Wittgenstein L. -Wykłady o wierze.pdf

(601 KB) Pobierz
Wykłady o wierze.
Ludwig WITTGENSTEIN
WYKŁADY O WIERZE
Z angielskiego przełożył Wojciech Sady
W klamrach numery stron wg wydania Ludwig Wittgenstein, Wykłady o religii i etyce ,
Wydawnictwo Znak, Kraków 1995, s. 86-107.
Notatki te podczas wykładów Wittgensteina, wygłoszonych w Cambridge w 1938 r., sporządził Yorick
Smythies. W nawiasach kwadratowych uzupełnienia wydawcy, po części na podstawie notatek innych
słuchaczy.
I
Pewien austriacki generał powiedział do kogoś: "Będę o tobie myślał po swojej
śmierci, jeśli okaże się to możliwe". Możemy sobie wyobrazić ludzi, którym wydałoby
się to absurdalne, i takich, którym by się to absurdalne nie wydało.
(Podczas wojny Wittgenstein zobaczył hostię przenoszoną w chromowanej stali.
Uderzyła go absurdalność tej sytuacji.)
Przypuśćmy, że ktoś wierzy w Sąd Ostateczny, a ja nie; czy to oznacza, iż wierzę w
coś przeciwnego, a mianowicie, że nic takiego się nie zdarzy? Powiedziałbym:
"wcale nie, lub nie zawsze".
Przypuśćmy, że powiadam, iż ciało rozłoży się, a na to ktoś inny "Nie. Cząsteczki
połączą się znów za tysiąc lat i zmartwychwstaniesz".
Gdyby ktoś rzekł: "Wittgenstein, czy ty w to wierzysz?", powiedziałbym: "Nie". "Czy
przeczysz temu człowiekowi?", powiedziałbym: "Nie".
Jeśli to mówisz, to już tkwi w tym sprzeczność.
Czy powiedziałbyś: "Wierzę w coś przeciwnego", lub "Nie ma podstaw, by coś
takiego przyjmować"? Nie powiedziałbym ani tego, ani tego.
Przypuśćmy, że ktoś wierzący powiedział: "Wierzę w Sąd Ostateczny", a ja na to:
"Cóż, nie jestem taki pewien. Być może". Stwierdzilibyście, iż między nami rozwiera
się ogromna przepaść. Gdyby on rzekł "Przelatuje {87} nad nami niemiecki samolot",
a ja na to "Być może. Nie jestem pewien", stwierdzilibyście, że wiele nas łączy.
Wasze stwierdzenie: "Masz coś zupełnie innego na myśli, Wittgenstein", wyrażałoby,
iż nie chodzi o to, co nas łączy, ale że znajdujemy się na całkiem różnych
płaszczyznach.
Żadne wyjaśnianie znaczeń mogłoby w ogóle tej różnicy nie ujawnić.
Dlaczego w tym przypadku wydaję się gubić sedno sprawy?
Przypuśćmy, że, ktoś uczynił z tego drogowskaz w tym życiu: z wiary w Sąd
Ostateczny. Ilekroć coś czyni, myśli o tym. Skąd właściwie wiemy, czy mamy
powiedzieć, iż wierzy on, że to nastąpi, czy nie?
1
Nie wystarczy go zapytać. Prawdopodobnie odpowie, że ma dowód. Ale ma on coś,
co nazwać by można niewzruszoną wiarą. Ujawni się ona nie w rozumowaniu lub
przez odwoływanie się do zwykłych racji na rzecz wiary, ale raczej przez to, iż kieruje
całym jego życiem.
To jest fakt o wiele silniejszy - wyrzekanie się przyjemności, nieustanne odwoływanie
się do tego obrazu. W pewnym sensie musimy to nazwać najsilniejszym ze
wszystkich wierzeń, ponieważ ten człowiek podejmuje z jego powodu ryzyko, jakiego
by nie podjął z powodu rzeczy, które z jego punktu widzenia są o wiele lepiej
ustalone. A przecież odróżnia rzeczy dobrze ustalone od takich, które dobrze
ustalone nie są.
LEWY: Ależ on na pewno by stwierdził, że to jest nadzwyczaj dobrze ustalone.
Po pierwsze, może użyje on "dobrze ustalone", a może nie. Potraktuje to wierzenie
jako nadzwyczaj dobrze ustalone, a w innym sensie jako wcale nie ustalone.
Jeśli w coś wierzymy, to w pewnych przypadkach odwołujemy się nieustannie do
pewnych racji, a jednocześnie bardzo niewiele byśmy zaryzykowali - gdyby przyszło
ryzykować życie z racji tej wiary.
Są przypadki, gdy się w coś wierzy - kiedy mówi się "Wierzę" - a z drugiej strony ta
wiara nie opiera się na takich faktach, na jakich normalnie opierają się nasze
zwyczajne, codzienne wierzenia.
{88} Jak powinno się porównywać ze sobą wierzenia? Cóż by to znaczyło:
porównywać je?
Można by powiedzieć: "Porównujemy stany umysłu".
