ozwał się czyjś głos i ludzie z pierwszych rzędów przestali śpiewać. Obracali się w stronę olbrzyma.

- Chwała niech będzie Panu!

Szum podnieconych głosów sprawił, że Atretes zacisnął usta. Mimo dziesięciu lat krwawych zmagań na arenie Germanin nie przyzwyczaił się do tego, że za każdym razem, kiedy się pojawia, ludzi ogarnia poruszenie.

Sertes, edyl efeskich igrzysk, człowiek, który kupił Atretesa w wielkiej rzymskiej szkole gladiatorów, upajał się przyjęciem, jakie spotykało jego cennego gladiatora, i korzystał z każdej sposobności, żeby trochę złota trafiło i do jego kieszeni. Przyjmował łapówki od majętnych patronów i zabierał Atretesa na uczty, gdzie karmiono gladiatora smakołykami i dogadzano mu na wszelkie sposoby. Inni gladiatorzy rozkoszowali się takim królewskim traktowaniem, zażywając bez żadnych ograniczeń przyjemności, korzystając z godzin dzielących ich od chwili, kiedy staną na arenie twarzą w twarz ze śmiercią. Atretes zawsze zachowywał umiar w jedzeniu i piciu. Chciał żyć. Trzymał się na uboczu, nie zwracał uwagi na biesiadników i patrzył na nich tak dziko i z taką pogardą, że otaczali go bardzo szerokim kręgiem.

- Zachowujesz się jak zwierzę w klatce! - poskarżył się kiedyś Sertes.

- Bo uczyniliście ze mnie zwierzę.

Teraz, kiedy przepychał się przez zebrany nad rzeką tłum, to wspomnienie podsycało jego gniew. Hadassa powiedziała mu, żeby odszukał apostoła Jana. Ci gapiący się na niego, mamroczący ludzie z pewnością go nie powstrzymają.

Szum podekscytowanych głosów narastał. Mimo potężnej budowy ciała germański wojownik czuł, że tłum napiera coraz mocniej. Ludzie dotykali go, kiedy się obok nich przedzierał. Instynktownie napinał mięśnie i odpychał natrętów. Oczekiwał, że będą się czepiać jego sukni i drzeć ją na strzępy jak amoratae, które często ścigały go na rzymskich ulicach. Jednak ci ludzie byli wprawdzie podnieceni jego obecnością, lecz kładli na nim dłonie po to tylko, żeby ułatwić mu przepychanie się do przodu.

- Chwała niech będzie Panu!...

- Był gladiatorem!

- Widziałem go kiedyś, nim zostałem chrześcijaninem...

Tłum zamykał się za nim i serce zaczęło bić mu jak młot. Na czoło wystąpił zimny pot. Nie lubił, kiedy zachodzono go od tyłu.

- Przejście - powiedział jakiś mężczyzna. - Zróbcie mu przejście!

- Janie! Janie! Idzie tu Atretes!

Czyżby wiedzieli już, po co przyszedł na zgromadzenie wyznawców Drogi? Czyżby Hadassa zdołała przekazać wiadomość?

- Jeszcze jeden! Jeszcze jeden zwrócił się ku Panu!

Ktoś zaintonował pieśń i fala śpiewu podnosiła się wokół niego, aż dreszcz przebiegł mu po grzbiecie. Tłum rozstępował się przed nim. Nie zamierzał zastanawiać się dlaczego; szybko pokonał ostatni odcinek drogi.

Zobaczył kilka osób stojących w wodzie. Jedną właśnie zanurzano. Inna, cała już mokra, wyrzucała wysoko wodę rękami, śmiejąc się i jednocześnie płacząc. Ludzie brnęli do niej przez wodę, żeby ją uścisnąć.

Jakiś starzec, ubrany w wełnianą tunikę i przepasany szarfą w prążki, pomagał komuś dźwignąć się z wody, mówiąc przy tym: “Zostałeś obmyty we krwi Baranka”. Śpiew wzmógł się, stał się radośniejszy. Dźwignięty z wody mężczyzna podszedł szybko do przyjaciół. Jeden z nich uścisnął go z płaczem, pozostali otoczyli go kołem.

Atretes rozpaczliwie pragnął być jak najdalej od tego miejsca, od tego zgromadzenia ludzi szalonych.

- Ty tam! - krzyknął do starca przepasanego szarfą w prążki. - Ty jesteś Janem? Tym, którego zwą apostołem?

- Jestem nim.

Atretes wszedł do wody, dziwując się poruszeniu ludzi, którzy stali za jego plecami. Sertes powiedział kiedyś, że apostoł Jan jest większym zagrożeniem dla Cesarstwa Rzymskiego niż wszystkie bunty wybuchające na pograniczu, ale mierząc wzrokiem stojącego przed nim mężczyznę, Atretes nie zobaczył niczego, co skłaniałoby do lęku. W gruncie rzeczy Jan robił wrażenie kogoś zupełnie zwyczajnego.

Jednak Atretes nauczył się już, że nic nie jest takie, na jakie wygląda; ponure przeżycia wpoiły mu przekonanie, że nie należy nikogo lekceważyć. Tchórz może okazać się groźniejszy i przebieglejszy niż człowiek odważny, a bywa, że ktoś z pozoru bezbronny zada rany zbyt głębokie, żeby mogły się zabliźnić. Czyż Julia nie rozdarła mu serca swoją zdradą i kłamstwami?

Ten starzec miał w ręku oręż, który Atretes zamierzał mu wydrzeć.

- Masz mojego syna - oznajmił głosem twardym jak kamień. - Hadassa przyniosła ci go jakieś cztery miesiące temu. Chcę go odzyskać.

- Hadassa - powtórzył Jan i jego twarz złagodniała. - Martwiłem się o nią. Nie widzieliśmy naszej siostry od wielu tygodni.

- I już jej nie zobaczysz. Jest wśród skazańców w lochu pod cyrkiem.

Jan wypuścił powietrze z piersi, jakby ktoś uderzył go z całej siły w twarz, i szepnął coś sam do siebie.

- Powiedziała, że dałeś mego syna wdowie o imieniu Rispa - ciągnął Atretes. - Gdzie ją znajdę?

- Rispa mieszka w mieście.

- Ale gdzie?

Jan zrobił krok do przodu i położył dłoń na ramieniu Atretesa.

- Chodź. Porozmawiamy.

Atretes strząsnął z siebie dłoń starca.

- Chcę tylko, byś mi powiedział, jak znaleźć kobietę, która ma mojego syna.

Jan znowu obrócił twarz w jego stronę.

- Kiedy Hadassa przyszła do mnie z dzieckiem, powiedziała, że rozkazano jej położyć je na skale, aby umarło.

- Nie wydałem takiego rozkazu.

- Twierdziła, że ojciec nie chce dziecka.

Atretes poczuł, że twarz oblewa mu fala gorąca, a w ustach robi się sucho.

- To moje dziecko. Nie muszę ci mówić nic więcej.

Jan zmarszczył brwi.

- Czy Hadassa została skazana za to, że przyniosła dziecko do mnie?

- Nie.

Nieposłuszeństwo Hadassy, uratowanie dziecka, wystarczyłoby, żeby ją skazano, ale nie z tego powodu Julia posłała ją na śmierć. Julia, o ile wiedział, nie zdawała sobie nawet sprawy, że dziecko żyje. Potrafiłaby jednak rzucić Hadassę na arenę, bo taki kaprys przyszedł jej akurat do głowy. Niewiele mógł powiedzieć o tym, co przytrafiło się Hadassie.

- Jeden sługa wyjawił mi, że Hadassie kazano zapalić wonności ku czci cesarza. Odmówiła i oznajmiła głośno, że wasz Chrystus jest jedynym prawdziwym Bogiem.

W oczach Jana zabłysło światełko.

- Chwała niech będzie Bogu.

- Ona oszalała.

- Tak, oszalała dla Chrystusa.

- Cieszysz się z tego? - spytał z niedowierzaniem Atretes. - Z powodu paru słów czeka ją śmierć.

- Nie, Atretesie. Kto wierzy w Jezusa, nie umrze, lecz będzie miał...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin