Andrzej Pilipiuk
Sekret Alchemika Sędziwoja cz. IV.
Rozdział XVIII
Przystępujemy do wielkiego dzieła * Jak chłopi robili bimber * Kolacja w antykwariacie * Nasienie złota * Przez siedem królestw *
O oznaczonej godzinie znaleźliśmy się przed antykwariatem. Drzwi
zamknięte były na głucho. Wrażenie opuszczenia podkreślała dodatkowo zielona plastikowa wywieszka z napisem: "Zamknięte".
- Zakpiły z nas - zauważyłem.
Pan Samochodzik uśmiechnął się lekko.
- Nie, nie sądzę. Po prostu chwilę poczekajmy.
Faktycznie nie minęło dziesięć minut, a przed antykwariatem zatrzymał się z piskiem opon mały fiat. Z wnętrza wygramoliły się obie krakowianki. Kasia z uśmiechem obarczyła mnie sporym kartonem, z którego sterczały wióry rogoży.
- Przeszliśmy długą drogę i oto jesteśmy niemal u celu - uśmiechnęła się Stasia. - Zapraszam do środka.
Weszliśmy i zamknęliśmy za sobą drzwi wejściowe. Przeszliśmy na
zaplecze, a potem po kilkunastu stopniach zeszliśmy do głębokiej piwnicy. W lochu zainstalowano oświetlenie elektryczne. Pośrodku pomieszczenia królowało spore palenisko, nad nim umieszczono nowoczesny wyciąg. Na jednej ze ścian widniał oleodrukowy portret alchemika Michała Sędziwoja oprawiony w złocone ramki. Po chwili
Kasia zniosła na dół cztery krzesła.
- Jesteśmy gotowi - powiedział Szef uśmiechając się lekko.
- Słońce właśnie zachodzi - zameldowała Kasia. - To najlepsza pora, by zacząć. Słońce odchodzi w mrok. Nim wzejdzie ponownie, rozbłyśnie w naszych rękach.
- A zatem możemy przystąpić do wielkiego dzieła - oświadczyła Stasia.
Z pierwszego ze słojów wydobyła garść opiłków jakiegoś metalu. Umieściła go w metalowym stożku i podpaliła. Zabłysło ostre, jasne światło.
- Magnez - szepnął do mnie Szef.
Po kilku minutach pozostał z niego tylko biały proszek, tlenek magnezu. Kasia przesypała go ostrożnie do szklanej retorty. Następnie położyła na wierzchu płatek białego płótna, a na to nasypała czerwonego proszku.
- Tlenek żelaza? - zagadnąłem.
Kasia uśmiechnęła się lekko.
- Tlenek rtęci - powiedziała. - I jeszcze trochę siarki...
Retortę umieściła w naczyniu wypełnionym piaskiem i zapaliła pod spodem palnik gazowy. Stasia uruchomiła wyciąg i dosypała jeszcze jakiegoś szarego proszku. Zawartość wolno rozpuściła się. Z retorty szła jasna para.
- Lepiej tego nie wdychajcie - zauważył Szef. - Opary rtęci są bardzo trujące.
Kiwnęła poważnie głową i cofnęła się o krok. Minęła mniej więcej godzina. Stasia zajrzała do retorty i oceniła, że doświadczenie dobiegło końca. Popatrzyłem i ja. Na dnie naczynia znajdowały się niewielkie grudki spieczonego metalu i jakichś związków, zapewne siarki z magnezem, oraz olej czarnego koloru. Kasia przelała go ostrożnie do sporego naczynia, jak się mogłem zorientować był to nieznacznie przerobiony rosyjski szybkowar. W pokrywie nawiercono dziurę, od której biegła długa plastikowa rurka.
Stasia ustawiła na stole dwa imadła laboratoryjne i zakręciła w nich sporą chłodnicę.
Szef popatrzył w zadumie na rurkę szklaną, wewnątrz której zwinięta w spiralę biegła druga rurka.
- Chłodniczka niczego sobie - powiedział. - Identyczną widziałem kiedyś na wsi. Chłopi produkowali za jej pomocą bimber.
- Obecnie też się chyba ich do tego używa - uśmiechnęła się Stasia.
Kupiłam w Warszawie, w sklepie gospodarstwa domowego.
- Niemożliwe - zdziwiłem się. - Każdy bimbrownik - amator może sobie w sklepie kupić urządzenie, za pomocą którego jest w stanie łamać prawo?
- Nie pęknie wam? - zaniepokoił się Szef.
- Zaraz uruchomimy chłodzenie - uśmiechnęła się Stasia.
Jej kuzynka już ciągnęła z góry cienką rurkę. Zewnętrzna rura chłodnicy
posiadała dwie dziurki zaopatrzone w krótkie wypustki. Rurka pasowała do jednej z nich. Od drugiej też poprowadziły rurkę, która niknęła w wiaderku pod stołem. Kasia zniknęła na chwilę. Piętro wyżej puściła wodę. Ta, płynąc przez grubszą rurę, obmywała wewnętrzną, chłodząc ją. Stasia zapaliła płomień pod palnikiem, a u wylotu chłodnicy postawiła szklaną menzurkę.
- Co to będzie? - zagadnąłem.
- Likwor - wyjaśniła obojętnie.
- Wedle ksiąg alchemicznych rozpuszczalnik potrafiący pożreć każde ciało - wyjaśnił Szef.
Stasia czuwała nad destylacją. Niebawem menzurka wypełniła się żółtawą, oleistą cieczą, a powietrze wypełniły dość nieprzyjemne opary. Otworzyły szybkowar. Na jego dnie zostało sporo czarnego gęstego oleju, podobnego do smoły. Wylały go do wiadra na odpadki i wyczyściwszy szybkowar uruchomiły raz jeszcze linię destylacyjną.
- Nudne to robienie złota - zauważyłem.
- Nie robimy złota, tylko kamień filozoficzny - oświadczyła z
godnością Kasia. - Czerwoną tynkturę.
Szef pochylił się nad menzurką z płynem.
- Hm - powiedział, - to mi wygląda na kwas siarkowy. Przynajmniej z grubsza. Gryzący zapach, żółty kolor...
Stasia uśmiechnęła się lekko.
- Czy to ważne, co otrzymaliśmy? Liczy się, że postępujemy ściśle
wedle przepisów...
- I co dalej? - zaciekawiłem się.
- Ano część tego pozostawiamy na później - odlała zręcznie połowę
kwasu - a resztę mieszamy ze złotem i siarką.
Faktycznie z kolejnego słoiczka odsypała opiłków złota. Na oko sądząc, było ich co najmniej sto gram. Dodała rtęci i siarki, po czym umieściła tę mieszaninę na ogniu.
Szef popatrzył na to w zamyśleniu.
- Coś mi się tu nie zgadza - powiedział. - W pierwszej reakcji obecne były wszystkie składniki kwasu siarkowego...
- Brakuje wodoru - zauważyłem - chyba że...
- To szare to był wodorotlenek litu - powiedziała obojętnie Stasia.
- Ale i tak nie mógł powstać kwas siarkowy - powiedziałem. - Nie wiem, czy się orientujecie, ale substancję tę wytwarza się w fabrykach, pod wysokim ciśnieniem...
- No to może powinnyśmy opatentować tę metodę - uśmiechnęła się Stasia.
- Niewykluczone, że któryś z metali podziałał tu jak katalizator -
powiedział pan Tomasz. - Ale mimo wszystko trochę to dziwne... Zaś co do patentu, to wydaje mi się, że wasz sposób otrzymywania tej substancji daje zbyt wiele toksycznych odpadów i bezużytecznych produktów ubocznych. Tak czy siak, nie wydaje mi się możliwe, żeby w warunkach domowych otrzymać...
- Chyba, że to nie jest kwas siarkowy - uśmiechnęła się Kasia.
W tyglu syczało, a opary stawały się coraz bardziej duszące. Nie pomagał nawet szybko pracujący wyciąg. Wreszcie reakcja chyba dobiegła końca, bowiem Kasia zajrzawszy do tygla uśmiechnęła się.
- No i mamy wapno - powiedziała.
- Zamieniłyście złoto na wapno - uśmiechnął się Szef. - to antyalchemia. Tą drogą nie zdobędziecie bogactwa ani sławy. Zamienić kruszec w bezwartościowy kamień...
- To przełomowe odkrycie - zapaliłem się - Wystarczy włamać się do amerykańskich rezerw i można wywrócić do góry nogami gospodarkę światową...
- Przestańcie panowie błaznować - uśmiechnęła się Stasia. - To nie jest wapno w potocznym tego słowa znaczeniu, ale wapno alchemiczne.
Kasia przyniosła miskę destylowanej wody i wsypały do niej zawartość tygla. Zasyczało. Stasia wyłowiła kawałek i podała Szefowi. Wziął go ciekawie do ręki. Odłamek był sinobłękitny i faktycznie przypominał wapno.
- Cóż to jest takiego? - zagadnął mnie.
- Sądzę, Szefie, że złoto związało się z rtęcią, a potem mieszanina uległa utlenieniu. To tłumaczyłoby, dlaczego kolor jest biały, a nie czerwonawy jak związki rtęci. Pewnie zawarte w tym złoto w jakiś sposób wpływa na barwę substancji. Trzeba by dać to do laboratorium...
Szef wzruszył ramionami.
- Tylko właściwie po co?
Oddał okruszek Kasi, a ona wrzuciła go wraz z innymi do fiolki o
długiej szyi. Teraz dolały do tego część likworu i podpaliły palnik. Masa wewnątrz zaczęła powolutku cyrkulować.
- Chyba się pogubiłem - powiedziałem. - Po co to wszystko?
- No cóż - uśmiechnęła się Stasia. - Robienie kamienia filozoficznego nie jest łatwą, prostą i przyjemną rzeczą.
- Jest dość proste i na swój sposób przyjemne - zaprotestowała Kasia. - Mnie w każdym razie jest miło.
Szef uśmiechnął się.
- Nam również - powiedział. - Zbliża się pora kolacji. Jeśli nie macie nic przeciwko temu, to wyślę mojego współpracownika naprzeciwko, do chińskiej restauracji. Niech nam przyniesie jakieś owoce morza albo coś podobnego.
Otrzymawszy instrukcje poszedłem.
- Tylko nie wysadźcie kamienicy i nic nie róbcie beze mnie - rzuciłem na odchodnym.
Wróciłem po chwili. Siedliśmy sobie na parterze przy dziewiętnastowiecznym stoliku nakrytym koronkowym obrusem, także pamiętającym ubiegłe stulecie. Stasia wyciągnęła z szafki komplet srebrnych sztućców. Trochę to dziwnie wyglądało, gdy jedliśmy w tym miłym, stylowym wnętrzu chińskie potrawy z plastikowych zasobników.
- Czy sprawdził pan skrzynię, Szefie? - zapytałem ocierając usta
serwetką.
- Skrzynię? - zdziwił się.
- Z pewnością tam na dole w skrzyni zostawiły małego chłopca, który teraz dodaje potajemnie złota do kolby - powiedziałem.
Uśmiechnęli się w trójkę.
- Tam nie ma żadnej skrzyni - powiedziała Stasia. - Zresztą nie
oszukiwałybyśmy się same.
Zeszliśmy do lochu. Wyciąg odprowadził już większość oparów i znowu można było swobodnie oddychać. Szef zajrzał do kolby.
- No, no - powiedział. - Niezłe...
- Co tam jest?
- Cóż, złoto zaczęło tworzyć chyba jakieś związki chemiczne, bo całość przypomina krupnik i jest czerwona...
Kasia uśmiechnęła się.
- To dobrze - powiedziała. - Powinno osiągnąć konsystencję miodu.
Stasia obejrzała zawartość butli i zamieszała w niej szklanym prętem.
- Chyba gotowe - powiedziała. - Teraz trzeba schłodzić.
Przestawiła kolbę na stół i włączyła niewielki wentylatorek, aby chłodził ją pęd powietrza. Zawartość kolby przypomniała wiśniowy budyń.
- Co pan o tym sądzi? - zagadnąłem. - Z jakim związkiem chemicznym mamy teraz do czynienia?
- To, jak przypuszczam, sole amalgmatu rtęciowo-złotego, wymieszane z kwasem siarkowym...
Stasia nie pozwoliła nam specjalnie długo podziwiać efektów, bo
przelała zawartość do wyczyszczonego w międzyczasie szybkowaru i postawiła na ogniu. Do menzurki na końcu chłodnicy znowu zaczęły skapywać żółte krople.
- Oddzielacie kwas od reszty substancji - domyślił się Szef.
- Zgadza się - twarz Kasi przyozdobił uśmiech.
Nie mogłem usiedzieć na miejscu. Wstałem i zacząłem się przechadzać po piwnicy.
- Ach, ta młodzieńcza niecierpliwość - uśmiechnął się Szef.
Kasia zdjęła szybkowar z palnika i otworzyła pokrywę. Substancja
wewnątrz miała gęstość smoły i była ciemnoczerwonego koloru.
- Witrol - powiedziała z dumą.
- To znaczy? - brwi Szefa uniosły się do góry. - Duch materii czyli...
- Nasienie złota - dokończyła za niego Stasia.
- I teraz wystarczy to wysuszyć, by mieć kamień filozoficzny? -
zainteresowałem się.
Kasia westchnęła głęboko, chyba z ubolewaniem.
- Panie Tomaszu, czy nie należało przeprowadzić testu na inteligencję zanim go pan zatrudnił?
- Testował go mój przyjaciel, poeta, mistrz Nataniel - powiedział Szef. - Test wypadł pomyślnie, a nawet jeszcze lepiej.
- Poeci testują kandydatów na detektywów? - zdumiała się jej kuzynka. - To chyba ten regres cywilizacji, o którym ostatnio mówili w radio.
- Sam pomyśl - powiedział do mnie Szef. - Gdyby to był produkt finalny, to po co byłby im atanator?
- Faktycznie - mruknąłem zawstydzony.
Kasia z pudła wydobyła spore naczynie w kształcie kuli, zaopatrzone w gwintowany korek z wentylkiem.
- Jajo filozoficzne - uśmiechnął się Szef ze zrozumieniem. - Wytrzyma?
- Tak - uśmiechnęła się Kasia. - To szkło żaroodporne. A zatem umieszczamy wewnątrz nasienie złota, merkuriusz, likwor, srebro oraz - wyłowiła z pudła butlę z żelaza - Alkahest.
- Co zacz ten alkahest? - zaciekawiłem się.
- Azoth mędrców - wyjaśniła. - Uniwersalny rozpuszczalnik rozkładający i pochłaniający każdą materię.
- Sądząc po etykietce, stężony kwas azotowy - uzupełnił Szef.
Stasia wlała połowę zawartości butli do wnętrza jaja. Szkło w dolnej części zmętniało nieco pod wpływem kwasu, ale ona nie zrażając się tym zamieszała szklanym prętem zawartość kuli, po czym włożyła na miejsce korek i zakręciła go. Opuściła szklaną kulę do piecyka.
- Gotowe - powiedziała. - Teraz pozostaje czekać.
Podpaliła umieszczony u spodu palnik gazowy. Zamknęła pokrywę. Jak zauważyłem, w jedną ze ścian wbudowany został niewielki kawałek szkła żaroodpornego.
- Dzięki temu będzie można kontrolować proces przemiany - powiedziała Stasia widząc moje zaciekawienie. - Dawniej robiono to unosząc pokrywę pieca, co powodowało niepotrzebne wychłodzenie i groziło pęknięciem jaja.
- Czytałem kiedyś taki horror, w którym włamano się do pracowni wampira - alchemika i rozbito taki właśnie piecyk. Wtedy tam, gdzie chlapnęły wyciekające z niego substancje, porastały podłogę niewielkie diamenty... - zauważyłem.
- On chyba źle się czuje - zwróciła się Kasia do Pana Samochodzika.
Szef popatrzył na mnie pobłażliwie.
- Powinieneś, Pawle, umieć odróżnić fikcję literacką od rzeczywistości - powiedział z delikatną przyganą w głosie.
- Szefie, to chyba pan i te dwie młode damy nie potraficie odróżnić
rzeczywistości od fikcji - powiedziałem poważnie. - Sądziliśmy wcześniej, że odtworzenie eksperymentów Sędziwoja ma na celu rekonstrukcję dawnych technologii chemicznych, a tymczasem od kilku godzin znajdujemy się w średniowieczu. Kamień filozoficzny sobie produkujemy...
- Zanadto to przeżywasz - powiedziała Kasia przeciągając się leniwie. - Zresztą nie należy się dziwić...
- Próbowałyście nawiązać kontakt z zachodnimi towarzystwami
alchemicznymi?
- A jakże - uśmiechnęła się Stasia. - Alkahest we Francji, Neptunea we Włoszech... Straszne palanty. Głównie zajmują się wznoszeniem toastów na cześć Paracelsusa i Villanovy. Czczą złoto jak bałwochwalcy opisani w Księdze Wyjścia. Żaden z nich nie stał w życiu przy atanatorze.
Piecyk powoli rozpalał się do czerwoności. Nabrał ciemnowiśniowej barwy.
- Nie za gorąco? - zapytałem z niepokojem.
- Nie przypali się - uśmiechnęła się. - Wyższa temperatura przyspieszy nieco reakcję.
- Przyspieszy?
- Dla uzyskania właściwego efektu teoretycznie należy podgrzewać
zawartość na minimalnym ogniu przez kilkanaście dni, a według innych
autorytetów nawet i tygodni. My jednak wyznajemy pogląd Abrahama von Helsinga, że wystarczy czas od zmroku do świtu.
- Von Helsing zajmował się alchemią? - zdumiał się Szef. - Myślałem, że interesował się tylko wampirami.
- Dłubał trochę przy tym - uśmiechnęła się Kasia. - Choć oczywiście bardziej interesowały go przypadki ludzi, którzy nie umarli. Szukał nieśmiertelnych z zaciekłością godną lepszej sprawy. To był kompletny świr, znacznie większy niż opisuje go literatura. Ale trzeba przyznać, że wykazał się sporą przedsiębiorczością. Ponad dwadzieścia razy wyprawiał się do Rumunii i na południe Francji, by szukać nieśmiertelnych w kryptach zamków owianych legendami...
...
gucia4321