W jaki sposób porównujemy stany umysłu? Oczywiście w wielu przypadkach na nic
to się nie zda. Po pierwsze to, co powiesz, nie zostanie uznane za miarę siły wiary.
Ale, na przykład, jakie ryzyko byś poniósł?
Nie da się porównać siły wiary z natężeniem bólu.
Zupełnie inny sposób porównywania wierzeń polega na śledzeniu, jakiego rodzaju
racje ktoś poda.
Wiara nie jest czymś w rodzaju chwilowego stanu umysłu. "O godzinie piątej bardzo
bolał go ząb".
Wyobraźmy sobie dwóch ludzi; jeden z nich, kiedy musiał obrać jakiś kierunek
postępowania, myślał o odpłacie, drugi nie. Ktoś mógłby, na przykład, przejawiać
skłonność do przyjmowania wszystkiego, co mu się przydarza, jako nagrody lub kary,
a ktoś inny w ogóle o tym nie myśli.
Gdy jest chory, myśli może: "Cóż uczyniłem, by na to zasłużyć?" To jest jeden
sposób myślenia o odpłacie. Drugi polega na tym, że myśli w sposób ogólny, kiedy
jest mu wstyd za siebie: "To zostanie ukarane".
2
Weźmy dwóch ludzi, z których jeden mówi o swym zachowaniu i o tym, co mu się
przydarza, w kategoriach odpłaty, a drugi nie. Ci ludzie myślą zupełnie inaczej. A
jednak nie wolno jeszcze twierdzić, że wierzą w coś innego.
Przypuśćmy, że ktoś choruje i powiada: "To jest kara", a ja na to: "Kiedy jestem
chory, wcale nie myślę o karze". Jeśli powiesz: "Czy wierzysz w coś przeciwnego?"
-możesz to tak nazwać, ale to wcale nie przypomina czegoś, co normalnie
nazwalibyśmy wiarą w coś przeciwnego.
Myślę inaczej, w inny sposób. Coś innego do siebie mówię. Mam inne obrazy.
To jest tak: gdyby ktoś rzekł: "Wittgenstein, nie uważasz, że choroba jest karą, a więc
w co wierzysz?" - odpowiedziałbym: "W ogóle nie myślę o karze".
Przede wszystkim istnieją, na przykład, te zupełnie inne sposoby myślenia - które nie
muszą wyrażać się w taki sposób, że ktoś mówi jedno, a ktoś inny drugie.
To, co nazywamy wiarą w Dzień Sądu lub niewiarą {89} w Dzień Sądu - wyraz wiary
może odgrywać rolę absolutnie podrzędną.
Gdybyście mnie spytali, czy wierzę w Dzień Sądu czy nie, w tym sensie, w jakim
wierzą w niego ludzie religijni, nie powiedziałbym: "Nie. Nie wierzę, że coś takiego
nastąpi". Takie powiedzenie wydałoby mi się całkowicie idiotyczne.
A potem wyjaśniam: "Nie wierzę w...", ale osoba religijna nie wierzy w to, co ja
opisuję.
Nie mogę mówić. Nie mogę zaprzeczyć tej osobie.
W pewnym sensie rozumiem wszystko, co on mówi - polskie słowa "Bóg", "oddzielić"
itd. Rozumiem. Mógłbym powiedzieć: "Nie wierzę w to", i byłoby to prawdą,
znaczyłoby, że nie miałem tych myśli lub czegoś, co się z nimi wiąże. A jednak nie
mogę temu zaprzeczyć.
Moglibyście powiedzieć: "Cóż, jeśli nie możesz mu zaprzeczyć, to znaczy, że go nie
rozumiesz. Gdybyś go zrozumiał, to mógłbyś". To znów jest dla mnie chińszczyzna.
Zawodzi mnie moja normalna technika językowa. Nie wiem, czy powiedzieć, że
rozumieją się oni wzajemnie, czy nie.
Te kontrowersje wcale nie przypominają żadnych normalnych kontrowersji. Racje
wcale nie przypominają normalnych racji.
Są one, niejako, całkowicie niekonkluzywne.
Rzecz w tym, że gdyby istniały świadectwa, faktycznie rozwaliłoby to całą tę sprawę.
Nic, co normalnie nazywam świadectwem, nie wywarłoby na mnie najmniejszego
wpływu.
3
Przypuśćmy, na przykład, że znaliśmy ludzi przewidujących przyszłość; dokonali
przewidywań na całe lata naprzód; opisali też pewnego rodzaju Dzień Sądu. To
dziwne, ale gdyby nawet coś takiego miało miejsce i nawet gdyby było bardziej
przekonujące, niż to opisałem, wiara w to wydarzenie w ogóle nie byłaby wiarą
religijną.
Przypuśćmy, że miałbym z powodu takiej przepowiedni wyrzec się wszelkich
przyjemności. Jeśli to a to uczynię, to ktoś za tysiąc lat wrzuci mnie w ogień itd. Ani
bym drgnął. Najlepsze naukowe świadectwo nie znaczy nic.
Wiara religijna mogłaby faktycznie sprzeciwić się takiej przepowiedni i stwierdzić
"Nie. Tam ona zawiedzie".
{90} Wiara taka, jaką formułuje się w obliczu świadectw, może niejako być jedynie
rezultatem końcowym - w którym pewna liczba sposobów myślenia i działania
krystalizuje się i łączy.
Człowiek walczy ze wszystkich sił, by nie zawleczono go w ogień. Żadnych indukcji.
Groza. To jest niejako część substancji wiary.
Po części dlatego kontrowersje religijne nie przybierają tej postaci, w której jedna
osoba jest czegoś pewna, a druga powiada: "Cóż, być może".
Zdziwi was może, że ludziom wierzącym w Zmartwychwstanie nie sprzeciwiali się ci,
którzy powiadają "Cóż, być może".
Tutaj oczywiście wiara odgrywa w o wiele większym stopniu rolę następującą:
przypuśćmy, że pewien obraz odgrywa rolę czegoś, co nieustannie mnie napomina,
lub że stale o nim myślę. Zachodziłaby tu ogromna różnica między tymi ludźmi,
którzy stale mają ów obraz przed oczami, a innymi, którzy po prostu w ogóle go nie
używali.
Ci, którzy by mówili: "Cóż, może to się zdarzy, a może nie", znajdowaliby się na
zupełnie innej płaszczyźnie.
Po części dlatego trudno byłoby rzec: "Ci ludzie uparcie trwają przy poglądzie (lub
opinii), że nastąpi Sąd Ostateczny". "Pogląd" brzmi dziwnie.
Z tej racji używa się innych słów: "dogmat", "wiara".
Nie mówimy o hipotezie lub o wysokim prawdopodobieństwie. Ani o wiedzy.
W dyskursie religijnym używamy wyrażeń w rodzaju: "Wierzę, że to a to nastąpi", i
używamy ich w inny sposób niż ten, w jaki używamy ich w nauce.
Chociaż odczuwamy ogromną pokusę, by myśleć, że używamy ich podobnie.
Mówimy bowiem o świadectwach i o świadectwach doświadczalnych.
Moglibyśmy nawet mówić o wydarzeniach historycznych.
4
Powiedziano, że chrześcijaństwo spoczywa na podstawach historycznych.
Inteligentni ludzie tysiące razy stwierdzili, że niepowątpiewalność w tym przypadku
nie wystarczy. Nawet gdyby {91} istniało tyle świadectw, co w przypadku Napoleona.
Albowiem niepowątpiewalność nie wystarczyłaby, aby skłonić mnie do zmiany całego
mojego życia.
Nie opiera się ono na podstawach historycznych w tym sensie, że zwykła wiara w
fakty historyczne służyłaby za podstawę.
Tutaj mamy wiarę w fakty historyczne odmienną od wiary w zwykłe fakty historyczne.
Nawet nie traktuje się ich jako historycznych, empirycznych twierdzeń.
Ci ludzie, którzy mieli wiarę, nie przejawiali tych wątpliwości, jakie zwykle
przejawialiby w stosunku do wszelkich twierdzeń historycznych. Zwłaszcza twierdzeń
o czasie dawno minionym itd.
Co stanowi kryterium wiarygodności, niezawodności? Przypuśćmy, że w ogólny
sposób opisujecie to, mówiąc, iż twierdzenie ma rozsądnie wysoki stopień
prawdopodobieństwa. Kiedy nazywacie go rozsądnie wysokim, czy znaczy to
jedynie, że macie na jego poparcie takie a takie świadectwa, jakich brak na rzecz
innych?
Na przykład, nie ufamy doniesieniu, jakie o zdarzeniu złożył człowiek pijany.
Ojciec O'Hara [wystąpienie na sympozjum Science and Religion , London: Gerald
Howe 1931, s. 107-116] jest jednym z tych ludzi, którzy przekształcają to w pytanie
naukowe.
Mamy tu ludzi, którzy traktują to świadectwo na różne sposoby. Opierają się na
świadectwach, które potraktowane w pewien sposób wydawałyby się niesłychanie
marne. Opierają na tym świadectwie rzeczy ogromnie ważne. Czy mam rzec, że są
nierozumni? Nie nazwałbym ich nierozumnymi.
Powiedziałbym, że z pewnością nie są rozumni, to oczywiste.
"Nierozumni" zazwyczaj sugeruje naganę.
Chcę powiedzieć: oni nie traktują tego jako kwestii rozumności.
Każdy, kto czyta Listy Apostolskie, znajdzie stwierdzenie: to nie tylko nie jest
rozumne, to jest szaleństwo.
{92} To nie tylko nie jest rozumne, ale i nie udaje, że jest.
Absurdalne wydaje mi się, że O'Hara przedstawia to tak, aby wyglądało na rozumne.
Dlaczego kulminacją pewnego sposobu życia nie miałoby być wyrażenie wiary w Sąd
Ostateczny? Ale nie odpowiedziałbym ani "Tak", ani "Nie" na stwierdzenie, że coś
takiego nastąpi. Ani "Być może", ani "Nie jestem pewien".
5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin