I loved you, so I drew these tides of men into my hands and wrote my will across the sky in stars.
—T. E. Lawrence
Epilog
Przez niebo usiane gwiazdami
Dym unosił się powoli spiralami, kreśląc delikatne czarne linie w powietrzu. Jace, sam na wznoszącym się ponad cmentarzem wzgórzu, siedział z łokciami wspartymi o kolana i obserwował dym wznoszący się w niebo. Zgubił gdzieś po drodze ironię; w końcu to były szczątki jego ojca. Z miejsca, w którym siedział, mógł dostrzec katafalk spowity dymem i płomieniami, i niewielką grupę osób która go otaczała. Rozpoznał stąd jaskrawe włosy Jocelyn i stojącego obok niej Luke’a, z dłonią na jej plecach. Jocelyn odwróciła głowę w bok, z dala od płonącego stosu.
Jace mógł być jedną z tych osób i chciał nią być. Ostatnich kilka dni spędził w szpitalu i wypuścili go dopiero tego ranka, częściowo po to żeby mógł wczestniczyć w pogrzebie Valentine’a. Ale był już w połowie drogi do stosu ułożonego z pozbawionego kory, białego jak kość drewna, i zdał sobie sprawę, że nie pójdzie ani kroku dalej. Zamiast tego odwrócił się i wspiął na wzgórze, z dala od procesji pogrzebowej. Luke wołał za nim ale Jace się nie odwrócił.
Siedział i obserwował jak gromadzą się wokół katafalku. Patrzył jak Patrick Penhallow ubrany w białą pogrzebową zbroję podkłada ogień pod drewno. Już po raz drugi w tym tygodniu patrzył, jak płonie czyjeś ciało, tyle że Max był tak żałośnie mały a Valentine był rosłej postury – nawet, gdy leżał na plecach z ramionami skrzyżowanymi na piersi i serafickim nożem w dłoni. Oczy przewiązano mu kawałkiem białego jedwabiu, tak jak nakazywał zwyczaj. Mimo wszystko dobrze się z nim obeszli, pomyślał Jace.
Nie pochowali Sebastiana. Grupa Nocnych Łowców udała się do doliny ale nie znaleźli jego ciała – musiało zostać zmyte przez rzekę, jak powiedzieli Jace’owi, ale on miał wątpliwości.
W tłumie otaczającym katafalk szukał Clary, ale nie było jej tam. Mijały już prawie dwa dni odkąd widział ją ostatni raz, wtedy przy jeziorze, a tęsknota za nią sprawiała mu niemal fizyczny ból. To nie z jej winy się nie widzieli. Martwiła się, że nie będzie wystarczająco silna by teleportować się znad jeziora z powrotem do Alicante, i okazało się że miała rację. Zanim pierwi Nocni Łowcy do nich dotarli, on unosił się na falach nieprzytomności. Obudził się następnego dnia w miejskim szpitalu a Magnus Bane wpatrywał się w niego z góry z dziwnym wyrazem twarzy – to mogła być szczera troska lub ledwo zauważalna ciekawość, jeśli o niego chodziło to trudno było powiedzieć. Magnus powiedział mu, że mimo iż Anioł wyleczył jego fizyczne obrażenia, wyglądało na to, że jego umysł i dusza zostały wyczerpane tak bardzo, że tylko odpoczynek mógł je uleczyć. W każdym bądź razie teraz czuł się lepiej. Akurat na czas pogrzebu.
Zerwał się wiatr i zaczął rozwiewać dym. W oddali widział połyskujące wieże Alicante, przywrócone do poprzedniej chwały. Nie był do końca pewien co chciał osiągnąć przez siedzenie tu i obserwowanie, jak płonie ciało jego ojca, lub co by powiedział gdyby był tam na dole wśród żałobników, ktorzy wygłaszali ostatnie słowa pożegnania dla Valentine’a. Nigdy nie byłeś moim ojcem, mógł powiedzieć, albo Byłeś jedynym ojcem jakiego znałem. Obydwa zdania były prawdziwe, bez względu na to jak były sprzeczne.
Gdy w końcu otworzył oczy nad jeziorem – wiedząc jakimś cudem, że nie żył a potem wrócił – jedyne o czym mógł myśleć to leżąca niedaleko niego na zakrwawionym piasku Clary z zamkniętymi oczami. Bliski paniki, przeczołgał się w jej stronę myśląc, że może być ranna albo nawet martwa... A kiedy otworzyła oczy, jedne co mógł zrobić, to myśleć, że żyła. Gdy nad jeziorem zjawili się Łowcy, pomagając mu pozbierać się z ziemi i wykrzykując coś w zdumieniu, dopiero wtedy zauważył skulone ciało Valentine’a leżące blisko brzegu, i poczuł się tak, jakby ktoś kopnął go w brzuch. Wiedział, że Valentine nie żyje – sam by go zabił – ale mimo to, w jakiś sposób ten widok sprawiał mu ból. Clary spojrzała na niego ze smutkiem w oczach a on wiedział, że nawet mimo tego, że nienawidziła Valentine’a i miała wszelkie powody by nadal go nienawidzieć, to odczuwała jego stratę.
Jace przymknął oczy a pod powiekami przewinął mu się korowód obrazów: Valentine podnoszący go z trawy w szybkim uścisku, trzymający go pewnie na dziobie swojej łodzi na jeziorze, pokazujący mu jak utrzymać równowagę. I inne, mroczniejsze wspomnienia: jego dłoń wymierzająca mu policzek, martwy sokół, anioł przykuty w piwnicy Waylandów.
- Jace.
Spojrzał w górę. Nad nim stał Luke, a kontury jego sylwetki oświetlało słońce. Jak zwykle miał na sobie dżinsy i flanelową koszulę. W jego przypadku nie było żadnej ulgi jeśli chodziło o pogrzebowy biały strój.
- Już po wszystkim – powiedział. – Ceremonia była krótka.
- Jestem pewien, że była – Jace wbił dłonie w ziemię, z radością witając ból w koniuszkach palców. – Ktoś coś mówił?
- Tylko zwyczajowe słowa pożegnania – Luke osunął się na ziemię obok Jace’a, krzywiąc się odrobinę. Jace nie miał jeszcze okazji spytać go jak przebiegła bitwa. Tak naprawdę nie chciał tego wiedzieć. Wiedział, że skończyła się o wiele szybciej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać – po śmierci Valentine’a, demony które do siebie przywołał, rozpierzchły się w noc tak jak mgła rozproszona przez słońce. Ale nie znaczyło to, że nie obyło się bez ofiar. Ciało Valentine’a nie było jedynym, jakie zostało pochowane w ostatnich dniach.
- A Clary nie... to znaczy, ona...
- Nie przyszła na pogrzeb? Nie. Nie chciała – Jace czuł, że Luke patrzy na niego z ukosa. – Nie widziałeś się z nią? Nie od czasu...
- Nie, nie od czasu tego co się stało nad jeziorem – odparł Jace. – Dopiero niedawno wypuścili mnie ze szpitala i musiałem tu przyjść.
- Wcale nie musiałeś – poprawił go Luke. – Mogłeś trzymać się od tego z daleka.
- Ale chciałem – przyznał Jace. – Cokolwiek to o mnie świadczy.
- Pogrzeby są dla żywych, Jace, nie dla martwych. Valentine był dla ciebie ojcem bardziej niż dla Clary, nawet jeśli nie łączyły was więzy krwi. To ty musisz się z nim pożegnać. Ty będziesz za nim tęsknił.
- Nie sądzę, żebym miał prawo za nim tęsknić.
- Nigdy nie poznałeś Stephena Herondale’a – powiedział Luke. – A do Roberta Lightwooda trafiłeś będąc jeszcze dzieckiem. Valentine był ojcem jakiego pamiętałeś ze swojego dzieciństwa. Powinieneś za nim tęsknić.
- Nie mogę przestać myśleć o Hodge’u – odparł Jace. – Wtedy w Gardzie ciagle pytałem go czemu nie powiedział mi czym byłem – wtedy myślałem, że byłem w połowie demonem – a on bez przerwy powtarzał, że to dlatego że nie wiedział. Myślałem, że kłamie. Ale teraz wiem, że tak nie było. Hodge był jednym z nielicznych, którzy w ogóle wiedzieli, że istniało dziecko Herondale’a i że przeżyło. Kiedy pojawiłem się w Instytucie nie miał pojęcia, którym synem Valentine’a byłem. Tym prawdziwym czy adoptowanym. A mogłem być każdym. Demonem albo aniołem. Chodzi o to, że nie sądzę by on kiedykolwiek wiedział, przynajmniej dopóki nie zobaczył Jonathana w Gardzie i się nie domyślił. Więc po prostu starał się opiekować mną najlepiej jak umiał, zanim Valentine znów się nie zjawił. To wymagało odrobiny wiary... nie uważasz?
- Tak – zgodził się Luke. – Tak właśnie uważam.
- Hodge powiedział, że myślał iż sposób wychowania może zrobić różnicę, bez względu na krew. Tak sobie myślę... Czy gdybym został z Valentinem, gdyby nie wysłał mnie do Lightwoodów, to czy byłbym taki jak Jonathan? Czy byłbym taki dzisiaj?
- Czy to ważne? – spytał Luke. – Nie bez powodu jesteś taki jaki jesteś. Jeśli chodzi o mnie, to myślę, że Valentine wysłał cię do Lightwoodów bo wiedział, że to będzie dla ciebie najlepsza szansa. Może miał ku temu jakieś inne powody. Ale nie możesz zignorować faktu, że wysłał cię do ludzi, o których wiedział że cię pokochają i wychowają otaczając miłością. To mogła być jedna z niewielu rzeczy, które kiedykolwiek dla kogoś zrobił – poklepał Jace’a po ramieniu, gestem tak ojcowskim że Jace niemal się uśmiechnął. – Gdybym był tobą, nigdy bym o tym nie zapomniał.
Stojąc i wyglądając przez okno w pokoju Isabelle, Clary obserwowała dym plamiący niebo nad Alicante jak rozmazany odcisk dłoni na szybie. Wiedziała, że palili dzisiaj Valentine’a, palili jej ojca na cmentarzu poza murami miasta.
- Wiesz, że dziś wieczorem będziemy świętować, prawda? – Clary odwróciła się by spojrzeć w stronę stojącej z nią Isabelle, trzymającej dwie suknie, jedną niebieską a drugą w kolorze stalowej szarości. – Jak myślisz, którą powinnam włożyć?
Dla Isabelle, pomyślała, ciuchy zawsze będą stanowić terapię.
- Niebieską.
Isabelle położyła sukienkę na łóżku.
- A ty co włożysz? Bo przecież idziesz, prawda?
Clary przypomniała sobie o srebrnej sukni w kufrze Amatis, o pięknym materiale z którego była zrobiona. Ale Amatis pewnie i tak nigdy nie pozwoliłaby jej tego założyć.
- Nie wiem – odparła. – Pewnie dżinsy i mój zielony płaszcz.
- Ale nuda – skwitowała Isabelle. Spojrzała w kierunku Aline, która siedziała na krześle obok łóżka i czytała. – Nie uważasz, że to strasznie nudne?
- Uważam, że powinnaś pozwolić Clary założyć to co chce – odparła Aline nie odrywając oczu od książki. – Poza tym, to nie jest tak, że ona specjalnie się dla kogoś stroi.
- Stroi się dla Jace’a – powiedziała Isabelle tak jakby to było oczywiste. – Więc powinna to zrobić.
Aline podniosła wzrok, mrugając zdziwiona, a potem się uśmiechnęła.
- W porządku. Ciagle o tym zapominam. To musi być dziwne, no wiesz, wiedzieć, że on nie jest twoim bratem.
- Nie – odparła zwięźle Clary. – Myślenie, że był moim bratem było dziwne. A to jest... właściwe – spojrzała przez okno. – Nie żebym widziała się z nim od dnia kiedy się dowiedziałam. Nie od kiedy jesteśmy z powrotem w Alicante.
- To dziwne – powiedziała Aline.
- To wcale nie jest dziwne – poprawiła Isabelle, posyłając Aline znaczące spojrzenie, którego tamta zdawała się nie zauważać. – Był w szpitalu. Dopiero co dzisiaj z niego wyszedł.
- I nie przyszedł się z tobą zobaczyć? – spytała Aline.
- Nie mógł – wyjaśniła Clary. – Musiał iść na pogrzeb Valentine’a. Nie mógł tego przegapić.
- Możliwe – powiedziała radośnie Aline. – A może po prostu już nie jest tobą tak bardzo zainteresowany. To znaczy, mam na myśli to, że to co was łączy, już nie jest zakazane. Po prostu niektórzy ludzie chcą tego czego nie mogą mieć.
- Ale nie Jace – wtrąciła szybko Isabelle. – Jace wcale taki nie jest.
Aline wstała, rzucając książkę na łóżko.
- Powinnam się przebrać. Widzimy się wieczorem – i to mówiąc, wyszła w pokoju nucąc coś pod nosem.
Isabelle patrzyła w ślad za nią, kręcąc głową.
- Myślisz, że ona cię nie lubi? – spytała. – Mam na myśli to, chyba jest zazdrosna. Wygląda na to, że jest zainteresowana Jace’m.
- Ha! - przez chwilę Clary była rozbawiona. – Nie, ona wcale się nim nie interesuje. Myślę, że jest jedną z tych osób, którzy mówią to co myślą. I kto wie, może ma rację.
Isabelle wyciągnęła spinkę z włosów, pozwalając rozsypać im się na jej ramionach. Przeszła przez pokój i dołączyła do stojącej przy oknie Clary. Niebo nad wieżami demonów było już czyste. Dym zniknął.
- Ty też myślisz, że ona ma rację?
- Sama nie wiem. Muszę spytać Jace’a. Mam nadzieję, że zobaczymy się na wieczornym przyjęciu. Czy na zwycięskiej uroczystości, czy jak to tam się nazywa – spojrzała na Isabelle. – Wiesz jak to będzie wyglądać?
- Będzie parada – odparła Isabelle. – I pewnie fajerwerki. Muzyka, tańce, gry i takie tam rzeczy. Jak na wielkim festynie w Nowym Jorku – spojrzała przez okno ze smutnym wyrazem twarzy. – Max byłby zachwycony.
Clary wyciągnęła rękę i zmierzwiła jej włosy w sposób, w jaki zmierzwiłaby je swojej własnej siostrze, gdyby taką miała.
- Jestem pewna, że tak.
Jace musiał zapukać dwa razy w drzwi starego domu nad kanałem zanim usłyszał szybkie kroki kogoś śpieszącego by mu otworzyć. Serce mu podskoczyło a potem się uspokoiło, gdy drzwi się otwarły i na progu stanęła Amatis Herondale, patrząc na niego zaskoczonym wzrokiem. Wyglądała jakby przygotowywała się do świętowania. Miała na sobie długą, gołębioszarą suknię i metaliczne kolczyki, które podkreślały srebrzyste pasma w jej włosach.
- Tak?
- Clary – zaczął i urwał, niepewny co powiedzieć dalej. Gdzie się podziała jego elokwencja? Zawsze ją miał, nawet gdy nie pozostawało mu już nic innego, ale teraz czuł się tak jakby został rozerwany od środka i wszystkie dowcipne, powierzchowne słówka wylały się z niego, pozostawiając po sobie pustkę. – Zastanawiałem się czy Clary tu jest. Miałem nadzieję, że z nią porozmawiam.
Amatis potrząsnęła głową. Wyraz zaskoczenia zniknął z jej twarzy i teraz przyglądała mu się wystarczająco uważnie żeby wprawić go w niepokój.
- Nie ma jej tu. Wydaje mi się, że jest u Lightwoodów.
- Och – był zaskoczony tym, jak bardzo go to rozczarowało. – W takim razie przepraszam za kłopot.
- Nic się nie stało. Szczerze mówiąc, cieszę się że tu jesteś – powiedziała żwawo. – Jest coś, o czym chciałabym z tobą porozmawiać. Wejdź do korytarza, zaraz wracam.
Jace wszedł do środka, kiedy Amatis zniknęła w głębi hallu. Zastanawiał się o czym do diabła ona chciała z nim rozmawiać. Może Clary zdecydowała, że nie chce już mieć z nim nic wspólnego i poprosiła ją by przekazała mu tę wiadomość.
Amatis wróciła po chwili. Niosła w dłoniach coś co wcale nie przypominało listu – ku uldze Jace’a – a wyglądało raczej na małe metalowe pudełko. To był delikatny przedmiot z wygrawerowanym wzorem z ptaków.
- Luke powiedział mi, że jesteś dzieckiem Stephena... że Stephen Herondale był twoim ojcem. Powiedział mi o wszystkim co się wydarzyło.
Jace potwierdził jej słowa skinięciem głowy, co było wszystkim do czego poczuł się zobowiązany. Wiadomości rozchodziły się powoli, tak jak lubił. Przy odrobinie szczęścia wróci do Nowego Jorku zanim ludzie w Idris wszystkiego się dowiedzą i ustawicznie będą mu się przyglądać.
- Wiesz, że byłam żoną Stephena zanim została nią twoja matka – kontynuowała Amatis ściśniętym głosem, jak gdyby mówienie tych słów sprawiało jej ból. Jace zagapił się na nią. Czy ona właśnie mówiła o jego matce? Czyżby miała do niego pretensje za odgrzebywanie wspomnień o kobiecie, która umarła zanim się jeszcze urodził? – Ze wszystkich żyjących ludzi prawdopodobnie ja znałam twojego ojca najlepiej.
- Tak – odparł Jace, pragnąc znaleźć się w innym miejscu. – Jestem pewien, że to prawda.
- Zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie masz mieszane uczucia w stosunku do niego – powiedziała, zaskakując go głównie dlatego, że to była prawda. – Nigdy go nie poznałeś i nie był człowiekiem, który cię wychował, ale wyglądasz tak jak on... poza oczami, które odziedziczyłeś po matce. I może zachowuję się jak wariatka naprzykrzając ci się z tym. Może wcale nie chcesz wiedzieć niczego o Stephenie. Ale on był twoim ojcem i gdyby cię znał... – wręczyła mu pudełko, sprawiając że prawie odskoczył do tyłu. – Jest tu parę jego rzeczy, które przechowywałam od lat. Listy jakie napisał, zdjęcia, drzewo genealogiczne jego rodziny, magiczny kamień. Pewnie nie masz teraz żadnych pytań ale któregoś dnia na pewno się pojawią, a kiedy będziesz chciał o coś spytać... to wtedy zajrzysz tu – stała nieruchowo, podając mu pudełko, tak jakby wręczała mu drogocenny skarb. Jace wziął je od niej bez słowa. Było ciężkie a dotyk metalu na skórze zimny.
- Dziękuję – powiedział. To było wszystko co mógł zrobić. Wahał się przez chwilę a potem powiedział: - Jest jeszcze coś. Coś, nad czym się zastanawiałem.
- Skoro Stephen był moim ojcem, to znaczy że Inkwizytorka – Imogen – była moją babką.
- Była... – Amatis zrobiła pauzę. – Bardzo trudną kobietą. Ale tak, była twoją babką.
- Uratowała mi życie – powiedział Jace. – To znaczy, przez większość czasu zachowywała się tak, jakby mnie nienawidziła. A potem zobaczyła to – odsunął kołnieżyk swojej koszuli i pokazał jej białą bliznę w kształcie gwiazdy na swoim ramieniu. – I uratowała mi życie. Co ta blizna mogła dla niej znaczyć?
Oczy Amatis otwarły się szeroko.
- Nie pamiętasz skąd się wzięła, prawda?
Jace pokręcił głową.
- Valentine powiedział mi, że to jakieś skaleczenie z czasów kiedy byłem zbyt młody, żeby o tym pamiętać, ale teraz... raczej w to nie wierzę.
- To nie jest blizna. To znamię. W rodzinie krąży na jego temat legenda mówiąca o tym, że jeden z pierwszych Herondale’ów, który miał zostać Nocnym Łowcą, został nawiedzony we śnie przez anioła. Anioł dotknął jego ramienia, a kiedy on się obudził, miał tam znak taki jak ten. I wszyscy jego potomkowie też go mają – wzruszyła ramionami. – Nie wiem, czy ta historia jest prawdziwa ale wszyscy Herondale’owie mają taki znak. Twój ojciec też go miał, tutaj – dotknęła swojego prawego ramienia. – Podobno to oznacza, że ma się kontakt z aniołem. Że jest się w jakis sposób błogosławionym. Imogen musiała zobaczyć ten znak i domyśliła się kim naprawdę jesteś.
Jace patrzył na Amatis nic niewidzącymi oczami. Widział za to tę noc na statku; czarny, mokry pokład i Inkwizytorkę umierającą u jego stóp.
- Powiedziała mi coś – odezwał się. – Kiedy umierała. Powiedziała „Twój ojciec byłby z ciebie dumny”. Myślałem, że po prostu była okrutna. Myślałem, że miała na myśli Valentine’a...
Amatis potrząsnęła głową.
- Miała na myśli Stephena – powiedziała łagodnie. – I miała rację. Byłby z ciebie dumny.
Clary pchnęła drzwi wejściowe do domu Amatis i weszła do środka, myśląc o tym jak szybko ten dom stał się dla niej znajomym miejscem. Nie musiała już wysilać się by przypomnieć sobie drogę do wyjścia czy pamiętać, że klamka zacinała się trochę przy otwieraniu. Błysk słonecznego światła odbijającego się od wód kanału był jej dobrze znany tak samo jak widok Alicante za oknami. Niemal mogła sobie wyobrazić, że tu mieszka i jakby to było, gdyby Idris było jej domem. Zastanawiała się za czym w pierwszej kolejności zaczęła by tęsknić. Za chińszczyzną za wynos? Filmami? Komiksami?
Już miała wejść na schody, gdy usłyszała głos swojej matki dobiegający z salonu – ostry i lekko wstrząśnięty. Ale czym niby Jocelyn miała się martwić? Wszystko było w porządku, prawda? Clary bez namysłu przyczaiła się przy ścianie blisko salonu i zaczęła podsłuchiwać
- Co masz na myśli mówiąc, że zostajesz? – pytała Jocelyn. – Chcesz powiedzieć, że już nigdy nie wrócisz do Nowego Jorku?
- Poproszono mnie o to, by pozostać w Alicante i reprezentować wilkołaki w Radzie – powiedział Luke. – Obiecałem, że dam im znać dziś wieczorem.
- Czy ktoś inny nie może tego zrobić? Jeden z przywódców sfory z Idris?
- Jestem jedynym przywódcą stada, który był kiedyś Nocnym Łowcą. To dlatego chcą mnie – westchnął. – Ja to wszystko zacząłem, Jocelyn. Powinienem tu zostać i wszystkiego dopilnować.
Nastąpiła krótka chwila ciszy.
- Jeśli tak właśnie myślisz, to oczywiście powinieneś zostać – powiedziała w końcu Jocelyn, ale jej głos nie zabrzmiał prawdziwie.
- Będę musiał sprzedać księgarnię. Pozałatwiać wszystkie swoje sprawy – odparł burkliwie Luke. – To nie jest tak, że od razu się przeprowadzam.
- Ja mogę się tym zająć. Po wszystkim co zrobiłeś... – Jocelyn nie miała chyba siły by utrzymać swój radosny ton. Umilkła, a ta cisza przeciągała się już tak długo, że Clary pomyślała o tym, by odchrząknąć i wejściu do salonu, żeby dać im znać że już jest. W chwilę później cieszyła się, że tego nie zrobiła.
- Posłuchaj – powiedział Luke. – Chciałem ci to powiedzieć od bardzo dawna ale nigdy tego nie zrobiłem. Wiedziałem, że to nigdy nie będzie miało znaczenia z powodu tego czym jestem. Nigdy nie chciałaś, żeby to się stało częścią życia Clary. Ale ona wie już o wszystkim, więc to nie sprawi żadnej różnicy. I chyba mogę już ci to powiedzieć. Kocham cię, Jocelyn. Kocham cię już od dwudziestu lat.
Nastąpiła chwila milczenia. Clary wytężyła słuch by usłyszeć odpowiedź swojej matki, ale Jocelyn nie odezwała się ani słowem. W końcu Luke znów się odezwał ciężkim głosem.
- Muszę wracać do Rady i powiedzieć im, że zostaję. Nie musimy już nigdy o tym rozmawiać. Po prostu lepiej się czuję mogąc powiedzieć to wszystko po tylu latach.
Clary wcisnęła się w ścianę, gdy Luke wyszedł z salonu z pochyloną głową. Minął ją nawet jej nie zauważając i szarpnął za klamkę. Stał przez chwilę na progu, patrząc nic nie widzącym wzrokiem na promienie słońca odbijające się w wodach kanału. W chwilę później drzwi się za nim zatrzasnęły i już go nie było.
Clary została na swoim miejscu, z plecami przyciśniętymi do ściany. Poczuła straszliwy smutek z powodu Luke’a i z powodu swojej matki. Wyglądało na to, że Jocelyn nigdy go tak naprawdę nie kochała i być może nie mogła pokochać. To było tak samo, jak z nią i Simonem, za wyjątkiem tego, że w przypadku Luke’a i swojej matki nie widziała możliwości naprawy sytuacji. Nie wtedy, gdy on chciał zostać w Idris. Poczuła ukłucie łez pod powiekami. Już miała się obrócić i wejść do salonu, gdy usłyszała odgłos otwieranych drzwi kuchennych i inny głos. Ten brzmiał na zmęczony i odrobinę zrezygnowany. Amatis.
- Przepraszam, że podsłuchałam o czym mówiliście, ale cieszę się że on zostaje – powiedziała siostra Luke’a. – Nie tylko dlatego, że będzie blisko mnie ale dlatego, że to mu daje szansę by o tobie zapomnieć.
- Amatis... – zaczęła Jocelyn, próbując się bronić.
- Minęło już tyle czasu, Jocelyn – powiedziała Amatis. – Jeśli go nie kochasz, powinnaś pozwolić mu odejść.
Jocelyn milczała. Clary żałowała, że nie widzi wyrazu twarzy swojej matki. Czy wyglądała na smutną? Wściekłą? Zrezygnowaną?
Amatis westchnęła.
- Chyba że... chyba że naprawdę go kochasz.
- Amatis, nie mogę...
- Kochasz go! Kochasz! – rozległ się ostry dźwięk, jak gdyby Amatis klasnęła w dłonie. – Wiedziałam, że tak jest! Zawsze to wiedziałam!
- To nie ma znaczenia – w głosie Jocelyn pobrzmiewało zmęczenie. – To nie byłoby w porządku w stosunku do Luke’a.
- Nawet nie chcę tego słuchać – rozległ się szelest a Jocelyn wydała z siebie odgłos protestu. Clary zastanawiała się, czy Amatis naprawdę złapała jej matkę. – Jeśli go kochasz, idź do niego i mu to powiedz. Teraz, zanim pójdzie do Rady.
- Ale oni chcą, żeby został ich członkiem. A on chce...
- Jedyne, czego chce Lucian – odparła stanowczo Amatis – to ty. Ty i Clary. Tylko tego zawsze chciał. A teraz idź.
Zanim Clary miała szansę się poruszyć, Jocelyn wypadła do korytarza. Ruszyła do drzwi... i zobaczyła Clary rozpłaszczoną na ścianie. Zatrzymała się gwałtownie i otworzyła usta ze zdumienia.
- Clary! – zabrzmiało to tak, jakby próbowała nadać swojemu głosu radosny ton ale marnie jej to wyszło. – Nie wiedziałam, że tu jesteś.
Clary odsunęła się od ściany, chwyciła za klamkę i otworzyła drzwi za ościerz. Jaskrawe światło wlało się do środka. Jocelyn stała w nim, mrugając, z oczami utkwionymi w swojej córce.
- Jeśli nie pójdziesz teraz za Lukiem – powiedziała Clary, wymawiając wyraźnie każde słowo – to zabiję cię własnymi rękami.
Przez moment Jocelyn stała jak zamurowana. A potem się uśmiechnęła.
- No cóż – powiedziała. – Jeśli tak stawiasz sprawę...
W chwilę później wybiegła z domu, pędząc ścieżką wzdłóż kanału, która prowadziła do Sali Porozumień. Clary zamknęła za nią drzwi i oparła się o nie.
Amatis wyszła z salonu i minęła ją, by oprzeć się o parapet i wyjrzała z obawą przez szybę.
- Myślisz, że zdąży go złapać zanim dotrze do Sali?
- Moja mama spędziła całe życie na uganianiu się za mną – odparła Clary. – Jest szybka.
Amatis spojrzała na nią i uśmiechnęła się.
- Och, prawie bym zapomniała – powiedziała. – Jace wpadł tu żeby się z tobą zobaczyć. Wydaję mi się, że ma nadzieję spotkać się z tobą na wieczornym przyjęciu.
- Naprawdę? – spytała Clary w zamyśleniu. W takim razie nie zaszkodzi zapytać. Bez ryzyka nie ma zabawy.
- Amatis – powiedziała, a siostra Luke’a odwróciła się od okna i spojrzała na nią zaciekawiona.
- Twoja srebrna suknia w kufrze... Mogę ją pożyczyć?
Ulice zaczęły się już zapełniać ludźmi, gdy Clary szła przez miasto do domu Lightwoodów. Zmierzchało, a światła zaczęły się już powoli zapalać, rozjaśniając powietrze jasnym blaskiem. Bukiety znajomych białych kwiatów zwisały z koszy przybitych do ścian...
Krajculka