Rozdział 17.doc

(132 KB) Pobierz

11. Opowieść Nocnego Łowcy

 

 

Clary siedziała na najwyższym stopniu Sali Porozumień i patrzyła na Plac Anioła. Księżyc wzeszedł wcześniej i było go widać tuż nad dachami domów. Wieże demonów promieniowały odbitym, białosrebrnym światłem. Ciemność dobrze skrywała blizny i since miasta. Pod nocnym niebem sprawiało wrażenie cichego i spokojnego... pod warunkiem, że nikt nie spoglądał na Wzgórze Gardu i na zgliszcza pozostałe po cytadeli. Poniżej strażnicy patrolowali plac, znikając i pojawiając się co chwila, gdy poruszali się między plamami magicznego światła jakie rzucały latarnie. Starannie ignorowali obecność Clary.

Kilka stopni niżej Simon chodził w tę i z powrotem, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Trzymał dłonie w kieszeniach i kiedy doszedł do końca schodów i odwrócił się w jej stronę, światło księżyca rozświetliło jego jasną skórę, jakby to była odbijająca światło powierzchnia.

- Przestań – powiedziała. – Tylko mnie denerwujesz.

- Przepraszam

- Mam wrażenie, że siedzimy tu już całą wieczność – wytężyła słuch, ale nie usłyszała nic poza niewyraźnym szmerem wielu głosów dobiegającym zza zamkniętych, podwójnych drzwi Sali. – Słyszysz co oni tam mówią?

              Simon przymknął oczy. Wyglądało na to że usiłował się skupić.

- Tylko trochę – powiedział po chwili.

- Chciałabym być w środku – mruknęła Clary, kopiąc z irytacją piętami w schodek. Luke kazał jej czekać na zewnątrz podczas gdy Clave się naradzało. Chciał żeby Amatis jej towarzyszyła ale Simon nalegał, że to on ją zastąpi mówiąc, że przyda się bardziej w środku gdy będzie ją popierać. – Chciałabym być częścią narady.

- Nie – poprawił ją Simon. – Nie chciałabyś.

              Zdawała sobie sprawę z tego dlaczego Luke kazał jej zaczekać na zewnątrz. Mogła sobie wyobrazić co mówili o niej znajdujący się w środku ludzie. Kłamczucha. Dziwoląg. Idiotka. Szalona. Potwór. Córka Valentine’a. Być może lepiej było zaczekać tutaj ale napięcie związane z oczekiwaniem na decyzję Clave niemal rozsadzało ją od środka.

- Może mógłbym się na którąś wspiąć – powiedział Simon, spoglądając na białe kolumny podtrzymujące pochyły dach Sali. Ozdabiały je zachodzące na siebie runy. Nie miały niczego za co można by złapać. – Rozładujemy w ten sposób napięcie.

- Och, daj spokój. Jesteś wampirem a nie Spidermanem.

              W odpowiedzi Simon przeskoczył lekko schodki i stanął pod podstawą filaru. Oglądał go uważnie przez chwilę zanim położył na nim dłonie i zaczął się wspinać. Clary patrzyła na niego z otwartymi ustami, gdy jego palce znajdywały niewidoczne uchwyty w rzeźbionym kamieniu.

- Ty jesteś Spidermanem! – zawołała.

              Simon spojrzał na nią, będąc w połowie kolumny.

- To znaczy, że ty jesteś Mary Jane. Ona też miała rude włosy – rozejrzał się dookoła, marszcząc czoło. – Miałem nadzieję, że zobaczę stąd Północną Bramę ale widocznie jestem jeszcze zbyt nisko.

              Clary wiedziała dlaczego chciał zobaczyć Bramę. Rozesłano posłańców by namówili Podziemnych żeby zaczekali jeszcze, podczas gdy Clave obradowało, a Clary mogła mieć tylko nadzieję, że będą do tego skłonni. I gdyby tak się stało, to jak musiało tam być? Clary wyobraziła sobie czekający, krążący niespokojnie, zastanawiający się tłum...

              Podwójne drzwi Sali otwarły się z trzaskiem. Ze szczeliny wysunęła się smukła sylwetka, zamknęła za sobą drzwi i odwróciła się twarzą do Clary. Stała w cieniu, i dopiero gdy zrobiła krok do przodu, przysuwając się do plamy magicznego światła zalewającej schody, Clary dojrzała jasny błysk rudych włosów i rozpoznała swoją matkę.

              Jocelyn spojrzała w górę i na jej twarzy odmalowało się oszołomienie.

- Och... cześć, Simon. Miło widzieć, że się... dostosowujesz.

              Simon puścił kolumnę i opadł lekko na ziemię przy jej podstawie. Wyglądał na lekko speszonego.

- Dobry wieczór, pani Fray.

- Nie widzę powodu żeby mnie tak nazywać – odparła matka Clary. – Powinieneś mi mówić po imieniu - zawahała się. – Wiesz, może to i dziwne – ta cała sytuacja – ale dobrze wiedzieć, że jesteś tu razem z Clary. Nie pamiętam, żebyście się kiedykolwiek rozstawali.

              Simon sprawiał wrażenie mocno zakłopotanego.

- Panią też dobrze widzieć.

- Dziękuję, Simon – Jocelyn spojrzała na Clary. – Czy teraz możemy porozmawiać? Na osobności?

              Clary siedziała bez ruchu przez długą chwilę, wpatrując się w nią. Trudno było nie zauważyć, że patrzyła na nią jak na kogoś obcego. Coś scisnęło jej gardło, tak mocno, że prawie nie mogła wydobyć z siebie głosu. Zerknęła na Simona, który wyraźnie czekał na jakiś sygnał czy ma sobie iść czy zostać. Westchnęła.

- W porządku.

              Simon uniósł kciuk w dodającym odwagi geście zanim zniknął we wnętrzu Sali. Clary odwróciła się i wbiła spojrzenie w plac, gdzie strażnicy robili obchód, a Jocelyn zeszła niżej i usiadła obok niej. Jakaś część Clary pragnęła pochylić się i oprzeć o położyć głowę na jej ramieniu. Mogłaby nawet zamknąć oczy i udawać, że wszystko jest w porządku. Druga jej część wiedziała, że to i tak niczego by nie zmieniło. Nie mogła wiecznie zamykać na wszystko oczu.

- Clary – odezwała się miękkim głosem Jocelyn. – Tak mi przykro.

              Clary spojrzała w dół na swoje dłonie. Zdała sobie sprawę z tego, że ciągle trzymała w nich stelę Patricka Penhallowa. Miała nadzieję, że nie pomyślał sobie, że chciała ją ukraść.

- Nigdy nie myślałam, że znów zobaczę to miejsce – dodała. Clary zerknęła na nią z ukosa i zauważyła, że jej matka wpartywała się w miasto, w wieże demonów rzucające blade, białawe światło na linii horyzontu. – Śniłam o nim czasami. Nawet chciałam je namalować, uwiecznić swoje wspomnienia, ale nie mogłam tego zrobić. Wydawało mi się, że gdybyś kiedyś zobaczyła te obrazy, to zastanawiałabyś się jakim cudem takie rzeczy przyszły mi do głowy. Tak bardzo bałam się tego, że mogłaś odkryć to skąd tak naprawdę byłam. Kim byłam.

- No i teraz już wiem.

- I teraz już wiesz – powtórzyła smutno Jocelyn. – I masz wszelkie powody by mnie nienawidzieć.

- Nie nienawidzę cię, mamo – odparła Clary. – Ja po prostu...

  - Nie ufasz mi – dokończyła Jocelyn. – Nie mogę cię za to winić. Powinnam była powiedzieć ci prawdę – dotknęła lekko ramienia Clary i gdy ta się nie odsunęła, wydała się bardziej ośmielona. – Mogę ci powtarzać, że robiłam to by cię chronić, ale wiem jak to musi brzmieć. Byłam tu przed chwilą, w Sali, widziałam cię...

- Byłaś tu? – Clary okazała zdumienie. – Nie widziałam cię.

- Bo byłam na samym końcu. Luke odradził mi przychodzenie na naradę. Powiedział, że moja obecność wytrąci wszystkich z równowagi i zaszkodzi sprawie. I pewnie miał rację ale ja naprawdę strasznie chciałam tu przyjść. Wślizgnęłam się zaraz po rozpoczęciu spotkania i ukryłam w cieniu. Ale byłam tam. I chciałam ci powiedzieć, że...

- Że zrobiłam z siebie idiotkę? – podsunęła Clary kwaśno. – Już to wiem.

- Nie. Chciałam ci powiedzieć, że jestem z ciebie dumna.

              Clary obróciła się żeby spojrzeć na matkę.

- Naprawdę?

              Jocelyn skinęła głową.

- Oczywiście, że tak. Ze sposobu, w jaki stanęłaś twarzą w twarz z Clave. Za to, że pokazałaś im czego potrafisz dokonać. Sprawiłaś, że patrząc na ciebie zobaczyli w tobie osobę, którą kochają najbardziej na świecie, prawda?

- Tak – zgodziła się Clary. – Skąd wiesz?

- Słyszałam jak mówili różne imiona – powiedziała miękko Jocelyn. – A ja ciągle widziałam tylko ciebie.

- Och – Clary wbiła wzrok w swoje stopy. – No cóż, nadal nie mam pewności czy uwierzyli mi w tę historię z runami. To znaczy, mam taką nadzieję, ale...

- Mogę ją zobaczyć? – spytała Jocelyn.

- Zobaczyć co?

- Runę. Tę, którą stworzyłaś żeby połączyć Łowców i Podziemnych – zawahała się. – Jeśli nie możesz tego zrobić...

- Nie, w porządku – Clary narysowała stelą na marmurowym stopniu Sali linie, które pokazał jej anioł. Rozjarzyły się złotem. To była silna runa, mapa łukowatych linii zachodzących na matrycę z prostych kresek. Prosta i zarazem skomplikowana. Clary wiedziała teraz dlaczego wydawała jej się niedokończona gdy wyobraziła ją sobie za pierwszym razem. Żeby zadziałać potrzebowała dopełniającej runy. Bliźniaka. Partnera. – Sojusz – powiedziała, zabierając stelę. – Właśnie tak ją nazywam.

              Jocelyn w milczeniu obserwowała jak runa płonęła a potem zblakła, pozostawiając na kamieniu ledwie widoczne czarne kreski.

- Kiedy byłam młoda – odezwała się w końcu – z całych sił walczyłam o to by połączyć razem Podziemnych i Łowców, by ochronić Porozumienia. Miałam wrażenie, że gonię za jakąś mżonką... Za czymś, co większość Nocnych Łowców ledwie była w stanie sobie wyobrazić. A teraz ty sprawiłaś, że to stało się namacalne i prawdziwe. Gdy na ciebie patrzyłam, zdałam sobie z czegoś sprawę. Wiesz, że przez te wszystkie lata starałam się chronić cię przez ukrywanie przed światem. Nie mogłam znieść twoich wypadów do Pandemonium. Wiedziałam, że w tym miejscu Podziemni mieszają się z Przyziemnymi... i że z pewnością będą tam też Nocni Łowcy. Wydawało mi się, że w twojej krwi musiało być coś takiego co sprawiało, że cię tam ciągnęło; coś, co rozpoznało świat cieni nawet bez Wzroku. Myślałam, że będziesz bezpieczna tylko wtedy gdy cię przed nim ukryję. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby ochronić cię pomagając ci być silną i ucząc cię walki – w jej głosie pojawił się smutek. – Ale jakimś cudem stałaś się silna. Wystarczająco silna, by powiedzieć ci prawdę, jeśli ciągle chcesz jej wysłuchać.

- Sama nie wiem – Clary przypomniała sobie obrazy jakie pokazał jej anioł, to, jakie były straszne. – Wiem, że byłam na ciebie wściekła za to, że mnie okłamałaś. Ale nie jestem pewna, czy chcę słuchać kolejnych okropieństw.

- Rozmawiałam z Lukiem. Uważa, że powinnaś o tym wiedzieć. Powinnaś znać całą historię. Wszystko. Również te rzeczy, o których nigdy nikomu nie mówiłam, nawet jemu. Nie mogę obiecać, że to będzie przyjemne. Ale taka jest właśnie prawda.

              Twarde Prawo, lecz Prawo. Była to winna Jace’owi tak samo jak sobie. Zacisnęła dłonie na steli tak mocno, że aż kłykcie jej zbielały.

- Chcę wiedzieć wszystko.

- Wszystko... – Jocelyn wzięła głęboki wdech. – Nawet nie wiem od czego zacząć.

- Może od tego jak w ogóle mogłaś poślubić Valentine’a? Jak mogłaś poślubić takiego człowieka, uczynić go moim ojcem... To potwór.

- Nie. To człowiek. To zły człowiek. Ale jeśli chcesz wiedzieć dlaczego go poślubiłam, to zrobiłam to dlatego że go kochałam.

- Nie mogłaś go kochać – odparła Clary. – Nikt by nie mógł.

- Byłam w twoim wieku gdy się w nim zakochałam – powiedziała Jocelyn. – Wydawał się taki idealny – wspaniały, błyskotliwy, godny podziwu, zabawny, czarujący. Wiem, patrzysz na mnie tak jakbym straciła rozum. Ty znasz Valentine’a tylko od złej strony. Nie potrafisz wyobrazić sobie jaki był wtedy. Gdy byliśmy razem w szkole, wszyscy go kochali. Zdawał się promieniować wewnętrznym blaskiem, tak jakby istniała jakaś niezwykła i rzęściście oświetlona część wszechświata, do której tylko on miał dostęp, a gdy mieliśmy trochę szczęścia, to mogliśmy to z nim dzielić, choćby tylko przez chwilę. Wszystkie dziewczyny się w nim durzyły a ja myślałam, że nie mam u niego żadnych szans. We mnie nie było nic niezwykłego. Nie byłam nawet popularna. Luke był jednym z moich najbliższych przyjaciół i spędzaliśmy razem większość czasu. Ale mimo to, jakimś cudownym zrządzeniem losu Valentine wybrał mnie.

              O rany, chciała powiedzieć Clary. Ale powstrzymała się od tego. Może sprawił to smutek połączony z żalem, jaki usłyszała w głosie swojej matki. A może dlatego, że powiedziała, że Valentine emanował wewnętrznym światłem. Clary to samo myślała o Jasie i poczuła się głupio.  Ale może każdy zakochany tak myślał.

- Dobra – powiedziała. – Rozumiem. Ale miałaś wtedy zaledwie szesnaście lat. Nie musiałaś za niego od razu wychodzić.

- Miałam osiemnaście gdy wzięliśmy ślub. On miał dziewiętnaście – powiedziała Jocelyn rzeczowym tonem.

- O mój Boże – zawołała Clary z przerażeniem. – Zabiłabyś mnie gdybym chciała poślubić kogoś będąc w tym wieku.

- Zgadza się. Ale Nocni Łowcy mają w zwyczaju zawierać małżeństwa szybciej niż Przyziemni. Ich... nasza... średnia długość życia jest krótsza; wielu z nas umiera gwałtowną śmiercią. Z tego powodu wszystko robimy szybciej. Byłam dostatecznie młoda, żeby wziąć ślub. Moja rodzina cieszyła się wraz ze mną... Nawet Luke się cieszył. Wszyscy myśleli, że Valentine był wspaniałym chłopcem. I był wtedy, no wiesz, tylko chłopcem. Jedyną osobą, która powiedziała mi, żebym za niego nie wychodziła, była Madeleine. W szkole byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami, ale kiedy powiedziałam jej, że się zaręczyłam odparła, że Valentine jest samolubny i zawistny, że pod tą czarującą maską kryje się potworna amoralność. Wmówiłam sobie, że była zazdrosna.

- A była?

- Nie – odparła Jocelyn. – Mówiła prawdę. Po prostu ja nie chciałam tego słuchać – spojrzała w dół na swoje dłonie.

- Ale żałowałaś tego – powiedziała Clary. – Po tym jak za niego wyszłaś, żałowałas tego, prawda?

- Clary – odezwała się zmęczonym głosem Jocelyn. – Byliśmy szczęśliwi. Przynajmniej przez pierwszych kilka lat. Zamieszkaliśmy w rezydencji moich rodziców, w miejscu w którym dorastałam. Valentine nie chciał przebywać w mieście. Pragnął by reszta Kręgu trzymała się z dala od Alicante i od wścibskich oczu Clave. Waylandowie mieszkali o milę czy dwie od nas. W pobliżu byli też inni – Lightwoodowie i Penhallowowie. To było jak przebywanie w centrum wszechświata gdzie wszystko kręciło się wokół nas, cały ten zapał, i to że stałam u jego boku. Nigdy nie dał mi odczuć, że mnie lekceważy. On nie. Zawsze byłam kluczowy elementem Kręgu. Jedną z niewielu osób, na której opiniach polegał. Ciągle mi powtarzał, że beze mnie niczego by nie dokonał. Że beze mnie byłby niczym.

- Tak mówił?

              Clary nie potrafiła wyobrazić sobie, żeby Valentine kiedykolwiek powiedział coś takiego. Czegoś, przez co zabrzmiałby tak... bezbronnie.

- Tak, ale to nie była prawda. Valentine nigdy nie był niczym. Urodził się by być przywódcą, centrum rewolucji. Napływało do niego coraz więcej nawróconych. Przyciągały ich jego pasja i wspaniałość jego pomysłów. W tamtym czasie prawie wcale nie mówił o Podziemnych. Chodziło jedynie o reformowanie Clave, o zmienianie praw, które były sztywne, przestarzałe i złe. Valentine twierdził, że powinno być więcej Nocnych Łowców do walki z demonami, więcej Instytutów, że powinniśmy mniej martwić się ukrywaniem a bardziej ochranianiem świata przed demonami. Że powiniśmy chodzić wyprostowani i dumni. Jego wizja była kusząca: świat pełen Nocnych Łowców, gdzie demony pierzchały przed nami w przerażeniu a Przyziemni, zamiast wierzyć w to że nie istniejemy, dziękowaliby nam za to co dla nich zrobiliśmy. Byliśmy młodzi. Myśleliśmy że dziękowanie jest ważne. Nie zdawaliśmy sobie sprawy – Jocelyn zrobiła głęboki wdech, jakby miała zaraz zanurkować pod wodą. – A potem zaszłam w ciążę.

              Clary poczuła jak zimny dreszcz przebiegł jej po karku i nagle – sama nie wiedziała dlaczego – nie była już pewna, czy chce wysłuchać całej prawdy, nie była pewna, czy chce znów słuchać o tym jak Valentine zmienił Jace’a w potwora.

- Mamo...

              Jocelyn pokręciła głową.

- Pytałaś mnie dlaczego nigdy ci nie powiedziałam, że masz brata. To właśnie dlatego – wzięła urywany oddech. – Byłam taka szczęśliwa gdy się dowiedziałam. A Valentine... Mówił, że zawsze chciał być ojcem. Chciał wychować syna na wojownika tak jak ojciec wychował jego. „Albo córkę”, mówiłam, a on się uśmiechał i mówił, że córka też może być wojownikiem, tak samo jak syn, i że będzie się cieszył z jednego i drugiego. Myślałam, że wszystko było idealne. A potem Luke został pogryziony przez wilkołaka. Istnieje szansa jak jeden do dwóch, że ukąszenie spowoduje likantropię. Moim zdaniem to raczej jak trzy do czterech. Rzadko kiedy obserwowaliśmy przypadki, kiedy komuś udało się wyjść z tego cało, a Luke nie stanowił wyjątku. Zmienił się podczas następnej pełni księżyca. Następnego ranka pojawił się u nas na schodach, cały pokryty krwią i w podartych ubraniach. Chciałam go pocieszyć, ale Valentine odsunął mnie na bok. „Jocelyn, dziecko”, powiedział, tak jakby Luke miał się na mnie rzucić i wydrzeć mi je prosto z brzucha. To był Luke, ale Valentine odepchnął mnie i zaciągnął go do lasu. Kiedy wrócił po jakimś czasie, był sam. Podbiegłam do niego a on mi powiedział, że Luke zabił się w przypływie rozpaczy z powodu swojej likantropii. Powiedział mi że... nie żyje.

              Smutek w głosie Jocelyn był świeży, pomyślała Clary, nawet gdy wiedziała już, że Luke nie umarł. Ale pamiętała swoją własną rozpacz, kiedy trzymała w ramionach ciało Simona, gdy leżał martwy na schodach Instytutu. Takiego uczucia się nie zapominało.

- Ale to on dał Luke’owi nóż – powiedziała Clary cienkim głosem. – To on kazał mu się zabić. To on zmusił męża Amatis żeby się z nią rozwiódł tylko dlatego, że jej brat był wilkołakiem.

- Nie wiedziałam o tym – odparła Jocelyn. – Po śmierci Luke’a miałam wrażenie, jakbym wpadła do czarnej otchłani. Spędzałam całe miesiące w swojej sypialni, śpiąc bez przerwy i jedząc tylko z powodu dziecka. Przyziemni nazwaliby ten stan depresją, ale w świecie Nocnych Łowców nie ma takiego określenia. Valentine twierdził, że to trudna ciąża. Powiedział wszystkim, że jestem chora. I byłam chora... Nie mogłam spać. Ciągle zdawało mi się, że nocami słyszę dziwne krzyki. Valentine dał mi proszki nasenne ale one tylko wywoływały koszmary. Straszliwe sny, w których mnie trzymał i przykładał mi nóż do gardła, albo że dusiła mnie jakaś trucizna. Rano byłam wyczerpana i spałam przez cały dzień. Nie miałam pojęcia co działo się na zewnątrz. Nie wiedziałam, że Stephen rozwiódł się z Amatis i poślubił Celine. Byłam w szoku. A potem... – Jocelyn splotła trzęsące się dłonie na kolanach. – A potem urodziłam dziecko.

              Zamilkła na tak długo, że Clary zastanawiała się czy się jeszcze odezwie. Patrzyła niewidzącym wzrokiem w kierunku wież demonów, nerwowo stukając palcami.

- Moja matka towarzyszyła mi podczas porodu – powiedziała w końcu. – Nie znałaś jej. Swojej babci. Była wspaniałą kobietą. Polubiłabyś ją. Podała mi syna i w pierwszej chwili wiedziałam tylko, że idealnie pasował do moich ramion, że spowijający go kocyk był mięciutki, i że był taki malutki i delikatny, z kępką włosków na czubku główki. A potem otoworzył oczy – głos Jocelyn stał się niemal bezbarwny, a Clary zaczęła drżeć i bać się tego, co mogła powiedzieć dalej. Nie, chciała powiedzieć, nie mów mi tego. Ale Jocelyn ciągnęła dalej, słowa wylewały się z jej ust jak trucizna.

- Wpadłam w przerażenie. To było jak kąpiel w kwasie – moja skóra zdawała się przepalać do kości i jedyne o czym myślałam to żeby nie upuścić dziecka i nie zacząc krzyczeć. Mówią, że każda matka instynktownie rozpozna swoje dziecko. Przypuszczam, że to działa tak samo w drugą stronę. Każdy nerw w moim ciele krzyczał, że to nie było moje dziecko, że było czymś okropnym i nieludzkim, jak posożyt. Jak moja matka mogła tego nie zuważyć? Uśmiechała się jakby nic się nie stało „Ma na imię Jonathan”, odezwał się jakiś głos od drzwi. Spojrzałam w górę i zobaczyłam Valentine’a, przyglądającego się tej scenie z wyrazem zadowolenia na twarzy. Dziecko znów otworzyło oczy, jak gdyby rozpoznając dźwięk swojego imienia. Jego oczy były czarne, czarne jak noc, jak bezdenne tunele wydrążone w jego czaszce. Nie było w nich ludzkiego.

              Nastąpiła długa cisza. Clary zamarła w bezruchu i wpatrywała się w swoją matkę z ustami otwartymi z przerażenia. Ona mówi o Jasie, uświadomiła sobie. O Jasie, kiedy był małym dzieckiem. Jak mogła czuć coś takiego do własnego dziecka?

- Mamo – wyszeptała. – Może... może byłaś w szoku czy coś takiego. Albo byłaś chora...

- Valentine powiedział mi to samo – odparła Jocelyn bez cienia emocji w głosie. – Że byłam chora. Valentine uwielbiał Jonathana. Nie mógł pojąć co jest ze mną nie tak. A ja wiedziałam, że miał racją. Byłam potworem, matką, która nie mogła znieść własnego dziecka. Chciałam się zabić. Mogłam to zrobić... ale wtedy dostałam list od Ragnora Fella. Był czarownikiem od zawsze blisko związanym z moją rodziną. To do niego się udawaliśmy gdy potrzebne nam było uzdrawiające zaklęcie czy coś podobnego. Dowiedział się, że Luke został przywódcą sfory wilkołaków w Puszczy Brocelind, tuż przy wschodniej granicy. Spaliłam wiadomość od razu po przeczytaniu. Wiedziałam, że Valentine nie mógł się o niej dowiedzieć. Dopiero gdy sama poszłam do obozu wilkołaków i zobaczyłam Luke’a na własne oczy, to wtedy miałam pewność że Valentine mnie okłamał, że okłamał mnie co do jego samobójstwa. Od tamtego momentu zaczęłam go szczerze nienawidzieć.

- Ale Luke powiedział, że wiedziałaś że z Valentinem jest coś nie w porządku... Że widziałaś że robił coś okropnego. Powiedział, że wiedziałaś o tym nawet przed jego Przemianą.

              Przez chwilę Jocelyn nie odpowiadała.

- Luke nigdy nie powinien zostać ugryziony. To się nigdy nie powinno stać. To był rutynowy patrol w lesie, a on był tam z Valentinem... to się nigdy nie powinno stać.

- Mamo...

- Luke twierdzi, że bałam się Valentine’a zanim doszło do jego Przemiany. Że mówiłam mu, że słyszę krzyki dobiegające przez ściany rezydencji, że podejrzewałam coś, że czegoś się bałam. Luke – ufny Luke – zapytał o to Valentine’a następnego dnia. Tej samej nocy Valentine zabrał go na polowanie i Luke został pogryziony. Myślę... myślę, że Valentine chciał mnie zmusić do tego, żebym zapomniała o tym co widziałam, zapomnieć o tym czego się bałam. Wmawiał mi, że to wszystko złe sny. I jestem prawie pewna, że zaplanował to, że Luke zostanie pogryziony tamtej nocy. Chciał go usunąć z mojego życia po to, żeby nie przypominał mi o tym, że bałam się własnego męża. Ale z tego zdałam sobie sprawę dopiero później. Tamtego pierwszego dnia widzieliśmy się z Lukiem tylko przez krótką chwilę a ja tak bardzo pragnęłam mu powiedzieć o Jonathanie. Ale nie mogłam. Nie mogłam. Jonathan był moim synem. Mimo wszystko, spotkanie się z nim, sam jego widok, dodał mi sił. Wróciłam do domu z postanowieniem, że postaram się nauczyć kochać Jonathana. Że zmuszę się by go pokochać. Tamtej nocy obudził mnie płacz dziecka. Usiadłam gwałtownie na łóżku, sama w sypialni. Valentine poszedł na naradę Kręgu więc nie miałam z kim podzielić się swoim zdumieniem. Bo widzisz, Jonathan nigdy nie płakał... nigdy nie hałasował. Ta jego cisza była jedną z rzeczy, które najbardziej mnie w nim przerażały. Zbiegłam na dół do jego pokoju ale spał spokojnie. Mimo to, ciągle słyszałam ten płacz. Byłam tego pewna. Zbiegłam po schodach w kierunku, z którego dobiegał. Wyglądało na to, że dochodził z pustej piwnicy na wino, ale jej drzwi były zamknięte a ona nigdy nie była używana. Ale w końcu przecież wychowałam się w rezydencji. Wiedziałam, gdzie mój ojciec trzymał klucze...

              Jocelyn nie patrzyła na Clary gdy mówiła, zdawała się być zatopiona w opowieści, w swoich wspomnieniach.

- Czy gdy byłaś małą dziewczynką, opowiadałam ci kiedykolwiek historię o żonie Sinobrodego? Mąż zakazał swojej żonie zaglądać do zamkntego pokoju, a kiedy to zrobiła, znalazła szczątki wszystkich jego poprzednich żon, które zamordował, ułożonych jak motyle w szklanej gablocie. Nie miałam pojęcia co znajdę w środku gdy już otworzę te drzwi. Gdybym miała to zrobić po raz drugi, to czy byłabym zdolna do tego by zmusić się do ich otwarcia, do zejścia na dół i oświetlenia sobie drogi magicznym światłem? Nie wiem, Clary. Po prostu nie wiem. Ten zapach... ten zapach tam na dole... jak krew, śmierć i zgnilizna. Valentine w starej winnicy wydrążył pod ziemią pomieszczenie. Okazało się, że to nie płacz dziecka wtedy słyszałam. Były tu cele, w których coś więżono. Demony związane łańcuchami z elektrum, skulone, poskręcane i wiszące w swoich celach. Było tego więcej, o wiele więcej... Zwłoki Podziemnych w różnych stadiach śmierci. Wilkołaki z na wpół rozpuszczonymi od srebrnego proszku ciałami. Wampiry zanurzone po szyję w święconej wodzie tak długo, aż ich mięśnie zaczęły odchodzić od kości. Faerie z skórą nabijaną żelazem. Nawet teraz nie jestem w stanie myśleć o nim jak o oprawcy. Zdawał się gonić za jakimś naukowym dowodem. Przy drzwiach każdej z cel było mnóstwo notatek. Drobiazgowe zapiski jego eksperymentów. O tym, jak długo umierało dane stworzenie. Był tam jeden wampir, którego skórę ciągle wypalał by zobaczyć, czy istniała jakaś granica w której to biedne stworzenie już nie mogło się zregenerować. Trudno było czytać to co tam pisał nie mdlejąc przy tym lub nie wymiotując. Jakimś cudem udało mi się nie zrobić ani jednego ani drugiego. Jedna strona była poświęcona eksperymentom jakie przeprowadzał na sobie. Przeczytał gdzieś, że krew demonów może działać jako czynnik wzmacniający moce z jakimi Nocni Łowcy przychodzą na świat. Próbował wstrzykiwać sobie krew ale nie odniosło to żadnego skutku. Nic się nie zmieniło poza tym, że się rozchorował. W końcu doszedł do wniosku, że był za stary żeby krew miała na niego jakiś wpływ. Że żeby uzyskać pożądany efekt, musi ją podać dziecku... najlepiej nienarodzonemu. Na tej stronie pełnej konkretnych spostrzeżeń napisał serię notatek z nagłówkiem, który rozpoznałam. Moje imię. Jocelyn Morgenstern. Pamiętam, jak drżały mi palce gdy przewracałam kartki a słowa wypalały się w moim mózgu.

„Jocelyn kolejny raz wypiła miksturę. Nie zauważyłem u niej żadnych widocznych zmian, ale to w końcu dziecko interesuje mnie najbardziej... Dzięki regularnym dawkom z demonicznej krwi które jej daję, dziecko może być zdolne do wszystkiego... Wczorajszej nocy słuchałem bicia jego serca, silniejszego od ludzkiego. Dźwiękiem przypominało potężny dzwon wybijający początek nowego pokolenia Nocnych Łowców. Krew aniołów i demonów połączona w jedno by osiągnąć moc, która wcześniej była nie do wyobrażenia... Już nigdy moce Podziemnych nie będą większe od naszych...”

Było tego więcej, o wiele więcej. Chwyciłam za te kartki trzęsącymi się palcami, a moje myśli pędziły jak szalone, gdy przypominałam sobie jak Valentine poił mnie co wieczór tą miksturą, te koszmary o byciu zadźganą, duszoną, trutą. Ale to nie ja byłam otruwana tylko Jonathan. Jonathan, którego Valentine zmienił w jakieś na wpół demoniczne coś. I dopiero wtedy... Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, jaki naprawdę był Valentine.

              Clary wypuściła powietrze z płuc. Nawet nie wiedziała, że wstrzymywała je od dłuższego czasu. To było straszne... tak straszne... a jednak pasowało do obrazów jakie pokazał jej Ithuriel. Nie wiedziała komu bardziej współczuje, swojej matce czy Jonathanowi. Jonathanowi – nie mogła myśleć o nim jak o Jasie, nie kiedy była tu jej matka, nie z tą dopiero co usłyszaną historią – który został skazany na bycie czymś nie do końca ludzkim przez swojego własnego ojca, któremu bardziej zależało na mordowaniu Podziemnych niż na własnej rodzinie.

- Ale... Nie odeszłaś wtedy, prawda? – spytała Clary który nawet w jej uszach wydawał się piskliwy. – Zostałaś...

- Z dwóch powodów – odparła Jocelyn. – Pierwszym było Powstanie. To, co odkryłam tamtej nocy w piwnicy, było jak policzek prosto w twarz, który wyrwał mnie z przygnębienia i sprawił, że zaczęłam dostrzegać to co się działo wokół mnie. Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, co planuje Valentine – masową rzeź Podziemnych – wiedziałam, że nie mogę do tego dopuścić. Zaczęłam spotykać się potajemnie z Lukiem. Nie mogłam mu powiedzieć, co Valentine zrobił mnie i naszemu dziecku. Wiedziałam, że wpadnie we wściekłość i nie uda mu się powstrzymać od dopadnięcia go i zabicia, i że może zginąć próbując to zrobić. Nie mogłam też zdradzić nikomu innemu co zrobił Jonathanowi. Mimo wszystko ciągle był moim dzieckiem. Ale powiedziałam Lukowi o okropieństwach jakie miały miejsce w piwnicy, o swoim przekonaniu, że Valentine tracił rozum i stopniowo popadał w obłęd. Razem planowaliśmy udaremnić Powstanie. Czułam że muszę to zrobić. To był rodzaj pokuty, jedyny sposób żebym poczuła się tak, jakbym zapłaciła za to, że w ogóle dołączyłam do Kręgu, że ufałam Valentinowi. Za to, że go kochałam.

- A on niczego się nie domyślał? To znaczy, Valentine. Nie wiedział co chcesz zrobić?

              Jocelyn potrząsnęła głową.

- Kiedy ludzie cię kochają, ufają ci. Poza tym, w domu starałam się udawać, że wszystko jest w porządku. Zachowywałam się tak, jakby moja początkowa odraza na widok Jonathana zniknęła. Przynosiłam go do domu Maryse Lightwood, żeby mógł się pobawić z jej synkiem, Alekiem. Czasami dołączała do nas Celine Herondale... ona też był...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin