Terakowska Dorota - Córka Czarownic.pdf

(1009 KB) Pobierz
DOROTA TERAKOWSKA
DOROTA TERAKOWSKA
Córka Czarownic
ROZDZIAŁ I
...jak daleko sięgało Dziecko pamięcią - jeszcze zawodną i niewyćwiczoną - zawsze
było tylko ono i Stara Kobieta. Nikogo więcej. Czasem, ale zdarzało się to bardzo
rzadko, zajrzał do ich domostwa ktoś ze Wsi, by cicho szeptać ze Starą Kobietą
jakieś słowa, które wyraźnie nie były dobrymi słowami. Nie mogły to być dobre słowa,
skoro niemal zawsze, po każdej takiej rzadkiej i niespodziewanej wizycie, Stara
Kobieta w milczeniu pakowała skąpy dobytek do niewielkiego worka, bez pół zdania
czy choćby gestu wyciągała dużą, ciepłą rękę - i w chwilę potem Dziecko i Ona
przemykały spiesznie bocznymi, mało uczęszczanymi ścieżkami, byle dalej i dalej od
Wsi, dalej i dalej od wszelkiego śladu ludzkich siedzib.
- To jest ucieczka - myślało wtedy Dziecko i rozglądało się czujnie dokoła wielkimi,
dziwnie starymi oczami. Buzia Dziecka była zawsze brudna; nie dlatego by nie lubiło
się myć lub Stara Kobieta nie dbała o nie wystarczająco. Wręcz przeciwnie. Jak
daleko sięgała jeszcze krucha pamięć Dziecka - Stara Kobieta zawsze, z niezwykłą
wręcz skrupulatnością pilnowała, by niemal wszystkie jego potrzeby były
zaspokajane. Ale buzia Dziecka mimo to zawsze była brudna, choć Stara Kobieta
budziła się co rano niemal o świcie, jeszcze nim Dziecko zdążyło otworzyć zaspane
oczy i mrucząc do siebie, wyciągała z worka małe pudełeczko maści z orzecha i
smarowała twarz Dziecka bardzo starannie, zaczynając od wysokiego, białego czoła,
a kończąc na aż zbyt zdecydowanie zarysowanej brodzie. Pod smarowidłem znikała
bez śladu delikatna, jasna skóra Małej, przemieniając się w ogorzałą, zniszczoną
wiatrem i słońcem, co zniekształcało rysy jej twarzy. Ale tego Dziecko już nie
wiedziało, bowiem nigdy w żadnym z ich domów nie było lusterka.
...domów? Domów także nie było. Były tylko tymczasowe siedziby. Dziecko
zrozumiało to bardzo wcześnie. Kiedyś, rok lub więcej temu, mimo surowych
przykazań Starej Kobiety, Dziecko oddaliło się od miejsca, które uważało za swój
dom, i nad strumykiem stanęło oko w oko z podobnym sobie wiekiem i wzrostem
Dzieckiem, mieszkanką pobliskiej Wsi.
- Co tu robisz? - spytała mała Wieśniaczka.
- Oglądam strumyk - odparło Dziecko, patrząc zaciekawione na swą rówieśniczkę.
Była to pierwsza w jej życiu mała dziewczynka z jaką rozmawiała, więc wydawało się
jej to wspaniałe.
1
- A gdzie masz swój dom? - spytała Wieśniaczka.
- O, tam, za tym laskiem - odparło Dziecko ochoczo, ciesząc się, że jest obiektem
zainteresowania kogoś więcej niż tylko Stara Kobieta. Dziecko z kolei nie wpadło na
pomysł, żeby spytać o dom Wieśniaczki. Nie wydawało się mu to ani ważne, ani
potrzebne. Nie wiedziało bowiem, że istnieją domy - prawdziwe, stałe domy jako
takie. Przypuszczało, że wszyscy, tak jak ono, przemieszczają się z miejsca na
miejsce.
- Kłamiesz! - zawołała nagle obca dziewczynka. - To nie jest twój dom, tylko
rozwalająca się, opuszczona chałupa starej Akton, która umarła, gdy ją pobili
Najeźdźcy! Ciekawa jestem, co wy tam robicie! I ile was tam jest?
Gdy Dziecko powtórzyło tę rozmowę Starej Kobiecie, ta bez słowa wyjęła worek i
zaczęła pakować garstkę posiadanych przez nie rzeczy.
- Idziemy - rzekła po chwili bez żalu, wyciągając do Dziecka dużą, ciepłą dłoń.
I znowu nie uczęszczanymi, bocznymi ścieżkami, wymijając środek Wsi, Stara
Kobieta i Dziecko przemykały w stronę Dużego Lasu, który czerniał na horyzoncie i o
którym niektórzy mieszkańcy Wsi zgodnym chórem powtarzali, że w nim straszy.
Dziecko nie wiedziało o tym, ale żaden las, nawet najciemniejszy, nie napawał go
nigdy lękiem. Nawet w czasie najgroźniejszej wichury czy burzy, gdy wielkie drzewa,
skrzypiąc groźnie, pochylają swoje konary i mruczą coś do siebie w niespokojnej
mowie wielkich drzew, a za ich pniami połyskują w mroku oczy nieznanych, często
drapieżnych zwierząt. Nawet wtedy Dziecko nie bało się Lasu.
Zawsze, po paru kolejnych dniach marszu, po paru nocach przespanych byle gdzie
w Lesie, w przypadkowo odkrytych skalnych pieczarach (a niekiedy nawet w
dziuplach spróchniałych drzew), Stara Kobieta i Dziecko znajdowały kolejny,
tymczasowy dom. Była nim jakaś porzucona przez mieszkańców, gnijąca ze starości
chałupa albo stojąca daleko za Wsią stodoła czy stajnia. Stara Kobieta zostawiała
Dziecko w nowej siedzibie, zakazując mu oddalać się, a sama ruszała w stronę Wsi,
by zdobyć nieco innej żywności niż ta, która na co dzień była ich udziałem.
Przynosiła też trochę mleka, chleba, a niekiedy nawet świeżego mięsa. Inną
żywnością była ta, którą posilały się w drodze lub w Lasach: dziwne suszone mięso
w paskach, czerstwe placki, owoce leśne i źródlana woda.
Drugie w życiu Małej i jak na razie ostatnie spotkanie z innym dzieckiem miało
miejsce w pobliżu jednej z tych tak często zmienianych i całkiem przypadkowych
siedzib. Tym razem była to pasterka, której owcom zamarzyło się skubanie trawy w
tak dużym oddaleniu od Wsi, że dziewczynka bezradnie biegła za nimi, póki nie
zatrzymały się w pobliżu na poły zrujnowanej chałupy, gdzie trawa, nie deptana
ludzkimi nogami, była świeża, soczysta, wysoka. Dziecko na widok pasterki cicho
wysunęło się z domu i nieruchomo przykucnęło w jej pobliżu. Pasterka wiła wianek z
2
koniczyny i śpiewała radosnym, donośnym głosem jakąś prostą i miłą piosenkę o
łące, kwiatach i owcach.
- O la la! - powiedziała na widok Dziecka, przerywając piosenkę. - Nie znam cię
jeszcze, choć zdawało mi się, że znam tu wszystkich. Jak masz na imię, boja Izel...
Dziecko długo patrzyło na nią poważnymi, wielkimi oczami, nic nie mówiąc.
- No, powiedzże coś wreszcie! Nie umiesz gadać? - roześmiała się pasterka. - Pytam
cię, jak masz na imię?
- Mam na imię Dziecko. Albo Mała. Pasterka wybuchnęła śmiechem.
- Ależ to nie jest imię! Jak mówi na ciebie mama? Albo tata?
- Ja nie mam mamy ani taty - odparło Dziecko. Pasterka spoważniała, ale zaraz
wróciła jej naturalna pogoda:
- Kogoś przecież musisz mieć! Kogoś kto się tobą opiekuje? Jest chyba ktoś taki?
- Mam ją - powiedziało Dziecko i ruchem głowy wskazało zrujnowany dom.
- Pewnie masz ciocię lub babcię - podpowiedziała Pasterka.
- To całkiem możliwe. Ona jest stara - zgodziło się Dziecko z powagą.
- A zatem jest babcią. A jak cię nazywa?
- Dziecko lub Mała - powtórzyło Dziecko. Pasterka zachichotała z rozbawieniem.
- Chcesz to przyjdę tu jutro, żeby paść owce, i wtedy pobawimy się - rzuciła wesoło. -
Może wówczas przypomnisz sobie, jak masz na imię. Wszyscy mają jakieś imiona.
Więc chcesz?
- Chcę - odparło Dziecko, bowiem pojęcie zabawy było mu całkiem obce, lecz szybko
pojęło, że musi to być coś bardzo przyjemnego.
Ale już nazajutrz, wczesnym świtem, Stara Kobieta i Dziecko szły szybko bocznymi
drogami w stronę czerniejącego na horyzoncie Lasu.
- ... więc nie mogę się z nią bawić? - pytała mała podopieczna Starej Kobiety,
spokojnym, poważnym tonem, nie próbując się buntować.
- Nie możesz - odparła Stara Kobieta.
- Powiedz mi przynajmniej, jak mam na imię. Wszyscy mają jakieś imiona!
3
- Jeszcze nie czas - powiedziała jej Opiekunka. - Poznasz swoje imię, gdy będziesz
większa.
Nie każda kolejna zmiana siedziby odbywała się tak spokojnie, choć pospiesznie.
Wówczas to Stara Kobieta i Dziecko szybkim krokiem mijały Wieś, a potem pnąc się
pod górę w stronę czerniejących na horyzoncie najbliższych Lasów, zwalniały kroku,
a nawet odpoczywały po drodze, przysiadając w cieniu drzew.
Bywało jednak i tak, że opuszczenie kolejnego domu przypominało prawdziwą
ucieczkę. Paniczną i pełną lęku, z widmem równie prawdziwej grozy.
Tak było przy ostatniej zmianie miejsca pobytu. Udało się im akurat trafić na dobry,
wygodny dom. Ani deszcz, ani wicher jeszcze nie zdołały przeniknąć do jego
wnętrza; dach, choć kryty tylko słomą, długo jeszcze mógł stawiać im opór, a wnętrze
nie było tak zrujnowane.
- Chyba tu przezimujemy - powiedziała z zadowoleniem Stara Kobieta. - Tylko proszę
cię, unikaj innych dzieci. Są bardziej gadatliwe niż dorośli i choć nie tak fałszywe, jak
niektórzy z nich, jednak mówią o wiele za dużo, co prawda nie ze złej woli. Pamiętaj,
że nikt nie ma prawa cię widzieć.
To zdanie: “Pamiętaj, że nikt nie powinien cię widzieć” towarzyszyło Dziecku od
najwcześniejszych, zapamiętanych lat życia. Lecz nie znając innych dzieci i niemal
nie rozmawiając z nimi, Mała rosła w przekonaniu, że tak właśnie powinno być.
Sądziła, że wszyscy ludzie, duzi i mali, żyją z dala od siebie, obcy sobie wzajem,
odlegli ciałem i duchem, unikając siebie lub wręcz przed sobą uciekając.
Tym razem żadne dziecko ze wsi nie zakłóciło spokoju nowych mieszkanek
opuszczonego domu. I choć Stara Kobieta raz na parę dni szła do ludzkich siedzib
po chleb, mleko, a gdy miała szczęście to nawet po jajka czy kawałek mięsa zdawało
się, że nikt nie interesuje się bliżej obcą żebraczką, że wszyscy traktują jej pobyt za
wsią jako coś naturalnego. Na ogół wszyscy też chętnie obiecywali jej żywność,
wierząc - w zgodzie z Pradawnymi Obyczajami - że nakarmienie głodnego przyniesie
obfitość pożywienia ofiarodawcy. Ten dobry, stary obyczaj pozwalał Dziecku i jego
Opiekunce żyć względnie dostatnio w niemal każdej z napotkanych Wsi. Stara
żebraczką nie wzbudzała niczyjego zaciekawienia ani niespokojnych domysłów; była
postacią nader częstą na wszystkich drogach tej krainy. O Dziecku - ukrytym w głębi
opuszczonego domu - zdawało się, że nie wiedział nikt.
Mimo to pewnego ranka do chaty wbiegł zdyszany Wieśniak. Ponieważ już z daleka
słychać było jego ciężkie kroki i zasapany oddech, Stara Kobieta zdążyła w milczeniu
wskazać Dziecku róg pokoju, gdzie stała duża, zniszczona komoda. Dziecko skryło
się w jej wnętrzu.
- Nie jesteście tu sama! - zawołał Wieśniak od progu. Jest z wami ono, prawda?
4
Wieśniak dyszał ciężko i niespokojnie; widać było, że musiał biec przez całą, dość
długą drogę ze Wsi. Stara Kobieta patrzyła na niego w milczeniu, szarymi,
spokojnymi oczami o nieruchomych powiekach.
- Nieudawajcie! - zamachał Wieśniak rękami. - Większość zaczyna się domyślać kim
jesteście i nie zawsze ci, którzy powinni. Musicie uciekać, bo we Wsi pokazali się
Najeźdźcy. Spieszcie się! I... i tylko jedno... Czy mógłbym choć rzucić okiem na...
na...
- Chodź tu - powiedziała Stara Kobieta, wyjmując równocześnie worek spod łóżka i
wrzucając do niego ich skromne rzeczy. - Pokaż się temu dobremu człowiekowi i
uciekamy.
Dziecko wyszło z komody i stanęło na środku izby w promieniach wpadającego
oknem słońca. Jego włosy, zazwyczaj ukryte pod chustką, która teraz zsunęła się z
głowy, zalśniły ciepłym, starym złotem. Z zasmarowanej sadzą buzi wyzierały
ogromne, niebieskoszare oczy, spoglądając nieruchomo na Wieśniaka.
- ... a włosy jak złoto tego kraju, pszenica, a oczy jak niebo przed burzą... Dobre
Bogi, pomagajcie, niech się spełni... westchnął Wieśniak. - A teraz uciekajcie, ale
szybko. Oni mają konie.
Stara Kobieta i Dziecko uciekały sadami, okalającymi Wieś, wyglądającymi jak wielki,
rozkwiecony, bladoróżowy park. Zbawczy Las tym razem nie był daleko. Wystarczyło
pokonać kilka małych wzgórków. Kobieta i Dziecko znajdowały się właśnie na
ostatnim z nich, gdy ich uszu dobiegł tętent koni. Dziecko obejrzało się i przystanęło
na moment, uwiedzione niezamierzonym pięknem tego obrazu. Ogromne, czarne,
wspaniałe konie gnały po stoku w ślad za nimi, a na nich siedzieli jeźdźcy w
połyskliwych zbrojach, które w promieniach wczesnego słońca lśniły srebrzyście.
- Jacy piękni! - zawołało Dziecko, przystając.
- Są okrutni i pragną cię zabić! - krzyknęła Stara Kobieta i pociągnęła je szorstko za
rękę.
Do zbawczego Lasu brakowało jeszcze kilkunastu metrów. Konie gnały coraz
szybciej, a ich chrapliwy oddech i głuche parskanie dźwięczały coraz wyraźniej w
uszach Dziecka. Jeźdźcy w zbrojach wydawali groźne, lecz zarazem radosne okrzyki
myśliwych, którzy są pewni, że tropiona zwierzyna im nie ujdzie. Rozsypali się w
szyku, zataczając koło i śmiejąc się donośnie. Widoczne było, że bawi ich ta
sytuacja, że serca ich raduje widok uciekającej Starej Kobiety z małym Dzieckiem;
mieli już pewność, że ucieczka nie może się powieść.
- Ho! Ho! Hiii! Ho! Ho! Hiii! - krzyczeli donośnie, zaganiając swe ofiary jak zające do
lasu, którego czarna ściana, choć tak bliska, nie stanowiła już jednak żadnej ochrony,
wobec bliskości polujących.
5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin